poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARIUSZ SIENIEWICZ
Schizofrenia pieniądza
Dekada Literacka 2009, nr 1-2 (233-234)

Umówmy się: pod wieloma względami z pieniędzmi jest jak z seksem. Każdy może całkiem swobodnie pływać w morzu konfabulacji, czuć się fachowcem, ekspertem, bliskim znajomym Rockefellera i Gatesa, ponieważ sfera werbalna i gawędziarstwo potrafią przesłonić wszelkie klęski i debety na bankowych kontach. To rodzaj gry ze sobą i całym światem, podszyty hipokryzją i lękiem, że ktoś nam zarzuci finansowy hamletyzm lub też – co gorsza! – zwykłe nieudacznictwo. W dzisiejszych czasach taki zarzut ma moc infamii. Dlatego człowiek chętniej wyspowiada się z najpaskudniejszych grzechów, niż szczerze wyjawi swoje przygody i stosunki z pieniądzem. Nie należę do wyjątków. Jako tzw. „piśmienny twórca” powinienem mieć ex definitione pieniądz w głębokiej pogardzie, lecz z wiekiem zdobywam się jedynie na żałosną pogardkę. Walczy we mnie pragmatyk z idealistą, a proza życia coraz częściej przyznaje słuszność temu pierwszemu.

Wywołany przez „Dekadę Literacką” temat skłania do dość oczywistej refleksji: łatwiej powiedzieć coś odkrywczego o Lokomotywie Tuwima, łatwiej przetłumaczyć i zinterpretować Finnnegans Wake Joyce’a lub freudowską symbolikę wierzeń plemienia Bantu, niż przedstawić oryginalną myśl na temat pieniędzy. Ich istotą jest zadziwiająca przystawalność stereotypu do stanu faktycznego. Wszak znamy to wszyscy na pamięć: pieniądze są naturalną ewokacją hierarchii społecznej, władzy, polityki, seksu, kariery, showbiznesu, środowiskowego szacunku, nierzadko – respektu oraz wszystkich „złych” cech, które biedacy oprotestowują obłudnie z pozycji braku i moralności (a cóż innego mogą robić?), bogaci zaś traktują jako logiczne spełnienie makiawelicznych cnót. I nie ma w tym nic dziwnego, bowiem – parafrazując klasyka – portfel określa świadomość. Kochamy stereotypowe rozumienie pieniądza i chcemy, by takim pozostawało. To jak z feministycznie nastawionym mężczyzną, który – gdy przychodzi co do czego – i tak wybiera blondynę z długimi nogami. W dziedzinie finansów nikt nie oczekuje oryginalności ani eksperymentalnych dziwactw. Mówienie o pieniądzach jest jednym z najbardziej konserwatywnych i niezmiennych dyskursów. Jeśli Lyotard przekonywał, że żyjemy w czasach upadku metanarracji, to w kwestii pieniądza – mylił się. Pieniądz pozostaje wielką opowieścią i ponowoczesne czasy nie naruszają jej siły. Wcześniej umarł Bóg, skończyła się historia, ale pieniądz pozostał na placu boju. Tak z grubsza mają się sprawy Anno Domini 2009.

Jednak sytuacja się komplikuje, jeśli rozumienie pieniądza wrzucimy w dynamiczną przestrzeń ludzkiego losu, dodatkowo – na tle ustrojowych przemian i transformacji. Myślę, rzecz jasna, o 1989 roku, tym swoistym Rubikonie w monetarnej rzeczywistości. Należę do przejściowego pokolenia trzydziestolatków, które liznęło trochę komuny dziecięcym językiem, w dorosłość zaś weszło wraz z nastaniem kapitalistycznego porządku. Ta społeczno-egzystencjalna przejściowość skutkuje schizofrenią: noszę w sobie pojęcie dwóch różnych rodzajów pieniądza. Pierwszy jest nostalgicznym, dziecięco zmitologizowanym pieniądzem socjalizmu. Drugi to pieniądz dzisiejszy – kapitalistyczny, niepokojąco podobny do pięści żelaznego Mike’a podstawionej pod nos i grożącej co miesiąc nokautem. Dlatego mój stosunek do „pieniądza w ogóle” jest mocno ambiwalentny, zależy od tego, czy akurat myślę o stówce z wizerunkiem Władysława Jagiełły, czy też przywołuję we wspomnieniach czerwony banknot z Ludwikiem Waryńskim. Wszak różnice między tymi pieniędzmi są równie fundamentalne, jak biografie postaci, które im „patronują”.

Po pierwsze, pieniądz socjalistyczny nie przedstawiał sobą większej wartości, dlatego był traktowany umownie, z dużym przymrużeniem oka, z iście gombrowiczowskim dystansem. W literalny sposób egzemplifikował średniowieczną maksymę vanitas vanitatum et omnia vanitas. Stanowił jednocześnie idealną parodię wzorcowych walut – mitycznego dolara czy śniącej się często po nocach zachodnioniemieckiej marki. Pieniądz socjalistyczny nie stanowił przepustki do świata dóbr konsumpcyjnych, gdyż takowy ujawniał się ledwie trzy, cztery razy do roku, w okolicach Bożego Narodzenia, Wielkanocy lub 22 lipca, pod postacią importowanych bananów i pomarańczy. Z tej perspektywy patrząc, pieniądz kapitalistyczny traktujemy ze śmiertelną powagą jako rzecz ostateczną, od której świat bierze swój początek i na której się kończy. Co poniektórzy mają do niego stosunek wręcz religijny lub sadomasochistyczny – rzecz niebywała przed rokiem 1989. Wystarczy wyobrazić sobie minę człowieka, który – na przykład w latach 80. – wyprał przez nieuwagę sto złotych w spodniach. I minę człowieka z czasów obecnych w analogicznej sytuacji. W przypadku pierwszym mamy raczej zwyczajne wzruszenie ramion, w przypadku drugim – traumatyczny wstrząs, lament i rozpacz, godne antycznej tragedii. Myślę, że obecnej kulturze przydałoby się trochę tamtejszego luzu. Mniej byłoby dramatów i zwichniętych kręgosłupów moralnych. Jakkolwiek zabrzmi to tautologicznie, dzisiejszy pieniądz przedstawia sobą zbyt dużą wartość i reguluje relacje międzyludzkie w niepokojąco wysokim stopniu.

Po drugie, cechą różnicującą pieniądz socjalistyczny od kapitalistycznego jest coś, co nazwałbym kategorią „gubności”, czyli podatnością na zgubienie. Pieniądz socjalistyczny gubił się często. Jako dziecko wielokrotnie gubiłem i równie często znajdowałem pieniążki – a to przy sklepie, między kapslami i szkiełkami potłuczonych butelek, a to na chodniku lub w trawie. Po roku 1989 – jak nożem uciął, choć trudno przypuszczać, aby to moja spostrzegawczość uległa zmniejszeniu. Kategoria „gubności” przestała praktycznie istnieć. Dzisiaj niezwykle trudno znaleźć choćby złotówkę. Podejrzewam także, że obecnie nie tylko znaleźć pieniądze jest trudno, ale równie trudno jest komuś je ukraść. Zawód kieszonkowca to w naszych czasach jeden z najcięższych kawałków chleba. Ludzie pilnują swoich portfeli jak źrenicy oka lub też deponują gotówkę w bankach.

Rozwój banków, które wyrastają jak grzyby po deszczu, skutkuje nową formą kapitalistycznego pieniądza. Zamiast poczciwego brzęku monet, szelestu banknotów, coraz częściej kapitalistyczny pieniądz krąży w widmowej krainie pinów i długich numerów, przyjmuje kształt plastikowej karty oraz arytmetycznych wzorów na kasowych wyciągach. Przyznaję: mam z tym kłopot, gdyż wychowałem się w socjalistycznym kulcie gotówki. Przelew – przelewem, konto – kontem, ale memu sercu bliższy jest pieniądz w realu. To pozostałość po socjalizmie, jak również po naukach babki. Już w wolnej Polsce, na przekór obietnicom procentów i odsetek oferowanych przez bankowych gigantów, babka deponowała swój grosz w poczciwej skarpecie. Wprawdzie mam własne konto, ale wybór: gotówka czy przelew, zawsze skłania mnie ku gotówce. To nieusuwalne znamię przeszłości. Pieniądz socjalistyczny był zawsze konkretny, po niego wystawało się przed okienkami kas, z nim – niczym z druhem najlepszym – w dniu wypłaty lud wyruszał na podbój miasta. Pamiętam, że do późnej nocy wyczekiwałem ojca i obiecanego kieszonkowego. Dzisiejszy pieniądz pseudonimuje swoją formę, jest bardziej anonimowy, a przy tym rodzi wielkie katusze: przelali czy nie przelali, doszedł przelew czy jeszcze nie doszedł? Pieniądz kapitalistyczny to widmowy świat, sygnowany kredytową kartą.

Myślę też, że wraz z nastaniem pieniądza kapitalistycznego odchodzą w przeszłość dawne stosunki rodzinne i społeczne. Archetypiczny model wychowawczy: ojciec wręczający pieniądz dziecku – jest w zaniku i pewnie dożyjemy czasów, że naszym dzieciom będziemy przelewać kieszonkowe na wysokooprocentowane konta w jakimś Deutsche Banku lub jeszcze gorzej – na tajne rachunki w Szwajcarii. Kiedyś, w chwilach kryzysu rodzinnego budżetu, rodzice pożyczali pieniądze z dziecięcych skarbonek, a obecny trend jest taki, że dzieciak szybciej wejdzie w rolę Pawki Morozowa, niż zdradzi swój pin.

W szerszym planie społecznym do lamusa odchodzi również owa bogini zwana kasjerką. Za komuny była ważniejsza od pracodawcy. Kto dobrze żył z kasjerką, ten żył jak u Pana Boga za piecem. Miejsce kasjerki zajął dzisiaj bankomat – urządzenie wprawdzie mniej kapryśnie i wyniosłe, lecz całkiem bezduszne. Ilekroć jestem w biedzie i staję przed nim niczym przed jasnogórskim Obrazem, czuję wielki dyskomfort i idiotyzm sytuacji. Zwłaszcza że – zależnie od stanu mojego konta – ekran wyświetlający suchy komunikat staje się albo cudownym ikonostasem, albo – niestety częściej – Ścianą Płaczu. To rzecz znamienna, że bankomat ulega swoistej deifikacji, jest sublimacją sfery sacrum, znajdując nawet swój wyraz w poetyckim obrazach. Można przywołać chociażby utwór Grzegorza Olszańskiego Wiersz do bankomatu czy Psalm 158 Piotra Czerskiego, w którym podmiot liryczny doznaje mistycznej mądrości:

Wprowadzony kod PIN nie jest prawidłowy. 
Czy
chcesz spróbować jeszcze raz? Oto dowód  
na to,
że cudom nie są potrzebne ołtarze. Tutaj
i teraz jestem oczyszczony: przed ekranem
bankomatu zdjął Pan zaćmę z oczu moich, 
Pan
otworzył moje uszy. [ … ]

W bardziej bezpośredni i częstochowski sposób boską moc bankomatu opisuje internetowy poeta, ukryty pod nickiem Kriz, w wierszu Oda do mamony:

Błagam Cię o potężna i ponura maszyno
Wytoczyłem się z knajpy bo skończyło się 
wino
Ty zbywasz mnie ostatnio cholernym  
milczeniem
Czas zatem na rozmowę z Twoim 
wyświetlaczem.

Powyższe przykłady dowodzą, że pieniądz kapitalistyczny dramatyzuje sytuację egzystencjalną, dając człowiekowi poczucie obcowania z transcendentną siłą o boskich kwantyfikatorach. Aura grozy i tajemniczości koresponduje tutaj z najbardziej gnostycznymi przeżyciami. Trudno sobie wyobrazić, by pieniądz socjalistyczny był źródłem aż takich natchnień.

Kolejna cecha różnicująca dwa światy monetarne: pieniądz jako kantowska rzecz sama w sobie. Za komuny czegoś takiego nie było, o czym uczciwie informowały napisy na banknotach, zaznaczając, że ich użytkownik ma do czynienia z „biletami Narodowego Banku Polskiego”. Owo słówko „bilet” oznaczało jego pośredni charakter, dawało do zrozumienia, że pieniądz sam w sobie znaczy niewiele, praktycznie nic, jeśli za jego sprawą nie można stać się posiadaczem materialnego dobra. Tymczasem dzisiaj materialne dobra są dostępne w każdej ilości i asortymencie, więc na nikim nie robią wrażenia pralki, lodówki, odtwarzacze CD, komputery, mieszkania i samochody. Wrażenie robi sam pieniądz, a dokładniej – bieżący stan konta. Świat konsumpcji zdaje się mieć zamknięte ramy, świat pieniądza wciąż poszerza swoje granice. Ludzie zaczynają się nudzić ustawicznym podnoszeniem komfortu życia, bo ileż można nabyć grillów lub ogrodowych krasnali? Jak długo można ścigać się z sąsiadem wielkością plazm kupionych na raty? Pieniądz uzyskuje rangę autonomiczną, jest niezależnym bytem. Nie chodzi o to, by wydawać pieniądze, lecz żeby je gromadzić i mieć, w myśl zasady: pójdź złoto do złota.

Zastanawiająca jest jeszcze jedna różnica między pieniądzem socjalistycznym a kapitalistycznym. Pierwszy był traktowany przede wszystkim w czasie teraźniejszym. Nikt nie snuł dalekosiężnych planów finansowych, bowiem reglamentacja zysków była wpisana w socjalistyczny etatyzm. O drugim myślimy jako o pieniądzu in spe. Dlatego też pieniądz kapitalistyczny uzasadnia zmienność i gorączkową dynamikę naszego życia, owocuje najróżniejszymi strategiami i taktykami, obliczonymi na perspektywiczne zyski. Przysłowiowy Kowalski żyje po to, aby zarabiać, a pojęcie czasu przynależy do pojęć z dziedziny ekonomii. Pieniądz jawi się Kowalskiemu jako ów szczyt, który wcześniej czy później zdobędzie, jako owa Mekka, do której, choćby po długich latach wyrzeczeń, to jednak dojdzie. Innymi słowy: prawdziwymi pieniędzmi są te, których Kowalski dorobi się w przyszłości, które dopiero przed nim. Tkwi w tym podstawowa pułapka obecnej cywilizacji, zdiagnozowana przez Rousseau prawie trzysta lat temu: Pieniądze, które mamy, są narzędziem wolności. Pieniądze, za którymi się uganiamy – narzędziem niewoli. Trudno się nie zgodzić z autorem Umowy społecznej, w przeciwieństwie do późniejszych filozofów pokroju Georga Simmla, zachwalających pieniądz jako środek osobistej niezależności. Można by na to przystać pod warunkiem, że niezależność materialna jest tożsama z niezależnością duchową. Rzeczywistość pokazuje jednak coś odwrotnego.

Tym sposobem dochodzę do klasycznie schizofrenicznej puenty: pieniądz socjalistyczny istnieje w krainie mojego przeszłego dzieciństwa. Jest utopią, w którą nie dało się wierzyć. Pieniądz kapitalistyczny istnieje w czasie obecnym i trzyma formę, pomimo udramatyzowanych bess i kryzysów, zgodnych z oczekiwaniami społeczeństwa spektaklu. Jest utopią, w którą każe mi się wierzyć.

Mariusz Sieniewicz





 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas