poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ŁUKASZ MACIEJEWSKI
Od Ofelii do Felicji. Arcydzieło odkryte na nowo ("Jak być kochaną" Wojciecha Jerzego Hasa)
Dekada Literacka 2010, nr 4-5 (242-243)
Wojciech Jerzy Has (w październiku br. mija dziesiąta rocznica jego śmierci) swoją przygodę z kinem zaczynał w tym samym okresie co Wajda, Kutz i Kawalerowicz, ale podczas gdy jego sławni koledzy – wspomagani przez Munka czy Różewicza – w kolejnych filmach zadziornie lub romantycznie wadzili się z wojenną rzeczywistością, Has – od samego początku swojej drogi – pozostawał na uboczu. Już w brawurowym debiucie, Pętli (1957) według noweli Marka Hłaski, reżyser udowodnił, że w kinie chce być solistą. Outsiderem z własną wizją świata, literatury i sztuki. Styl Hasa krystalizował się bardzo długo, w zasadzie aż do śmierci artysty, ale w trakcie tej wieloletniej podróży reżyser ani razu nie sprzeniewierzył się swojemu twórczemu dekalogowi. Były to przykazania artystycznej prawdy, która sytuowała się bardzo daleko od społecznego konkretu, werystycznego opisu czy komercyjnych, kunktatorskich zabiegów.

Bohaterstwo codzienne

Premiera Jak być kochaną, szóstego filmu w dorobku Wojciecha Jerzego Hasa, odbyła się w styczniu 1963 roku. Zarówno publiczność, jak i krytyka przyjęły film z entuzjazmem. „Waga tego sukcesu była tak wielka, że rzuciła nowe światło na dotychczasową twórczość reżysera; jego dorobek artystyczny stał się naraz ważki i znaczący, a mniej lub bardziej udane eksperymenty potraktowano jako kolejne etapy poszukiwań, uwieńczonych w końcu pełnym powodzeniem” – pisał na łamach „Filmu” Wojciech Jędrkiewicz. Komplementowano perfekcyjny warsztat reżysera i znakomitą kreację Barbary Krafftówny, ale także zaskakującą formę obrazu. Przed Jak być kochaną niemal wszystkie rodzime filmy poruszające tak zwaną tematykę wojenną pokazywały naszą narodową tożsamość z punktu widzenia bohatera zbiorowego: heroicznego i romantycznego albo hochsztaplera i mitomana, tymczasem Wojciech Jerzy Has, adaptując opowiadanie Kazimierza Brandysa, pokazał bohaterstwo codzienne, przyziemne i znajome. Bohaterstwo, które wyzwoliła miłość: prywatna, nie obywatelska. Nieodwzajemniona miłość kobiety do mężczyzny.

Zygmunt Kałużyński w błyskotliwej, zamieszczonej w „Polityce” recenzji z Jak być kochaną odważnie zestawiał egoistyczne poświęcenie bohaterki filmu Hasa z daremną ofiarą powstańców z Kanału Andrzeja Wajdy: „I ona, i oni narażają wszystko, co mają, by ocalić najcenniejszą w ich oczach ludzką wartość; i ona, i oni narażeni są na straszliwe doświadczenia, stające na granicy tego, co można znieść – gdy się jest kobietą czy gdy się jest kombatantem – i ona, i oni, na koniec, mają tego samego wroga. Jest nim w pierwszym rzędzie okupant, ale w sensie szerszym wojna”.

Jak być kochaną jest filmem, który można interpretować na wiele sposobów – jako uniwersalną opowieść o cichym bohaterstwie i głośnej przegranej; obraz o zaborczej miłości i daremnej ofierze, wreszcie o strachu i różnych odcieniach kolaboracji. Felicja, bohaterka Jak być kochaną, nie miała munduru, nigdy nie walczyła na froncie, nie zasłużyła na medal. Jej poświęcenie było ciche i zduszone, jej miłość – beznadziejna i desperacka. „Ja nie jestem miarą – mówi Felicja. – Miara, którą przykładam do życia, jest zawsze wyższa ode mnie. Gardzę każdym człowiekiem, w którym odkrywam moje własne zło, mimo że sobie je wybaczam”.

W kanonicznych filmach polskiej szkoły filmowej wojna była kroniką męskiej, żołnierskiej klęski, niekiedy oznaczała także uczuciowe wybrakowanie, które bardzo długo nie pozwoliło tym, którzy przeżyli wojenny koszmar, zakochać się lub zaprzyjaźnić (mówiły o tym na przykład znakomite filmy Tadeusza Konwickiego – Zaduszki i Ostatni dzień lata). Wojciech Jerzy Has w Jak być kochaną pokazuje wojnę z punktu widzenia przeciętności, która wcale nie chciała być wyjątkowa, nie chciała walczyć i umierać za ojczyznę. Has mówił: „To nie jest film okupacyjny ani tym bardziej rozrachunkowy, ale na pewno film antywojenny. Tyle tylko, że zagadnienia wojny potraktowane są indywidualnie, z punktu widzenia jednostki”.

Czas subiektywny

Jak być kochaną, film zasłużenie zaliczany do czołowych osiągnięć polskiej szkoły filmowej, pozostaje dziełem na wskroś oryginalnym i autorskim. Wojciech Jerzy Has nie tylko wywyższył w nim perspektywę prywatną ponad doświadczenie zbiorowe, nie tylko wykorzystał ryzykowny pomysł narracji prowadzonej w monologu wewnętrznym, ale także pierwszoplanową bohaterką tej wojennej historii uczynił kobietę.

Bohaterka filmu Hasa ma piękny tembr – czyli charakterystyczny głos Barbary Krafftówny, głos w którym słychać zarówno ciepło, jak i zdziwienie, ale także echa delikatnej pretensji i wiecznego rozbawienia. Głos filmowej Felicji znają wszyscy, ale jej twarz jest anonimowa, bo aktorka Felicja, bohaterka Jak być kochaną, nie jest gwiazdą kina czy teatru, tylko radiowego słuchowiska – przypominającego popularną niegdyś Rodzinę Matysiaków – które cieszy się wśród słuchaczy niezmienną popularnością. Felicję poznajemy w momencie, gdy na zaproszenie swojej wielbicielki wylatuje do Paryża. Samolot jest elegancki i sterylny, ale już koniak podawany przez wyrozumiałą stewardessę ma gorzki smak rozczarowania. Bo podróż trwa zdecydowanie za długo: konkretne miejsce, ostateczny cel lotu – ów trochę mityczny Paryż, zamienia się w trudno uchwytną eskapadę w głąb siebie. W zawiłości własnego życia, które – w podniebnej, a zatem nie do końca realnej perspektywie – wydają się życiem cudzym. Ukradzionym i przywłaszczonym.

Dla mnie Jak być kochaną Wojciecha Jerzego Hasa jest przede wszystkim filmem o subiektywności przeżytego czasu. Retrospekcja została użyta przez reżysera nie tylko jako celny chwyt formalny, ale przede wszystkim jako klucz do rozwikłania psychologicznej tajemnicy bohaterki. Głos Felicji brzmi dzisiaj pięknie, bo wcześniej wybrzmiały w nim wszystkie nuty histerii, desperacji, zniewolenia. To minęło. Została tylko sublimacja: echa dawnych zdarzeń, cienie zamierzeń i zdobyty z trudem spokój bohaterki. Jednak bywa święty.

Wojciech Jerzy Has, sięgając po opowiadanie Kazimierza Brandysa (także autora scenariusza i dialogów), zniwelował, co zastanawiające, kinogeniczne koncepty pisarza. W opowiadaniu Brandysa podróż Felicji wydawała się dużo bardziej filmowa niż w obrazie Hasa. Opowieść Felicji była kakofoniczną symfonią, którą rządzą prawa achronologicznej pamięci. Pisarz opowiedział tę historię, wykorzystując formułę stylistycznej szarady, w której spośród wojennych odprysków pamięci, zderzających się ze współczesnym komentarzem, ni stąd, ni zowąd, wyłaniała się skomplikowana prawda jednej kobiety. Wojciech Jerzy Has uporządkował tę wspomnieniową dezynwolturę: Jak być kochaną jest opowieścią czystą i klarowną. Dwa czasowe ciągi wydarzeń układają się równolegle i pokazywane są przemiennie. „Film oparty jest na retrospekcjach, ale potraktowanych inaczej niż w opowiadaniu – wspominał reżyser. – Poza ekspozycją, gdzie obie warstwy – współczesna: podróż samolotem i wspomnieniowa: okupacyjna – krzyżują się często i »chaotycznie«, w dalszych partiach retrospekcje następują w porządku chronologicznym”.

Druga światowa, pierwsza sercowa

Zderzanie ze sobą planu teraźniejszego i przeszłego było na początku lat 60., czyli w momencie powstania filmu, zjawiskiem modnym, często wykorzystywanym zwłaszcza w kinie popularnym. Sukces Hasa polegał jednak na tym, że w jego filmie te dwie sfery: aktualna (podróż samolotem) i przeszła (życie Felicji w wojennym i stalinowskim Krakowie), zostały maksymalnie od siebie oddzielone. Już w zamieszczonym w „Filmie” artykule poprzedzającym premierę filmu Wojciech Jerzy Has zapowiadał, że „przejścia od warstwy współczesnej do retrospektywnej będą się odbywały przy pomocy ostrych cięć, bez żadnych zabiegów stylistycznych”. I dlatego Kraków w filmie Hasa wydaje się wizytówką charakterystycznego stylu reżysera: z organicznie wtopionym w postawy bohaterów tłem, z mistrzowską grą światłocienia (zdjęcia Stefana Matyjaszkiewicza), wreszcie z wyrafinowaną, zaskakująco ascetyczną jak na Hasa, wizją plastyczną (miasto: wnętrze kawiarni, mieszkanie Felicji – wygląda w filmie jak dekoracja teatralna); natomiast sceny w samolocie zostały pokazane ze złośliwością, a nawet z pewnym okrucieństwem. Elegancja wnętrza samolotu wydaje się abstrakcyjna, ale ma także głębokie znaczenie psychologiczne. Ten wykwint nie pasuje do Felicji, symbolizuje sterylne panoptikum, w którym nie ma miejsca na to, co stanowiło o życiu bohaterki. Na tak wygładzonym tle tym ostrzej kobieta dostrzega kanty własnej przeszłości: dziurawy materac w jej pokoiku i pełne bólu serce.

Ale bohaterka Jak być kochaną nie ma czasu na wyciąganie chusteczek, tandetny sentymentalizm. Swoje już przepłakała, wystarczająco długo cierpiała. Teraz, w trakcie podróży samolotem, chce tylko poszybować nad przeszłością. Z dystansem wynikającym z czasowej przesłony, z pobłażliwością i bez zgorzknienia. „Retrospekcja nie jest tutaj »umową literacką« – lecz przejmującą podróżą przeciw prądowi, do źródeł dzisiejszej osobowości bohaterki” – pisał we wnikliwej recenzji filmu Konrad Eberhardt. Felicja w teraźniejszości wydaje się osobą pogodzoną ze swoim losem, ale nie z tragiczną przeszłością – od niej nie ma ucieczki. Także nieskazitelnie wyglądające osoby, które towarzyszą kobiecie w tej długiej podróży, pod elegancko zawiązanymi krawatami, dobrze skrojonymi garniturami kryją własne wspomnienia: trudne i bolesne. Samobójczą śmierć dziecka, skrytobójczą klęskę miłości. Nie zaznali szczęścia, nie wierzą, że jest ono w ogóle możliwe. Także w życiu Felicji tego szczęścia było niewiele, ale w końcu ona także musiała być kiedyś wesołą dziewczyną, musiała mieć piękne plany i marzenia.

W 1939 roku Felicja miała zadebiutować w teatrze – wymarzoną rolą Ofelii. Próby wyglądały ekstatycznie. „Czekał ją jeszcze miesiąc szczęścia – pisał, w innym kontekście, Jarosław Iwaszkiewicz w opowiadaniu Młyn nad Lutynią. – Miesiąc szczęścia w życiu to bardzo dużo”. To zdanie idealnie pasuje do Felicji, bo przecież także i ona przeżywała każdy dzień tego finałowego miesiąca z podwójną radością. Teraz, w trakcie długiej podróży do Paryża, widzi wyraźnie swoje radosne oczy kontrujące się z rozognionym spojrzeniem Wiktora (Zbigniew Cybulski) – Hamleta. Ale miesiąc szczęścia szybko się skończył, bo wkrótce – zamiast teatralnego gongu Felicja usłyszała alarmowy jęk wojennej syreny: pierwszy, drugi, sześćdziesiąty siódmy. Tak skończyły się jej aktorskie marzenia, w ten sposób zaczęła się wojna Felicji. Druga światowa, pierwsza sercowa.

Wtedy byłam wielka

Wojciech Jerzy Has pokazał w Jak być kochaną dzień powszedni wojny. Nie zawsze i nie tylko rozgrywał się na barykadach, był także ściszony, bezradny i przestraszony. „Oglądamy tu – czego w gruncie rzeczy nie bywało w polskim kinie – życie w Generalnej Guberni od strony codziennej, okupację z punktu widzenia zwykłego obywatela” – zauważał Zygmunt Kałużyński. Felicja, jak prawie każdy, próbowała odnaleźć swoje miejsce w tej brutalnej rzeczywistości. Została kelnerką, serwowała kawę, ciastko i uśmiech. Nie potrafiła walczyć, nie umiała się mścić, marzyła tylko o tym, żeby jakoś to wszystko przetrwać. Marzyła także o Wiktorze: chciała, żeby i jemu się udało. Bo już wtedy, w trakcie prób do Hamleta, wymyśliła sobie, że będą razem, muszą być razem, bo inaczej chyba skończy się świat. Felicja dopięła swego. Rzeczywiście byli razem. Ale największe zwycięstwo Felicji okazało się dramatyczną przegraną Ofelii. Hamlet doprowadził ją na krawędź szaleństwa.

Wiktor Rawicz w wykonaniu Cybulskiego nie jest już Maćkiem Chełmickim z Popiołu i diamentu Wajdy. Odważny na scenie, słaby i banalny w życiu. Ale Felicja tego nie widzi, zakochana kobieta nie zauważa skaz w lustrze swojej miłości, widzi tylko błysk i ma nadzieję, że będzie lśnił wiecznie. Wiktor nie był zakochany, bywał za to szalony. Kiedyś, w kawiarni, pomiędzy ciastkiem i uśmiechem Felicji, dał popis dziecinnej demonstracji: rozbił filiżankę z kawą, przeznaczoną dla kolaborującego z Niemcami aktora, który następnie został zastrzelony. Podejrzenie natychmiast padło na Rawicza, który był odtąd ścigany listem gończym. Felicja miała tylko przewieźć kolegę pod wskazany adres, ale postanowiła iść dalej i – narażając swoje życie – przechować Wiktora przez cały okres wojny. „Nie jestem pewna, czy istnieją wielcy ludzie – mówiła. – Ale istnieją chwile, gdy człowiek jest wielki. Wtedy byłam wielka. Wtedy, kiedy go ratowałam. Stać mnie było, żeby siebie samą mieć gdzieś”.

Kobieta pokochała swoją ofiarę, ale Wiktor nie pokochał Felicji. Im większe były jej wyrzeczenia, tym mniejsza wdzięczność mężczyzny. Bohaterka Jak być kochaną miała tego świadomość. Wiedziała, że ukochany mężczyzna, który musiał spędzać z nią kilka lat w zamknięciu, będąc świadkiem jej upokorzeń i rozpaczy, na pewno zaraz po wojnie odejdzie. „Ale może za jakiś czas wróci” – pytała retorycznie. W Wiktorze kotłował się strach, poniżenie i niemoc, w Felicji pęczniała duma rosyjskich literackich krasawic z Gruszeńką z Braci Karamazow i Darią Szatow z Biesów Dostojewskiego na czele, czyli pięknych i trochę zepsutych dziewcząt, które za wszelką cenę chciały się ofiarować: aż do końca, do kresu ludzkiej wytrzymałości. Musiały żyć po to, żeby iść za swoimi (niekiedy znienawidzonymi) wybrankami do nieba albo do piekła. Piekło Felicji było bardzo blisko. Wiktor po zakończeniu wojny rzeczywiście natychmiast od niej odszedł, potem wrócił tylko na chwilę. Wrócił, żeby umrzeć. Wojna go nie uszlachetniła, niczego nie przemyślał, nie dojrzał do pięknych ról. Przeciwnie, stał się groteskowym mitomanem (wstrząsająca scena w knajpie z udziałem między innymi Kaliny Jędrusik), skarlałym degeneratem, kiepskim aktorem. Na zawsze stracił blask przedwojennego Hamleta. Nawet jego jedyny rzekomo bohaterski gest, ów policzek wymierzony kolaborującemu koledze, który następnie został zamordowany, okazał się nie tylko gestem daremnym, ale wręcz niedorzecznym, bo ów rzekomy zdrajca był jednak bohaterem – agentem francuskiego wywiadu zastrzelonym przez samych Niemców, nie przez AK. A więc wszystko poszło na marne: lata upokorzeń i złośliwości, przykrych epitetów i dosadnych ocen, nie miały żadnego znaczenia, niczemu nie służyły. Ani radości, ani miłości, ani patriotycznym pobudkom.

***

Felicji, która dla ratowania Wiktora najpierw została zgwałcona przez niemieckich żołnierzy, a potem – dla jego bezpieczeństwa i zapewnienia mu środków do utrzymania – zdecydowała się występować w niemieckim teatrzyku, odebrano prawo do wykonywania zawodu. Nie mogła odtąd grać w teatrze, występować w kinie, został jej już tylko piękny głos. Ironia losu: to właśnie głos Felicji pokochali ludzie. Nie urodę, nie twarz czy jej bohaterstwo. „Tytuł jest ironiczny – tłumaczył Kazimierz Brandys. – Bohaterce nie udało się wzbudzić wielkiej miłości u mężczyzny; poświęciła się dla niego jak gdyby po to, żeby go stracić, i dopiero po latach zdobyła prawdziwą wielką miłość: radiosłuchaczy”.

Oczywiście, nie byłoby tego filmu, gdyby nie arcydzielna kreacja Barbary Krafftówny. Felicja w wykonaniu Krafftówny to rola, która nie ma sobie równych właściwie w całym polskim kinie. Film rozpoczyna się w momencie, kiedy w zasadzie wszystko już o bohaterce wiemy. Ale podróż jeszcze trwa, zeznanie Felicji musi się dopełnić. Nie usłyszymy zbyt wielu słów obrony, zobaczymy natomiast poruszającą fotografię tych chwil, które zdecydowały o życiu bohaterki. Zdjęcia emocji, w których ukryły się przerażone stopklatki z młodości, przedwczesnej dojrzałości, a może już starości? Dzięki wybitemu aktorstwu Krafftówny prawda Felicji ma w Jak być kochaną odwrócony porządek. Jest przeszłym życiem złapanym w siatkę entomologa polującego na rzadki okaz motyla. Uwięziony motyl jest ofiarą złej pamięci. Jeszcze trzepoce skrzydełkami, marzy o wolności, ale wie już, że został schwytany w teraźniejszości. Niewola jest szarpaniną, ale wspomnienie tak zwanej wolności było nią także. Bo życie, każde życie, wygląda zawsze jak dziecięcy rysunek. Kilka ładnych, skończonych linii, mnóstwo kleksów i plam. Plus biała reszta. Reszta jest milczeniem.

Łukasz Maciejewski

WYBÓR PUBLIKACJI:

Kazimierz Brandys, Romantyczność (opowiadania), Warszawa 1960.
Krzysztof Demidowicz, Prywatna wojna Felicji, „Film” 1999, nr 8.
Konrad Eberhardt, Opowieść o czasie wewnętrznym, „Film” 1963, nr 3.
Konrad Eberhardt, Wojciech Has, Warszawa 1967.
Adam Garbicz, Kino, wehikuł magiczny. Przewodnik osiągnięć filmu fabularnego. Podróż trzecia 1960-1966, Kraków 1996.
Zygmunt Kałużyński, Barykada broniona przez jedną kobietę, „Polityka” 1963, nr 9.
Seweryn Kuśmierczyk, Stanisław Zawiśliński (redakcja), Głosy wolności. 50 lat polskiej szkoły filmowej, Warszawa 2007.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas