poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JERZY MIKUŁOWSKI POMORSKI
Pieniądze pojawiają się i znikają…
Dekada Literacka 2009, nr 1-2 (233-234)

Pieniądze w moim życiu raz były, raz znikały i trzeba się było o nie bardzo starać. Nie były tożsame z majątkiem, czasem to, co się posiadało, przynosiło korzyści, czasem na odmianę mnożyło koszta. 

Tak było w mojej rodzinie i swój stosunek do pieniędzy dziedziczyłem po starszych, a nawet powiedzmy patetycznie, po przodkach. 

Można by to związać z moją rodzinną historią, ubożejących ziemian, którzy w XX w. starali się zbudować trwałe i bezpieczne podstawy bytowania. Jak dalece spojrzeć wstecz, to problem obecności pieniędzy, a potem ich utraty, występował.

Moja babka Gabriela była osobą majętną i panną posażną. Wychowana w pałacu arystokratka nie otrzymała praktycznego wykształcenia, chociaż siostry w Jazłowcu uczyły prowadzenia domu, bo pozycja i zamożność miały jej zapewnić życie damy. Było to może zasadą europejską, ale nie polską, o czym się Babcia miała przekonać. Wyszła za dziadka mego, Stanisława, właściciela niewielkiego majątku, ale za to obywatelskiego aktywisty gospodarczego guberni radomskiej, brata Józefa, przyszłego twórcy polskiego wyższego szkolnictwa rolniczego. Jej posag i jego przedsiębiorczość miały zapewnić rodzinie bezpieczny byt, a majątek przestawić na przetwórstwo spożywcze. Sady, ogrody, pola truskawkowe, w końcu fabryka przetworów – to wszystko dobrze się rozwijało, aż przyszły trzy nieszczęścia: kryzys, pożar fabryki i śmierć dziadka. Babcia została na majątku i musiała się nauczyć, jak nim zarządzać. Wstawała rano do udoju, późno się kładła spać, konferowała z rządcami, układała się z żydowskimi wierzycielami, a jak to jej szło, nietrudno przewidzieć, bo zadłużyła majątek. Majątek zabierał pieniądze. Mój ojciec, jeszcze jako student prawa, przerywał naukę, by jej pomóc w interesach. Gdy skończył studia i dostał posadę w odzyskanym polskim przemyśle ciężkim na Górnym Śląsku, zarabiał dobrze, nawet bardzo dobrze, ale całe wolne pieniądze ładował w majątek. 

Matka pochodziła z Kujaw. Jej ojciec był osobą wykształconą, nowoczesnym ziemianinem po nauce w Dublanach, majątek rozwijał, a wszystkie dzieci posłał na studia, dwu synów na rolnictwo, córki na historię i matematykę. Majątek utracił na początku wojny, bo go rodacy pani Steinbach z niego wyrzucili, przedtem przetrzymując w więzieniu. Nasze katowickie mieszkanie w podobnych okolicznościach przepadło.

Ojciec mobilizujący się w Winnicy dostał się do niewoli sowieckiej i jego ostatnim adresem był Starobielsk. Długo nie wiedzieliśmy, że to znaczy wyrok śmierci. Odeszli więc ci, którzy mieli o materialne bezpieczeństwo rodziny dbać, a pozostałe wymienione tu osoby spotkały się na lata okupacji w majątku mojej Babki w Sandomierskiem. 

Tu rozpoczyna się moje świadome życie. Owszem, z tej wojennej wędrówki po wysiedleniu z Kujaw przez Warszawę pamiętam pewne epizody: że nas wyrzucają, że życie jest przykre, że jest zimno, że inne dzieci płaczą, że stale czegoś nie ma, a czasem nie stać na doktora. Ale tak naprawdę lato roku 1941 było początkiem mojej świadomości i wstyd powiedzieć wobec tych, którzy przeżywali okupację w mieście, było pięknie i przez czas jakiś bezpieczne – tak mi się wówczas zdawało. O pieniądzach się nie mówiło, były zbyt niepewne wobec niemieckich rekwizycji i w ogóle nie rozmawiało się o przyszłości. Czekaliśmy na powrót ojca z niewoli i na koniec wojny.

Miesiąc na pierwszej linii frontu był także czasem oglądania upadku majątku. Niemiecki ostrzał wybił wszystkie krowy w oborze, konie zarekwirowała armia sowiecka, ogród dziczał, moje króliki też, bo trzeba je było wypuścić z klatek. Potem wędrówka na drugą linię frontu i próba stabilizacji materialnej. Panie wzięły sprawy w swoje ręce. Babka nauczona już doświadczeniem, że trzeba być samodzielną, osiadła w małym miasteczku na plebanii i utrzymywała nas z produkcji papierosów z gilz i miejscowego tytoniu. Ja z siostrą cioteczną zajmowaliśmy się ich dystrybucją do umówionych przez Babcię sklepikarzy i dostawaliśmy za to 1 złoty za pudełko. Potem już w mieście za tak zarobione pieniądze kupiliśmy znaczki w filatelistycznym sklepie, które złodzieje ukradli w tramwaju z torebki siostry, zanim dojechaliśmy do domu.

Były to pierwsze pieniądze, jakie miałem w rękach, i to od razu przez siebie zarobione i szybko utracone. Oczywiście jest to przesada. Wcześniej w naszym pokoju Babcia liczyła księdzu pieniądze, które zebrał na tacę, a ja w niedzielę zajmowałem się sprzedażą gazetek religijnych. Wiedziałem, że pieniądze nie należą mi się z tego powodu, że żyję, same nie spadają z nieba, ale że wydają je ludzie, którzy są co do tego przekonani. 

Dlatego też od nowego państwa socjalnego byłym ziemianom nic się nie należało. Pamiętam taki znaczący epizod w szkole wiejskiej, do której chodziłem. Kierownik szkoły zwrócił się do dzieci, by zgłosiły się, jeżeli ich rodzina jest biedna. Biedna? To znaczy jaka? – pytano. No – powiada kierownik – nie mają pola, konia, krowy, a nawet domu. Wstałem, niczego z tego nie miałem, to było jakby dla mnie. Głupie dziecko. Zapanowała konsternacja, na szczęście odezwał się dzwonek. Ale w ten sposób wychowałem się w przekonaniu, że należę do tych, którzy od państwa niczego nie mogą otrzymać. Trwało to aż do drugiego roku studiów, kiedy przeczytałem, że kwestura UJ poszukuje mnie wśród osób, które nie odbierają stypendiów za wyniki nauki. Nigdy o nie nie występowałem. 

Moja Matka też nie miała pracować, studia historyczne, zwieńczone pracą napisaną na seminarium bardzo wybitnego profesora, miały poszerzyć jej zainteresowania, ale nie chciała być uczoną ani nauczycielką. Zaraz po tzw. wyzwoleniu, podobnie jak Babcia, zajęła się uzupełnianiem rynku spożywczego w Sandomierzu, razem z kucharką ze dworu kręcąc lody i robiąc precle. Potem przeniosła się do Krakowa. Tam zdecydowała, że nie będzie uczyć historii, bo dziś to tylko nieprawda, za to za wskazówką bardzo przedsiębiorczej kuzynki nauczyła się wysokiej jakości krawiectwa, nigdy nie mając do tego powołania. Została prywatną inicjatywą, co pozwalało lepiej żyć i ściągnąć mnie ze wsi. 

Zaraz po wojnie ludzie chwytali się różnych prac i to im ujmy nie przynosiło. Na ulicy Szewskiej na rogu Jagiellońskiej siedział na małym składanym stołeczku dostojny stary hrabia Łoś o patriarchalnym wyglądzie oraz pięknej brodzie i sprzedawał jakieś drobiazgi z zagranicznych paczek, chyba gumę do żucia i papierosy. Dawni ziemianie narażeni byli przy tym na więcej niebezpieczeństw, bo ich procedery zarobkowe łatwiej mogły się okazać nielegalne lub za takie być uznane. Reforma rolna zakazywała im osiedlania się na terenie powiatu, w którym mieli majątki. Bardzo ograniczało to ich kontakty. Doświadczeni rolnicy w 1946 roku podjęli pracę przy administracji upaństwowionych gospodarstw rolnych, głównie na ziemiach zachodnich. Tak też postąpili mój dziadek stryjeczny Antoni i wuj Tadeusz. Mimo że działalność Państwowych Nieruchomości Ziemskich rozwijała się z powodzeniem, ich zarządcy zostali oskarżeni o sabotaż, co doprowadziło do głośnego procesu, a obaj panowie chronili się przed represjami w Warszawie. Inna grupa moich stryjów i ich kolegów założyła poważne przedsiębiorstwo handlowe i po kilku latach doczekała się z tego powodu procesu i pobytu w więzieniu. Skończyło się to ciężką chorobą nerwową jednego z nich, a sprawa utrzymania domu spoczęła na barkach bardzo kochającej męża ciotki, której interesy były okryte tajemnicą. Moja druga ciotka, doświadczona ogrodniczka, podjęła się administrowania dużego ogrodu w poniemieckim gospodarstwie rolnym i po dwu latach sukcesu została zwolniona na podstawie idei sprawiedliwości społecznej. Matki krawiectwo stale ocierało się o nielegalność, chroniła je, otwierając wraz ze znajomymi paniami z towarzystwa warsztat dekatyzowania materiałów, lecz tam pojawiały się często klientowskie błamy wełniane z surowca niewiadomego pochodzenia, co narażało zakład na częste kontrole skarbowe. 

My zaś natrafiliśmy na kłopoty mieszkaniowe. Jeden duży pokój w centrum miasta stawał się o godzinie 10. pracownią Matki i nie było w nim miejsca dla mnie. Matka zapisała mnie do YMCA, która była klubem dla chłopców, ale już po miesiącu okazało się, że jej na to nie stać. Mogłem działać w zuchach i nawet działałem, ale właśnie w tym czasie harcerstwo przechodziło reformę polityczną. Mój zastępowy odwiedził mnie w domu, by powiedzieć, że ja postąpię, jak zechcę, ale jego tam nie będzie. Zrozumiałem. Konsylium licznych i mniej mi znanych miejscowych ciotek uchwaliło, że mam iść do szkoły klasztornej z pełnym konwiktem. Widziały to oczyma przedwojennych pań, które pamiętały, że w takich szkołach wychowywali się ich bracia czy przyszli mężowie. No cóż, nie wzięły pod uwagę, że niegdyś wzorcowy konwikt przypominał teraz dom poprawczy. Dzieci były zaraz-powojenne, zestresowane, miały zmory senne, lały do łóżek, co zwalczano ośmieszaniem i biciem. To tak na dzień dobry, potem nie było lepiej. Przeżyłem tam jeden rok, na początku drugiego okazało się, że na pełny konwikt nie mamy pieniędzy. Tym razem był to szczęśliwy dla mnie palec losu. Chodziłem do tej szkoły rano, jadłem obiad, zostawałem na lectorium, czyli odrabianie lekcji, a potem do domu.

Matki krawiectwo miało też swoją cenę; gdy jako nosiciel dwu nazwisk i syn prywatnej inicjatywy starałem się do liceum, moje nazwisko zostało skreślone z listy kandydatów przez gorliwego wizytatora. Proponowano, bym poszedł do technikum górniczego. Dostałem się do liceum nielegalnie, bo bez egzaminu, dzięki życzliwości i „zmowie” partyjnego kierownika szkoły podstawowej i reakcyjnego, jak wtedy mówiono, dyrektora liceum. Tak też dalsza moja droga naukowa do profesora uniwersytetu włącznie jest efektem korupcji i zmowy ponad podziałami. Piszę o tym, bo tuż trzeba zacząć wątek o tym, jak wiele zależy w życiu od życzliwości innych ludzi.

Sympatia do przegranego jest szlachetną właściwością pewnych kultur i Polacy zdali, w oczach mojej pamięci, dobrze egzamin z jej posiadania. Jemu jest ciężko, znienawidzony system go gnoi, to trzeba mu pomóc. Taki był zapewne motyw tej zmowy dyrektorów, bo też Matka moja nie chodziła po protekcję, nie znosiła tego, ale i nie umiała. Potem ten motyw znów się ujawnił, gdy proponowano mi płatne korepetycje czy zapraszano na wakacje. 

Własne pieniądze z korepetycji należało rozsądnie zainwestować, a nie wydać na lody. Dlatego też kupiłem z nich rower, ciężki, ale solidny „Bałtyk”, co pozwoliło mi uczestniczyć w grupie kolegów szkolnych-rowerzystów, którzy jeździli po okolicach, czasem na długie wycieczki. To były dobrze zainwestowane pieniądze.

Gdy pogodziliśmy Matki pracę i trudności mieszkaniowe, problemu zaczęły nastręczać wakacje. Dwa miesiące laby musiały być jakoś wypełnione. Wysyłano mnie więc w różne miejsca, raz był to interesujący pobyt w rodzinnej resztówce pod Radomiem, innym razem wizyta w kurorcie, ale pod opieką starszej pani, zdecydowanie nadopiekuńczej. Odczuwałem przez skórę, że często jestem intruzem korzystającym z ludzkiej życzliwości, że wszedłem tu na doczepkę, że może być ze mną problem. W końcu rozwiązaniem stała się wędrówka z plecakiem w góry, ale tam nie było miejsca na moje domniemane pasożytnictwo, miałem tam swoją rolę, a w ogóle góry to próba poważna. Musiałem się też ich nauczyć. To rozwinęło się w następną przygodę samodzielności finansowej, bo już na studiach zatrudniłem się na letnie miesiące jako przewodnik górski tak zwanych wczasów wędrownych. 

Innym rodzajem samodzielności był sport klubowy. Lekkoatletyka, potem szermierka dawały darmowy sprzęt, dresy, wyjazdy na obozy i zawody; wypełniały czas.

Spotykałem tam wielu chłopców podobnych do mnie, gdy chodzi o pozycję majątkową i społeczną.

Ukończyłem studia prawnicze, równocześnie chodząc na fakultet świeżo otwartej socjologii. To jednak tylko w niewielkim stopniu tłumaczyło fakt, że jeszcze nie podjąłem pracy. Zawody prawnicze na początku lat 60. chroniły się w zapomniany w latach surowej komuny korporacjonizm. Adwokatem trzeba było się urodzić w rodzinie adwokackiej. Mimo sukcesów i laurów w konkursach krasomówczych nie spełniałem tego podstawowego warunku. Jakby się bliżej przyjrzeć ofercie pracy, to poszukiwała nas tylko milicja. Należało czekać i rozglądać się. Równocześnie żyłem na koszt Matki, co bardzo poważnie przeżywałem. Wówczas podjąłem szereg różnych prac zleconych, uczciwych, jak korepetycje, i mniej uczciwych, jak pisanie prac zaliczeniowych, byle nie dyplomowych. Oferta dla młodego prawnika się nie pojawiała. Wówczas zapotrzebowanie na mnie zgłosiła dyscyplina, której właśnie od półtora roku się uczyłem – socjologia. Miałem wielkie szczęście, że to był od razu etat, a nie prace zlecone.

Jakiś czas potem Matka moja rzuciła szycie i przeszła do pracy w towarzystwie naukowym.
To już było może nie z górki, ale po prostym.
Czego nauczyły mnie te doświadczenia? Nauk jest siedem.
Po pierwsze – nie ma co liczyć na pieniądze, jeżeli się ich samemu nie zarobi.
Po drugie – nie należy ich paprać, biednego nie stać na złe buty, tak mi zawsze mówiono.
Po trzecie – należy dbać o to, by było co robić.
Po czwarte – żadna praca nie hańbi, ale należy dbać o prace lepsze.
Po piąte – ponieważ to, co wyżej napisałem, rodzi pracoholizm, praca lepsza to taka, która sprawia przyjemność.
Po szóste – ponieważ to, co robię, polega na produkowaniu tekstów, pisanie bez honorarium jest grafomanią, której trzeba się wstydzić, chociaż…
Po siódme – czasem dobrze jest robić ludziom prezenty.

Jerzy Mikułowski Pomorski





 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas