poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARTA WYKA
Zakopane dolary
Dekada Literacka 2009, nr 1-2 (233-234)

Pierwszy raz usłyszałam o zakopanych dolarach w domu moich dziadków, bardzo mnie ta informacja zdziwiła. Dziadek zakopał dolary w ogrodzie, ukrywając je tym sposobem przed Niemcami. Potem jednak nie był pewien miejsca kryjówki, mówiło się też o zamurowaniu dolarów w łazience, trwały jakieś poszukiwania. Wspominam o tym, bo wtedy do dziecka powojennego dotarło, że pieniądze przedstawiają jakiś problem, również dwuznaczny, a może nawet groźny dla ich posiadacza.

Po wojnie dziadek przyjeżdżał do Krakowa raz na jakiś czas, aby sprzedać dolary, co było procederem nielegalnym i groziło więzieniem. Handel miał miejsce w kawiarni Noworolskiego. Dziadek przywoził chyba tak zwane świnki, pieniądze były mu potrzebne na codzienne wydatki i utrzymanie, ponieważ razem z babką aż do śmierci mieszkali sami, utrzymywali się z własnych funduszy, nie oczekując niczego od dzieci.

Przed wojną dziadek miał dobrze prosperujący tartak, sprzedawał w nim drzewo z własnych lasów. Po wojnie lasy znacjonalizowano, tartak zaczął podupadać, dziadka, starszego już człowieka, dręczyły domiary i inne obostrzenia. Tartak przestał istnieć, ale problem pieniędzy pozostał. Kiedy dziadek zjawiał się w Krakowie w związku z rytualną dolarową sesją, dawał mnie i siostrze po stuzłotowym banknocie. Byłyśmy bardzo zadowolone, obracałyśmy dar na kino oraz inne drobiazgi. 

W społecznej opinii należałam, jak sądzę, do warstwy pieniężnie uprzywilejowanej, nie ze względu na majątek dziadka, który przepadł, ale na zarobki i pozycję ojca. Mama po wojnie już nie pracowała, przed wojną była urzędniczką w kancelarii adwokackiej w Krzeszowicach. Pozostałością tej pracy była umiejętność sprawnego pisania na maszynie, przez jakiś czas mama przepisywała więc rękopisy ojca.

Wracam jednak do statusu finansowego. W domu, odkąd pamiętam, była służąca, ale warto wiedzieć, iż nie oznaczało to wówczas – inaczej niż dzisiaj – jakiegoś wielkiego wydatku. Wręcz przeciwnie: służącym, na ogół dziewczynom ze wsi rwącym się do miasta za wszelką cenę, nic się nie płaciło – tylko tak zwaną ubezpieczalnię. Potem otrzymywały jakieś niewielkie wynagrodzenie. Spały na łóżku w kuchni, raz w tygodniu miały wychodne, niewiele umiały, mama uczyła je wszystkiego od początku – ale świadczyły jakoś o statusie domu. Mama natomiast skrupulatnie pilnowała, aby po przyjęciach imieninowych, jakie urządzała dwa razy do roku, goście zostawiali służącym napiwek. Ale goście znali ten zwyczaj, nie trzeba ich było specjalnie namawiać. Tym niemniej mama przepytywała – oczywiście po wyjściu towarzystwa – o wysokość sumy.

Dzieciom nic nie brakowało, ale też pamiętać trzeba, iż zarówno wymagania, jak możliwości były naprawdę niewielkie. Na wakacje jeździło się na dwa miesiące na wieś, razem z garnkami, pościelą i kolejną służącą. Rodzice wynajmowali na całe lato część wiejskiego domu. W związku z tym nigdy nie byłam na żadnych koloniach, kiedy zaś nieco podrosłam, jeździłam do domów pracy twórczej, wygodnych i sympatycznych, gdzie młodzież z inteligenckich i pisarskich domów stanowiła jakąś część klienteli. Domy nie kosztowały drogo, karmiono w nich dobrze, a nawet przynoszono śniadanie do łóżka.

Zastanawiam się, czy w moim domu rodzinnym miały miejsce jakieś finansowe ekscesy, które by mnie wobec rówieśników mogły wyróżniać. Być może ekscesem było to, iż ojciec czasem wyjeżdżał za granicę i przywoził stamtąd coś do ubrania. Powiadam „coś do ubrania”, ponieważ każdy produkt zza żelaznej kurtyny tak zdecydowanie różnił się od krajowej, burej produkcji, że już sam fakt jego posiadania wyróżniał.

Sam ojciec miał dwa bodaj garnitury uszyte na miarę przez krawca, i wydaje mi się, że nigdy ich nie miał więcej. 

Świętem dla dzieci była wyprawa na lody – w niedzielę – do lodziarni przy ulicy Jagiellońskiej. Pierwszy raz wyjechałam za granicę do Bułgarii – już na studiach. Zatem za pieniądze osiągało się niezbyt wiele, ale też do pieniędzy w moim domu nie przywiązywano wielkiej wagi. Ojciec jako profesor, a potem dyrektor IBL zarabiał wystarczająco dobrze. Jeśli coś kupował – to przede wszystkim obrazy, a pamiętać trzeba, iż zaraz po wojnie były one bardzo tanie. Wyprzedawali się ludzie niegdyś zamożni, Malczewskiego czy Hoffmana kupowało się za bezcen, podobnie antyczne meble, częściowo zresztą pochodzące z szabru na Ziemiach Zachodnich. 

Dom był więc ładnie umeblowany, zaś kosztowało to niewiele. Mieszkanie, jak większość, należało do państwa, samochodu nie było, dopiero po wielu latach pojawił się wartburg, którego mój ojciec nigdy nie nauczył się prowadzić, zatem przeszedł on w ręce domowej młodzieży, już wówczas studiującej. Może ten samochód postrzegano również jako oznakę zamożności?

Ojciec traktował sprawę wszelkiej własności – w tym również pieniężnej – jak problem wstydliwy. O pieniądzach się nie mówiło, podobnie jak o własności. Częściowo na skutek tego uporu ojca straciliśmy ostatecznie nieruchomości należące do nas przed wojną: przede wszystkim willę w Krzeszowicach. Ojciec nie chciał podjąć żadnych pertraktacji w celu odzyskania w niej choćby jednego pokoju, willa bowiem podległa kwaterunkowi i zamieszkali w niej obcy ludzie. Stopniowo niszczała, ostatecznie kupili ją za małe pieniądze ludzie bardziej od nas przewidujący: po latach dali mieszkania lokatorom i zostali właścicielami całości. Na takie interesy ani dziadek, ani ojciec nie dali się namówić. Zgubiła ich niewiara: nie wierzyli mianowicie, iż kapitalizm wróci.

Kiedy sama zaczęłam zarabiać – a można uznać za ten początek stypendium na studiach doktoranckich, wówczas równe pensji asystenta, byłam ze swojego statusu materialnego zadowolona. Stałam się samodzielna finansowo, to znaczy mogłam się ubrać bez wsparcia mamy (tata strojami się nie interesował). Zaczęłam pisać recenzje dla „Życia Literackiego” jeszcze na studiach, płacono zupełnie przyzwoicie i regularnie. Ja też starałam się pisać regularnie. To pozwalało czasem na finansowe ekstrawagancje – na przykład na kolację w Wierzynku, gdzie awanturka, czyli biały serek z sardynką, oraz sztuka mięsa z pieca były w zasięgu moich finansowych możliwości.

Pierwsza moja stała praca ze stałym wynagrodzeniem to Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Krakowie. Za pierwszą asystencką pensję kupiłam mojej mamie stary, srebrny naszyjnik z topazami, w desie. 

Kosztował 700 złotych.

Marta Wyka




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas