poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
DANIEL ODIJA
Noce egipskie, supermarkety polskie i kielich na prochy
Dekada Literacka 2009, nr 1-2 (233-234)

Moneta funta egipskiego ma miedziany środek i posrebrzane obramowanie. Na awersie arabska jedynka, rewers przedstawia dostojną głowę sfinksa – miła pamiątka z kilkudniowego pobytu w Kairze odbija mi się czkawką, gdy piję wino z Lidla za sześć złotych. 

Stary druhu! Funt egipski w postaci monety to rzadkość, przeważają wymięte i brudne banknoty, papierki przepocone przez godzinne targi, kłótnie, zbijania i podnoszenia ceny. Powiada się, że Egipcjanie lubią się targować – błąd! Targowanie podlega jakimś zasadom, gdzie względna uczciwość wpisana jest w kodeks targujących. Tymczasem Egipcjanie, jak mało kto na świecie, pragną orżnąć białego, wyciągnąć z niego ostatni grosz, biały to dla niego krowa dojna, która zawsze zbyt późno się orientuje, że właśnie została wydojona. Zawsze na początku zderzasz się z potrójnie zawyżoną ceną i trzeba mieć siłę, by zbić ją do zawyżonej podwójnie. Nie mówię tu o bazarach, gdzie Arabowie (Egipt od VII wieku jest arabski) ciągną za rękę, zastępują drogę, popychają i w nosie mają ogólnokrajowe nawoływania rządu, że turysta też człowiek. Ja ich nawet rozumiem. Jak dojna krowa ma być człowiekiem? W dodatku biała? Nie, nie mówię o bazarach ani taksówkarzach, sklepach czy kawiarniach, o hotelach mówię, hotelach, gdzie jeśli się nie pilnujesz, orżnięty będziesz najdotkliwiej, z uśmiechem na ustach udającym przyjaźń. Przy ziemi ścięty zostaniesz jak ten krzak, co go hodowaliśmy pod oknem na tyłach akademika, pamiętasz? Stary druhu! No to strzała, i siedź, gdzie siedzisz, bo tu jak było, tak jest.

Takiego maila napisałem do mojego kumpla, który po robocie siada przed playstation, zaciąga się dymem z zielonego i jest całkowicie swobodny i unoszący się, bo nie martwi go, czy starczy mu do pierwszego, na czynsz czy piwo, bo w Anglii martwić się tym nie trzeba. Wiadomo, zależy od potrzeb. Ale polska codzienność ciągle stawia przed nami wymagania. To codzienność dla ambitnych. Podobnie jak arabscy Egipcjanie musimy walczyć o byt rodzin, a nie spokojnie przeżuwać… 

 – Panie, dobrze, że chociaż supermarkety pobudowali, bo człowieka na piwo nie byłoby stać – powiada mój sąsiad, którego tak długa fraza zarzuciła na ścianę klatki schodowej, ale uśmiechnął się tylko na to, bo w reklamówce delikatnie obiły się o siebie dwie puszki mocnego Argusa. 

Przeżuwać jak dojna biała krowa. Przyśniło mi się to snem ciężkim, z którego wyrwałem się przepocony, bo właśnie uświadomiłem sobie, że nie starczy na opłacenie gazu. Ta cholerna zima! Ale przecież gdyby nie było zimy, na klimatyzację trzeba byłoby wydawać. 

Stary pawianie! W Kairze skrzynki z wentylatorami wystają na zewnątrz i są przyklejone zaraz przy oknach jak czyrak przy oku. Egipcjanin nawet najbiedniejszy raczej nie zginie, bo stoi za nim rodzina, a właściwie klan liczony często w tysiące. Jeden dzieli się z drugim. Przewodnik podrzuca turystów kumplowi, który sprzedaje papirusy, a później wujkowi, co handluje perfumami, i szwagrowi swojego szwagra, który wynajmuje wielbłądy pod piramidami. Jedną taksówką ojciec wymienia się z synem, a syn z bratem, tak że samochód pracuje na rodzinę przez całą dobę. Nikt nie jest sam. Gdy jeden zachoruje, na leczenie w szpitalu zbierze się i trzysta osób, a każdy dorzuci podług własnych możliwości. Taaak… a Europa, do której przecież się zaliczamy, już taka pomagająca sobie nie jest. Lepiej i łatwiej nam jest niż wielu innym, ale częściej też pozostawiony jesteś samemu sobie, a jak noga się powinie, radź sobie sam…

 – Co ty pierdolisz? – odpisał mi kumpel. – Naprawdę tak już cienko piszczysz?
 – Nie, no nie – pomyślałem sobie. – Tylko trochę męczy mnie to ciągłe myślenie o pieniądzach… Gdyby się tak kawalerem było, może by tak nie męczyło i starczyłoby, ale kawaler z drugiej strony ma dochodów dwa razy mniej, a jak mu się noga powinie?
 – Panie drogi, Bóg nam zesłał supermarkety! – zaczepiła mnie w Lidlu sąsiadka. – Gdzie ja bym dla dzieci na rynku pomarańcze kupiła, a tu trzy razy tańsze i człowiek sobie może pozwolić…

Stary! To znowu ja. Tak sobie myślałem, kilka nocy nie przespałem i chyba rozumiem napastliwość arabskich Egipcjan. Natarczywość we wciskaniu figurek bogów egipskich. Odlanego z gipsu Anubisa z głową psa, Horusa bezrozumnie łypiącego ptasimi oczami czy Apisa byczego, krowę brązową niewydojoną – wszystko to cepelia, której sens uleciał dwa tysiące lat temu. Teraz na ulicach słychać głos muezina nawołującego do modlitwy. Martwi Bogowie Egiptu. A czy u nas plastikowy Chrystus albo Maryja nie wyglądają podobnie na półkach sklepów z genitaliami, jak powiedziała pewna moja ciotka, która zawsze miała kłopoty z wypowiedzeniem słowa dewocjonalia? Ale, ale… dlaczego ja rozumiem tych Egipcjan arabskich? Sam już nie wiem… Chyba wiedziałem, ale zapomniałem… Może zapomniałem przez to tańsze piwo? Ostatnio przerzuciłem się na mocnego Argusa z Lidla. Tyskie jednak o połowę droższe i trzy razy słabsze. Ekonomia, człowieku, ekonomia!
 – Wiesz, gdyby za dobrze było, to by się na dupie tylko siedziało i świata nie poznawało – skwitował mój kumpel. 
 – Ale ja do Egiptu nie dla pieniędzy pojechałem!
 – A co mnie tam Egipt! Wyspy, człowieku, Wyspy! – odpowiedział, jakbym miał wiedzieć, o co mu chodzi. Chyba ta odległość nie najlepiej nam robi na porozumienie. Kiedyś w akademiku bez słów chwytaliśmy swoje myśli. Taaak, i na zupkach chińskich dało się przeżyć. A teraz, gdy o niebo lepiej, i jedzenie lepsze i byt, człowiek coraz bardziej narzeka i twierdzi, że gorzej. Może z wiekiem to narzekanie tak rośnie? Ale czy ja narzekam? Czy narzekają ci wszyscy, których znam, a ich majątki na kredytach się puszą? Kumpel, z którym kiedyś w zespole piłki ręcznej graliśmy, poklepuje ścianę swojego mieszkania i uśmiecha się. 

– We frankach spłacam – mówi. – Za dwadzieścia siedem lat te ściany będą naprawdę moje – i przez okno wskazuje na audika kombi. – A widzisz tamto cudo? Będzie moje za pięć lat. 

Wzruszamy ramionami i wychodzimy do niewielkiego ogródka, gdzie przy puszkach piwa rzucamy sobie piłeczką. I łapiemy tę piłeczkę, a czas przelatuje przez palce jak pieniądze. I co tu więcej warte? Bo jak patrzę w lustro, to widzę zakola nad czołem i coraz głębsze zmarszczki. Cóż… I kładę się po sen spokojny, dopóki nie pochłoną mnie noce egipskie albo zaduch piramid. Nie bądźmy rozrzutni! Wystarczy brzozowa trumna. Albo kielich na prochy. Muszę się dowiedzieć, co tańsze.

Daniel Odija




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas