poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JAROSŁAW URBANIUK
Pieniądz na przełomie wieków
Dekada Literacka 2009, nr 1-2 (233-234)

Było nas kilkoro. Średnio sympatyczna grupka dziewcząt i chłopców, świeżo upieczonych studentów psychologii. Kryteria doboru grupy były jak zwykle płynne i niejasne, za to jedno było pewne – czuliśmy się elitą. Nie jakąś konkretną elitą, uniwersytecką czy „młodzieżową” (swoją drogą najstarsi z nas młodzieżą już wtedy nie byli), czuliśmy się elitą po prostu. A prawdziwa elita nie potrzebuje pieniędzy, ona potrzebuje ducha, a ducha bez wątpienia mieliśmy.

Nastroje były radosne i jeszcze nikt nie wiedział, co to jest ten „deficyt budżetowy”. Na to nikt nie zwracał uwagi. Niedostrzeganie „realnej” rzeczywistości było w dobrym tonie. Jednak żeby było wesoło, konieczny jest smar wesołości, substancja służąca do podsmarowania ścieżek, którymi uprawiało się jazdę. Substancją tą była kasa.

Kasę zawsze się miało, a jak jej brakowało, to i tak zawsze jakoś szło. Piwo było nadspodziewanie tanie. Ceny „w mieście” ciągle jeszcze kalkulowano według kieszeni Polaków, a nie turystów. Gdy nie starczało na knajpę, pomagały kolejne dyskonty spożywcze, w których kupowało się produkty rodzimego browarnictwa po złoty pięćdziesiąt. Potem można było pójść do mieszkania którejś z licznych koleżanek, utrzymywanych przez mieszkających w innych miejscowościach rodziców. Zapewne nie dopuszczali do siebie myśli, na co są przeznaczane ich ciężko wygospodarowane na studia pociech pieniądze. A może dopuszczali, ale nie mogli nic z tym zrobić? Rzeczone pociechy nie wydawały się tym szczególnie zajęte, poświęcając się problemom kluczowym, jak przelecenie wszystkich barmanów w Rentgenie (a pracowało ich wtedy, zdaje się, pięciu). Ponadto państwo polskie nie dbało tak dalece o zdrowie obywateli, więc wszyscy paliliśmy na potęgę. Potem nie było już tak łatwo.

Po kilku latach niektórzy z nas zaczęli znikać, nie mogliśmy powiedzieć, że w niewiadomym kierunku, bo kierunki były znane. Po pierwsze, co rozsądniejsi wracali na studia, po drugie, do swoich miejscowości, a po trzecie, wyjeżdżano na Zachód. Powoli zaczynały się czasy „Wielkiej Emigracji”, a mimo że granice nie były jeszcze otwarte, kilka osób trafiło do tradycyjnego miejsca osiedlania się rodaków w XXI wieku, czyli do Anglii. Najpierw głównie do hoteli na odźwiernych i pracowników zmywaka, a z czasem, by pracować w zawodzie psychologa na obcej, angielskiej ziemi. 

Jakieś tam wieści docierały i napawały nas rodzajem sentymentalnego optymizmu. A to kolega zdradzający ciągoty do dublowania postaci z Dostojewskiego (ze szczególnym uwzględnieniem przebóstwiania jawnogrzesznic) najpierw poszedł do więzienia w Szwecji, by później zamieszkać z Cyganami w Londynie, a to koleżanka znana ze swego uwielbienia do płci przeciwnej zakochała się gorąco w jednym ze swych zapóźnionych intelektualnie podopiecznych z angielskiego zakładu karnego. Miała im nieść pociechę i pomoc psychologiczną na europejskim poziomie, i na ile znam ową koleżankę, z pewnością się jej udało. Najprzystojniejszy z nas, absolwent AWF-u, został odźwiernym w jakimś hotelu, też w Londynie, zapewne sprzedawał to, co miał najlepszego, czyli uśmiech, a pewnie i pięknie wyglądał w liberii.

Wszyscy zaczęli nagle szukać kasy, stąd wspomniane znikanie. Potem oczywiście się odnajdywali: przy zrobionych na ostatnich latach studiów dzieciach, w szkołach i poradniach. Ci, którzy olali pracę w zawodzie, poszli po prostu tam, gdzie im więcej płacili. Tak więc zmieniło się otoczenie, a najbardziej właśnie stosunek do pieniędzy.

Przede wszystkim w jakiś dziwny sposób środki finansowe uległy ograniczeniu. Trudno się dziwić, było to już chyba parę lat po niezapomnianym wystąpieniu ministra Bauca, w którym powiedział on mniej więcej, że państwo polskie jedzie na kredycie, a kredyt się właśnie skończył. Po mniej więcej roku skończył się nam wszystkim. Niektórzy musieli wrócić do domu rodzinnego, jeśli ktoś mieszkał w Krakowie, to często też, no chyba że miał akurat swoje mieszkanie, co czasem się zdarzało, jednak niezbyt często.

Skoro pieniądze gdzieś zniknęły, trzeba było ich poszukać. Wiadomo było, że w związku z nadciągającym kryzysem życie z tzw. fuch będzie raczej trudne. Nieruchomości zaczynały już drożeć, a wraz z nimi wzrastała wysokość czynszów. Coraz więcej znajomych dorabiało się dzieci i legalizowało swoje związki. Nikomu nie były już na rękę wielodniowe imprezy, że o wiecznie pomieszkujących znajomych nie wspomnę. Kryzys czasów Millera uniemożliwił jakiekolwiek udawanie, trzeba było zauważyć wartość pieniądza, tym bardziej że nie było go dużo, a jego wartość radykalnie rosła, zarówno w znaczeniu psychologicznym, jak i niestety realnym.

Kasa, dotychczas jakoś ontologicznie daleka, stała się problemem dnia codziennego. Nie tak jak kiedyś, kiedy zaspokojenie podstawowych potrzeb (zakąsić, wypalić i wypić – no, może nie w tej kolejności) wystarczyło, aby patrzeć z optymizmem w przyszłość. Teraz zaczęła się jakaś „przyszłość”, ba, w ogóle istniało jakieś jutro, a często trzeba było już wstawać do bardziej zinstytucjonalizowanej roboty.

Ci, którzy pierwsi zorientowali się o konieczności ucieczki, wyszli na tym najlepiej. I to bez względu na to, czy uciekali za granicę, czy w to mityczne „normalne życie”. To był raczej skok z wesołych lat 90. w odmęty XX wieku. Tak samo zresztą zmiana numerku tysiąclecia z jedynki na dwójkę była odbierana przez przedstawicieli pokolenia popowych czterdziestolatków, jak Gretkowska, Gawliński czy Staszczyk. Jeśli poczyta się wywiady z nimi, pewnie padnie pytanie o początki kariery. Po odbębnieniu koniecznej „martyrologii” (emigracje, zakazy grania i tym podobny PRL) następują radosne opisy lat 90., czyli szczęsnego czasu, kiedy znajdowało się wiele fajnych zabawek, a przede wszystkim pieniędzy było dość na wszystko. Wystarczy powiedzieć, że prezes Walter sfinansował film Żuławskiemu na podstawie scenariusza Gretkowskiej, w którym to debiutujące na ekranie dziewczę (mniejsza już dziś o nazwisko, tym bardziej że była to jej pierwsza i w zasadzie ostatnia rola) zjadało mózg Bogusława Lindy, w owym czasie wiodącego polskiego gwiazdora. W dzisiejszych czasach nie do pomylenia, choćby dlatego, iż praktycznie wszystkie młodsze polskie gwiazdy płci męskiej grają w filmach postacie najwyraźniej mózgu pozbawione i, co więcej, przenoszą te wzorce na życie codzienne polskiego celebryta.

Nowa sytuacja pieniężna zmusiła nawet najbardziej opornych do poszukiwania jakiejś pracy. Gdy praca ta nie jest jednak stała, przynajmniej z punku widzenia obowiązującego prawa, rodzą się wokół niej nowe rytuały. Tak jak kiedyś czekało się na przekaz od rodziców na przykład koleżanki, po otrzymaniu którego można było weselić się do białego rana, tak teraz przekazy słane były przez ludzi niemających specjalnie ciepłych uczuć do adresata pieniędzy, związanego z płacodawcą dość luźno, bo przeważnie umową o dzieło.

Oczekiwania na przekazy nabrały szczególnej oprawy. Wiążą się one z miotaniem przekleństw, obelg, delikatnymi rozmowami telefonicznymi, sprytnymi rozmowami telefonicznymi i knuciem intryg. Wszystko w jednym celu – wyciągnąć komuś z gardła to, co nam się słusznie należy, ale może to kara boska czy – aby uczcić uszy wielbicieli Dalekiego Wschodu – karma? Przez lata, w których należało budować swój pozytywny stosunek do pieniędzy, ja i mnie podobni zajmowaliśmy się ostentacyjną dla pieniądza pogardą, która z dzisiejszego punktu widzenia wydaje mi się równie mało warta szacunku jak nieuzasadnione użycie inwersji. 

Dzisiaj jest już nieco inaczej, poza nielicznymi wyjątkami pospadaliśmy na cztery łapy, a niektórym udało się nawet powstać z całkowitych gruzów. Pieniądz jest już wydawany z nieco większym szacunkiem, ale w tych nielicznych momentach, kiedy spotykam dawnych znajomych z naszej studenckiej grupki, widzę, że nadal mają oni jedną z najpiękniejszych utracjuszowskich nieumiejętności – są w stanie wydać dowolne ilości pieniędzy, a na pewno tyle, ile przez całe życie uda im się zarobić. Na akumulację kapitału nie ma więc co liczyć, chyba że dochody wzrosną naprawdę radykalnie – co daj Boże. 

Kiedy spotykam ludzi młodszych o kilka, kilkanaście lat, widzę, że nie mają oni już tego luzu w wydawaniu, owszem, potrafią wydać dużo, ale praktycznie nigdy nie tracą umiaru. Na próżno dziś szukać szaleńców z wypłatą, którzy postawią kolejkę całej knajpie, biorąc później na siebie ciosy rozeźlonej współmałżonki. Może to i służy szczęściu małżeńskiemu? 
 Jedna rzecz z pewnością wynika z  – powiedzmy – „elastycznego” stosunku do pieniędzy, otóż człowiek dużo łatwiej przystosowuje się do sytuacji, szczególnie kiedy przeżył już coś takiego wcześniej. Trzydziestolatki pamiętają załamanie rynku pracy, ogólną smutę po 11.09.2001, niespełna dwudziestoprocentowe bezrobocie i życie w cieniu wiszącej nad każdym „Wielkiej Emigracji”. Teraźniejszy kryzys wydaje się przy tym betką. Oczywiście, jeśli nie ma się kredytu we frankach.

Ostatnio, kiedy rozmawiałem ze swoją kobietą o ewentualnych perspektywach życia człowieka zwalnianego grubo po czterdziestce (czyli równie grubo przed emeryturą) z fabryki w małym miasteczku, zapytała mnie, cóż ja bym zrobił, skoro uważam, że wyjście wybrane przez jednego z pechowców, czyli samobójstwo, jest według mnie kretyńskie. Odpowiedziałem, że sprzedalibyśmy wszystko, co nadaje się do sprzedania, i wynajęlibyśmy za te pieniądze chałupę na ścianie wschodniej, po czym żylibyśmy z plecenia łapci ze sznurka, które sprzedawalibyśmy jako „Tybetańskie espadryle energetyczne”. Moja kobieta stwierdziła, że spoko, a ja zapunktowałem jako romantyk, niebojący się wyzwań trudnych czasów kryzysu. Potem, kiedy rozmyślałem nad ewentualnym wcieleniem w życie tego rozwiązania, przyjmowałem je z dziwnym spokojem, mimo że wiem, jak miło byłoby znaleźć się na ścianie wschodniej bez prądu i gazu. 

W latach 90. panowało przekonanie, że wszystko możesz zrobić tak, aby było dobrze. A jeśli nie możesz zaspokoić danej potrzeby, to z niej zrezygnuj. Taki buddyzm finansowy. I jego źródło tkwi dla mnie właśnie w urokach końca zeszłego wieku, jakkolwiek to dziwnie i przesadnie poważnie brzmi.

Jarosław Urbaniuk




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas