poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
LEONARD NEUGER
Żadne pieniądze
Dekada Literacka 2009, nr 1-2 (233-234)

1
Byłem bogatym człowiekiem, i, wbrew ideologom ascezy, byłem wtedy szczęśliwy. Niestety, nie trwało to długo, skończyło się mniej więcej 35­ – 40 lat temu, ale nie mogę powiedzieć, żeby przeskok z bogactwa do życia skromnego, niekiedy w biedzie, zresztą nieszczególnie gwałtowny, sprawił mi większą przykrość. Skąd brałem pieniądze? Mieszkałem u rodziców, którzy mnie utrzymywali, tak że wikt i opierunek miałem zapewniony, studiowałem i dorabiałem sobie korepetycjami, które przynosiły spore dochody. Gigantyczne dochody! Zwłaszcza gdy się nie ma większych potrzeb: kupowałem książki, ot i całe moje dolce vita. Słowo „kupowałem“ nie oddaje jednak istoty rzeczy. W PRL-u rzadko zresztą było używane. Raczej mówiło się: „załatwiałem“ czy – częściej – „zdobywałem“. No więc książki, i nie tylko, zdobywałem. W krakowskiej księgarni Gebethnera & Wolffa – tak się mówiło – nigdy: „byłego G&W“, pracowały dwie panie: jedna o pięknej twarzy, jakby zdjętej z obrazu Rafaela, druga drobna, szczupła, nerwowa – którym zostałem przedstawiony przez pana Anhaldta, czytelnika nałogowego, co było widać na pierwszy rzut oka, i one zawsze zostawiały mi książki pod ladą. Amatorów afer korupcyjnych muszę tu rozczarować: te panie nigdy nie dostały ode mnie nawet prezentu, czego się bardzo wstydzę, ale wtedy wstydziłem się im jakiś prezent wręczyć. Dlaczego to robiły? Nie wiem, może w świecie braku, a PRL był światem wybrakowanym, gdzie na domiar złego brakowało wszystkiego, to właśnie pytanie nie jest na miejscu? 

2
W połowie lat 70. porzuciłem Kraków, zacząłem pracować na polonistyce Uniwersytetu Śląskiego i zamieszkałem w Dąbrowie Górniczej na osiedlu o znaczącej nazwie „Gołonóg“. Mieszkanie zdobyłem dzięki temu, że pracowałem na Uniwersytecie, któremu Wojewoda Katowicki przydzielił pewną pulę mieszkań, a nikt z partyjnych kandydatów do zamieszkania w Gołonogu, czyli branych serio pod uwagę, oferty nie przyjął. I wtedy ktoś z polonistyki dał mi „cynk“, a znawcy przedmiotu zachęcili mnie, żebym mieszkanie wziął, jako że w Gołonogu budują standardy enerdowskie. No i wziąłem. W 1978 roku doktoryzowałem się, co odegra pewną rolę w tej historii.

Przyjaźniłem się wtedy z Antkiem, szefem parowozowni Huty Katowice, raczej: ruchomym szefem, bo go raz po raz ze stanowiska wyrzucano, to za pijaństwo, to znów za grę na organach w Kościele Polskim. (kochał grać na organach. U katolików się bał, że doniosą. Ale ci drudzy też donieśli. Chyba jednak był dobrym fachowcem, bo go na stanowisko przywracano). Otóż co sobotę graliśmy w brydża: Antek, ksiądz proboszcz z kościółka na Górce Gołonoskiej, sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej jakiegoś oddziału Huty Katowice i ja. Gospodarzem najczęściej bywałem ja, czyli przygotowywałem poczęstunek, do którego surowce załatwiałem przez całą sieć znajomych. Jedyny poważny problem tych uroczych wieczorów i nocy stanowił ksiądz proboszcz: był człowiekiem starszym, więc trzeba go było odwozić na plebanię, bo na powrót na piechotę nocą pod stromą górę kompana się nie naraża. Ba, ale czym go odwieźć? Komórek jeszcze nie było, a telefon był marzeniem ściętej głowy rozłożonym na lata. Taksówka w Gołonogu AD 1979 o godzinie 2. nad ranem, zresztą o dowolnej innej porze też, to pomysł surrealistyczny. Nazajutrz po pierwszym brydżu u mnie zajechała ekipa z Huty Katowice, przybiła przed blokiem słup i przeprowadziła do mojego mieszkania drut telefoniczny. Miałem pierwszy telefon na osiedlu. Dzwoniło się do mnie przez centralę w Hucie Katowice. Wielu znajomych i obcych dzwoniło na pogotowie czy w innych pilnych sprawach. Sekretarz Podstawowej Organizacji Patryjnej po zakończonym brydżu dzwonił do Huty, po pół godzinie podjeżdżał gazik i odwoził księdza proboszcza.

3
Standard enerdowski daleki był od doskonałości. Na przykład umywalka w łazience tak była ulokowana, że nie sposób było przykryć betonu i rur pod nią jakąś szafką, też zresztą przydatną. Aby taki cel osiągnąć, należało umywalkę przesunąć, co wymagało fachowców. Antek chętnie podjął się załatwienia takowych. Przyjechało dwóch panów, powiedzieli, że tutaj właśnie pan dyrektor kazał przyjechać do pana doktora i wykonać robotę. Wykonali. Zapytałem, ile się należy. Podali sumę: prawie całą moją miesięczną pensję. Bez słowa zapłaciłem, wina była moja, bo nie zapytałem zawczasu. Potem posłali mnie po wódkę, na którą wręczyli mi pieniądze. Poszedłem. Wróciłem. Wypiliśmy. I wtedy padło pytanie: – A ile tak pan doktor wyciąga miesięcznie? Odpowiedziałem. Zażądali paska od pensji. Pokazałem. – To myśmy pana doktora okradli, myśleliśmy, że pan – ginekolog! Chcieli mi zwrócić pieniądze, ale się nie zgodziłem (och, ten honor!). Od tego czasu jeden z nich systematycznie przynosił mi pomarańcze, banany czy mandarynki (rzeczy wówczas nieosiągalne) dla mego syna. A drugi – dla wielu niedostępny, nieomal magiczny cel wielu wypraw – papier toaletowy. Nie pamiętam, czy w prezencie, czy też w cenie kosztów. To nie miało żadnego znaczenia.

4
A powinienem był się tego wszystkiego domyślić. W 1966 roku za szczęśliwe zaliczenie wszystkich egzaminów moja mama – w domu panował matriarchat – zafundowała mi wycieczkę do Szwecji (Malmö), do swojej przyjaciółki z obozu koncentracyjnego. I wtedy, w Malmö, byłem po raz pierwszy w synagodze. Pamiętam, że nie wolno było do niej dojechać autem, pewnie było to smutne święto Tisza be-Aw. Patrzyłem ciekawie na świątynię, na babiniec i chłonąłem nabożeństwo. Po jego zakończeniu podszedł do mnie chłopiec w moim wieku, pytał o mój kraj, o mnie, opowiadał też pewnie coś o sobie (rozmawialiśmy po angielsku). Na zakończenie rozmowy zwierzył mi się, że jest numizmatykiem i zapytał, czy mam polskie pieniądze. Miałem! Kupę drobnych! Wyjąłem natychmiast portmonetkę, co spowodowało popłoch. – Co ty robisz! Dzisiaj nie wolno mieć przy sobie pieniędzy!
I wtedy jakiś stary Żyd podszedł do nas, pogłaskał mego rozmówcę po głowie i powiedział: 
 – Możesz to spokojnie wziąć, to nie są żadne pieniądze!

Leonard Neuger




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas