poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PIOTR IBRAHIM KALWAS
Bruno Schulz, czyli rozwiązłość czasu
Dekada Literacka 2010, nr 4-5 (242-243)
„My jesteśmy czasem”
Oswald SPENGLER

Aleksandria, Egipt

Telefon zadzwonił wcześnie rano. Bardzo wcześnie, przed szóstą. To mordercza pora dla mnie, zazwyczaj spędzam noce na czytaniu, pisaniu, słuchaniu muzyki i patrzeniu przed siebie, co najbardziej lubię robić, w związku z tym godzina szósta rano jest gdzieś środkiem mojego sennego niebytu. Prawie całą noc spędziłem na lekturze i analizie Sklepów Cynamonowych Bruno Schulza. Redakcja pewnego polskiego miesięcznika poprosiła mnie o napisanie krótkiego eseju na temat tego niezwykłego dzieła. Czytałem je nie wiem już który raz w życiu, ale za każdym razem wywoływało ono u mnie niezwykłe wrażenie mistycznego wręcz i nieopisywalnego odczucia genialności ujęcia istoty smutku przez Schulza.

Terkot telefonu długo zdawał mi się snem, sennym majakiem, samochodowym alarmem za oknem, nierealnością niewartą otwierania oczu. Ale wreszcie dotarło do mnie, że to fakt. Nie wstawałem, zsunąłem się na podłogę z materaca i – niczym jakiś średniowieczny pątnik – przeturlałem w kąt pokoju, gdzie wciśnięty między regały z książkami stał natrętny aparat. Moje koty patrzyły na mnie z pobłażaniem.

– Słucham – warknąłem po polsku do słuchawki. Byłem zły na dzwoniącego. Byłem prawie pewien, że to pomyłka, postanowiłem więc potraktować intruza tajemniczym, obcym słowem, zaskoczyć i speszyć go. Tak, byłem zły, teraz dopiero zaczęły do mnie docierać jakieś strzępy niepokojącego snu, który został mi brutalnie przerwany. Inspirującego i twórczego, wartego zapisania. Jakieś pole, drzewo, szepty. Ale nic z tego, to wszystko zapewne bezpowrotnie przepadło. Czułem, jak senne marzenie wyfruwa z mojej głowy, rozpraszając się w przestrzeniach pokoju. W słuchawce zabulgotało. Potem usłyszałem kaszel i wreszcie gromki głos:

– Ibrahim!

To był doktor Asad. No tak, no tak, oczywiście ma dzisiaj wolne i chce się ze mnąspotkać w kafejce na dole. Słyszałem jego głos jakby z oddali, jakby dzwonił z daleka. Z bardzo daleka. Chce mi pokazać jakąś starą książkę. Strasznie ważną, niezwykłą, wyjątkową, doktor sypał całym arsenałem eufemicznych angielskich i arabskich przymiotników. Pokrzykuje do słuchawki, że to wyjątkowa rzecz, niewiarygodna, mistyczna. Zawsze zresztą tak mówi prawie o każdej książce, którą poddaje naukowemu wertowaniu. Coś jednak dzisiaj dziwnie nalega, wyczuwam podniecenie w jego głosie, nigdy nie dzwonił do mnie o tak wczesnej porze. Doktor Asad jest historykiem uniwersytetu aleksandryjskiego i kilku innych w Egipcie oraz w Europie, badaczem starych manuskryptów, niezwykłym, zanikającym powoli na całym świecie okazem pasjonata‑bibliofila. Mieszka dwie ulice obok, w starej, obdrapanej powłoskiej willi, na dachu której ma ogromny gołębnik. Gołębie to jego druga pasja po książkach. „Doktor Hamama” – Doktor Gołąb, tak o nim żartobliwie mówią mieszkańcy naszej dzielnicy. Czasami ślady gołębiego guana znaczą jego wysokie, pomarszczone czoło i poły znoszonej marynarki. Spotykamy się często w kafejce na rogu, gdzie przy sziszy i kawie prowadzimy godzinne dyskusje o wszystkim i o niczym, czyli o wszystkim. Salam salam, ya doktor, ok, ale przecież jest dopiero szósta rano, wszystko zamknięte.

Zgodził się na spotkanie o dziewiątej. Może przy okazji doktor podrzuci mi jakiś pomysł na nowe opowiadanie, od tygodnia zabieram się do tego szczytnego zamierzenia.

No tak, już pewnie nie zasnę. Ale, mimo wszystko, pełen nadziei, przeturlałem się z powrotem na materac. Jeden kot na serce, drugi na głowę. Może jednak, może, zamknąłem oczy… a jednak… sen wrócił, zobaczyłem siebie, jak idę przez puste pole w kierunku – majaczącego na horyzoncie – ogromnego drzewa. Usłyszałem za plecami jakieś szepty i wzdychania, stanąłem i ujrzałem za sobą grupkę zalęknionych kobiet i brodatych mężczyzn, nędznie odzianych w długie chałaty, podniszczone, pocerowane suknie, stare, dziurawe buty. Bose, rozczochrane dzieciaki wpatrywały się we mnie ze zdumieniem czarnymi oczami. Długie gile schły im pod nosami. Niektóre twarze zdały mi się znajome, jak tej kobiety, która oderwała się od grupki, podbiegła kilka kroków i stanęła tuż przede mną. Na zniszczonej, popalonej sukience dostrzegłem naszyjnik z korali i bursztynową broszkę w kształcie pięcioramiennej gwiazdy. Kobieta przekrzywiła nieco głowę i cichym głosem powiedziała:

– No, dobrze, że wróciłeś… Piotr, ty się w ogóle nie uczysz, ty nic nie umiesz – mówiła, zaciągając ze wschodnia, z wyraźnym rosyjskim akcentem – ty… ty… ty nie zdasz… – załamała ręce i zaczęła płakać.

Poczułem lęk, straszny, stary lęk.

Potem odwróciłem się i już stałem pod tym ogromnym drzewem, którego gałęzie zasłaniały niebo, znikały w chmurach, wgryzały się w przestrzeń. Znowu obejrzałem się za siebie: nikt już za mną nie stał, byłem sam. Wokół wielkich, poskręcanych ze starości korzeni drzewa walały się książki. Stare, zbutwiałe księgi. Czułem, że przepełnia mnie ekscytacja, podniosłem jedną z nich, odsunąłem ziemię z okładki i odczytałem tytuł: Matematyka dla klas I liceum. W tej samej chwili robotnicy na budowie obok włączyli swoje pneumatyczne młoty. Otworzyłem oczy i zaspany spojrzałem na leżącą obok materaca komórkę: była punkt ósma.

Jajko na twardo, bagietka z masłem, dwa wczorajsze zimne falafele, kawa. Włączyłem komputer i wyciągnąłem z regału, na chybił trafił, książkę. Zawsze czytam, kiedy jem. Mój bebech świadczy o mojej erudycji, jak mniemam. Mystical Songs and Poems of the Medieval Al‑andalous – zbiór średniowiecznej poezji andaluzyjskiej. Pięknie ilustrowana książka, którą niedawno dostałem od przyjaciółki z Nowego Jorku. Mocny zapach kardamonu unosi się nad komputerem. Kartkowałem od niechcenia książkę, przed oczami przesuwały się strofy zapomnianych, arabskich i żydowskich wierszy.

Moją uwagę przykuła XI‑wieczna ilustracja przedstawiająca mnicha pochylonego nad pulpitem, na którym leżała jakaś księga w brązowych okładkach. Czas zatrzymany tysiąc lat temu, gdzieś w Kordobie albo Granadzie. Przypatrywałem się oczom mnicha. Zdawały się być pełne zdumienia przemieszanego ze strachem. Na brzegu mnisiego stołu dostrzegłem jakiś nieduży czarny punkt. Na początku myślałem, że to buteleczka z inkaustem, wyciągnąłem z szuflady lupę i spojrzałem jeszcze raz na rycinę. Nie, to nie atrament, na brzegu pulpitu średniowiecznego skryby siedział nieduży czarny żuk. To było trochę dziwne. Dlaczego andaluzyjski iluminator namalował tego robaka na pulpicie mnicha? Po co?

Poczta, rzut okiem na Egypt State Information Service, potem jeszcze jeden rzut na Gazeta.pl, prysznic, ubranie, sandały, kilka drobnych banknotów i już stałem na mojej ulicy. Nad morzem dzieci puszczają latawce. Jaśmin, zapach smażonej szawarmy i zgnilizna buchająca z przeładowanych śmietników. Aleksandria, moje miasto.

Z okna mijającej mnie białej Dacii Logan dobiegł tęskny, drżący, cudownie kiczowaty głos Julia Iglesiasa: „C’est ma vie / Ce millier d’instants fragile / Qui s’envolent et s’éparpillent / Au jardin des souvenirs…”

Witam, pana, panie doktorze, salam aleikum. Imbryk herbaty z miętą, prawda? I dwie szisze. Tylko, na Boga, doktorze, przesuńmy stolik bardziej w cień. Oczywiście, kapelusz obsrany gołębim kałem, jak zwykle. Stare dłonie doktora ściskają jakąś książkę. Już na pierwszy rzut oka widzę, że dużo starszą niż jego ręce. Popękana, skórzana, brązowa okładka, zamazane litery. Słodki dym z sziszy i listki świeżej mięty wystające z dzióbka imbryka. Doktor pochyla się w moją stronę, szepce coś, czego nie rozumiem i dopiero w tej chwili dostrzegam jego oczy. Rozszerzone ze zdumienia, strachu, bezgranicznej bezradności oczy przerażonego człowieka. W tym samym momencie spostrzegam też, że drobne, pokryte pergaminem skóry upstrzonej wątrobianymi plamkami, dłonie doktora Asada, drżą. Nigdy nie widziałem go w takim stanie.

– Weź, otwórz – mówi – tylko uważaj, bądź uważny, to coś bardzo dziwnego, coś zupełnie niezrozumiałego… powoli, powoli, Ibrahim…

Uśmiecham się łagodnie i kiwam głową. Ja uwielbiam doktora, ale znam jego wariactwa i dziwactwa. Kiedyś twierdził, że pewna stara księga aramejska wyżera mu w nocy gołębie z gołębnika Doktor spędza kilkanaście godzin dziennie pochylony nad starymi księgami, to zobowiązuje do pewnej wizji świata. Doktor nazywa to „wizją rybiego oka”. Nad biurkiem w jego niewiarygodnie zawalonym książkami i śmieciami pokoiku wisi okropne, zasuszone oko barweny albo tuńczyka. To naprawdę niezwykły człowiek.

– O czym jest ta księga, doktorze? – Doktor przegryza wargi, wznosi oczy do nieba i nagle zanosi się przeraźliwym kaszlem. Ach, sensat stary. Uwielbiam go. Ok, jeszcze jeden głęboki mach owocowej melasy z sziszy i już pochylam się nad księga. Otwieram ostrożnie. Ciężka, kanciasta, popękana skóra bogato zdobionej oprawy miękko układa się w moich dłoniach. Te zdobienia to były przepiękne pozłacane iluminacje. Zamazane, pościerane, nieostre. Znużone czasem. Przybliżyłem twarz do oprawy i przyjrzałem się baczniej zdobieniom. Pośród misternych splotów łodyg, liści i kwiatów namalowane były dziwne, podługowate robaki odziane w długie szaty. Ich człowieczopodobne głowy ozdobione były małymi czapeczkami lub czymś podobnym. Pierwszy raz coś takiego widziałem. Popatrzyłem kątem oka na doktora. Jak on może takie rzeczy przynosić do kafejki. To warte pewno z pół miliona dolarów, albo lepiej. Przydźwigał to w plastikowej, porwanej reklamówce z supermarketu. Doktor jest wariatem, jak go przyłapią ci z ministerstwa zabytków, to go zamkną, w najlepszym wypadku w szpitalu wariatów. Na środku okładki widniały trzy złotawe, ledwo widoczne napisy. Z trudem odczytałem łaciński tytuł Codex abditus speculum nitori – Portae abditus califat mirra, poniżej widniały arabskie znaki, potem następowały litery hebrajskie. Przyżółcone, postrzępione strony wykonane z bardzo delikatnego pergaminu, chyba welinu. Otwieram ostrożnie księgę. Sprzedawca gazet macha mi przed nosem dzisiejszym „al‑Ahramem”. Hakam, pracownik kafejki stawia na stoliku malutką, metalową cukiernicę. Tak wcześnie, a tak gorąco. Na pierwszej stronie podobizna nagiej kobiety przeglądającej się w lustrze. Na stronie obok, pomiędzy ornamentacjami kwietnymi przeplatanymi żmijami, księżyc i słońce, tuż obok miecz przebijający książkę, a pod nimi, pomiędzy dwoma drzewami, postać ni to małpy, ni człowieka z potężną maczugą w dłoni. Wokół monstrum kłębił się tłumek jeszcze potworniejszych stworów, dziwacznych niby‑ludzkich kreatur, humanopodobnych istot, faunów o robaczych kształtach z sześcioma palcami, syren z błyszczącymi ogonami, odpychających potworów przyozdobionych jednym, jedynym ogromnym okiem na wygolonych głowach. I dużo znaków, symboli, pojedynczych liter, krótkich słów w różnych, nieznanych mi językach.

Jeszcze słyszę słowa doktora Asada: „Bądź ostrożny, bądź ostrożny…” Klaksony, porykiwania osła, mecz piłkarski z telewizora, gdzieś dzwoni komórka.

W jednej sekundzie ulica zniknęła. Ogarnął mnie

BLASK

Tak chciałem napisać książkę. Kolejną książkę. No, bo co innego miałem zrobić, skoro kilka lat temu podjąłem decyzję, że będę pisał książki? Stałem godzinami, dniami, tygodniami na balkonie mojego aleksandryjskiego mieszkania i myślałem o niej, o tej nowej książce. Zawsze to robię, kiedy mam rozpocząć moją kolejną podróż ku kolejnej książce. Nie miałem żadnego pomysłu, żadnej idei, żadnego punktu zapalnego. Musiałem więc gdzieś wyjechać, bo zawszę wyjeżdżam, jak mam coś pisać. Nie wiedziałem nawet, gdzie mam wyjechać. Żadna strona świata nie łączyła mi się z żadnym pomysłem. Nic się nie schodziło w całość. Oglądałem filmy, słuchałem muzyki, nurzałem się po prostu w setkach książek, tylko po to, żeby gdzieś wyjechać i coś napisać, żeby trafić wreszcie na jakiś ślad. Szukałem: Mozart, Beethoven, Bach, Schoenberg, Coltrane, Fellini, Gombrowicz, Cortazar, Bergman, Wajda, stare roczniki „Perspektyw” i „Panoram”, Kafka, Borges, Sabato, Donoso, Coltrane, Monk, Abba, Połomski, Boulez, Camus, Lutosławski, Dwa plus Jeden, Chopin, Carpentier. Nawet Wagner załomotał kiedyś nad ranem swoją kolbą w drzwi mojej zmęczonej głowy. Szukałem. Węszyłem. Tropiłem. Zasypiałem z tą książką, śniłem o niej i budziłem się z nią. Rozmawiałem o niej z kotem. Rozmawiałem o niej z pieczonym kurczakiem. Rozmawiałem o niej z lustrem. Wreszcie któregoś dnia wstałem i pojechałem tramwajem do Mahatta Raml, do centrum Aleksandrii, do biura linii lotniczych. Zimowy, ciepły, egipski deszcz siąpił i spływał mi po twarzy. Ponaglał. Tam, na szybie tego biura zobaczyłem nalepioną kartkę z napisem: Casablanca. I cenę. Niewygórowaną, wręcz bardzo niską, pozasezonową. Trzeba się było tylko pospieszyć. Wszedłem do środka, usiadłem przed panią w eleganckiej garsonce i kupiłem bilet. Casablankę ujrzałem kilka dni później. O zmroku. Boeing Egyptair łagodnie obniżał lot, lekkim półkolem omijając największy minaret świata w meczecie króla Hasana. Miękki, kojący głos stewardesy sączył się z głośników. Po angielsku z arabskim akcentem. Z minaretu promieniował w stronę wschodu laserowy strumień światła. Pulsował, przecinał niebo, błyszczał olśniewającym blaskiem. Cały czas nie miałem żadnego pomysłu na książkę, ale wpatrzony w ten – ginący w czeluści niebios – strumień zimnego, ostrego światła, wiedziałem, czułem to instynktownie, że to światło, ten wciągający, tajemny blask wyznacza jakąś granicę, za którą kończy się literatura, a zaczyna coś innego. Zaczyna się

GHARIB

„Przez gharib (dziwny) rozumie się wszystkie niezwykłe, rzadko występujące zjawiska, sprzeczne z przyjętym zwyczajem i zwykłymi obserwacjami – a dokonują się one pod wpływem potężnych duchów, zjawisk niebieskich, jak również czterech elementów (ognia, ziemi, wody i powietrza). Wszystko to z mocy i woli Boga Najwyższego. Należą też do nich cuda proroków, modlitwy wznoszone do Boga, fazy księżyca rozstąpienie się wód morza oraz zamiana kija w węża”.

(Al‑Kazwini—Kitab’adża’ib al.‑machlukat, przeł. Adam Bieniek – zob. w: Starożytność w myśli arabskiej, Kraków 2003, s. 12).

MARAKESZ

Padało. W Maroku była zima. Ciepła, trochę wilgotna, kojąca, podobna do egipskiej. Ciepłe, miękkie krople spływały mi po oczach. Powoli, rysując mokre ślady na czole, zapuszczały mi się do oczu jak krople. Widziałem przez to wyraźniej, ostrzej. Widziałem cały plac Dżema el Fna, widziałem dobrze całe miasto, cały zasnuty chmurami i dymami Marakesz. Stałem i patrzyłem. Obrazy przesuwały się powoli przed moimi zakroplonymi oczami, mimo że wszystko przede mną tak naprawdę rozgrywało się o wiele szybciej, bardziej intensywnie, niż to widziały moje zakroplone oczy. Ale ja właśnie widziałem to tak: powoli i wyraźnie. Czasami tak widzę: wolniej niż się naprawdę dzieje. Tak jest dobrze, bardzo dobrze. Czasami nawet udaje mi się wtedy cofnąć taśmę. Wąsaty mężczyzna stał na głowie, a kilku innych, ubranych w niebieskie szaty i czerwone, groteskowe czapki wirowało wokół niego. Jeszcze kilku innych waliło w bębny, zawieszone na ramionach, dęło w długie piszczałki, rytmicznie klaskało. Siadłem przy drewnianym, chybocącym się stole i kupiłem miskę ślimaków. 10 dirhamów. Były słone i pełne czosnku. Padał deszcz, zakraplał mi oczy. Ocierałem oczy kantem dłoni unurzanej w ślimakach. Czułem sól w ustach i w oczach. Mellah to po arabsku właśnie sól. Myślałem o książce o Maroku. Smażona oliwa i smażony czosnek powoli snuły się w powietrzu. I jeszcze intensywny zapach smażonego mięsa z papryką i kolendrą. Dym. Wszystko powoli. Czułem, jak się powoli uspakajam, wyciszam, lekko niknę w tej smażonej, czosnkowej chmurze. Tak, wszystko – zadymione i lekko nieostre – przesuwało się z wolna i jakby od niechcenia przed moimi oczami, tak trochę niepostrzeżenie. Piłem herbatę. Brodaty starzec, otoczony tłumem gapiów recytował poezję. Co chwila przerywał, podnosił palec i gromkim, zachrypniętym głosem oświadczał:

– Ana szir.

Jestem poetą. Po arabsku.

Co ja mam napisać? To właśnie? Co? Co to w ogóle jest? Wielka jaszczurka na postronku, a na niej – siedząca okrakiem – mała, rozpaczliwie wrzeszcząca małpka. Jeden z mężczyzn ujmuje małpkę delikatnie pod pachami i zdejmuje z jaszczurki. Następnie zzuwa z małpy złote spodenki i wyciąga spod nich pampersa ciężkiego od moczu. Potem zakłada jej nową pieluchę i z powrotem sadza zwierzątko na drugim zwierzątku. Małpa już się śmieje i macha przyjaźnie do śmiejących się wokół ludzi. Powoli jedzie na milczącej iguanie uchylając złotej czapeczki. Brodaty starzec wykrzykuje swoje wiersze, uderzając się dłońmi w pierś. Dudni jego klatka piersiowa, dudnią bębny gnaoua, grzmi gdzieś daleko nad miastem, zbiera się na burzę. Środkiem placu Dżema el Fna powoli sunie policyjny radiowóz. No chyba to jest to, co powinno być, tak? Poeta recytuje wiersze, a deszcz zakrapla słone od ślimaków oczy. Opowiadanie. Książka o Maroku. Obok mnie usiadł młody, śniady chłopak z puszką coca‑coli w dłoni. Biały kot wskoczył na stół i otarł się o moje ramię. Chłopak wziął łyk napoju, po czym zwrócił się do mnie z uśmiechem:

– Gdybym powiedział, że ten kot jest tym samym kotem, który bawił się i biegał tysiąc lat temu, w Marakeszu, na dworze Almorawidów – a oni uwielbiali koty – to nie dałbyś mi chyba wiary, a przecież głupotą byłoby uważać, iż ten kot jest innym kotem, niż ten z almorawidzkiego dworu, prawda?

Chłopak przekrzywił głowę i wpatrywał się we mnie z uśmieszkiem. Był ubrany w sportowy dres reprezentacji Maroka, na głowie miał fryzurę w stylu nowojorskich Murzynów z lat 70., taką czarną funky‑kulę. Generalnie typ lekkiego idioty, no ale przecież, ale przecież, on mówił, to co teraz piszę, to co teraz czytasz…

– Istota życia kotów zakłada pewną idę „kotowatości”, która w przestrzeni całej wieczności jest jednym, ponadczasowym, nieśmiertelnym, wiecznym kotem… – Chłopak potrząsał pretensjonalnym, złotym zegarkiem‑podróbką na przegubie ręki pokrytej tatuażami. – …żyjącym w kosmosie i ujawniającym swój byt poprzez nieskończone następstwa pojedynczych kotów, których śmierć i życie wyznaczają rytm nieprzemijającej figury całego Wszechświata. Nieskończone trwanie poprzedza każde narodziny każdego bytu, ożywionego i nieożywionego… – Ślimaki, jeden za drugim, gładko wślizgiwały się w mój przełyk. – …kim byliśmy przed naszymi narodzinami? Gdzie jest początek tego wszystkiego?

Chłopak pstryknął palcami, zapalił chesterfielda i powiódł dłonią po placu Dżema el Fna.

– Moglibyśmy chyba powiedzieć, że skoro zawsze byliśmy swoim „ja”, to oznacza, iż ci wszyscy ludzie, którzy przez całe wieki mówili i mówią „ja”, zawsze byli i są mną, nieprawdaż? A wszystkie białe koty wymiaukiwały zawsze tylko i wyłącznie tego białego kota…

Chłopak ujął delikatnie kota, przytulił do twarzy i pocałował. Jego roześmiane, błyszczące oczy wpatrywały się we mnie intensywnie.

– Nazywam się Idris Masakin, a twoje imię?

Wyciągnął do mnie dłoń. Nie miał serdecznego palca. Na placu pojawiła się grupa otulonych szczelnie w niebieskie zawoje mężczyzn, którzy w takt pulsującej muzyki piszczałek i tamburynów, rozbijali stojące przed nimi, na ziemi czerwone garnki, z których wysypywał się złoty proszek rozwiewany przez wiatr po całym placu. W ciągu kilku chwil złota chmura pokryła znaczną część Dżema el Fna. Turyści wprost piszczeli z zachwytu.

– Wiesz Ibrahim, że niektórzy hinduscy mistycy twierdzą, powtarzając zresztą za greckimi filozofami, którzy wiedzą to od starożytnych Egipcjan, że nie istnieje chwila teraźniejsza, w której – popatrzył na mnie – ślimak spływa do twojego żołądka. Ślimak zaraz zleci do żołądka, albo już w nim leży. Nie ma chwili, w której spływa.

Stary żebrak o dziwnej twarzy, przypominającej mi wizerunek Światowida widniejący na pralce mojej mamy sprzed trzydziestu paru lat, zatrzymał się przede mną i wyciągnął prosząco dłoń. Był garbaty i wykorzystując swoją ułomność, udawał wielbłąda. Na placu Dżema el Fna wszyscy zarabiają. Owinięty w wielbłądzią skórę, z przyprawionym wielbłądzim ogonem, ze stopami zakończonymi tekturowymi kopytami nosił na swoim garbie siodło, na którym siedziała wielka, niebieska lalka o zakfewionej twarzy i w koronie na głowie.

– Monsieur… – zacharczał – …cinq dirham… cinq dirham… five… funf… hamsa… hamsa

– Ibrahim – Idris przysunął do mnie swoją twarz, przekrzykując hałas placu – wiem, że musisz napisać opowiadanie, nową książkę, w związku z tym chciałbym, żebyś poszedł do jednego starego człowieka, tu niedaleko, za meczetem Nafas Hajjat. On nazywa się Yacoub Lunello, to stary sefardyjczyk, który wygląda jak jeszcze starszy Arab. On ma książkę, która powinna cię zainteresować. Jest w niej historia, która jest, jak mi się zdaje, twoją historią, bardzo intymną, bolesną… – obrzucił mnie przez chwilę spojrzeniem – ta historia może przydać się do twojej nowej książki o Maroku – znów chichotał i błyskał bielą zębów. – Popatrz, pójdziesz tam – odwrócił się w kierunku starej medyny.

Zabrałem jeden ślimaczy dom na pamiątkę. Jeszcze pachniał ciepłem ugotowanego czarnego, oślizgłego ciała. Wziąłem swój plecak i zanurzyłem się w plątaninie wąskich, ciemnych uliczek. W ciągu kilku minut nastąpiło to, co tak lubię i to, co zawsze musi nastąpić w starej, arabskiej medynie: zagubienie. Jak zahipnotyzowany kręciłem się po wąskich uliczkach, raz po raz stając przed ścianami wieńczącymi koniec ulicy, zaułka czy placu. Wypytywałem nielicznych w tej części miasta przechodniów o meczet Nafas Hajjat. Kręcili głową, czasami odmawiali odpowiedzi, pokazywali mi sprzeczne kierunki, kręciłem się bezradnie w tym kamiennym labiryncie, cały mokry od deszczu. To trwało z półtorej godziny, wreszcie zmęczony przysiadłem na chybotliwym krzesełku na jakimś małym podwórku, wpatrując się w pusty, popękany, stary mur. Deszcz cały czas wpływał mi do oczu. Ściana płaczu po prostu.

Małe, pomalowane byle jak na żółty kolor drzwiczki uchyliły się i wyszedł z nich starszy, bosy mężczyzna w niemiłosiernie brudnej, dziurawej galabiji. Spod byle jak zawiązanego na głowie zawoju wystawały kosmyki siwych włosów. Ciężkim krokiem, z widocznym trudem przyczłapał do mnie i usiadł obok na odwróconym do góry nogami wiadrze. Czułem na sobie jego wzrok, sapał. Kiwnąłem mu głową i uśmiechnąłem się. Zdawało mi się, że odwzajemnił mi się nieznacznym kiwnięciem głowy. Potem przymknął oczy i – kiwając się nieznacznie – zaczął coś nucić pod nosem. Dopiero teraz zauważyłem, że trzyma w dłoni jakąś małą książeczkę. Pochylił się w moją stronę i zaczął coś szeptać. Nic nie rozumiałem, to był marokański dialekt. Docierały do mnie tylko poszczególne arabskie słowa. Wyławiałem je z bezładnego, chaotycznego, pozbawionego sensu strumienia mowy starca: nur, bustan, rijada… światło, ogród, matematyka, czas, zabijać, śmierć, krew, znowu, teraz, prawda, złe kobiety… Zaczął chichotać, świecąc w półmroku jednym, jedynym siekaczem.

Aha, mówiłem i uśmiechałem się uprzejmie, aha, tak, proszę pana, tak…

Potem wyciągnął w moim kierunku rękę z książeczką i delikatnie położył mi ją na kolanach. Stara, porwana, zatłuszczona. Po hebrajsku. Delikatnie otworzyłem okładkę. Na pierwszej stronie widniała rycina przedstawiająca kobietę z dzbankiem na głowie, na którym narysowane było rybie oko. Obok kobiety jakaś postać wspinała się po sznurze w kierunku widniejącego w górnej części kartki słońca i księżyca. Na stronie obok była rycina przedstawiająca ponure, kamienne podłużne budynki zwieńczone buchającymi dymem kominami. Wiatr przywiał powiew mokrej zgnilizny. Pochyliłem się ponownie nad małą książką Yacouba Lunella i poczułem przez ułamek sekundy, że czas przestał istnieć. Tak, tak, to brzmi naiwnie, ale tak właśnie poczułem i nic więcej nie mogę o tym powiedzieć. Czuję, że po prostu, po tym ułamku sekundy, przestałem cokolwiek pamiętać na ten temat. Wchodziłem powoli w tę małą, porwaną, zniszczoną książkę. Jakby przez białą zasłonę, eteryczną mgławicę, ujrzałem ciemne, śmierdzącą pleśnią podwórze z tej innej książki. Wziąłem głęboki oddech i wszedłem w nią, rozmijając się z czasem i przestrzenią, chociaż czułem, że te słowa nie mają tutaj żadnej wartości, żadnego zastosowania, żadnego odniesienia. Wszystko było teraz wszystkim i niczym jednocześnie. Blask ogarnął w tym ułamku sekundy całe moje bycie. Już stałem na tym podwórku.

W kącie między tylnymi ścianami szop i przybudówek był zaułek podwórza, najdalsza, ostatnia odnoga, zamknięta między komorę, wychodek i tylną ścianę kurnika – głucha zatoka, poza którą nie było już wyjścia. Był to najdalszy przylądek, Gibraltar tego podwórza, bijący rozpaczliwie głową w ślepy parkan z poziomych desek, zamykającą i ostateczną ścianę tego świata. Spod jego omszonych dyli wyciekała strużka czarnej, śmierdzącej wody, żyła gnijącego, tłustego błota, nigdy nie wysychająca – jedyna droga, która poprzez granice parkanu wyprowadzała w świat. Ale rozpacz smrodliwego zaułka tak długo biła głową w tę zaporę, aż rozluźniła jedną z poziomych, potężnych desek. Zbliżyłem się do oślizgłej od pleśni deski i wysunąłem ją z płotu. Zrobiłem wyłom. Stanąwszy nogą na desce, rzuconej jak most przez kałużę, mogłem teraz w poziomej pozycji przecisnąć się przez szparę, która wypuściła mnie w nowy, przewiewny i rozległy świat.

Boże, przecież to słowa Bruno Schulza! Dopiero co je przeczytałem w moim aleksandryjskim mieszkaniu! Skąd to się wzięło tutaj w tej starej książce? Tutaj, to znaczy gdzie? Gdzie tutaj? W Marakeszu, w książce, którą piszę teraz, czy napiszę w przyszłości? Czy w książce, którą ktoś czyta właśnie? Kto to pisze? Kto to czyta?

Kim jesteś?

Przestań wreszcie rozumieć. Przestań to próbować objąć i zrozumieć, poddaj się temu, daj się ponieść, tak jak ja się poddałem wtedy w Maroku. I zrozum, że słowo „wtedy” nie ma żadnego odniesienia i sensu. Ja nie rozumiem, co piszę. Widzę twarz doktora Musy Asada poplamioną gołębimi odchodami, słyszę jego słowa: „Bądź ostrożny, bądź ostrożny…”

To tylko książka. Tak mi się przynajmniej wydaję.

Daleko za sobą słyszałem Marakesz, jeszcze dalej Aleksandrię. Czułem oba te stare, zasuszone miasta. Przeszedłem na drugą stronę. Czułem, że ten kto napisał tę książkę, ten mały, zgarbiony, o za dużej głowie, człowieczek z Drohobycza jest teraz we mnie. Czułem, że boli mnie jeszcze bardziej. Czułem jego ból połączony z moim. To było przerażające, straszne, ale jednocześnie niesamowicie pociągające. Ten ból. Gdzieś na granicy mistyki, na granicy cierpienia i jednoczesnej, przeszywającej całe ciało, radości. Te straszne słodko‑żrące manowce Drohobycza otwierały powoli przede mną swoje bramy. Słyszałem kaszel doktora Asada, śmiech Idrisa i mruczenie Yacouba Lunello. Kim oni są? Był tam wielki, zdziczały stary ogród. Wysokie grusze, rozłożyste jabłonie rosły tu z rzadka potężnymi grupami, obsypane srebrnym szelestem, kipiącą siatką białawych połysków. Słyszałem teraz płacz prześladowanych skrzypiec i tęskne głosy dobywające się zza tych grusz i jabłoni. Kto pisze słowa Schulza? Kto je zapisuje w przestrzeni tego ukraińskiego podwórka. W przestrzeni Marakeszu, w Aleksandrii…

I wtedy usłyszałem muzykę i śpiewy gdzieś bliżej niż dalej, bardziej tu niż tam. Bardziej w Drohobyczu niż w Marakeszu, ale zdawałem sobie sprawę z rozwiązłości czasu. Ze sprośnej rozwiązłości czasu. Słyszałem narastający śpiew. Znowu to samo, znowu to piękno, znowu ten stary ból. Te same słowa, te słowa właśnie, które kiedyś zapisałem w swojej książce, znowu to, właśnie to: „Az der rebe zingt Zingn ale khasidim Az der rebe tantzt Tantzn ale khasidim Az der rebe shlof Shlofn ale khasidim Az der rebe lakht Lakhn ale khasidim Az der rebe est Fresn ale khasidim Un az der rebe redt Shvaygn ale khasidim…”

I zawodzenie, łkanie skrzypiec. Jascha Heifetz jakby, ale nie znam się za dobrze na tym. Jeszcze nie odróżniam. Odróżniam już Glenna Goulda, bo on jest bardzo bolesny. Glenn Pięknobolesny Gould. Bujna muzyka. Przesycona rozkoszą i cierpieniem, seksem. Bujna, zmieszana, niekoszona trawa pokrywała puszystym kożuchem falisty teren. Były tam zwykłe, trawiaste źdźbła łąkowe z pierzastymi kitami kłosów; były delikatne filigrany dzikich pietruszek i marchwi; pomarszczone i szorstkie listki bluszczyków i ślepych pokrzyw, pachnące miętą; łykowate, błyszczące babki, nakrapiane rdzą, wystrzelające kiśćmi grubej, czerwonej kaszy. Wszystko to – splątane i puszyste – przepojone było łagodnym powietrzem, podbite błękitnym wiatrem i napuszczone niebem. Schulz, Schulz, Schulz… Czułem, że teraz właśnie jest właśnie ten moment w tej książce, w którym powinienem położyć się na trawie. Albowiem wiedziałem, czułem to instynktownie, że gdy się leżało w trawie, w tym właśnie miejscu książki tego małego, zgarbionego człowieczka o za dużej głowie, to było się przykrytym całą błękitną geografią obłoków i płynących kontynentów, oddychało się całą rozległą mapą niebios. O, właśnie tak, jak teraz, dokładnie tak, dokładnie tak, jak w jego książce. Od tego obcowania z powietrzem liście i pędy pokryły się delikatnymi włoskami, miękkim nalotem puchu, szorstką szczeciną haczyków, jak gdyby dla chwytania i zatrzymywania przepływów tlenu. Ten nalot delikatny i białawy spokrewniał liście z atmosferą, dawał im srebrzysty, szary połysk fal powietrznych, cienistych zadumań między dwoma błyskami słońca. Teraz długi przeciągły akord Heifetza (niech będzie Jascha Heifetz, ok.? Zgadzasz się, ty który to czytasz? Spękane od starości dłonie Heifetza. Czarny, słodki, gęsty dym z kominów zmontowanych na długich, niskich, kamiennych budynkach.. Skrzypce i wybebeszone z dzieci ciężarne kobiety. Uprzednio wielokrotnie zgwałcone. Bełżec. Zgadzasz się?). No zobacz, jak pięknie brzmi ten akord akompaniujący zwiewnemu, cudownemu lotowi zdmuchniętego mlecza. No, zobacz tylko sam, spiszemy go igłą w kąciku oka, patrz, to Kosmos:

A jedna z tych roślin, żółta i pełna mlecznego soku w bladych łodygach, nadęta powietrzem, pędziła ze swych pustych pędów już samo powietrze, sam puch w kształcie pierzastych kul mleczowych rozsypywanych przez powiew i wsiąkających bezgłośnie w błękitną ciszę. To może być Czajkowski, to może być Wieniawski, to może być nawet Di Grine Kuzine, może być nawet Schoenberg, ale ja ten ogród dedykuje Bachowi. Może być? Opowiem o nim trochę później. Już w swojej książce, nie w tej. W następnej książce, w następnej, w następnej. Chociaż co to za różnica. Wszystko się miesza, rozpływa, staje się Jednym. Czułem to teraz wyraźnie. Czułem jakieś nieokreślone, tajemnicze praświatło. Czułem, że to ja sam i tylko sam jestem czasem. Wszystko było wszystkim i niczym jednocześnie. Blask ogarnął całe moje bycie. Dziś wieczorem pozwolę sobie na tadżin ze śliwkami albo nawet na kuskus z kurczakiem. Poleję wszystko palącą harrisą. Będzie mnie cudownie boleć przełyk.

Ogród był rozległy i rozgałęziony w kilka odnóg i miał różne strefy i klimaty. W jednej stronie był otwarty, pełen mleka niebios i powietrza, i tam podścielał niebu co najmiększą, najdelikatniejszą, najpuszystszą zieleń. Ale w miarę jak opadał w głąb długiej odnogi i zanurzał się w cień między tylną ścianę opuszczonej fabryki wody sodowej wyraźnie pochmurniał, stawał się opryskliwy i niedbały, zapuszczał się dziko i niechlujnie, srożył się pokrzywami, zjeżał bodiakami, parszywiał chwastem wszelkim, aż w samym końcu między ścianami, w szerokiej prostokątnej zatoce tracił wszelką miarę i wpadał w szał. Kiedy ogród wpada w szał, trzeba być bardzo ostrożnym. Naprawdę nie ma żartów. Trzeba znać parę spraw dotyczących oszalałych ogrodów. Ja się poczuwam już do ich znania, ale i tak jestem niezmiernie ostrożny, kiedy ogród wpada w szał. Niezmiernie ostrożny, o tak właśnie. Kiedy wiele lat temu przeczytałem, że ten mały zgarbiony człowieczek o za dużej głowie w pierwszych zdaniach tej książki, którą właśnie czytasz, napisał, że widział płaty mięsa z klawiaturą żeber cielęcych, to wiedziałem, że muszę być wobec niego bardzo, bardzo ostrożny. Wobec tej jego właśnie poznanej książki. Bo jeżeli nie będę, to ogród wpadnie w szał. A ja jeszcze nie byłem na to przygotowany i mogło to się bardzo źle dla mnie skończyć. Jasha Heifetz i skrzydła dłoni Daniela Barenboima ponad orkiestrą. Szedłem dalej przez tę książkę, przez ten ogród. Szedłem i zaczynałem pisać opwiadanie, a może nawet całą książkę o Maroku. Marakesz był ze mną cały czas. Przypomniałem sobie słowa Idrisa, że nie ma teraźniejszości. Schulz pochylał się nade mną i szeptał do ucha: zagłębiłem się w zieleń tego sadu. Tam to nie był już sad, tylko paroksyzm szaleństwa, wybuch wściekłości, cyniczny bezwstyd i rozpusta. Tam, rozbestwione, dając upust swej pasji, panoszyły się puste, zdziczałe kapusty łopuchów – ogromne wiedźmy, rozdziewające się w biały dzień ze swych szerokich spódnic, zrzucając je z siebie, spódnica za spódnicą, aż ich wzdęte, szelestliwe, dziurawe łachmany oszalałymi płatami grzebały pod sobą kłótliwe to plemię bękarcie. A żarłoczne spódnice puchły i rozpychały się, piętrzyły się jedne na drugich, rozpierały i nakrywały wzajem, rosnąc razem wzdętą masą blach listnych, aż pod niski okap stodoły. Tam to było, gdziem go ujrzał jedyny raz w życiu, o nieprzytomnej od żaru godzinie południa.

To można by mieć wyryte na nagrobku, nieprawdaż?

Była to chwila, kiedy czas, oszalały i dziki, wyłamuje się z kieratu zdarzeń i jak zbiegły włóczęga pędzi z krzykiem na przełaj przez pola. Wtedy lato, pozbawione kontroli, rośnie bez miary i rachuby na całej przestrzeni, rośnie z dzikim impetem na wszystkich punktach, w dwójnasób, w trójnasób, w inny jakiś, wyrodny czas, w nieznaną dymensję, w obłęd. O tej godzinie opanowywał mnie szał łowienia motyli, pasja ścigania tych migocących plamek, tych błędnych, białych płatków, trzęsących się w rozognionym powietrzu niedołężnym gzygzakiem. I zdarzyło się wówczas, że któraś z tych jaskrawych plamek rozpadła się w locie na dwie, potem na trzy – i ten drgający, oślepiająco biały trójpunkt wiódł mnie, jak błędny ognik, przez szał bodiaków, palących się w słońcu. Dopiero na granicy łopuchów zatrzymałem się, nie śmiejąc się pogrążyć w to głuche zapadlisko. Heifetz i jego smutne skrzypce. Słodki, czarny dym z kominów. Az der rebe zingt Zingn ale khasidim… Wtedy nagle ujrzałem dziewczynę. Leżała pośród liści łopuchów i śmiała się cicho. Ale on nie był delikatny i nieśmiały. On był lubieżny. A potem ujrzałem tego człowieka. Zanurzony po pachy w łopuchach, pochylał się nad dziewczyną. Bruno Schulz podszeptywał mi dalej, chichocząc: Widziałem jego grube bary w brudnej koszuli i niechlujny strzęp surduta. Przyczajony jak do skoku, siedział tak – z barami jakby wielkim ciężarem zgarbionymi. Ciało jego dyszało z natężenia, a z miedzianej, błyszczącej w słońcu twarzy lał się pot. Nieruchomy, zdawał się ciężko pracować, mocować się bez ruchu z jakimś ogromnym brzemieniem. Stałem, przygwożdżony jego wzrokiem, który mnie ujął jakby w kleszcze. On ją posiadał, prychając i sapiąc. Bolało mnie, bolało mnie, bolało mnie. Czułem, że tutaj nawet Jan Sebastian Bach nie pomoże. Nastąpiłem na jakiś suchy patyk i wtedy mężczyzna odwrócił się w moją stronę. Była to twarz włóczęgi lub pijaka. Wiecheć brudnych kłaków wichrzył się nad czołem wysokim i wypukłym jak buła kamienna, utoczona przez rzekę. Ale czoło to było skręcone w głębokie bruzdy. Nie wiadomo, czy ból, czy palący żar słońca, czy nadludzkie natężenie wkręciło się tak w tę twarz i napięło rysy do pęknięcia. Czarne oczy wbiły się we mnie z natężeniem najwyższej rozpaczy czy bólu. Te oczy patrzyły na mnie i nie patrzyły, widziały mnie i nie widziały wcale. Były to pękające gałki, wytężone najwyższym uniesieniem bólu albo dziką rozkoszą natchnienia. I nagle z tych rysów, naciągniętych do pęknięcia, wyboczył się jakiś straszny, załamany cierpieniem grymas i ten grymas rósł, brał w siebie tamten obłęd i natchnienie, pęczniał nim, wybaczał się coraz bardziej, aż wyłamał się ryczącym, charczącym kaszlem śmiechu. Do głębi wstrząśnięty, widziałem, jak hucząc śmiechem z potężnych piersi, dźwignął się powoli z kucek, zapinając spodnie i zgarbiony jak goryl, z rękoma w opadających łachmanach spodni, uciekał, człapiąc przez łopocące blachy łopuchów, wielkimi skokami ‑ Pan bez fletu, cofający się w popłochu do swych ojczystych kniei. A potem z krzaków wyszedł jeszcze jeden, podobny do poprzedniego i zgwałcił dziewczynę po raz drugi. Nie, nie zgwałcił. Ona rozwarła swoje ramiona i nogi i wpuściła go na siebie, wrzeszcząc z dzikiej, oszołomionej seksem radości. Stałem jak skamieniały. Potem i on wstał, odwrócił się w moją stronę, zaśmiał się rechotliwie i plunął mi w twarz. Potem spojrzał na leżącą dziewczynę i na nią także splunął. Potem zniknął pośród tej strasznej, zwariowanej, oszalałej zieleni tego zapleśniałego ogrodu. Podszedłem do leżącej dziewczyny, położyłem się obok niej i przytuliłem głowę do jej piersi. W jej okrągłych, niebieskich oczach lśniły łzy. Wtedy ujrzałem na jej brzuchu okrągłą czarną ranę.

Dlaczego mi nie powiedziałaś, kochanie? – szepnąłem ze łzami.

Drogi mój, to dla ciebie – poczułem od niej alkohol – zobacz jaka piękna książka z tego się rodzi, jak mały słodki, niewinny chłopczyk… jaka piękna, piękna literatura, jak ten bachowski ogród… – odrzekła rozmarzona i stała się nagle bardzo mała, jak lalka z drewna. Zimna, nieżywa lalka. Jascha Hefetz i dłonie Barenboima. Mój ból i mój strach połączyły się z bólem i strachem małego, zgarbionego człowieczka z za dużą głową, który stał nieśmiało pod płotem i karmił gołębie. Spostrzegł moje spojrzenie i pomachał mi delikatnie. Z drewutni wyszedł człowiek w mundurze i wystrzelił kilkakrotnie w tę brzydką, wodogłowiastą, żydowską głowę, która w mgnieniu oka cała zalała się krwią. Marakesz zlał się z Drohobyczem, Drohobycz z Aleksandrią. Tak chyba powstaje książka, to pulsujące światło, ten wciągający, tajemny  blask wyznaczający jakąś granicę, za którą kończy się jednak literatura, a zaczyna coś innego. Gharib po arabsku znaczy dziwny… Coś zupełnie innego. Odszedłem w kąt ogrodu i pod pięknym, zapewnie wiekowym, rozłożystym platanem, zacząłem rzygać. Ale nie, nie rzygałem treścią żołądka, rzygałem ohydnymi słowami. Z moich ust nie wylatywały resztki pokarmu, tylko ohydny, śmierdzący strumień niewiarygodnych przekleństw i bluzg w wielu językach. Słyszałem, jak rzygam po polsku, ukraińsku, w jidisz, po niemiecku, rosyjsku. Objąłem pień drzewa i osunąłem się na miękką, soczyście zieloną trawę. Ostatni bluzg powoli spłynął mi po policzku i wsiąkł w ziemię. Czasami doświadczam tak cudownych chwil w życiu, że aż chce mi się umrzeć.

Zapanowała kompletna cisza. W ogrodzie stał teraz mały, słodki chłopczyk o główce pokrytej szopą zmierzwionych blond loków i dmuchał mlecze. Jeden za drugim. Kot mył się w słońcu. Zobaczyłem, że w moją stronę zbliża się kobieta z dzbankiem na głowie, na którym widniało rybie oko. Zdałem sobie sprawę, że to drzewo to to samo drzewo, które widziałem we śnie, to samo, które widniało na okładce książki, którą wręczył mi doktor Musa Asad. Wtedy w kieszeni usłyszałem przychodzącego esemesa. Spojrzałem na ekranik telefonu. Ambasada Polska informuje, że znajduje się w Rabacie przy rue Oqbah, pod numerem 23. Telefony… Hitlerowiec wycelował we mnie pistolet i nacisnął cyngiel. Huk jego broni zlał się z hukiem wystrzeliwanych w powietrze kolorowych rac przez tańczących derwiszów na placu Dżema el Fna.

– Ibrahim – Idris przysunął do mnie swoją twarz, przekrzykując hałas placu – chciałbym, żebyś poszedł do jednego starego człowieka, tu niedaleko, za meczetem Nafas Hajjat. On nazywa się Yacoub Lunello, to stary sefardyjczyk, który wygląda jak jeszcze starszy Arab. On ma książkę, która powinna cię zainteresować. Jest w niej historia, która jest, jak mi się zdaje, twoją historią, bardzo intymną, bolesną… – obrzucił mnie przez chwilę spojrzeniem. – Ta historia może przydać się do twojej nowej książki o Maroku… – znów chichotał i błyskał bielą zębów. Na brzegu stołu dostrzegłem niedużego, czarnego żuka. – Popatrz, pójdziesz tam…

Piotr Ibrahim Kalwas

Wykorzystałem fragmenty Sklepów Cynamonowych Bruno Schulza (Kraków 2003).

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas