poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
hm
Camera obscura
Dekada Literacka 2010, nr 4-5 (242-243)
Z własnego (dekadowego) podwórka: Zakrzewski, o którego książce pisze Kazimierz Wyka w liście do Jerzego Turowicza z 1942 roku („Dekada Literacka” 2010 nr 1-2, s. 97), wymieniając ją obok Sorela, to nie ekonomista Zbigniew Zakrzewski, lecz Kazimierz Zakrzewski, wybitny bizantynista, a zarazem zwolennik sorelowskiego syndykalizmu.

W wywiadzie ks. Roberta Nęcka o języku kazań („Gazeta Wyborcza” z 20 I) pojawia się opowieść o wodzu rzymskim, który aż trzykrotnie został nazwany Korolianem. Oczywiście chodzi tu o Koriolana – i zapewne ks. Nęcek poprawnie jego imię wymówił. Ale ani przeprowadzająca wywiad Małgorzata Skowrońska, ani nikt inny w redakcji o tym bohaterze tytułowym tragedii Szekspira nie słyszał. Nic też dziwnego, że jego matka, o imieniu Wolumnia, występuje tu jako Wenturia. Nie ma się co oburzać – po prostu taki jest poziom dzisiejszej kultury humanistycznej.

Edwin Bendyk („Polityka” nr 2) pisze: „Frederick Jameson, wybitny amerykański badacz współczesnej kultury, w książce Archaeologies of the Future przypomina, że jak uczył Ernest Bloch, największy badacz utopijnego myślenia, utopia wyraża marzenie o lepszym świecie”. Czy dla wypowiedzenia tej oczywistości trzeba było powoływać się na Blocha i Jamesona? Zupełnie tak jak w Monachomachii Krasickiego: „Wiem, bom to czytał w uczonym Tostacie, / Po ciemnej nocy, że jasny dzień wschodzi”…

Justyna Sobolewska („Polityka” nr 2) pisze, że w latach 80. powtarzano często zdanie Camusa: „Raczej umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach”. Ale zdanie to pochodzi z przemówienia Dolores Ibárruri wygłoszonego w Paryżu 3 września 1936 r.

Naród polski dzieli się na elitę i tzw. prostych ludzi. Elita dzieli się po połowie na tych, którzy donosili, i tych, którzy nie donosili (w młodszym pokoleniu – na tych, którzy uważają, że donosicielstwo to nic złego, i tych, którzy donosicielstwo potępiają). Ci, którzy donosili, nienawidzą polskości, a ponieważ tej nienawiści nie mają odwagi wprost uzewnętrznić, czynią to pośrednio przez wypowiedzi takie, jak „Rymkiewicz jest faszystą”, „powstanie warszawskie to była zbrodnia”, „Muzeum Powstania Warszawskiego bardzo mi się nie podoba”. Tako rzecze prof. dr hab. Jarosław Marek Rymkiewicz, znakomity poeta, świetny eseista, wybitny uczony‑humanista („Teologia Polityczna” 5/2009-2010, O afirmacji polskości). No comments.

Józef Fert w artykule Czechowicziana nowe i odnowione (w księdze zbiorowej Słowa i metody, dedykowanej Jerzemu Święchowi) rozdziera szaty nad „ewidentnym i przykrym błędem” Juliana Krzyżanowskiego, który w tomie zbiorowym Spotkania z Czechowiczem z 1971 r. fraszkę tego poety O Henryku Regionaliście rozszyfrował jako odnoszącą się do polonisty Henryka Żywczyńskiego. W rzeczywistości chodziło tu o Henryka Zwolakiewicza, ale nie tylko o tę pomyłkę Fertowi chodzi, ale o błąd w nazwisku: bo ów polonista lubelski nazywał się nie Żywczyński, ale Życzyński. Jest rzeczą oczywistą,  że Krzyżanowski pomylić się tu nie mógł (Życzyński był szeroko znanym historykiem literatury, i to następcą Krzyżanowskiego po opuszczeniu przez niego KUL‑u), że to zwykły błąd drukarski – co Fert ubocznie tylko dopuszcza; uważa natomiast, że prawdopodobnie cenzura miała zapis na Henryka Życzyńskiego jako jedną z dramatis personae mordu katyńskiego. Gdyby zajrzał do Słownika współczesnych pisarzy polskich (t. III), przekonałby się, że w r. 1964 zamieszczono tam bez przeszkód obszerne hasło bio‑bibliograficzne Życzyńskiego (z jednym ustępstwem dla cenzury – rokiem 1941 jako datą śmierci). Co więcej – niektóre prace Życzyńskiego były wznawiane w latach 1946-1947. Żadnego zapisu na to nazwisko nie było, poza bezwzględnym zakazem podawania prawdziwej daty śmierci.

Nie wypada prawić morałów Kazimierzowi Kutzowi, ale czy doprawdy musiał on wywiad udzielony „Dziennikowi Gazecie Prawnej” (z 29 I) naszpikować tylu wulgaryzmami? A jeśli już nie mógł obejść się bez nich w wypowiedzi słownej, czy nie można było ich skasować w wersji drukowanej? A przy okazji – gdyby Kutz i redaktorzy „Dziennika” zajrzeli do gramatyki łacińskiej, dowiedzieliby się, że błędem jest forma „in ratio”, zamiast poprawnego „in ratione”.

Kompletnie myli się Jan Prokop („Arcana” nr 90, s. 148 i 151), gdy dwukrotnie pisze, że hetman Żółkiewski najechał Moskwę, żeby osadzić Marynę Mniszech w Kremlu. Intronizacja Maryny odbyła się bez udziału wojsk polskich, a więc i Żółkiewskiego. Dziwne, że błędu tego nie zauważył redaktor naczelny Andrzej Nowak, wybitny przecież znawca dziejów Rosji.

Po ukazaniu się w wydawnictwie Świat Książki kontrowersyjnej (ale przecież nie napastliwej i oszczerczej) pracy Domosławskiego o Kapuścińskim prof. Władysław Bartoszewski porównał Świat Książki do wydawnictw, które wydają przewodniki po domach publicznych, i dodał, że zastanowi się nad dalszą współpracą z tym wydawnictwem („Rzeczpospolita” z 27-28 II). Pomińmy niefortunny zwrot, który niechcący sugeruje porównanie Kapuścińskiego z domem publicznym, ale z całym szacunkiem dla Pana Profesora, czy można kogoś brutalnie obrażać, a potem… zastanawiać się nad współpracą z nim?

Anna Małgorzata Pycka w artykule Melpomena pod nadzorem, czyli dramat z dramatem w dobie socrealizmu („Napis” 2009 [seria XV], s. 279) twierdzi, że do dramatów klasyków dopisywano ideologiczne epilogi i przerabiano ich teksty. Przykładem ma być Leon Kruczkowski, który dopisał IV akt do Grzechu Żeromskiego i „poprawiał Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego”. Otóż, po pierwsze – dopisanie owego IV aktu było spowodowane tym, że zakończenie dramatu Żeromskiego zaginęło, a chciano ten utwór wystawić w teatrze; po drugie – było to działanie zupełnie odosobnione, nie sposób wskazać inne przykłady; po trzecie – nic nie wiadomo o tym, by Kruczkowski poprawiał trzech wieszczów. W tymże artykule cytuje autorka kuriozalne tezy Jana Nepomucena Millera jako charakterystyczne dla socrealizmu. Ale Miller w latach 1950-1955 nic nie publikował, tezy te pochodzą z pierwszych lat powojennych, a więc sprzed proklamowania socrealizmu, i przez nikogo nie były traktowane jako dla niego charakterystyczne.

„Poematy mają w sobie coś apokaliptycznego, szaleńczy taniec słów prowadzi aż do miejsc, gdzie język niemal zanika, wiersze rozwijają się i zwijają aż do rozpadu. W ich splotach można błądzić bez końca. I co rusz odnajdywać nowe linki. W poems nie daje mi spokoju wielokrotnie powtarzające się słowo »fałda«. Cała książka tworzy fałdy, każe podążać za fałdami. Dokąd prowadzą? Każdego gdzie indziej” – Justyna Sobolewska o poems Andrzeja Sosnowskiego („Polityka” nr 9). Prawda, jakie to jasne i zachęcające do lektury owych poems?

Pamięć w kilku szczegółach zawiodła Samuela Sandlera w wywiadzie udzielonym Teresie Torańskiej („Duży Format” nr 10). Twierdzi on, że w latach 40. wydawano tylko Krzyżaków i w PIW‑ie Pisma zebrane (powinno być Dzieła, ale o to mniejsza) w zamkniętej prenumeracie i dopiero książka Sandlera Wokół Trylogii z r. 1952 (tu Sandler powtarza opinię Zofii Bachurzewskiej‑Bartoszewskiej) otworzyła drogę do wydawania Sienkiewicza w PRL‑u. Było trochę inaczej. Przed r. 1952 wydawano również nowele Sienkiewicza, a także W pustyni i w puszczy, Potop, Quo vadis, Listy z podróży do Ameryki. Wydanie zbiorowe Dzieł miało cenę zaporową, ale dostępne było w handlu księgarskim, nie tylko w prenumeracie, poszczególne tomy ukazywały się w różnych nakładach (np. Ogniem i mieczem – 10 tys. egzemplarzy). Mówi dalej Sandler, że nikt z tak zwanych marksistów przed nim pisać o Sienkiewiczu nie próbował. I to nie jest ścisłe – pisali o nim m.in. Andrzej Stawar i Jan Baculewski. Nota bene opowiadano wówczas, że oficjalne dowartościowanie pisarstwa Sienkiewicza, jakie nastąpiło w r. 1952, było rezultatem uwagi Stalina, który miał powiedzieć któremuś z partyjnych prominentów, że Polacy powinni Sienkiewiczowi postawić pomnik. I jeszcze jedno: moskiewscy znajomi Sandlera nie mogli mu na wiosnę 1954 r. opowiadać, że politbiuro (!) porywa kobiety dla Berii, który je gwałci – nie tylko dlatego, że na pewno członkowie Biura Politycznego KC KPZR – Mołotow, Kaganowicz czy Mikojan – nie uganiali się po ulicach Moskwy za ofiarami dla Berii, ale przede wszystkim dlatego, że Beria już wtedy nie żył.

Rafał Ziemkiewicz („Plus‑Minus” z 6 -7 III) z właściwą sobie wytwornością przypomina „natrętne peerelowski pierdzelenie” o pisarzu, którego nazywa Stanisławem Żeromskim (tak wydrukowano). W myśl tego „pierdzelenia” Żeromski miał m.in. opowiadać o „dobrych chłopach pańszczyźnianych, którzy nie dawali się rozpić, tylko pod przewodem uświadomionych liderów proletariatu tworzyli rewolucyjne organizacje do walki z wyzyskiem”. Jest to wierutna bzdura, sprzeczna z wymową całej twórczości Żeromskiego od Rozdziobią nas kruki, wrony do Turonia, i oczywiście nie pojawia się ono nawet w najgorszych nawet pracach o Żeromskim z czasów PRL‑u. Sam Ziemkiewicz zresztą od owego „pierdzelenia” nie jest daleki, skoro chwali Żeromskiego za „krytykę egoizmu i umysłowej ciasnoty szlacheckiego dworku” oraz apele o „wydobycie mas chłopskich ze   z b y d l ę c e n i a ” (na taką generalizację Żeromski by się zresztą obruszył!). „Peerelowskiemu pierdzeleniu” przeciwstawia Ziemkiewicz tezę, że między publicystyką Żeromskiego a publicystyką Dmowskiego nie było dysonansu. Ziemkiewicz nie wie, że powiela tu tylko koncepcję wyłożoną 70 lat temu przez Stanisława Piołun‑Noyszewskiego w książce Zarys myśli polityczno‑społecznej Stefana Żeromskiego.

Tomasz Sobieraj („Wprost”, cyt. według „Rzeczypospolitej” z 15 III) mianuje Ernesta Renana księdzem. To prawda, że w młodości rozpoczął on studia teologiczne, ale je przerwał i księdzem nigdy nie został. Przeciwnie – był sceptycznym wolnomyślicielem, autorem książki Życie Jezusa, w której odmawiał Mu boskości. Czyżby tego znawca pozytywizmu nie wiedział?

Anna Sobor‑Świderska w biografii Jakuba Bermana (Warszawa 2009, s. 161-162), skądinąd dalekiej od prokuratorskiego tonu, pisze, że „wobec osób, które nie odpowiadały nowej władzy, potrafił on być bezwzględny, nawet jeśli im coś zawdzięczał. Przykładem jest jego zachowanie wobec Zofii Kossak‑Szczuckiej, którą wezwał na rozmowę w czerwcu 1945 r. i nakazał opuszczenie kraju, mimo że pomagała jego rodzinie w getcie warszawskim. Można jednak także przypuścić, że uchroniło to pisarkę przed aresztowaniem”. Tymczasem – nic nie trzeba tu przypuszczać. Autorka powołuje się na artykuł Mariana Stępnia, myląco zatytułowany Wyproszona z kraju. W tekście Stępień przytacza relację córki Zofii Kossak, Anny Bugnon‑Rosset, z której wynika, że Berman traktował umożliwienie pisarce wyjazdu z kraju – „jeśli tylko chce” – jako spłacenie długu wdzięczności za uratowanie przez nią dzieci jego brata w czasie okupacji i jest to „wszystko, co może dla niej zrobić”. Radził jej, by z tej oferty skorzystała – najwidoczniej chcąc uchronić pisarkę przed grożącymi jej represjami.
Przy okazji, kilka innych sprostowań: realizm socjalistyczny jako rodzaj ekspresji artystycznej przeciwstawiano nie kosmopolityzmowi (s. 383), lecz formalizmowi i naturalizmowi.
Berman nie ściągnął Stanisława Jerzego Leca z zagranicy (s. 358).
Lec w r. 1950 wyjechał z placówki dyplomatycznej w Wiedniu do Izraela w r. 1950 i w dwa lata później w rezultacie własnych starań wrócił do kraju.
Autorką rosyjskiej powieści Żniwa nie była Halina Mikołaj (s. 360), lecz Galina Nikołajewa.
Film Klątwa, o którym mowa na s. 366, to rosyjski film Klatwa, a to znaczy Przysięga z r. 1946.
Myli się autorka, twierdząc, że po ogłoszeniu prac Stalina o językoznawstwie „nikt za bardzo nie wiedział, jak ustosunkować się do nowych dokonań Stalina, jak przenieść jego teorie na inne dziedziny nauki” (s. 381). Wręcz przeciwnie – i w ZSRR, i w Polsce od razu zaczęło na ten temat wiele dyskutować.
Rektor UJ Teodor Marchlewski nie był bratem Juliana (s. 384), lecz jego bratankiem, synem Leona, profesora UJ.
Berman może i „starał się o odpowiednie naświetlenie procesów historycznych w akademickich podręcznikach historii” (s. 388), ale ani jeden taki podręcznik w pierwszej połowie lat 50. XX wieku, o której tu mowa, nie powstał.
Pierwsze wydanie polskie Krótkiego kursu historii WKP(b) ukazało się w Moskwie nie w roku 1945 (s. 388), lecz w r. 1939 lub 1940 (Kamerzysta czytał je wówczas we Lwowie).
Książka Sobor‑Świderskiej jest debiutem naukowym i nie ma powodu, by z powodu tych błędów i nieścisłości ją dyskwalifikować; dziwi tylko, że w Instytucie Pamięci Narodowej, który książkę tę firmuje, nikt tych błędów nie zauważył.

Z zainteresowaniem czyta się książkę Marka Sołtysika Sekrety nieśmiertelnych, niektóre jednak opinie autora są zbyt pochopne lub nieścisłe.
Czytelnikowi nasuwa się pytanie, skąd pochodzi informacja, że to właśnie Przyboś jako członek kolegium redakcyjnego „Nowych Widnokręgów” „utrącał innych”, a decydował o druku tekstów Stalina, Jastruna, Ważyka, Putramenta, Adolfa Rudnickiego i Leca (s. 284).
Myli się Sołtysik, twierdząc, że od roku 1947 do roku 1954 (włącznie) Jerzego Szaniawskiego i całą jego twórczość „obejmował zapis”. Owszem, ostatnią w tym okresie premierą teatralną Szaniawskiego był Kowal, pieniądze i gwiazdy w Bydgoszczy w r. 1948, ale jego prozę – co prawda w niedużych dawkach – publikował w tym okresie nie tylko „Przekrój”, ale także „Arkona”, „Dziennik Literacki”, „Express Wieczorny”, „Listy z Teatru”, „Nowa Kultura”, „Odrodzenie”, „Teatr” i inne pisma, co łatwo sprawdzić w Słowniku współczesnych pisarzy polskich (t. III, 1964).
Zanadto idealizuje autor Ferdynanda Goetla, przypominając, że przed wojną wyciągał z obozów pisarzy komunistów (s. 387; trudno powiedzieć, o kogo tu chodzi). Ani słowa o tym, że Goetel był przed wojną apologetą faszyzmu i pouczał Słonimskiego, że przed nim nigdzie się nie skryje.
I wreszcie Sołtysik przytakuje opinii Edwarda Kozikowskiego, że Ortwin „został całkowicie zapoznany po śmierci” (s. 287). Niezupełnie – ukazały się przecież dwa tomy jego Pism krytycznych, a Michał Głowiński poświęcił jego opiniom wiele uwagi w książce o krytyce młodopolskiej Ekspresja i empatia. Czegóż więcej może oczekiwać od potomności krytyk literacki, nawet tak wybitny jak Ortwin?

Już kilkakrotnie pojawił się w felietonie Tomasza Lisa wyraz „didaskalia” w dziwnym kontekście. Czytamy („Gazeta Wyborcza” z 25 III): „Po brnącym w rozmaite didaskalia władzy Sarkozym niedługo może nie zostać nic”. A w ironicznym komentarzu do wypowiedzi Anne Applebaum („Gazeta Wyborcza” z 1 IV): „To wszystko didaskalia, bo mówimy o tekście rzeczywiście niezwykłym”. Odnosi się wrażenie, że Lis nie rozumie, co ten wyraz właściwie znaczy, i wyobraża sobie, że chodzi tu o jakieś rzeczy drugorzędne, marginesowe.
Przy sposobności: dobrze się mają w dalszym ciągu: „spolegliwy” w znaczeniu „ustępliwy” i „sensat” w znaczeniu „miłośnik sensacji”; „pasjonat” to ten, kto się czymś pasjonuje, ekskluzywny – przedmiot wysokiej jakości.

Sławomir Koper (Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej, Warszawa 2010, s. 70) pisze, że polski komunista Edward Próchnik był nieślubnym synem Ignacego Daszyńskiego. Nic podobnego – komunista ów nazywał się nie Próchnik, lecz Próchniak, a synem Daszyńskiego był kto inny, historyk i działacz PPS Adam Próchnik.

Bardzo przepraszam, ale bzdury wmawia czytelnikom Maria A. Urbańska („Tygodnik Powszechny” nr 14), twierdząc, że Mickiewicz „zapisał w Panu Tadeuszu arcyważny manifest: »Plan Twój gotycko‑sarmacki lepszy niźli adwokacki«”. Nie jest to żaden manifest autora, lecz przekręcone słowa Hrabiego do Gerwazego: „Plan twój gotycko‑sarmacki / Podoba mi się bardziej niż spór adwokacki”. Odnoszą się one do proponowanego zajazdu na Soplicowo, a więc działania ocenianego w poemacie negatywnie. Zbędny jest też apel, by zrehabilitować ks. Bakę. Uczyniono to już w latach przedwojennych. A przy okazji – jeśli p. Urbańska pomyliła się i nazwała autora Nowych Aten Adamem Chmielowskim, to ktoś w redakcji powinien wiedzieć, że miał on na imię Benedykt.

Myli się Tadeusz de Virion („Duży Format” z 11 IV), przypisując Cyceronowi maksymę „Siłę siłą odeprzeć wolno”. Sformułował ją prawnik Gaius Cassius Longinus, a powtórzył Ulpian.

Piotr Zychowicz i Piotr Kościński piszą w „Rzeczypospolitej” (z 7 IV): „Aż do 1990 r. ZSRR trzymał się uparcie swojej wersji, a kłamstwo katyńskie, w ślad za Rosjanami, poparły polskie władze komunistyczne, które oficjalnie wydały zakaz szerzenia jakiejkolwiek wersji przeczącej oficjalnej propagandzie. Taka sytuacja obowiązywała aż do końca pierestrojki w ZSRR”. Niecała to prawda. Rzeczywiście władze PRL‑u zakazywały pisania prawdy o zbrodni katyńskiej. Ale sowieckiego kłamstwa katyńskiego od 1957 r. także nie głosiły. Już w październiku 1956 r. Gomułka na spotkaniu ze studentami powiedział, iż „polska racja stanu wymaga, żeby na ten temat milczeć, nawet w wydawnictwach encyklopedycznych” (informacja ta zresztą znalazła się w „Rzeczpospolitej” z 10-11 IV). Karano więc czasem za mówienie prawdy o Katyniu, ale kłamstwa o nim też nie szerzono od r. 1957. Inna rzecz, że w r. 1968, na zajęciach z przysposobienia wojskowego ze studentami, by uwiarygodnić ówczesną akcję propagandową, mówiono im prawdę o Katyniu.

Jerzy Illg w książce Mój znak (Kraków 2009, s. 334 i n.), bardzo z siebie zadowolony, opowiada o tym, jak to do księgi cytatów o Krakowie, ułożonej przez Karolinę Grodziską, włączył trzy pastisze pióra Bronisława Maja, Krakowski obyczaj Grzegorza z Konar, fikcyjnego autora z XVI w., Księdza Baki ku cnocie nauki i Pieśń dziadowską, rzekomo z połowy XIX w. Były one „na tyle finezyjne – pisze Illg – że prawdopodobnie do dzisiaj bardzo niewiele osób zdołało się w ogóle zorientować, że padło ofiarą mistyfikacji”. Jeśli tak – był to dowcip i skandaliczny (zwłaszcza jeśli publikowany bez zgody autorki antologii, a o zgodzie tej Illg nie wspomina), i niemądry. Czytelnicy mniej domyślni zostali wprowadzeni w błąd, czytelnicy bardziej domyślni mogli przypuszczać, że na mistyfikacjach Maja nie poznała się ani Grodziska, ani redaktorzy Znaku z Illgiem na czele, co źle by świadczyło o ich fachowości. Bo żeby jakiś antologista czy wydawca dla kawału włączał do pomyślanej na serio antologii takie mistyfikacje – to nikomu nie mogło przyjść do głowy.

Ale redaktor Illg na własną rękę nie tylko dopisuje, ale i skreśla. W drugim wydaniu albumu Ziemiaństwo wyrzucił z tekstu Andrzeja Biernackiego jego rzeczywiście demagogiczny atak na Szymborską (s. 141). Merytorycznie miał rację, ale czy wolno takie rzeczy robić bez porozumienia się z autorem? Swawolny redaktor nie zdaje sobie sprawy, że było to jawne naruszenie praw autorskich, mogące mieć konsekwencje sądowe.

Coraz trudniej zrozumieć język nie tylko nauk przyrodniczych, ale i społecznych, jeśli nie jest się fachowcem w danej dziedzinie. Przykładem – tytuł książki Katarzyny Krasoń i Andrzeja Czerkawskiego: Skłonność emergencyjna dzieci i adolescentów. Utopia socjoempatycznej podmiotowości, zachowania ryzykowne a potencjał ekspresyjny spotkania (Wydawnictwo UŚ, Katowice 2009).

Banalny to cytat: „wymierzanie sprawiedliwości widzialnemu światu”. Wydawałoby się, że wszyscy wiedzą, że to cytat z Conrada (niezbyt wiernie przełożony, bo powinno być: „oddawanie sprawiedliwości”). A jednak Krzysztof Ćwikliński („Nowe Książki” nr 4, s. 105) przypisuje go… Michałowi Głowińskiemu.

Mąci w głowie czytelnikom „Rzeczypospolitej” (z 16 IV) Barbara Hollender, pisząc, że Brzozowski „oskarżony został o współpracę z carską ochraną i skazany na śmierć”. Był to sąd międzypartyjny, który jednak nie doprowadził do wyjaśnienia sprawy – prace jego przerwała śmierć Brzozowskiego. Oczywiście, nawet gdyby winę Brzozowskiemu udowodniono, o skazaniu na śmierć nie mogło być tu mowy.

W artykule Marzeny Florkowskiej o drze Bolesławie Komorowskim („Alma Mater” nr 124, s. 38) autorka pisze, że ukończył on studia medyczne na UJ za czasów „dziekana Lucjana Rydla, poety i równocześnie okulisty”. Autorka utożsamiła poetę z jego ojcem, również Lucjanem, profesorem medycyny.

Czytamy, że uczeni z UJ zamierzają zbadać dzieje budynków UJ. Czy jednak pilniejszym zadaniem nie jest wypełnienie skandalicznej luki, jaką jest brak opracowań historii UJ w latach 1850-1918? Warto by też pomyśleć o dziejach uniwersytetu w czasach powojennych.

„Mało kto pamięta, że twórca słynnego tygodnika [Marian Eile] był przed wojną scenografem we lwowskim Teatrze Miniatur” – poucza Agnieszka A. Sabor („Tygodnik Powszechny” nr 18). Ale autorka źle zapamiętała: Eile był scenografem w tym teatrze w okresie okupacji sowieckiej (1940-1941).

Oto jedna z ekscentrycznych myśli emigracyjnego publicysty Zbigniewa S. Siemaszki („Plus‑Minus” z 30 IV-3 V): „Wystarczy wyjść na Rynek krakowski. Tylko ktoś, kto mógł stworzyć coś takiego zapierającego dech, mógł wpaść na genialną koncepcję porozumienia z Litwą”. Siemaszko widać zapomniał, że w trzeciej ćwierci XIII w., gdy powstał Rynek, mieszkańcami Krakowa byli przeważnie Niemcy.

Jan Englert („Kultura”, dodatek do „Dziennika Gazety Prawnej” z 23 IV): „Szekspir pisząc, że cały świat to teatr, wzorował się na Calderonie”. Efektowna to komparatystyka. Szkopuł w tym, że słowa te padają w komedii Jak wam się podoba z roku 1600. A Calderon w tym roku dopiero się urodził.

Ciekawostka: błędy i nieścisłości w pracach naukowych czy publicystycznych, rejestrowane w tej rubryce, nie są z reguły zauważane przez ich recenzentów w periodykach czy tygodnikach opiniotwórczych. Przykładem opinie o omawianym w Camerze („Dekada Literacka” 2010, nr 1-2) komentarzu do t. I Dzieł zebranych Herlinga‑Grudzińskiego. W „Odrze” (nr 4, s. 128) czytamy, że jest on przygotowany „niezwykle starannie”, w „Nowych Książkach” (nr 4, s. 38), że jest to „prawdziwe i cenne źródło informacji”.

Omawiając powieść Konwickiego Nic albo nic w „Gazecie Wyborczej” (z 7 V), prof. Tadeusz Lubelski przypomina, że „kiedyś była nowela Żeromskiego Wszystko albo nic”. Po pierwsze – nie była to nowela, lecz fragment zarzuconej przez pisarza powieści, która miała być ciągiem dalszym Popiołów; po drugie – tytuł utworu brzmiał Wszystko i nic, a słowa te były powtórzeniem hasła używanego przy spotkaniu członków tajnego Związku Wolnych Polaków z lat 20. XIX w.

„Jaka piękna liczba: 606 (z grubiutkim zerem w środku i dwiema szósteczkami po bokach)” – zachwycają się w „Gazecie Wyborczej” (z 8-9 V) Piotr Pacewicz i Małgorzata Smolińska – bo była to liczba zgłoszeń na liście Polska Biega. Czytelnikowi starszego pokolenia trudno powstrzymać tu uśmiech: „preparat 606” to była potoczna nazwa salwarsanu, stosowanego przeciw syfilisowi.

Stefan Niesiołowski („Gazeta Wyborcza” z 19 V) pisze, że znaczna część środków przekazu przedstawia współczesnych polityków jako coś w rodzaju „nowej klasy próżniaczej” Maxa Webera albo „naszych okupantów” Tadeusza Boya‑Żeleńskiego. Wyrażenie „nowa klasa próżniacza” to wytwór Niesiołowskiego – kontaminacja tytułów dwóch książek innych autorów: Nowa klasa wyzyskiwaczy Milovana Dżilasa i Teoria klasy próżniaczej Thorsteina Veblena. A tytuł Boya Nasi okupanci odnosił się nie do polityków, lecz do hierarchii kościelnej w Polsce międzywojennej.

W wywiadzie z prof. Andrzejem Chwalbą przeprowadzonym przez Pawła Wrońskiego („Duży Format” z 13 V) można było przeczytać, że wśród gości zaproszonych do Krakowa przez gubernatora Franka był „filozof Werner Heisenberg”. Heisenberg pisał niekiedy o problemach filozoficznych, ale powszechnie wiadomo, że przede wszystkim był światowej sławy fizykiem – i jako taki otrzymał Nagrodę Nobla. Prof. Tomasz Wituch („Arcana” nr 92-93, s. 268) w związku z artykułem Biedni Polacy patrzą na getto pisze o „szyderczych i oszczerczych twierdzeniach pewnego literata, Jana Błońskiego”. Ciekawe, co myśli o tym pogardliwym określeniu zastępca redaktora naczelnego „Arcan”, prof. Maciej Urbanowski, kierownik Katedry Krytyki Współczesnej Wydziału Polonistyki UJ.

Sprostowanie do artykułu Włodzimierza Maciąga Pomiędzy koniecznością a naiwnością („Kraków” nr 2/3): tekst Voglera i atak na niego (oraz innych krytyków „Życia Literackiego”) Jerzego Putramenta publikowany był nie po śmierci Stalina, lecz przed nią – w styczniu 1953 r.

Krzysztof Masłoń o czymkolwiek by rozprawiał, musi do swego tekstu włączyć coś złego o czasach PRL‑u, bez względu na związek z tematem. Ponosi go przy tym czasem fantazja. W szkicu o Kubusiu Puchatku („Plus‑Minus” z 29-30 V) pisze, że wznowienie tej książki po 1956 r. zamknęło najgorszy okres, w którym „literatura dziecięca miała do zaoferowania głównie życiorys Soso; nic więc dziwnego, że Kubuś okazał się bardziej lubiany od Timura i jego drużyny, że o Pawliku Morozowie nie wspomnę”. Narażając się na zarzut pedanterii, Kamerzysta chciałby zauważyć, że: 1) Soso był książką przeznaczoną dla młodzieży, a nie dla dzieci; 2) jego żywot księgarski był krótki – obejmował zaledwie lata 1953-1956; 3) o Pawliku Morozowie nie wyszła w Polsce żadna książka; 4) w tych okropnych skądinąd czasach wydawano w masowych nakładach książki dla dzieci takich autorów jak Julian Tuwim, Jan Brzechwa, Joanna Porazińska, Maria Kownacka, Hanna Ożogowska, a z pisarzy rosyjskich – Samuel Marszak i Korniej Czukowski. A i powieść Jegora Gajdara o dzieciach pomagających rodzinom żołnierzy walczących z Niemcami nie zasługuje na pogardliwy grymas.

Myli się Filip Bajon („Tygodnik Powszechny” nr 22), mówiąc, że w pismach Fredry z czasów powstania listopadowego „nie znajdziemy nawet śladu opisu sytuacji politycznej kraju”. Z sytuacją tą wiąże się zarówno wiersz Jeszcze Polska nie zginęła (1831), jak i prozaiczny Dziennik wygnańca (1832).

Wydawnictwo Universitas pod tytułem Życie na niby wznowiło zbiór esejów i inne teksty Kazimierza Wyka z czasów wojny. Poza uwagami przy Pamiętniku po wojnie nie można jednak się z tej edycji dowiedzieć, kiedy te prace już drukowano i czy były przy tym interwencje cenzury, a jeśli tak, czy udało się restytuować dokonane wówczas skreślenia.

Jarosław Iwaszkiewicz pisze w swych Dziennikach (t. II. 1956-1963, Warszawa 2010, s. 501): „Tylko znowu patos, całe życie patos, ma się trochę tego za dużo. A teraz już do samego końca trzeba być Henrykiem IV”. Komentarz (nadzwyczaj dociekliwy, niekiedy jednak nadmiernie rozbudowany) twierdzi, że autor ma tu na myśli Szekspirowskiego Henryka, ale związek między nim a samopoczuciem Iwaszkiewicza trudno dostrzec. Zapewne chodzi tu o innego Henryka – bohatera dramatu Pirandella pod tym tytułem – włoskiego arystokratę, który stracił pamięć i przez wiele lat wierzył, że jest cesarzem niemieckim tego imienia, a gdy potem odzyskuje zdrowie psychiczne, nadal go udaje.
Przy okazji: Helena Usijewicz (s. 152) nie była żoną Feliksa Kona, jak czytamy w komentarzu, lecz jego córką.

W książce Barbary Nawratowicz Piwnica pod Baranami (Kraków 2010, s. 19) jako autor wiersza Złota różdżka („Stoi Julek w wielkiej trwodze / a paluszki na podłodze”) występuje Janusz Minkiewicz. W rzeczywistości jest to przekład niemieckiego wierszyka dla dzieci, autorstwa Heinricha Hoffmanna, umieszczony w książce pt. Złota rószczka (!), wydanej w latach 50. XIX w.
Dalej (s. 58) pisze autorka o piosence Łukasz, z której zachowało się w jej pamięci tylko kilka linijek („rdza Łukasza żarła i płakał biedny Łukasz po cichutku przez rdzę zjedzony do rozmiarów karła”). Z cytatu tego wynika, że chodzi tu o Pieśń o rdzawym Łukaszu, parodystyczny utwór Władysława Skrzyńskiego umieszczony w anonimowym zbiorku „Jęk ziemi”. Pantologia Dekadentów Polskich (Kraków 1895).
Z kolei piosenka Dulcynea, wykonywana w Piwnicy, opatrzona tu została notą: „tekst i muzyka autor nieznany” (s. 146). Autorem tekstu był Andrzej Włast, muzyki – Zygmunt Wiehler. Zaśpiewał ją po raz pierwszy Marian Rentgen w r. 1927.

Dawno nie miał Mariusz Sieniewicz w rękach Potopu i Ballad Mickiewicza, skoro pisze („Polityka” nr 26), że Sienkiewicz w powieści swej „opisywał zamkniętą naturę Budrysów” (chyba chodziło mu o Kiemliczów). W tymże felietonie Sieniewicz uważa słowa „Są granice, których przekroczyć nie wolno” za cytat z „generalskiego klasyka” (Jaruzelskiego?). Tymczasem jest to nieco zmieniony cytat z satyry Krasickiego Świat zepsuty, który z kolei parafrazował Horacego („sunt certi denique fines”).

Stanisław Dybowski w magazynie „Chopin” (nr 4) pisze: „O ile Chopin na Mozarcie nie robił żadnego wrażenia, pewnie był zarozumiały (kto to wie?), o tyle Mozart na Polaku a jakże”. To oczywiście żart – Mozart umarł 18 lat przez urodzinami Chopina. Ale czy żart ten rozpozna większość tego felietonu czytelników, która nie zna (lub nie pamięta) dat biograficznych Mozarta?

Z wielką pewnością siebie Jarosław Krawczyk, redaktor naczelny miesięcznika „Mówią Wieki”, orzeka, że Krzyżacy Sienkiewicza to „bardzo zła powieść, potwornie schematyczna, a ten przetworzony język Paska z XVII wieku zupełnie tu nie zadziałał” („Rzeczpospolita” z 3-4 VII). O tak druzgocącą ocenę Krzyżaków można by się spierać, natomiast bezspornie błędna jest charakterystyka języka tej powieści. Badał go Julian Krzyżanowski, który znał się dobrze i na Pasku, i na Sienkiewiczu (Twórczość Henryka Sienkiewicza, s. 240-245). Śladów Paska nie dostrzegł, wykazał natomiast, że w dialogach powieściowych autor zespolił XV‑wieczne archaizmy z dialektyzmami podhalańskimi, ocenił przy tym, że „eksperyment udał się nadspodziewanie”.

Oto fragment satyrycznego felietonu Igora Zalewskiego, którego tematem jest inauguracyjna powyborcza narada czołowych działaczy Platformy Obywatelskiej („Rzeczpospolita z 9 VI): „Dobre, dobre – bił się z uciechy po udach Kazimierz. – Ja, niestety, nie mam za dużo czasu, bo pracuję nad pięknym, bardzo humanistycznym scenariuszem, ale w wolnej chwili mogę się wybrać na Wawel i odlać w wiadomym miejscu. Jak się Dziwisz będzie czepiał, powiem, że nie zna się na sztuce”. Można tylko pogratulować Igorowi Zalewskiemu i taktu wobec „wiadomego miejsca”, i wykwintnego poczucia humoru.

Littera docet, littera nocet. Michał Paweł Markowski w błyskotliwym eseju Komitywa (Od polityki do poetyki. Prace ofiarowane Stanisławowi Jaworskiemu, Kraków 2010, s. 31) wywodzi, że w wyrazie tym „słychać łacińskie committere, które składa się z prefiksu com (z, razem, wespół) oraz czasownika mitto, mittere (wywoływać jakiś skutek, wysyłać, stąd „misja”). Komitywa tak rozumiana to nie tylko zażyłość, ale także wywoływanie jakiegoś skutku. Committere znaczy także dare aliquid alicui curandum: dać komuś w opiekę, powierzyć. W komitywie, jaką jest czytanie, tekst zostaje nam powierzony. Tu znów musimy się tu zatrzymać: chwilę zatrzymać. Cóż bowiem znaczy: powierzyć?”. Rzeczywiście, zatrzymajmy się. Łaciński wyraz comitiva (przez jedno „m”) nie ma nic wspólnego z czasownikiem committere (przez dwa „m”). Pochodzi od wyrazu comes (‘towarzysz’, potem tytuł wysokich urzędników rzymskich) i oznaczał najpierw tę godność, potem – ‘życzliwość’ lub ‘towarzystwo’; comitive znaczyło ‘przyjaźnie’, ‘życzliwie’, a comitare – ‘schodzić się razem, być życzliwym’.

W „Zdaniu” (nr 1-2) Roman Wysogląd ogłasza wiersz pt. Zawsze znajdzie się, niby kogoś znającego, satysfakcjonująca odpowiedź kogoś znanego, w którym „znany pisarz Władysław Terlecki” w r. 1968 siada do „kolejnej książki o wyższości Armii Andersa nad resztą narodu”, a jego syn Ryszard Terlecki usiłuje zaprotestować przeciw ogarniającej Polskę degrengoladzie. Oczywiście pomylono tu Władysława Terleckiego z ojcem Ryszarda, Olgierdem. Dziw, że taką pomyłkę Wysogląd popełnił, jeszcze większy dziw, że redakcja „Zdania” jej nie dostrzegła.

Miłośników Lalki ucieszy na pewno esej Fredrica Jamesona Zakochany biznesman z r. 2007, którego przekład zamieściły „Teksty Drugie” (nr 1/2). Jameson przeczytał powieść Prusa (oczywiście w przekładzie) i uznał ją za „arcydzieło postnaturalizmu”. To określenie trochę dziwi (ale da się wybronić przez odwołanie do naturalizmu francuskiego). Myli się też Jameson, pisząc, że polszczyzna jest najstarszym słowiańskim językiem literackim – wyprzedził ją przecież i staro‑cerkiewno‑słowiański, i czeski. Jeszcze bardziej dziwi dopatrywanie się w Lalce między innymi pozytywizmu logicznego, który – jak wiadomo – powstał 30 lat później. Nie sposób zgodzić się ze zdaniem, że Wokulski „miał też wuja, romantycznego szlachcica, którego nadał z czułością wspomina”. Po pierwsze – nie był to wuj, lecz stryj (zawinił tu tłumacz, Ryszard Koziołek, bo po angielsku „uncle” oznacza zarówno wuja, jak i stryja), po drugie – owej czułości u Wokulskiego nie widać; nie kwapi się nawet, by mu postawić kamień nagrobny, gdy go o to prosi prezesowa Zasławska. Oczywiście, wszystko to są drobiazgi, mało istotne wobec faktu, że autorytet amerykańskiego literaturoznawstwa zachwycił się Lalką i być może spopularyzuje ją w ten sposób wśród anglojęzycznych czytelników, a przynajmniej znawców literatury.

Żaden błąd już Kamerzysty nie zdziwi, odkąd w „Gazecie Świątecznej” (z 2-3 VI) przeczytał, że śmierć gen. Sowińskiego opiewał wierszem Adam Mickiewicz.

Ku pokrzepieniu serc: „Oglądam na festiwalu – według afisza – Sprawę Dantona Stanisławy Przybyszewskiej w reżyserii Jana Klaty. Publiczność bawi się świetnie; kwiczy ze śmiechu, ja kwiczę również – równie absurdalnego kabaretu o historii od czasów Monty Pythona nie widziałem. I gdyby tylko spektakl nosił tytuł Jasio sobie robi jaja, czyli Marianna Podkasana […]. »Odgięło nas« po upadku żelaznej kurtyny nazbyt mocno w stronę tandetnego rozumienia zasady anything goes […], rozkoszny brak obowiązku znaczenia niejednego upaja” (Tadeusz Bradecki, Monokultura siekiery, „Dialog” 2009, nr 4).

hm

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas