poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BOGDAN ROGATKO
Prywatna inicjatywa
Dekada Literacka 2009, nr 1-2 (233-234)

Odkąd pamiętam, zawsze miałem kłopot z pisaniem życiorysu na użytek szkolny. Bo co miałem wpisać w rubryce: pochodzenie społeczne? Przecież na pewno nie robotnicze ani chłopskie, pozostawała „inteligencja pracująca”, ale jakże to, mama nie pracowała, a ojciec na państwowej posadzie nie przepracował po wojnie ani dnia. Zgodnie z prawdą należało wpisać: „inicjatywa prywatna”, co z góry stawiało mnie na pozycjach straconych, bo prywatna inicjatywa była w PRL-u najbardziej tępioną, poza wytępionym już ziemiaństwem, formacją społeczną. Taka decyzja ojca, jego rozwijane i zwijane interesy, jego niezwykła pomysłowość i przedsiębiorczość dawały jednak poczucie dobrobytu, bo w porównaniu z wieloma kolegami ze szkoły podstawowej mogłem uważać, że żyjemy z rodzicami na wysokim poziomie. Obszerne mieszkanie, czteropokojowe, co prawda w obskurnej kamienicy, ale blisko centrum, meble na obstalunek, dobre, choć w mieszczańskim guście, obrazy, persy na ścianach i podłogach, wakacje w Zakopanem lub Sopocie – to w tamtych czasach zapewne było oznaką zamożności. 

Ojciec zaraz po wojnie prosperował całkiem nieźle. Zgromadzony przed wojną majątek (z zawodu farmaceuta, miał aptekę, ale i kino w Przasnyszu) i jakoś cudem zachowany (podejrzewam teraz, że skapitalizowany w złocie i dolarach, ale wtedy pytać nie mogłem), pozwolił na kupno Grand Hotelu we Wrocławiu (do którego jeździliśmy samochodem marki tatra – wtedy szczyt luksusu), założenie kilku sklepów z kosmetykami i hurtowni kosmetyków oraz uruchomienie studia nagrań płytowych, w których produkował się głównie Fogg. I chociaż po kilku latach hotel znacjonalizowano, studio nagrań i sklepy padły wskutek nieuczciwości wspólników, to jednak została hurtownia, z upływem czasu z asortymentem znacznie poszerzonym o towary gospodarstwa domowego. I w ten sposób można by było jakoś te czasy przetrwać w miarę stabilnie, gdyby nie ustawiczne kontrole służb państwowych (PIH-u) i rewizje w domu, przeprowadzane przez tajniaków. Co prawda i wtedy znana była korupcja (a może zwłaszcza wtedy), więc na ogół urzędnicy uprzedzali ojca o kontroli i rewizji. Mam jednak dotąd przed oczami obraz kręcących się po mieszkaniu obcych ludzi, grzebiących w szufladach, szafach i tapczanach, a także, niekiedy, lustrujących półki z książkami i przewracających lub rozpruwających moje zabawki, moje misie i zajączki, moje pieski i koty. Czy można było wytłumaczyć dziecku, dlaczego nas to spotyka, dlaczego ojca przy rewizjach nie było, tylko trupio blada mama, cierpiąca potem na bóle woreczka żółciowego? W domu nie znajdowano niczego prócz drogich alkoholi, papierosów i perfum, które pieczołowicie spisywano, ale w pracy ojca, w hurtowni, bywało różnie. Dobrze, gdy kończyło się domiarem, dwa razy jednak ojca aresztowano, raz za rzekomą próbę przekupienia milicjanta, który go przesłuchiwał (kazał ojcu wyjąć pieniądze na stół i zawołał kolegę, żeby świadczył o usiłowaniu przekupienia funkcjonariusza na służbie). Były więc okresy, gdy żyło się ze sprzedawania nagromadzonego dobra. Na początek poszedł fortepian, zakupiony przez filharmonię, kilka obrazów, potem dywany, porcelana, wywieziona podstępem z hotelu we Wrocławiu, złote dwudziestodolarówki itd. 

Duże mieszkanie kurczyło się, bo na początku lat 50. zabrano nam jeden pokój na przymusowy kwaterunek, a drugi trzeba było szybko wynająć studentom, by uchronić się od dokwaterowania jakiejś rodziny. Przez jakiś czas mieszkał w nim mój brat cioteczny Wojciech Zabłocki, późniejszy mistrz świata w szabli, z kolegą z architektury, a ja na trzecim łóżku, ćwiczony szermierczo przed snem. Coraz rzadsze były nasze wspólne z rodzicami wyjazdy na wakacje, ubranie miałem przerabiane z garniturów ojca, szytych z dobrych materiałów, ale jadało się zawsze dobrze, żeby nie powiedzieć wystawnie, rodzice nie rezygnowali też z zapraszania gości mimo dokuczliwej już wtedy ciasnoty.

Nie pamiętam jednak, by ojciec był kiedykolwiek załamany, gorzej z mamą, tryskał energią, choć o dwadzieścia lat od mamy starszy. Rodzice, można powiedzieć, żyli na luzie, tzn. wykorzystywali każdą wolną chwilę, by bawić się ze znajomymi, grać w karty (kiedyś podobno ojciec lubił hazard i grał w pokera), chodzić do teatru i kina. I tego rodzicom zazdrościłem. Mimo ustawicznego lęku przed kontrolą i rewizją starali się korzystać z życia, a nawet pomagać innym, bardziej od nas potrzebującym. U nas zatrzymali się dziadkowie, jak ich wyrzucono z małego majątku na Ziemiach Odzyskanych, do nas przyjeżdżała po pomoc jedna z sióstr mamy, której mąż uważał się za niedocenionego artystę.

Ojciec, starając się chyba wynagrodzić mamie te wszystkie stresy, jakich doznawała wskutek jego hazardowej przecież w tamtych czasach działalności, kupował jej wycieczki zagraniczne, z których wracała szczęśliwa, pełna wrażeń. 

Pod koniec lat 60., gdy zacząłem już zarabiać, choć bardzo skromnie, na posadzie korektora w Wydawnictwie Literackim, a potem jako doktorant na polonistyce, ojciec ciężko zachorował i po roku zmarł. Ponieważ nie miał ubezpieczenia, trzeba było płacić za szpital i za lekarskie wizyty. Poszły na to ostatnie dwudziestodolarówki, zwane świnkami (dlaczego – nie wiedziałem). Hurtownię, którą prowadził ze wspólnikiem, trzeba było zlikwidować, bo ani mama, ani ja do prowadzenia interesu się nie nadawaliśmy. Ja zrezygnowałem ze stypendium doktoranckiego i zacząłem pracować jako redaktor w krakowskim oddziale PWN-u, do którego niebawem przyjęto też na korektora mamę. I tak po latach staliśmy się „inteligencją pracującą”.

Przykład ojca wiele mnie nauczył. Przede wszystkim ambiwalentnego stosunku do pieniędzy. Dobrze, gdy były, bo można je było pożytecznie – lub niepożytecznie – wydawać. Gdy ich nie było, czy raczej gdy było mniej lub znacznie mniej, jak na początku lat 70., to należało wydawać je rozsądnie, z umiarem, ale też starać się je zdobyć pracą sumienną. I nie tracić na „robieniu interesów”, do których, nie ukrywam, czułem awersję. Wtedy mój status majątkowy już niewiele się różnił, lub nie różnił się wcale, od statusu kolegów z Uniwersytetu i wydawnictw. I jakoś mi to nie przeszkadzało. 

W przeciwieństwie do ojca nie jestem typem hazardzisty, może z wyjątkiem czasów stanu wojennego, gdy działając w podziemnym ruchu wydawniczym, przewoziłem maluchem po kilkadziesiąt ryz papieru. Ale wtedy motywowany byłem raczej ideologicznie, no i może nie miałem wyobraźni, co mnie za to czekać mogło. Myliłem się jednak, gdy wydawało mi się, że tego samego nauczę syna: stronienia od tzw. interesów, zarabiania na życie wysiłkiem umysłowym, a nie pomysłowością. Widocznie geny dziadkowe okazały się zbyt silne… Zresztą zmysł pomysłowości i mnie się przydawał w czasach transformacji. Ale to już inna bajka.

Bogdan Rogatko





 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas