poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PIOTR SOBOLCZYK
Białoszewski, Miłobędzka, Krynicki, (Lec?)... Sommer
Dekada Literacka 2010, nr 4-5 (242-243)
Piotr Sommer
Wiersze ze słów
Wydawnictwo Pomona
Wrocław 2009

Contra odczytaniom twórczości Sommera w kontekstach przede wszystkim poezji anglosaskiej, contra sugestywnej i skądinąd trafnej tezie Karola Maliszewskiego, wedle której Sommer (przede wszystkim jako tłumacz) był swoistym „rozsadnikiem” (myślę o sensie agrarnym, acz i militarnym) polskiej tradycji poetyckiej, wprowadzającym „towary pochodzenia zagranicznego” w nazbyt może ułożony jej obraz, a także swoistym „ojcem” czy prekursorem „bruLionu” – contra takiemu obrazowi Englishmana in New York of Warsaw dopatruję się w Wierszach ze słów ciekawych nawiązań do polskiej tradycji poetyckiej. Wspólnym mianownikiem tej tradycji jest awangardowość, a poszczególni aktanci tej sieci, choć z różnych pokoleń, różnych debiutów, różnych poetyk (każdy z nich zresztą poetyki zmieniał), dialogują ze sobą. Od razu powiem, że owa sieć, do której ochoczo teraz dopisuję Sommera, to poeci, których lubię czytać i cenię (a także opisuję). Od razu też powiem, że Sommera wolę w krótkich wierszach, a Wiersze ze słów są bezwzględnie krótkie. I jeszcze zaznaczę, że choć zapisy z tego tomu wynikają ze wcześniejszych poszukiwań poety, to jako propozycja książkowa zdaje się stanowić zwrot. (Czy „eksces”? Równolegle bowiem wydał Sommer tomik Dni i noce, bardziej wynikający z wcześniejszej twórczości, mimo wszystko).

Pierwszy – chyba tylko w tym wypadku może pasować słowo „Patron” – i może najszerzej przepracowany poeta to oczywiście Białoszewski, o którym od dawna wiadomo, że mimo całego zapatrzenia w dykcje anglosaskie należy do ulubionych polskich poetów Sommera. (Dość przypomnieć świetną wypowiedź poety z połowy lat 90. pt. Poezja „odświętna” i poezja „codzienności” [ „Kresy” 1995 nr 1 ]). Jego poniekąd można by uznać za Patrona całego projektu Wierszy ze słów (i to on jest spoiwem czy „punktem archimedesowym” całej wspomnianej sieci), także jako tego przedstawiciela polskiej awangardy poetyckiej, który „w imię słowa” sprzeciwił się tezie awangardy poprzedniej, że podstawową jednostką poezji jest zdanie. Oczywiście, z technik rewaloryzacji słowa przez Białoszewskiego Sommer nie wybiera tej słowo łamiącej i neologizującej, raczej tę „łapiącą za słowa”, odcodzienniającą oczywistość uzusu językowego poprzez sam (zresztą: odcedzony) zapis. Powiedzmy tak: gdy Wisława Szymborska do „słów najdziwniejszych” zalicza takie, których nie możemy wyplewić z mowy potocznej – choć ich znaczenie filozoficzne (i tym samym słownikowe) często takim użyciom zaprzecza, co generuje paradoksy, to jednak są to słowa tzw. „ważne”, tylko w codziennym gadaniu niejako „nadużyte”, czy wręcz „sponiewierane” (przypomnę utwory Przyszłość, Cisza, Nic) – to dla Sommera słowem niesłychanie „dziwnym”, a „najzwyklejszym” jednocześnie, jest „dobrze”. Dobrze więc:

D o b r z e

Co więcej mogę ci powiedzieć?

Sommer dlatego jest więc bliżej Białoszewskiego, że wraz z nim staje po stronie „użycia”, „żywej mowy”, nie „słownika”, i osiąga odwrotny niż Szymborska paradoks, ponieważ „dziwi się” – lecz chce to zdziwienie oddalić. Jednak zapis natychmiast wikła w niby‑niechciane paradoksy – filozoficzne, czy choćby „tylko” wynikające z operowania kontekstem i pragmalingwistyką (czy słowo „dobrze” jest wyrazem „bezradności”, a może jest językowym zastępnikiem tego, czego „mówić nie trzeba”, czy może „stopniem najwyższym”, który chroni przed jakowąś hybris, innymi słowy, lepiej nie mówić „lepiej”?, lepiej nie chcieć powiedzieć „więcej”?). Podobnie jest u Białoszewskiego (chodzi mi o technikę, bo akurat w tym wypadku nie chodzi „tylko” o słowo):

Z wysoka
wyglądam
ogólnie    ogólnie

Bardzo „białoszewski” jest też wiersz zamykający tomik. Nie tylko dlatego, że słowo „duch” powtarzało się u Białoszewskiego i zwykle wchodziło w rozmaite gry z biblijnymi (i nie tylko) skojarzeniami.

D u c h   z r o z u m i e n i a

Ale żeby tak w ogóle
nie obchodzić siebie?

Sommer bierze tu używaną przez niektórych teologów formułę „duch zrozumienia”, choć trudno uniknąć także skojarzeń z wyrażeniem potocznym, mającym określać koncyliacyjne nastawienie uczestników wymiany zdań: „duch porozumienia” (np. „w duchu porozumienia powiedzmy…”). Podejrzewam jednak, że możliwy jest tutaj jeszcze inny kontekst. Otóż, w judaizmie „duch” to, jak wiadomo, Ruach HaKodesz, oznaczający także natchnienie boże, jego symbolem jest na przykład menora. Prorok Jeszaja powiada, że menora posiada sześć określeń w trzech parach (stąd także sześć ramion menory, siódme symbolizuje „centrum”, do którego zmierza pozostałe sześć): „A duch Boga będzie spoczywał na nim, duch mądrości i zrozumienia, duch rady i siły, duch wiedzy i bojaźni Boga”. Ruach HaKodesz jest również definiowany w Torze jako ten, który umożliwia postrzeganie, ale także   r u c h . Ruch dookoła siebie – aby „zrozumieć” (chyba nie tylko „siebie”). Kojarzy się to także z metaforą kopernikańską. Zaś w kontekście cytatu biblijnego, który akurat Białoszewski szczególnie sobie upodobał – „duch wieje, kędy chce” – zdaje się wzywać do ćwiczenia duchowego: nie „kędy chcesz”, „skup (swojego?) ducha”, nie pozwól mu się oddalić; może nawet – patrząc na świecę? Zarazem jednak „zrozumienie” (i pominięta „mądrość” od pary) są definiowane nader interesująco, bo niejako „zewnętrznie”, „obchodzenie siebie”, nie zaś „bycie wewnątrz”, „wnikanie”. Można też ten krótki i jakże skondensowany zapis odnieść do dyskusji o (możliwości) empatii, włączając w to wątek buddyjski (czy i na ile możliwe jest wygaszenie „ja”)… Można też zadać pytanie: czy   r u c h   musi być w określonym kierunku?

Przepraszam, że zawracam

ale niepokoję się na wszystkie strony.

Tak „wieje duch”, kiedy się go (siebie, swojego centrum) nie upilnuje? Oczywiście, takie metafizyczne odczytanie pojawia się  tylko na styku obu tekstów. Gdyby zacytowany wyżej fragment czytać osobno, mógłby się wydać świetną Myślą nieuczesaną.

Z inną poetyką Białoszewskiego kojarzy się – być może metapoetycka – Częstochowa:

Dzień dnieje
wiatr wieje
grunt grzeje
(albo kryje)

Dla porównania u Białoszewskiego:

a jak ziemia zemdleje
czarne słońce zapieje

Zestawienie obu tekstów pozwala zapytać: czy na tle (ironicznie) apokaliptycznego Białoszewskiego wiersz(yk) Sommera uznać za pochwałę chwili? Ironiczną? A może „kryje” skrywa coś niepokojącego, jakieś zagrożenie? A może jest to wypowiedź o polskim mieście‑micie, które jakoby domaga się „sielskiego” opisu, a wychodzą z tego zwykłe rymy (choć u Sommera, jak u Białoszewskiego, prostota rymów jest zwodnicza) i tautologie? Czy to ironiczny opis pielgrzymki do łona Polski? („Grunt” to „ziemia”, „ziemia” to „matka”, „matka” to „Polska”… a jak grzeje – lub kryje – to „łono”, pierwszy dom i trumna). Ten wiersz wydaje się także odpowiedzią na „wyzwanie” Do rymu, otwierające tomik, gdzie znajdujemy frazę „ciągle jednak dnieje”, ale – wbrew tytułowi – żadnego rymu. Być może dlatego wyprawa do świętego miasta była niezbędna. (Dla porządku odnotujmy, że w Dniach i nocach jest jeszcze inne nawiązanie do innej znów poetyki Białoszewskiego – myślę o „zanotowych” Dziejach pewnej sprzeczności; dla innego jeszcze porządku odnotujmy w tym tomie – nie w Wierszach ze słów – obecność kolejnego członka „sieci”, może przypadkową, ale takie wiersze jak To niech się teraz cierpi czy Jak się mówi przypominają niektóre z Mówień i Wierszy skróconych Leszka Szarugi).

Gdyby tak ten „wiersz ze słów” zapisać jak „wszystkowiersz”…:

M i ę t o w y

Nie miętol mnie tak długo w ustach,
mów od razu.

Aby więc znaleźć się wśród wszystkowierszy Miłobędzkiej, musiałby ów zapis dostać jedno dodatkowe słowo w tytule: „wiersz”. Wówczas nie „miętus” byłby podmiotem wiersza, a sam „wiersz”. Jak „modelowy”:

WIERSZ DOSKONAŁY

sam z siebie się biorę
sam siebie piszę
sam się skreślam

A jeśli sięgniemy do bardzo przeze mnie lubianego awangardzisty katalońskiego, Joana Brossy, którego zestawiam także z Miłobędzką, to i „miętus” jako podmiot mówiący nie zaskoczy, u Brossy przemawia na przykład rachunek z restauracji lub portfel. Oczywiście może też chodzić i chodzi o język porównany do gumy do żucia, a ta – jak wiadomo – po pewnym czasie traci świeżość (skojarzeń).

Jak metafizyka, to Krynicki. U Sommera znajduję taki zapis:

B o t a n i k a

Matka mówiła do mnie z liścia
ku memu zaskoczeniu
po kilku latach.

Myślę o nim w perspektywie spotkań Krynickiego:

Jak mogłem

Co robisz, ślimaczku, na moim balkonie,
tyle pięter nad ziemią!
Czy powracasz z Fudżi?
Och, jak mogłem

nie poznać cię, Isso, od razu.

Chyba że „matka” Sommera to banalna „matka natura”. Poeci zwykle jednak w tym szczególe różnią się od botaników czy biologów. Istotnym (zwłaszcza dla Sommera) kontekstem będzie tu zatem także i zapis lozański Mickiewicza:

Uciec z duszą na listek i jak motyl szukać
Tam domku i gniazdeczka –

Chyba że „matka” Sommera pojawiła się jako „biedroneczka”. Inaczej jednak niż u poprzedników, dowiadujemy się, że „matka” coś „mówiła”; pytanie teraz,  c o   nastąpiło „po kilku latach”: spotkanie matki parę lat po jej śmierci, czy też zrozumienie („zaskoczenie” w sensie „załapanie”, „zaskok” Białoszewskiego) komunikatu? („Mówiła (coś)” sugeruje, że nie było to jasno zrozumiałe; a może tak: jeszcze za życia matki spotkał   c o ś , co do niego przemówiło jakimś znakiem, zrozumiałym dopiero po śmierci matki?).

Można tedy czytać Wiersze ze słów i szukać nawiązań do cudzych słów, cudzych sposobów na słowo, sposobów przypadkiem‑nieprzypadkowo polskich, filolog może tak czytać, jedno wszak domaga się wyraźnego podkreślenia: w każdym wierszu, linijce, (słowie?!?) jest to Sommer, interesujący także tam, gdzie akurat z niczym z poetyckiej tradycji się nie kojarzy – może tylko trudniej o tym sensownie napisać (gdy chce się napisać).

Piotr Sobolczyk

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas