poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
TERESA WALAS
Pieniądze, czyli wzajemny brak miłości
Dekada Literacka 2009, nr 1-2 (233-234)

Warunki finansowe, w jakich we wczesnym jeszcze PRL-u wyrastałam, najsłuszniej określić można jako skromne; mama nie pracowała zawodowo i ojciec sam utrzymywał rodzinę, zatrudniony jako główny księgowy w spółdzielczości (był z nią związany jeszcze od przedwojny), więc w gałęzi gospodarki nie w pełni upaństwowionej i względnie suwerennej, co sprawiało, że z jednej strony była ona przedmiotem szczególnie surowej i dociekliwej kontroli, z drugiej – nie należała, przynajmniej początkowo, do – jak się wtedy mówiło – sektorów finansowo uprzywilejowanych. Ojciec jednak trwał przy swojej niewielkiej spółdzielni tak przez wierność samej idei, jak i z tego względu, że nie wystawiano tam na próbę jego uczciwości i spokoju sumienia, co zawsze cenił wyżej niż pieniądze.

Ale w latach 50., na które przypadło moje świadome dzieciństwo, skromne warunki życia były czymś powszechnym. Po pierwsze, wojna i idące w ślad za nią polityczne przemiany zubożyły ludzi – wielu pozbawiły majątku i dachu nad głową, wielu wytrąciły ze społecznych ról, jakie dotąd spełniali. Bywali w naszym domu warszawiacy, którzy wszystko utracili po powstaniu; bywali niedawni właściciele rozległych majątków ziemskich, teraz zatrudnieni jako pół-fizyczni pracownicy; od księżniczki S., drobnej osóbki w wyleniałym futerku, mama kupowała prawdziwą kawę przysyłaną jej z zagranicy. Po drugie, upowszechniana wraz z nowym ustrojem ideologia miała do pieniądza i wszelkich zewnętrznych form jego manifestowania stosunek negatywny. W utopijnym projekcie, którego realizację zapowiadała w przyszłości, pieniądz w ogóle byłby rzeczą zbędną. Powszechna praca miała wytwarzać wszystkie konieczne do życia dobra, wędrujące potem do członków kolektywu w celu zaspokojenia ich godziwych potrzeb, potrzeb zaś niegodziwych, jaką jest na przykład pragnienie zbytku, człowiek wychowany wedle zasad moralności socjalistycznej nie miał przejawiać. W propagandzie socjalistycznej pieniądz traktowano jako metonimię kapitalizmu i wyzysku, jako źródło i narzędzie społecznego zła. Złem zaś szczególnym był dolar, którego znak – owo przekreślone podwójnie S – przybierało postać kabalistycznego znaku szatana. Karykatury bankierów z Wall Street zaludniały gęsto stronice czasopism, a podczas pierwszomajowych pochodów na platformach jechały odrażające kukły brzuchatych imperialistów, którzy siedzieli na workach z pieniędzmi, przygniatających wynędzniałe ciała wyzyskiwanych. Oczywiście, istniał też pieniądz dobry, zapracowany w pocie czoła przez robotnika, ale sprawiał on wrażenie czegoś niematerialnego, bezcielesnego, objętego swoistym ikonoklazmem. Modelowy proletariusz nie cieszył się z zarobku, lecz z tego, że wykonał 200% normy, że zelektryfikował wieś lub wybudował nowy dom dla innego proletariusza.

Toteż ludzie, niezależnie od tego, jak im się naprawdę powodziło, wiedzeni roztropnością i instynktem samozachowawczym, raczej nie pokazywali pieniędzy, by nie przyciągać uwagi władzy, której czujne oko chętnie zapuszczało się w portfele. Wszelkie przejawy względnej zamożności bywały traktowane surowo i moja starsza trochę kuzynka, wówczas studentka politechniki, musiała się gęsto tłumaczyć przed zetempowskim kolektywem z używanego futerka przysłanego jej przez mieszkającego w Stanach ojca. Zawsze też mogły rodzić podejrzenie, że jest się agentem imperialistycznego mocarstwa bądź wrogiem klasowym – kułakiem, niedobitkiem warstw posiadających lub przedstawicielem prywatnej inicjatywy, którego nie dosięgła jeszcze żelazna ręka Urzędu Skarbowego. 

Pozycja pieniądza była jednak słaba nie tylko z powodów ściśle ideologicznych. Działa on bowiem, jak wiadomo, tam, gdzie istnieje otwarty, żywy, powszechnie dostępny rynek towarów i usług. A ponieważ realny socjalizm, niezależnie od aktualnie realizowanego etapu, charakteryzował się zazwyczaj ich deficytem, pieniądz stanowił w nim zawsze walutę pomocniczą i działał samoistnie na stosunkowo niewielkim obszarze. Walutą równie ważną, a niekiedy podstawową, było dojście, czyli znajomości, dzięki którym pieniądz zyskiwał właściwą sobie moc nabywczą. Zdarzało się też często, że dopiero pieniądz drugiego stopnia, czyli łapówka, uruchamiał pieniądz stopnia pierwszego, pozwalając mu wejść w naturalny obieg. Ta sieć nieformalnych relacji i pośrednictw tworzyła w obrębie jawnego układu społecznego drugi, gęsty i skomplikowany system wymiany prostej przez pieniądz jedynie wspomaganej: tak np. posiadanie bezpośredniego dostępu do produktów mięsnych otwierało dostęp do węgierskiego obuwia, do lepszej gatunkowo galanterii, do radioodbiorników, owoców cytrusowych itp.; dostęp zaś, powiedzmy – do obuwia pozwalał na zakup wędlin, emaliowanych naczyń (odrzutów z eksportu) czy enerdowskiego groszku w puszce; a dostęp do nielegalnie na ogół zdobywanych artykułów budowlanych umożliwiał na przykład uzyskanie skierowania na wczasy w miesiącach letnich itd., itd. Niewątpliwie chroniło to nas, ludzi żyjących w socjalizmie, przed zgubną fetyszyzacją pieniądza właściwą kapitalizmowi.

Ideologia, jaką w kwestii pieniężnej wypracowałam w dzieciństwie, była niezwykle prosta. Opierała się na dwu formułach o postaci zdań przypuszczających nierzeczywistych, które dawały się wyłowić z rozmów toczonych przez dorosłych, a które powracały w urywanych monologach mamy, wygłaszanych w mojej obecności i wypływających z głębin jej mowy wewnętrznej podczas czyszczenia dywanów, mycia naczyń czy robienia cienkiego jak włos makaronu: Stać by nas było – na to czy tamto – gdyby ojciec wpisał się do partii. Mielibyśmy też – to lub owo – gdyby ojciec, jak inni, kantował. Przy czym w glosie mamy nie słychać było nigdy żalu, nie pojawiał się w nim cień wyrzutu, a jedynie gorzka i gniewna duma. Wiedziałam już, że wpisywanie się do partii i kantowanie to zachowania naganne, zyskiwałam więc przekonanie, że pieniądze, zwłaszcza duże, są tak czy inaczej unurzane moralnie, co czyniło je rzeczą niegodną pragnienia. Przywykłam do myśli, że ludzie przyzwoici na ogół nie miewają pieniędzy, co znajdowało żywe potwierdzenie w najbliższym kręgu znanych mi osób, swoje więc zainteresowania i uczucia skierowałam ku dobrom duchowym, które w tamtych akurat czasach nie były zbyt kosztowne – wydania klasyków literatury na papierze V klasy kosztowały tyle co trzy porcje lodów, kino ze zniżką było w cenie jednego ciastka, teatr – dwu tortów hiszpańskich. W tym nastawieniu na intelektualne głównie potrzeby nie byłam zresztą odosobniona. Należałam do grupy trzynasto-, czternastolatek żyjących w kręgu literatury, sztuki i wielkich moralnych problemów, a pokusy materialnego świata pozostawiających poza zasięgiem swojego wzroku. W szkole wszystkie nosiłyśmy jednakowe granatowe stroje zwane chałatami, po szkole – rzeczy dostępne w uspołecznionym handlu lub sukienki szyte w domu przez obeznane z krawiectwem matki. Te z nas, których rodziny otrzymywały paczki z zagranicy, miewały jakieś ładniejsze bluzki, barwniejsze skarpetki, zgrabniejsze buty, ale rzeczy te nie były dla nas aż tak ważne i nie wytwarzały jakichś bolesnych różnic. W socjalistycznym dzieciństwie nauczyłam się więc sztuki obywania się bez dostatku, a pośrednio też – sztuki wyrzeczeń, którą uprawiałam ze swobodą i lekkością, acz przyznać trzeba – nie bez poczucia moralnej wyższości. Ta umiejętność, która zwykła uchodzić za cnotę, niepozbawiona była wszakże ubocznych skutków, prowadziła bowiem do obezwładnienia, jeśli nie paraliżu życiowej wyobraźni – zamykała horyzont pragnień, stępiała radykalnie instynkt walki.

Ten stan rzeczy nie uległ zbyt wyraźnej zmianie także i wtedy, gdy zelżał uścisk doktryny i lata 60., a potem 70. przyniosły powszechne rozbudzenie apetytów konsumpcyjnych i większe możliwości ich zaspokajania. Co prawda, wiedziałam już, że pieniądze można zarobić także dzięki zdolnościom i wyborze intratnego zawodu, ale zawody te najczęściej uważałam za mało pociągające i bez większego cierpienia oswajałam się z myślą, że w przyszłości także nie będę osobą zamożną. Nie czułam się też szczególnie poszkodowana, że muszę się obchodzić bez wielu rzeczy, które wyznaczały wówczas finansowy status – nie mieliśmy samochodu, nie jeździliśmy na wakacje do Bułgarii, a lądowanie człowieka na Księżycu oglądałam w cudzym telewizorze. Istniał jednak punkt, w którym brak pieniędzy doskwierał niekiedy boleśnie, choć w grę wchodziły tu także inne czynniki. Tym punktem była jakość życia.

Jakość życia nie jest w pełni tożsama z jego materialnym poziomem, choć w wielu miejscach od poziomu tego bywa uzależniona. Oznacza realizowanie osobistych upodobań, wyznaczenie własnych granic estetycznych i moralnych, poza którymi rozciąga się obszar przykrości, a nawet udręki. PRL-owską codzienność charakteryzowało powszechne obniżenie przeciętnej jakości życia – brzydota, brud, uciążliwość towarzysząca każdemu działaniu – w sklepie, w urzędzie, na ulicy, w tramwaju. Wytyczenie w tym świecie własnego, względnie suwerennego terytorium było rzeczą niezwykle trudną, a przy finansowych ograniczeniach – jeszcze trudniejszą. Patrzyłam na ojca, jak w milczącym samozaparciu bronił swojej jakości życia, które zapewne było zwykłym życiem mieszczańskim, którego jednak zachowanie wymagało sporego wysiłku, a nawet ofiarności drugiej osoby. Utrzymywał tę jakość w szytych na miarę popelinowych koszulach i garniturach z bielskiej wełny, w absolutnej uczciwości, w sposobie jedzenia – nakryty stół, widelec w lewej ręce brzuszkiem do góry, w codziennej lekturze, w abonowaniu pisma „Problemy”, w stałych porach drzemki, w wymierzonym, wolnym kroku, którego nie przyspieszał nawet wtedy, gdy uciekał nam pociąg. W tym, co tej jakości życia mogło zagrozić lub wyraźnie ją naruszało, po prostu odmawiał udziału: nie chodził na zakupy, nie maszerował w pierwszomajowych pochodach (aczkolwiek rano szedł podpisać listę obecności), nie użerał się z urzędnikami, nie nosił upragnionego przez większość społeczeństwa ortalionowego płaszcza ani koszuli non-iron; jeśli nie było go stać na przyzwoite wakacje, nie ruszaliśmy się z domu, dzięki czemu przeczytałam podstawowe dzieła klasyków literatury polskiej – od juweniliów po posthuma – wypożyczane z biblioteki oo. franciszkanów w kolejności alfabetycznej. Większość uciążliwości, od których się uchylał, brała na siebie mama, jej bowiem w tym stadle przypadło w udziale negocjowanie z praktyczną rzeczywistością. A i tak ojciec niewątpliwie cierpiał, ponieważ jego jakość życia w wielu miejscach ponosiła uszczerbki, atakowana przez tę rzeczywistość, a ograniczenia finansowe zmuszały go do wielu bolesnych ustępstw.

Ograniczenia takie musiały być wpisane także i w moje – dopiero pączkujące i mgliste jeszcze – wyobrażenie o jakości życia. Dobra intelektualne były naturalnym jego składnikiem, acz i w ich przypadku działać musiała zasada wstępnego samowyrzeczenia, wyłączająca z kręgu rzeczy osiągalnych rzeczy wymagające finansowych nakładów, jak na przykład zagraniczne podróże. W odniesieniu do codzienności jego estetyczna komponenta tak była pomyślana, by jej wymogi dały się realizować nie dzięki pieniądzom, lecz pomysłowości. Dla części spośród nas, młodych ludzi, którzy wchodziliśmy w dorosłe życie na początku lat 60., pomysłowość i inteligencja były tymi narzędziami, za pomocą których cywilizowaliśmy – każdy na własną modłę i w stopniu, w jakim to było możliwe – zgrzebną i odstręczającą materialną rzeczywistość PRL-u. Samo posiadanie pieniędzy niczym było przy niedostatku pomysłowości, ale ich brak musiał dodatkowo wzmagać jej energię. Umiałyśmy przerabiać, farbować, malować, dobierać. Byłyśmy też wprawnymi i wytrawnymi myśliwymi: oko sprawnie i bezbłędnie wyławiało piękne gięte krzesła pośród meblościanek z płyty pilśniowej, lnianą spódnicę pomiędzy sukniami z krempliny, pokryte kurzem krośnieńskie szkło w wiejskim gieesie. Tak samo wyszukiwało się ludzi podobnych sobie, w których to, co moralne, i to, co estetyczne, jakoś się ze sobą wiązało. W tym świecie pieniądze były rzeczą drugorzędną, przypadkową, rzec można nawet – wybrykiem natury, akceptowanym u bliźnich z ironiczną wyrozumiałością. Nie tylko dlatego, że ich źródła wciąż wydawały się niezbyt czyste; także z tego względu, że ich posiadanie ceniliśmy niżej niż te formy życia, które umieliśmy wytworzyć bez walnego ich udziału. Tak oto w samym sercu realnego socjalizmu i w cichym wobec niego oporze wprowadzaliśmy w życie własny ideał ascezy połączonej z dandyzmem, o którym pisze Stefan Chwin przy okazji poetów Nowej Fali. Najwyraźniej ten wybór poczyniony w młodości zapisał się we mnie dostatecznie głęboko, nigdy bowiem nie zapłonęło we mnie dojmujące pragnienie bogactwa, co nie znaczy, bym niedostatek uznawała za rzecz pociągającą. Powszechnie jednak uznawane wyznaczniki „dużych pieniędzy” – złotą biżuterię, futra, drogie samochody, wakacje na Bali, rasowe psy – traktowałam z wyniosłym i ostentacyjnym niekiedy lekceważeniem. Trzeba przyznać, że pieniądze odpowiadały mi tym samym, i swoją jakość życia na stałe musiałam usytuować poza obrębem zamożności.

Ale oczywiście pieniądze musiało się zarabiać. Pierwsze gratyfikacje, jakie otrzymywałam jeszcze w szkole podstawowej za pomaganie koleżankom w nauce, miały charakter bezgotówkowy, dawanie dziecku pieniędzy uważano bowiem za rzecz niestosowną. Otrzymywałam więc prezenty, głównie w postaci słodyczy i towarów kolonialnych; po dziś dzień mam też w pamięci kosz ogromnych ananasowych truskawek, jakimi zapłacono mi za trud nauczenia gramatyki syna znajomych. W liceum pobierałam już za swoje umiejętności prawdziwe pieniądze, a korepetycyjny proceder uprawiałam – z większym lub mniejszym nasileniem – przez cały okres studiów i jeszcze na początku swojej uniwersyteckiej kariery. Było to źródło niezłych dochodów, tryskające szczególnie obficie, gdy nadchodziła pora matur i egzaminów wstępnych, ale była to też katorżnicza praca połączona z psychicznym napięciem i obawą o jej rezultaty. Parałam się wszakże i innymi zajęciami wymagającymi nie tyle wysiłku fizycznego, co sprawności manualnej. Socjalizm mianowicie wśród różnych form zatrudnienia miał też i takie, które otrzymało oficjalną nazwę chałupnictwa, a które polegało na wykonywaniu indywidualnie w domu pracy organizowanej, nadzorowanej i rozliczanej przez zakład państwowy lub uspołeczniony. Chałupnictwo, które miało podreperować nasz budżet, zostało formalnie przypisane do mamy jako niepracującej zawodowo, ale uczestniczyliśmy w nim wszyscy, a czasami dołączali też znajomi blisko z domem związani. Można powiedzieć, że stanowiło to miejską wersję darcia pierza lub łuskania fasoli. Dzięki temu, że jednym z robionych w tym trybie przedmiotów były sznury do lamp, do dziś umiem rozebrać, naprawić i złożyć na powrót wtyczkę. Na trzecim wszakże roku studiów uzyskałam naukowe stypendium, którego wysokość przewyższała późniejszą moją asystencką pensję, i tym sposobem usamodzielniłam się finansowo.

Na krytyce literackiej i pisarstwie naukowym, które niebawem miałam zacząć uprawiać, nie zarabiało się w PRL-u kroci, ale czasopisma płaciły dość przyzwoicie, i wszedłszy w literacki obieg, czyli drukując recenzje i szkice jednocześnie w kilku pismach oraz przygotowując recenzje wewnętrzne dla wydawnictw, mogłam co najmniej zdublować swoją uniwersytecką pensję, co wszakże – jeśli wziąć pod uwagę wysokość tej pensji – nie stanowiło oszałamiających dochodów. Największe w życiu – relatywnie – pieniądze zarobiłam na posłowiu do Macierzy Rodziewiczówny: książka była już w drukarni, gdy okazało się, że nadzór ideologiczny zażądał od wydawnictwa dodatkowego tekstu, który zamortyzowałby zderzenie tej wstecznej, konserwatywno-ziemiańskiej pisarki z socjalistycznym, a spragnionym jej utworów czytelnikiem, i mnie, jako wypróbowanej już na posłowiu do Trędowatej, zaproponowano jego napisanie. Ponieważ czas naglił, a ja wciąż się z różnych względów wahałam, wydawnictwo ostro podbiło stawkę honorarium, tak że potem za te pieniądze kupiłam sobie meble. Za wydaną w uwolnionej od socjalizmu Polsce pracę habilitacyjną mogłam sobie już kupić jedynie przejściowy płaszcz.

Teresa Walas

 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas