poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAREK SKWARNICKI
A kiedy wiersze stają się monetą…
Dekada Literacka 2009, nr 1-2 (233-234)

Wiedza o praktycznej stronie życia artystów, w tym i pisarzy, za czasów PRL, jest dla tych, co PRL-u nie zaznali, niezwykle nikła i trudna dla nich do pojęcia. Trudno im uwierzyć w finansowe abrakadabry komuny. Nic dziwnego. Sytuacja finansowa była wtedy również dla nas, wplątanych w „siatki płac”, trudna do zrozumienia i rozwikłania. Tylko fragment wiersza K.I. Gałczyńskiego, cytowanego w tytule, który w całości brzmi A kiedy wiersze stają się monetą / cóż to za rozkosz być wtedy poetą, był i jest prawdziwy zarówno w komunizmie jak i w kapitalizmie.

W zasadzie wszelkie honoraria obliczane były za PRL według ustawy wydawniczej. Ustawa ta wyliczała gatunki i rodzaje twórczości, dzieląc je przede wszystkim na prozę i poezję, jeszcze tłumaczenia i opracowania, osobno natomiast przekłady z języków obcych. Dalszych kategorii piśmiennictwa nie pamiętam, bo mnie nie dotyczyły. Wszelkie płatności obliczane były wg tzw. arkuszy autorskich, odrębnych dla prozy i poezji. Arkusz autorski prozy czy publicystyki liczył określoną liczbę znaków, a poezji – liczbę linijek. Gdy chodzi o wiersze, to Jerzy Harasymowicz lub Różewicz zapewne zarabiali więcej niż inni, bo niezależnie od wagi poezji poszczególnych twórców ci, którzy pisali „ciurkiem”, wierszem wolnym, otrzymywali pieniądze za więcej „arkuszy” aniżeli poeci strof tradycyjnych.

Na publikowanie utworów prozą lub wierszem wydawnictwa z autorami podpisywały umowy na określoną liczbę arkuszy dzieła w jednym wydaniu, z góry ograniczonym wymienioną też z góry liczbą egzemplarzy. Pieniądze otrzymywało się niezależnie od liczby sprzedanych egzemplarzy, można powiedzieć, że „od metra”. Na dalsze wydania musiały być podpisane następne umowy, które procentowo obniżały sumy pieniężne. Ale już tu trzeba dodać, że autorzy uprzywilejowani politycznie, ideologicznie, mogli pierwszą umowę zawierać na kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy według najwyższych stawek za „arkusz”. Gorzej widziani politycznie otrzymywali gorsze stawki. Liczbę zakontraktowanych arkuszy wydawca narzucał lub negocjował według kryteriów nie tylko wartości autora i dzieła, lecz także kalkulacji politycznych. Te z kolei zależały od kierunku polityki kulturalnej KC PZPR (Komitet Centralny Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej) zmieniającej się co jakiś czas, a niekiedy z dnia na dzień. Na przykład, gdy Czesław Miłosz zerwał więzy z PRL i został „bez pozwolenia” na Zachodzie, z dnia na dzień wycofano wszystkie jego książki z księgarń, bibliotek i ewentualnie z drukarń. Główny Urząd Kontroli Prasy Książek i Widowisk zabraniał jednocześnie, by nazwisko Miłosza ukazywało się gdziekolwiek drukiem. Tak samo działo się z autorami, którzy w jakiś sposób manifestowali przeciwko władzom, np. już w latach 60. podpisując „List 34”, protestujący przeciwko cenzurze i polityce kulturalnej. Jako etatowy redaktor w katolickim „Tygodniku Powszechnym” osobiście pamiętam te represje, gdyż „List 34” podpisał nasz naczelny Jerzy Turowicz, więc nakład pisma, które miało pozwolenie na druk tylko 50 000 egzemplarzy, obcięto do 30 000, a czytelników mieliśmy co najmniej 200 000.

Wszystko zatem zależało od stopnia uprzywilejowania ideologicznego autora, wydawnictwa, a także treści, rodzaju, tematu piśmiennictwa. Był to autentyczny Orwell, którego monopol przełamały dopiero wydawnictwa drugiego obiegu, a cały czas starały się przełamać wydawnictwa emigracyjne szmuglowane do kraju z Paryża lub Londynu.

Zbigniew Herbert powiedział kiedyś, że w PRL istnieją dwa kurniki: katolicki i państwowy. Kura, jeśli się z któregoś wydostanie i biega między klatkami, to wszyscy w nią rzucają butami. Mowa oczywiście o pisarzach, których sytuację poznawałem najlepiej na własnej skórze. Zarobki redaktorów „Tygodnika Powszechnego” były marne. Żyliśmy z trójką dzieci i teściową z pensji żony i moich dochodów. Był nawet taki krótki okres, gdy w „Tygodniku” w ogóle nie otrzymywaliśmy pieniędzy. Stanowiło to rezultat owej szykany za podpis Turowicza pod „Listem 34”. 

Po raz drugi coś podobnego się zdarzyło w stanie wojennym, gdy pismo od grudnia 1981 do maja 1982 w ogóle się nie ukazywało.

Pismo nie mogło powiększać ani nakładu, ani objętości. Pozwolenie cenzury było na 8 stron. Na Boże Narodzenie i Wielkanoc składaliśmy osobne podania na numery świąteczne, by wydrukować 12 stron. Ale zdążając do finansowych, a nie tylko politycznych wniosków, dodać trzeba, że mieliśmy dwa wyjścia możliwe dla „inicjatywy prywatnej” w komunistycznym państwie: albo założyć spółdzielnię, albo spółkę z o.o. Gdybyśmy się stali spółdzielnią, płacilibyśmy mniejsze podatki, a więc nie pozwolono nam założyć spółdzielni, lecz spółkę z o.o. Instytut Wydawniczy Znak wydającą książki, miesięcznik „Znak” i „Tygodnik”. Była to spółka (żeby było śmieszniej) oparta na przepisach międzywojennego, burżuazyjnego prawa handlowego. Miała udziałowców. Tymi udziałowcami stali się ochotnicy z grona redakcyjnego. Też byłem takim udziałowcem. A ponieważ każdy z nas żył od pierwszego do pierwszego, udziały w jakiejś skromnej wysokości zapłaciły za nas pisma. Byłem więc też założycielem obchodzącego teraz 50-lecie Instytutu Wydawniczego Znak, który ostatnio w kapitalizmie formalnie się oddzielił od „Tygodnika”. 

Moja osobista sytuacja finansowa wyglądała różnie w biegu lat PRL. Należałem do „kurnika” katolickiego, co automatycznie uniemożliwiało mi wydawanie wierszy (które przeważnie treściowo były całkowicie świeckie) w wydawnictwach państwowych. Pierwszy tomik wydałem w Znaku, czyli we własnej „klatce”. Drugi odrzuciło mi Wydawnictwo Literackie, którego dyrektorem wówczas był tow. Skórnicki. Otrzymałem potem kiedyś wewnętrzną recenzję Jacka Kajtocha, członka PZPR, który mój tomik utrącił. Skórnicki awansował do Warszawy, a dyrektorem WL został tow. Kurz, zaś dział poezji prowadziła Ewa Lipska. Dzięki niej udało mi się wydać moje Wiersze wybrane. Oczywiście dochód z wierszy był marny, bardziej mi zależało na złamaniu politycznej bariery niż na czymkolwiek innym, bo tak czy siak nie mogłem liczyć na status pisarza chociażby z korytarza między „kurnikami”. Korzystał z niego Jan Józef Szczepański, który współpracował z „Tygodnikiem”, ale nie miał w nim etatu jak ja. Też miał problemy, ale znalazł sobie drogę filmowego scenarzysty, i to w nurcie obrazów wojennych. Tu z czasem, po 1956 roku, gdy prześladowanych AK-owców wypuszczono z więzień, cenzura ich tępiąca zelżała. Przykładem chociażby Kanał Wajdy, potem Westerplatte według scenariusza Jasia. Namówił mnie on, bym spróbował zarobić na sztukach lalkowych dla dzieci, terytorium częściowo dostępnym dla „reakcjonistów”. Napisałem dwie sztuki i jedna nawet zdobyła jakąś prowincjonalną nagrodę. Największym osiągnięciem były Skarby króla Dropsa, polegające na pomyśle, że ten król posiadał tort, który odrastał w miarę, jak się go jadło. Tort porwali zbójcy nieznający tego sekretu i objadając się, pękali z przejedzenia. W Teatrze Lalkowym w Toruniu zbójcy, mając brzuszki z baloników, zaczęli pękać na scenie, a dzieci mdlały z przerażenia na widowni. Zmieniono więc tort na leguminę i nikt nie pękał, a ja dostawałem niezłe tantiemy.

Inna ilustracja finansowo-politycznej mojej doli to powieść Marcin, która ukazała się w roku 1968, w samym wirze studenckich i antysemickich pałowań. Książka dwa lata była wstawiana do planu wydawniczego w Znaku. Nie było wciąż zgody. Wreszcie poprosiłem o interwencję posła Stommę z tego co ja „kurnika”. Okazało się, że zwrócił się o protekcję do samego Zenona Kliszki, prawej rękę Gomułki, i książka się ukazała… W sam raz, by strajkujący w Uniwersytecie Warszawskim studenci mogli – jak mi potem powiedziano – czytać fragmenty skierowane przeciwko antysemityzmowi. W dodatku w styczniu Marcin został razem z innymi ogłoszony książką roku przez „Wolną Europę”. Polski Orwell okazał się już wtedy dziurawy.

Potem dobrym dochodem stała się dla mnie nagroda im. Kościelskich, którą otrzymałem z Janem Błońskim i Markiem Nowakowskim. Tyle że po jej ogłoszeniu nic o niej nie wiedziałem. Jury z Genewy posłało list do Związku Literatów Polskich w Warszawie, gdzie przejął go Jarosław Iwaszkiewicz, który drżał pewnie, by nie wyszło na to, że sprzyja „tygodnikowcowi”, i posłał go do Wydziału Kultury KC. Ale prezes Jury Fundacji Kościelskich przysłał mi list na adres „Tygodnika”, pytając mnie, dlaczego mu nie odpowiadam i kiedy się zgłoszę po odbiór franków w Genewie. Wszystko się więc wydało. Jesienią do Genewy pojechaliśmy z żoną.

Tak więc miałem finansowe wzloty i upadki. Pomiędzy wzlotami biegły liczne lata, które były przeważnie co najmniej wątłe.

W 1972 znowu, jak wtedy z tymi Kościelskimi, polityka państwowa okazała się niezupełnie szczelna. To był coraz bardziej „słomiany Orwell”. Otóż nagle w Krakowie pojawił się Paul Engel, Amerykanin, dyrektor International Writing Program of Iowa State University. Nieżyjący już dzisiaj Paul przybył pod Wawel „po linii związkowej”. Otrzymałem nagle telefon z ZLP z prośbą, by mu towarzyszyć w Krakowie, bo mówię po angielsku. Poza mną towarzyszyli mu Leszek Elektorowicz i Tadzio Nowak. Ten ostatni nie znał angielskiego, ale był naszą partyjną przyzwoitką. Tadeusz był takim marksistą jak ja wyznawcą Buddy, ale był po prostu przyjacielem, świetnym poetą, szanowanym przez „bezpartyjną” lożę w ZLP. Paul Engel miał słabość do Polaków i wódki. W czasie wojny gdzieś stykał się z naszymi wojakami, no a „Polish Vodka” to trunek niezwykle zacny. Tak więc wtedy w czasie uczty w hotelu Cracovia załatwiliśmy, że Elektorowicz pojechał na amerykańskie wielomiesięczne stypendium pierwszy, a ja drugi. Ale tu znowu powstał problem, i przy mnie, i przy Nowakowskim. Bo poza wszystkimi już wyżej wymienionymi płotami naszych „kurników” w moim wypadku istniał jeszcze płot wyznaniowy. Na mój wyjazd do Ameryki poza Ministrem Kultury wydawał pozwolenie IV Wydział SB oraz pewnie Urząd ds. Wyznań. Już myślałem, że nie wyjadę, gdy paszport dostałem i przybyłem do Iowa City z trzymiesięcznym opóźnieniem. Marek Nowakowski przybył z opóźnieniem pięciomiesięcznym. Trzymając się finansowego tematu dochodów pisarskich za PRL, powiem, że zarobiliśmy sporo, a ci, co myśleli, że nam robią dolarową krzywdę, pomylili się, bo Amerykanie mieli na każdego obliczony budżet pełnego roku akademickiego i za zaoszczędzone przez nasze spóźnienia pieniądze zaprosili do Stanów nasze żony i opłacili podróże po Ameryce.

W Iowa byli wówczas na własną rękę Artur Międzyrzecki i Julia Hartwig. Przewędrował przez Iowę Zdzisław Najder. Spotkałem się w Berkeley z Miłoszem, a wszystko to z dobroci Wuja Sama. My wszyscy byliśmy dorabiającymi „na wolności” pisarzami, którym „się udało”. Potem wracaliśmy do krainy szarej, nudnej, czekając na nowe przełomy polityczne. Do głowy nikomu w ogóle nie przychodziło, że Polska będzie w NATO, w Unii Europejskiej, bez cenzury, bez ideologicznych „kurników”, z wolnym rynkiem sztuki i paszportami na całą Europę i świat. Niechęć do Europy, dolara i euro, a także do „wykształciuchów” mogą dzisiaj głosić tylko ludzie bojący się wolności, bo to wpajała wszystkim PRL. 

Zagraniczne dorabianie lub wręcz zarabianie literatów na Zachodzie nie było rzadkością. Wystarczy dzisiaj przeczytać korespondencję Herberta, który prześladowany w kraju wyrywał się za granicę i tam żył od nagrody do nagrody, a potem od stypendium do stypendium i za honoraria już tłumaczonych jego poezji. Dodam, że te „saksy” pisarskie były bardzo pożyteczne, bo w PRL jeszcze jedno obowiązywało dziwactwo. Dolar amerykański przy wjeździe do kraju winien był być każdorazowo deklarowany. Na podstawie kwitka celnego można było zakładać w Narodowym Banku Polskim tzw. konto A. Przez granicę wolno było wywozić tylko dewizy z tego konta. Inną formą dewizowego, legalnego posiadania kapitalistycznych walut było konto w Banku PKO, na które mogli wpłacać krewni i przyjaciele z zagranicy. Ten bank jednak operował nie żywą gotówką, lecz swoimi bonami. I w sumie istniały trzy kursy dolara: oficjalny w wysokości kilku (o ile dobrze pamiętam) złotych, PKO-wski kilkudziesięciozłotowy i czarnorynkowy osiągający setki złotych za dolara. Oczywiście, wszyscy, zarówno artyści, jak i robotnicy, urzędnicy i księża, kto żyw będąc Polakiem, przemycał waluty i sprzedawał na czarnym rynku. Przy takim stylu moralności publicznej co się dziwić, że i dzisiaj tak wielu obywateli omija przepisy już nie tylko walutowe.

W wymienianiu „kurników” nie wspomniałem o katolickiej klatce Stowarzyszenia Katolików PAX. Wydawało ono dziennik, tygodnik i miało wydawnictwo książkowe. PAX był stowarzyszeniem współpracującym z PZPR i korzystającym z dużych ulg wydawniczych. Była to „kryptopartia”, która usiłowała połączyć leninizm z Ewangelią, czyli wodę z ogniem. W istocie był to ruch faszyzujący. Nigdy w publikacjach PAX-u nie wydrukowałem ani słowa, więc i z jego niewątpliwych uprzywilejowań nie korzystałem ani ja, ani bardzo wielu pisarzy, nie tylko będących katolikami.

Od 1989 roku zachłystuję się wolnością i drukuję, gdzie mnie chcą i gdzie ja chcę.

Marek Skwarnicki




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas