poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
HENRYK MARKIEWICZ
Czytając ankietę "Tekstów Drugich"
Dekada Literacka 2010, nr 4-5 (242-243)
Znakomity pomysł miał Ryszard Nycz, zwracając się na 20‑lecie „Tekstów Drugich” do redaktorów i współpracowników tego pisma z ankietą pytającą ich o osobiste poglądy na kluczowe sprawy literaturoznawstwa, a mianowicie (referuję w skrócie): czym jest literatura, o co naprawdę chodzi w jej poznawaniu/doświadczeniu/badaniu, co jest zasadniczym przedmiotem literaturoznawstwa, jaka teoria i metoda służy mu najlepiej, czy szukanie nowych teorii i metod jest potrzebne?

Odpowiedziało na tę ankietę („Teksty Drugie” 2010 nr 1/2) 25 osób (w tym troje przedstawicieli innych dziedzin humanistyki), przeważnie należących do średniego pokolenia, mających za sobą poważne osiągnięcia naukowe, teoretyków i/lub badaczy literatury współczesnej. Zaledwie dwoje tylko respondentów zajmuje się literaturą sprzed XX wieku.

Niemniej jednak są to na pewno głosy ważne, pozwalające zorientować się w dominantach rozwojowych polskiego literaturoznawstwa. Korzystając z obserwacji zawartych we wprowadzeniu Nycza, chciałbym owe dominanty dokładniej rozpatrzeć, z uwzględnieniem dostrzeżonych rozbieżności i dołączeniem własnych znaków zapytania i zastrzeżeń.

Czytałem te teksty z ogromnym zainteresowaniem, naturalnym u kogoś, kto – jak ja – kończy swą drogę naukową i ciekaw jest, jak potoczą się dalej losy uprawianej przez niego dziedziny. Pewną przeszkodą w tej lekturze były niekiedy sformułowania niejasne i skróty myślowe. Dziwi mnie na przykład upór, z jakim Anna Burzyńska, wbrew potocznemu i naukowemu uzusowi (zob. np. Ewa Domańska: s. 50), a bez jakiegokolwiek pożytku, proponuje, by przez teorię rozumieć „nie system ogólnych twierdzeń dotyczących jakiejś dziedziny poznania, lecz wszelką wiedzę przydatną w procesie interpretacji” (29).

Dziwny też wydaje mi się paradoks Michała Pawła Markowskiego, który twierdzi, że „każdy tekst napisany jest już przeczytany, i nie chodzi tu tylko o to, że przeczytać go musiał autor, ale o to, że w definicji tekstu zawiera się jego podatność na czytanie” (118). Może rozróżnienie potencjalności i aktualności jest przejawem przestarzałej metafizyki obecności, upierałbym się jednak, że jest różnica między strzelbą, która może wystrzelić, a strzelbą, która już wystrzeliła.

Nie rozumiem, jak można – jak to czyni Adam Dziadek – zaprzeczać doksie, która mówi, że literatura „opisuje, odtwarza, odzwierciedla itp.”, a jednocześnie domagać się, by socjologowie, psychologowie czy filozofowie korzystali z literatury jako „źródła danych” (58).

Nie wiem, o co chodzi Domańskiej, gdy przeciwstawia sobie metodologię normatywną i metodologię preskryptywną (50) – w moim poczuciu językowym są to określenia równoznaczne.

Od Krzysztofa Kłosińskiego oczekiwałbym jaśniejszej definicji literatury niż zdanie, że „stanowi [ona] dostępny człowiekowi od zawsze [...] quasi‑transcendentalny »instrument poznawczy« (Iser), tkwiący wewnątrz kultury” (69).

Nie wiem, co ma na myśli Zofia Mitosek, gdy twierdzi, że „podejścia, które widzą w nim [literaturoznawstwie] formacje dyskursywne, paralelne do formacji artystycznych, są cenne jako rodzaj   z a p i s u   myśli ludzkiej” (127).

Może dla niektórych czytelników przykłady te nie są przekonywające. Problem jednak chyba istnieje, skoro na niezrozumiałość nowych prac z teorii literatury narzeka również odbiorca tak kompetentny jak Michał Głowiński (63).

Wytknę też niektórym autorom, że nie dbają wystarczająco o językową schludność swych wywodów. Na przykład Inga Iwasiów pisze, iż ktoś „wyznaczający genderowy kierunek literatury musi zawalczyć o jej poziom, podkręcić timbr pytań ponad pułap potocznego doświadczenia” (87). „Zawalczyć”?, „podkręcić timbr pytań ponad pułap potocznego doświadczenia”? Nie uchodzi, proszę Pani Profesor, nie uchodzi…

Nie ułatwiają lektury zdania o długości i skomplikowaniu przekraczającym granice – by tak rzec – wytrzymałości składniowej polszczyzny. Przekracza je kilkakrotnie Grzegorz Grochowski. Oto jeden przykład: „Postulat penetrowania obszarów ekskluzji otwiera jednak drogę w różnych kierunkach, umożliwiając opisanie zasad reglamentacji dostępu do udziału w danych przestrzeniach społecznych, co tworzy punkty zaczepienia dla dalszych alternujących problematyzacji, gdyż może oznaczać zarówno ograniczenie w wymiarze przedmiotowym (dotycząc np. badań nad tabuizacją), jak i podmiotowym (odsyłając do ekskomunikowanych agensów), co pozwala stawiać pytania – odpowiednio – o znaturalizowane formy rozczłonkowania uniwersów symbolicznych oraz o stratyfikację wybranych obszarów życia społecznego i o tożsamości uczestniczących w nich podmiotów” (78).

Kończąc czytanie takich zdań, nie pamiętamy już o ich początku. O nadmiarze wyrazów obcych – zmilczę. Kiedy byłem zastępcą redaktora „Pamiętnika Literackiego”, zarówno nieoceniona sekretarz redakcji, Zofia Sypulanka, jak i ja prosiliśmy w takich wypadkach autorów, by wygładzili stylistycznie swe artykuły. O ile pamiętam, nikt o to nie miał pretensji, a Stefan Żółkiewski nawet życzył sobie takich uwag. Dziś – jak widać – zwyczaj ten zanika, zapewne w imię poszanowania tzw. Innego, ale na pewno ze szkodą dla poprawnej stylistyki.

Ale dość tych zarzutów, którymi zapewne narażam się na opinię pedantycznego mentora. Co odpowiedzieli respondenci na wymienione poprzednio pytania? Jak pisze (za Derridą) Burzyńska, literatura to przestrzeń niesubordynacji (30); część ankietowanych również na niesubordynację sobie pozwoliła: uchylając się od odpowiedzi, przesłała w zamian wyrazy uznania i wdzięczności dla „Tekstów Drugich” (jak najbardziej zasadne), bądź refleksje autobiograficzne dotyczące własnej drogi naukowej czy też partykularnych zainteresowań (skądinąd bardzo ciekawe). Na szczęście, z większości tekstów można wydobyć merytoryczne odpowiedzi na pytania zawarte w ankiecie.

Odpowiedź na pytanie pierwsze – czym jest literatura? – występuje w dwóch różnych wersjach. Pierwszą z nich reprezentuje Andrzej Szahaj, który powiada, że „nie istnieje żadna istota literatury, jest ona tylko zbiorem pewnych praktyk kulturowych, których treść i odrębność są zmienne” (155) – i tylko tyle, bez wskazania owych treści i granic owej zmienności. Na co można by odpowiedzieć, że trudności definicyjne, jeśli nie znikają, to w każdym razie się zmniejszają, gdy poszukujemy nie istoty literatury, lecz jej cech obserwowalnych, a przy tym traktujemy ją jako kategorię nie klasyfikacyjną, lecz – mówiąc po dawnemu – typologiczną, a w terminologii kognitywizmu – prototypową i skalarną. Pisałem o tym kilkakrotnie, więc nie chcę się powtarzać, przypomnę tylko jeden argument: od mniej więcej 250 lat, to znaczy od kiedy funkcjonuje termin „literatura” jako oznaczenie pewnej   c z ę ś c i   piśmiennictwa, nie zdarzyło się, by ktoś umieszczał poza jej zakresem Iliadę czy Kwiaty zła. Dialogi Platona i Myśli Pascala umieszczano z reguły na pograniczach literatury i nie‑literatury. Z drugiej strony dzieło Kopernika czy kodeks Napoleona włączali do literatury tylko ci, którzy przez literaturę rozumieli   w s z e l k i e   rodzaje piśmiennictwa.

Esencjalizm to ciężki dziś zarzut, a jednak cechy esencjalistyczne występują w drugiej wersji odpowiedzi na pytanie o literaturę. Uwydatniają one jej specyficzne, niezastępowalne wartości poznawcze. Zygmunt Bauman wtóruje pisarzom (Broch, Sabato, Kundera) gloryfikującym powieść jako „ostatnie obserwatorium, z jakiego dostrzec można życie ludzkie w jego całości” (14). Według Markowskiego czytanie literatury „osadza nas w świecie i pozwala rozumieć i świat, i siebie samych” (112). Nycz pisze o „inwencyjnej sztuce artykulacji doświadczenia” (11), Grażyna Borkowska o „odnawianiu więzi ze światem” (25); podobnie Małgorzata Czermińska i Dorota Głowacka [1].

Pod tym wszystkim podpisuję się z pełnym przekonaniem, ale rzecznicy tej reintronizacji literatury mówią tylko o literaturze in optima forma, o jej wysokich osiągnięciach. A przecież definicja literatury powinna się stosować także do tandetnych tekstów, w których nie ma ani inwencji, ani doświadczenia, czy do takich, które są na przykład parodią innych tekstów lub czystą zabawą językiem. Quasi‑definicje te są więc i nacechowane aksjologicznie, i zbyt wąskie.

Tyle o literaturze. A literaturoznawstwo? (Ten termin krytykowany kiedyś jako błąd językowy, teraz stał się wygodniejszy niż „nauka o literaturze”, wobec tego, że nasza dyscyplina sama kwestionuje swą naukowość). Konsekwencją rozpatrywania literatury jako swoistej wiedzy o człowieku jest przekonanie, że nie należy zamykać jej w „autonomicznym kręgu czysto literackich odniesień” (Nycz: 9), przeciwnie, trzeba ukazywać ją w „bogatej sieci istotnych powiązań […] z wszelkimi innymi zjawiskami kultury” (Burzyńska: 30; podobnie Grochowski: 79), a także w powiązaniu z osobowością autora (Burzyńska: 30) [2].

Zarazem podkreśla się, że chodzi tu o „literaturoznawstwo osobiste, tworzone – jak pisze Nycz – z partykularnej i z spersonalizowanej perspektywy”. Zrywa ono z „intelektualistyczno‑naukową charakterystyką artystycznego przedmiotu” (Nycz: 9, 11, 12), zakłada „osobiste zaangażowanie badacza w literaturę” (Iwasiów: 87) i odzyskuje „radość spontanicznej lektury” (Ewa Kraskowska: 72). Literatura „nie jest   o b i e k t e m   badań, albowiem stanowi istotną część naszego doświadczenia egzystencjalnego”, stąd „odrzucenie obiektywności jako zasady regulatywnej” (Markowski: 108, 115). Literaturoznawstwo, podobnie jak inne artes liberales, „rozpięte jest między nauką a sztuką, między metodą a szaleństwem” (Agata Bielik‑Robson: 21).

Choć autorzy unikają tego przymiotnika, jest to więc literaturoznawstwo subiektywne; Burzyńska pisze nawet, że jest to „sfera całkiem intensywnych namiętności, doświadczenia ciała, zmysłów czy pożądań” (32). Gdyby nie nazbyt androcentryczne konotacje, można by powiedzieć – „literaturoznawstwo dionizyjskie”.

Że nad badaniami literackimi ciąży prezentyzm i subiektywizm, z tego zdawaliśmy sobie sprawę, ale traktowaliśmy te cechy jako wadę i nieuchronną słabość, którą jednak można i należy minimalizować, uświadamiając sobie te Vorurteile, z którymi przystępujemy do utworu literackiego, gdy teraz z owej konieczności (dającej się złagodzić) czyni się cnotę. Nie dostrzegłem w tej ankiecie niepokoju, że w rezultacie takiej orientacji literaturoznawstwo staje się dyskursem w pierwotnym znaczeniu tego słowa (etymologizowanie dziś modne), które pochodzi wszak od czasownika discurrere (‘rozbiegać się w różne strony’, ‘błądzić’), dyskursem przeto opornym wobec prób scalenia jego rezultatów, a zatem wszelkich form syntezy. A nikt chyba nie zaprzeczy, że takie formy literaturoznawstwa są niezbędne, odpowiadają na istotne zapotrzebowanie społeczne.

Ponadto nasuwa się pytanie, czy afiszowanie się z nienaukowoścą naszej dyscypliny jest strategią udatną pro foro externo? W oczach niefachowców nie sprzyja ono legitymizacji literaturoznawstwa, i tak już spychanego na margines instytucjonalny i finansowy. Obawiam się, że pewnego dnia decydenci mogą powiedzieć: „Jeśli chcecie państwo zajmować się literaturoznawstwem osobistym, uprawiajcie sobie te osobiste ogródki na osobisty rachunek”. Ale odsuwam na bok ten rodzaj argumentów jako czysto pragmatyczny, nie merytoryczny.

Nycz zastrzega się, że literaturoznawstwo osobiste nie ma nic wspólnego z „problemami subiektywnego widzimisię, egzaltowania się własną wrażliwością [czy] wyobraźnią” (12). Ale jak wytyczyć tu granice, których badacz przekraczać nie powinien? Według Kartezjusza każdy sądzi, że jest wystarczająco wyposażony w zdrowy rozum; można by też powiedzieć, iż każdy literaturoznawca uważa, że ma wystarczające wyczucie tego, co jest w badaniu dozwolone, a co nie.

Markowski stanowczo orzeka, że lęk przed niebezpieczeństwem tych dowolności jest kompletnie nieuzasadniony, że to tylko „straszak, który nie ma żadnego umocowania w rzeczywistości” (115). Jak dalece tu się myli – niech dowodem będą choćby moje Obrachunki lalkarskie [3].

Zasada literaturoznawstwa osobistego rzutuje oczywiście na traktowanie interpretacji,  uznawanej powszechnie za najważniejszą powinność literaturoznawstwa (Burzyńska: 29). Według Małgorzaty Czermińskiej tekst to centrum, a jeżeli nie centrum, to przynajmniej mgławica wyposażona w siłę grawitacyjną, od której interpretacji oderwać się nie wolno, bo wówczas zamiast spotkania z cudzym tekstem literackim tworzy się literaturę własną (43).

Nycz buduje konstrukcję dwupiętrową – sens utworu tworzy dopiero językowa artykulacja uprzedniego amorficznego „rezerwuaru przeżyciowego”, lecz sens ten pozostaje martwy i zamknięty w sobie „bez ponowienia tej artykulacyjnej pracy, którą wykonuje czytelnik, każdy trochę inaczej” (11). (Tu trzeba by dodać, że z punktu widzenia autora tworzenie tekstu jest równocześnie ową wtórną artykulacją).

Markowski formułuje tuż obok siebie dwie różne tezy: 1) „tekst projektuje własne interpretacje i w związku z tym jego sens jest już zaprojektowany, już potencjalnie istnieje”; 2) „nie istnieje sens przed interpretacją”; „nie ma sensu, który nie byłby efektem interpretacji” (122). Tezy te można by uspójnić przez rozróżnienie istnienia potencjalnego i aktualnego, ale czy można twierdzić, że tzw. interpretacje twórcze są również zaprojektowane?

Na ogół w sposób mniej lub bardziej radykalny stwierdza się konstytutywną funkcję interpretacji w kształtowaniu się znaczenia utworu literackiego. Zaznacza się przy tym, że nie jest to kształtowanie dowolne (Nycz: 9), że to, co napisane, nie może być traktowane jako „puste pole dla nieogarnionych ilości dowolnych odczytań” (Czermińska: 43). Markowski twierdzi, że interpretacja nie jest jakimkolwiek wymysłem, który można przedkładać innym, nie troszcząc się o jego zasadność. Co więcej, utrzymuje nawet, że interpretacja „nie może być oparta na wyczytywaniu z tekstu tego, co w nim literalnie nie ma” (116). Z tym już nie mogę się zgodzić, choć Markowski właśnie mnie, nie wiadomo na jakiej podstawie, przypisuje taki pogląd. Jeśli traktować go à la lettre, oznaczałoby to, że już eksplikacja metafory byłaby niedopuszczalna.

Twierdzi też Markowski, że nieprawdą jest, iż interpretacja jest pozbawiona reguł weryfikacji (115), ale równocześnie pisze, że by dyskutować o interpretacjach, trzeba założyć istnienie „choćby okolicznościowej racjonalizacji, choćby tymczasowych reguł, choćby przygodnych prawideł” (116). Z postulatywnego trybu tych sformułowań można wywnioskować, że takich reguł i prawideł jeszcze nie ma. Dodajmy, że „tymczasowe reguły”, „przygodne prawidła” – te oksymoroniczne formuły pobrzmiewają relatywizmem, są przejawami „myśli słabej”. Burzyńska idzie jeszcze dalej – uważa, że tworzenie teorii określającej z góry reguły lub kryteria istnienia praktyk interpretacyjnych jest zbędne, co gorsza czyni z teorii literatury „narzędzie nadzoru i przymusu” (30).

Inaczej Markowski. Wyjaśnia on, co to znaczy interpretacja skuteczna i co znaczy interpretacja prawomocna. Pierwsza z nich (wbrew decyzji terminologicznej autora taką interpretację nazwałbym raczej prawomocną niż skuteczną) to taka, która „poszerza granice naszego rozumienia, pokazuje, czego przedtem nie widzieliśmy”. Ale by rozstrzygnąć, czy pokazuje trafnie, czy też tylko pozornie poszerza nasze rozumienie, w gruncie rzeczy je zaciemniając i fałszując, tego nie rozstrzygniemy, nie dysponując owymi regułami weryfikacji, o których poprzednio była mowa. Interpretacja prawomocna z kolei (którą ja nazwałbym właśnie skuteczną) to taka, która „znajduje największą z możliwych ilość zwolenników” (120). Sęk w tym, że aby tak rozumianą prawomocność stwierdzić, trzeba pewnego upływu czasu, a oszacowanie liczby zwolenników konkurencyjnych interpretacji praktycznie jest nie do zrealizowania. A przede wszystkim, jak Markowski kiedyś smętnie przyznawał – sukces odnoszą poglądy nudne i oczywiste [4].

Wszystko to są sprawy bardzo trudne; może nawet połączenie programu literaturoznawstwa osobistego z respektowaniem reguł to coś w rodzaju kwadratury koła. (Michał Januszkiewicz wprost pisze: „Na pytanie jak uprawiać hermeneutykę, nie znajdziemy metodologicznie (tj. w sensie zbioru dyrektyw) zorientowanej odpowiedzi”) [5]. Nie mam więc pretensji, że ankieta nie przyniosła tu zadowalających odpowiedzi. Pretensje mam o to, że uczestnicy wypowiadają się tak, jakby trudności te nie istniały i nie troszczą się o ich umniejszenie.

Może pewne rozjaśnienie przyniosłaby analiza różnych interpretacji, uzasadniająca dlaczego jedne z nich uważa się za twórcze, inne za tylko poprawne, jeszcze inne za nietrafne i dowolne. Ale od przykładów autorzy stronią. (Jedynym bodaj wyjątkiem jest Grochowski, który „filologiczną skrupulatność i wrażliwość na słowo w połączeniu z antropologiczną świadomością złożoności kulturowych i historycznych uwikłań przekazu” znajduje u Bachtina i formalistów rosyjskich, a także – co dziwi – u Foucaulta i Greenblatta: 71) [6].

Innym niż interpretacja problemom historycznoliterackim poświęcają autorzy mało uwagi. Anna Nasiłowska (wypowiedź jej nosi znamienny tytuł Herezje) w imię zdrowego rozsądku, który według niej „ma pierwszeństwo przed wszelkimi teoriami literackimi” (135), i zgodnie z zainteresowaniami oraz zamiłowaniami czytającej publiczności broni historii literatury i biografiki. Jako zwolennik rekonstrukcji historycznych „średniego zasięgu” (jak na przykład Bachtina o rozwoju powieści polifonicznej i Olgi Freidenberg o pochodzeniu parodii), czyli – mówiąc po staroświecku – poetyki historycznej, deklaruje się Grochowski (71). German Ritz uważa, że literaturoznawstwu w ogóle potrzebny jest historical turn, a literaturoznawstwu polskiemu – odwaga budowania, choćby ryzykownych syntez; interesuje go przede wszystkim polska droga do nowoczesności, której należy szukać nie w tekstach fikcjonalnych, ale autobiograficznych (147).

Tak więc jako naczelna dyrektywa badań literackich, przynajmniej w opinii respondentów, zarysowuje się subiektywny, idiograficzny ergocentryzm, przypominający trochę „sztukę interpretacji” Staigera i Kaysera z pierwszych dziesięcioleci powojennych. Trochę – bo owi poprzednicy kładli nacisk na ograniczenie subiektywizmu, na rekonstrukcję historycznego sensu utworu. „Łączność z teraźniejszością – pisał Staiger – jest sama przez się zapewniona przez ograniczenia naszych organów poznawczych, nie musimy się więc o nią troszczyć. Jedyną troską niech będzie gotowość, by oddać sprawiedliwość cudzej duchowości i dalej przekazać jej przesłanie, niezmieszane z naszymi sprawami” [7].

Dzisiaj natomiast – radykalizując poglądy Gadamera – twierdzi się, że „zadanie rekonstrukcji uznać należy za nieaktualne i bezsensowne – jest bowiem niemożliwe, a gdyby nawet było możliwe, to oznaczałoby to jedynie docieranie do martwego już sensu” [8].

Zróżnicowany, a trudny do zreferowania, jest stosunek uczestników ankiety do teorii literatury; trudny, bo przez tę teorię rozumieją różne sfery refleksji metaliterackiej, często wprost ich nie nazywając. Takie „rozmycie konturów” wydaje się Przemysławowi Czaplińskiemu „najwartościowszą przypadłością refleksji o literaturze” (35). Również zdaniem Grochowskiego „semantyczna niestabilność oraz nieuchwytność przedmiotowego zakresu” zapewnia pojęciu „problemotwórczą produktywność” (75). Jestem innego zdania; jak już poprzednio pisałem, taka „dyskursywność” uniemożliwia sensowną dyskusję, bo każdy mówi o czymś innym.

Otóż, jeśli mimo tych przeszkód zrozumiałem przeczytane wypowiedzi, rozrzut stanowisk wygląda następująco: Zofia Mitosek deklaruje swoje odejście od wiary w metody (177), Anna Burzyńska sądzi, że nie istnieje jakakolwiek potrzeba „porządkowania fenomenów literackich za pomocą modeli, systemów czy schematów”, co budzi zdumienie: w przełożeniu na bardziej tradycyjną terminologię oznaczałoby to zbędność systematyki literatury i poetyki opisowej (czytelnik zadaje sobie pytanie, jak bez tych modeli i schematów można analizować dzieło literackie; wszak individuum est ineffabile i można je w przybliżeniu uchwycić tylko przez gęstą siatkę pojęć ogólnych), opowiada się natomiast za teorią jako „siłą szybkiego reagowania – na wszystko to, co aktualnie ważne we współczesnej kulturze, a w szczególności to, co domaga się interpretacji” (30). Cytuję, nie komentując, bo brzmi to dla mnie nazbyt enigmatycznie. Jaśniejsze jest następujące zdanie tejże autorki: teoria literatury to „otwarty zbiór rozmaitych języków interpretacji”, na przykład teorii feministyczych, genderowych, queerowych, rasowych, postkolonialnych itp., a więc teorii pozaliterackich, a do literatury tylko aplikowanych. (Rzecz charakterystyczna, że wśród „języków” wyliczanych przez Burzyńską zabrakło tu języka interpretacji klasowej).

Natomiast Nycz (10) postuluje budowanie teorii na wewnętrznym gruncie literatury przez wyprowadzenie jej „od dołu” z empirycznego materiału, a nie z „apriorycznie danych ogólnych twierdzeń”. Postulat to na pewno słuszny, zastanawiam się tylko, gdzie w teoriach literatury późniejszych od estetycznych spekulacji niemieckiego idealizmu ów aprioryzm się pojawiał. Nie czyniłbym z tego zarzutu Tomaszewskiemu, Ingardenowi czy Genette’owi. Z drugiej strony, jak wiemy od Gadamera, jakakolwiek interpretacja materiału empirycznego nie jest wolna od teoretycznych „uprzedzeń”. Poza krąg hermeneutyczny wyjść tu nie można.

W każdym razie Nycz jest przekonany, że teoria ma przed sobą innowacyjną przyszłość. Natomiast Szahaj twierdzi, że w literaturoznawstwie wszystko już było, a przy tym żadna z jego metod nie może być na zawsze odesłana do lamusa (157). Pozostaje więc albo wierność jednej metodzie, której towarzyszy jednak świadomość jej ograniczeń, cząstkowości i niedoskonałości oraz uznanie prawomocności innych metod, czyli tolerancyjny pluralizm metodologiczny (także Burzyńska: 28), albo też programowy eklektyzm, uznanie „komplementarności ujęć, wzajemnego uzupełniania się i dopełniania badań” (Domańska: 48). Czapliński dodałby tu jeszcze postawę krytyczną wobec własnych założeń i nieufność wobec rezultatów samego wyjaśniania (39), Iwasiów przekonanie, że należy „unikać wszelkiej ortodoksji” (89) [9].

Tak więc po smutnych doświadczeniach z różnymi ortodoksjami wiedza o literaturze odsłania swą nową twarz – twarz Rorty’owskiej liberalnej ironistki.

Henryk Markiewicz

PRZYPISY:

[1] Ostrożniejszy jest Przemysław Czapliński: uważa on, że literatura „nie przekazuje uniwersalnej wiedzy, nie jest najważniejszą formą komunikacji międzyludzkiej, nie stanowi przejawu najdoskonalszego posługiwania się językiem”. Jest przy tym wtórna wobec istniejących w komunikacji społecznej stylów, gatunków, form porozumienia, „przerabia wspólne śmieci na indywidualną narrację” (38). Czapliński pisze to zapewne pod wrażeniem lektury Masłowskiej czy Witkowskiego, ale czy ów przerób śmieci to określenie dające się zastosować do całej literatury, na przykład do symbolizmu i poezji awangardowej?

[2] Szahaj widzi nawet literaturoznawstwo jako „element zintegrowanego przedsięwzięcia nauk o kulturze”. W dalszych wywodach idzie jeszcze dalej: twierdząc, że minęła doba specjalizacji, postuluje porzucenie „opłotków poszczególnych dyscyplin”, a więc i literaturoznawstwa, na rzecz rozpatrywania kultury „z holistycznego punktu widzenia” (158). Jak się zdaje – tak likwidatorskie stanowisko jest odosobnione, nie da się zresztą pogodzić z założeniami „literaturoznawstwa osobistego”, o których pisze dalej.

[3] Zob. Obrachunki lalkarskie, „Wielogłos” 2008, nr 2.

[4] Zob. Michał Paweł Markowski, Antropologia, humanizm, interpretacja, w: Polonistyka w przebudowie, t. I, Kraków 2005, s. 291.

[5] Michał Januszkiewicz, W‑koło hermeneutyki literackiej, Warszawa 2007, s. 23.

[6] Dziwi – bo metodę Greenblatta charakteryzował nie bez racji Harold Bloom jako „arbitralną i ideologicznie narzuconą kontekstualizację. […] Chodzi tu o to, by w punkcie wyjścia stawiać zawsze własne przekonania bez względu na to, jak dalekie mogłyby okazać się one od tekstu sztuki, a potem szukać jakiegoś marginalnego fragmenciku historii społecznej, który na pozór dowodziłby słuszności owych przekonań” (Harold Bloom, Shakespeare. The Invention of the Human, cyt. za: Małgorzata Grzegorzewska, Między Scyllą a Charybdą, Greenblatt i Bloom, „Dialog” 2010, nr 5, s. 102-103).

[7] Emil Staiger, Geist und Zeitgeist, Zürich 1964, s. 17.

[8] Michał Januszkiewicz, dz. cyt., s. 166. Na marginesie dodam, że rekonstrukcja historycznego sensu utworu pod nazwą „hipotetycznego intencjonalizmu” ma dziś nadal w świecie wielu zdecydowanych zwolenników (zob. Noel Caroll, Interpretation and Intention, w: Beyond Aesthetics, red. Christopher Pinney, Nicholas Thomas, Cambridge 2001).

[9] Ponieważ i ja uczestniczyłem w tej ankiecie, przytoczę więc swoją opinię, współbrzmiącą z tymi przekonaniami Szahaja i Iwasiów: „Skoro kierunki [literaturoznawstwa] zwracają się ku różnym, a istotnym aspektom literatury i mają wobec tego charakter komplementarny i możliwe jest ich eklektyczne użytkowanie, to nie sposób odpowiedzieć na pytanie, który z nich służyć może badaniom literackim najlepiej. Są one, jak różne podejścia do tej samej góry – przy każdym z nich góra ukazuje się od innej strony i inny ma wygląd. Można więc odrzucić jakiś kierunek tylko wtedy, jeśli się jest przekonanym, że jego założenia teoretyczne, np. psychoanaliza czy marksizm, są fałszywe lub nieuzasadnione” (100).

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas