poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Spór o kształt duchowości polskiej.
Dekada Literacka 2010, nr 4-5 (242-243)


Tekst jest zapisem zorganizowanej przez TAiWPN Universitas promocji
wznowionej w 100‑lecie urodzin Kazimierza Wyki książki Życie na niby,
promocji, która odbyła się we środę 17 marca 2010 r.
w Auli Wydziału Polonistyki (ul. Grodzka 64) z udziałem:
Adama Michnika (AM), Andrzeja Nowakowskiego (AN), Jacka Popiela (JP), Marty Wyki (MW).


JACEK POPIEL: Chciałbym państwa bardzo serdecznie powitać na promocji nowego wydania książki profesora Kazimierza Wyki Życie na niby. Witam w sposób szczególny panią profesor Martę Wykę i pana redaktora Adama Michnika. Witam serdecznie także pana Andrzeja Nowakowskiego, dyrektora wydawnictwa Universitas, któremu zawdzięczamy tę pozycję. W piątek 19 marca br. obchodzimy uroczystość setnej rocznicy urodzin profesora Kazimierza Wyki, jednego z najwybitniejszych humanistów, wspaniałego profesora naszego uniwersytetu, od 1934 roku związanego z naszą polonistyką. To miejsce jest nowe dla naszej polonistyki, bo od paru lat jesteśmy także na Grodzkiej 64. Pani profesor Marta Wyka ma pewne uzasadnienie, dlaczego ta promocja odbywa się właśnie tutaj, o czym zapewne za chwilę zechce powiedzieć.
Bardzo się cieszę, że przy okazji tej rocznicy można było przynajmniej jedną z pozycji w bogatym dorobku profesora Wyki wznowić. To zasługa pani profesor Marty Wyki, to zasługa pana Andrzeja Nowakowskiego i wydawnictwa, ale to także zasługa pana Adama Michnika, który zgodził się napisać posłowie do tego wydania. Poproszę teraz pana Nowakowskiego o zabranie głosu i wytłumaczenie, dlaczego ta pozycja w tym momencie się ukazała.

ANDRZEJ NOWAKOWSKI: To moment szczególny dla wydawcy. W historii wydawnictwa opublikowaliśmy już prawie trzy tysiące pozycji. To dużo. A przecież nie jesteśmy wydawnictwem z kilkudziesięcioletnim stażem, powojennym; nasze początki wydawnicze są związane z okresem końca lat 80. Mówię o tej ilości książek dlatego, że zawsze tak jest, iż w pamięci czytelniczej zachowują się przede wszystkim książki ważne, one są najbardziej cenione. Życie na niby należy – z powodów oczywistych – do tych książek, z których będziemy zawsze dumni. Tym bardziej, że na jej wznowienie trzeba było czekać niemal trzydzieści lat. Czytelnik otrzymuje dzieło, które jest przedrukowane w pełnej wersji, ale i wzbogacone o nowe teksty. To też wydanie, które doczekało się posłowia pióra Adama Michnika, posłowia będącego próbą nowego odczytania tej książki. Ta właśnie z perspektywy czasu czyniona reinterpretacja Życia na niby stanowi wartość dodaną, która – jak sądzę – wpłynie na nowy sposób odczytania pisarstwa Kazimierza Wyki, nie tylko tej pozycji.
Życie na niby w najnowszym wydaniu miało też swoje przygody. Do jednej z nich muszę się przyznać. A była to przygoda zapewne nie najszczęśliwsza. Mianowicie w ostatniej chwili musieliśmy zmienić obwolutę tej książki, ponieważ popełniliśmy pewien błąd. Wynikał on z redakcyjnych potrzeb formatowania – w efekcie ze słynnego zdjęcia trzech przedstawicieli generacji 1910 zniknął jeden z nich – Jerzy Andrzejewski. Zdjęcie historyczne, zdjęcie ważne, zdjęcie, które ma swoją legendę. Mam nadzieję, że będzie o tym mowa podczas dyskusji, którą za chwilę rozpoczniemy. Ostatecznie udało się ocalić Andrzejewskiego.
Jednocześnie mam nadzieję, że ta książka będzie początkiem wielu książek Kazimierza Wyki wydanych w wydawnictwie Universitas, czego życzę oczywiście sobie jako wydawcy, ale przede wszystkim państwu, bo będą to wersje – jak sądzę – pozbawione starych ingerencji cenzorskich, które jeszcze pokutują w wielu publikacjach Kazimierza Wyki. Dzisiejsze spotkanie pomyślane zostało jako rozmowa pani profesor Marty Wyki i redaktora Adama Michnika.

MARTA WYKA: Zacznę od rozwikłania zagadki postawionej przez profesora Popiela. Dlaczego to miejsce? – może to państwa zainteresuje. W miejscu, w którym w tej chwili wszyscy siedzimy, w czasie okupacji znajdował się Ost‑Institut. Urzędował w nim jeden z najbardziej znanych planistów i geografów III Rzeszy, Walter Christaller, który był autorem planu zagospodarowania przestrzennego Generalnej Guberni. Christaller był bardzo znanym uczonym, twórcą tzw. teorii miejsca centralnego. Teoria ta opiera się na przekonaniu, że rozmieszczenie miejscowości wynika z pełnionych przez nie funkcji centralnych, tzn. takich działalności, które obsługują ludność mieszkającą na obszarze ich wpływu. Naprzeciwko siedziby Christallera, jak wiemy, jest Wawel, na którym swoją siedzibę miał Hans Frank. Na czwartej stronie okładki tej książki jest zdjęcie domu, w którym w okresie okupacji Kazimierz Wyka zaczął pisać Życie na niby (bo było ono kończone już po wojnie). W Krzeszowicach z kolei miał swoją letnią siedzibę Hans Frank, w pałacu Potockich. Cała ta historia miejsc układa się w swoistą mentalną mapę, o której chyba warto pamiętać.
Powracam jednak do samej książki. Zdjęcie na pierwszej stronie okładki, o którego przygodach mówił pan Andrzej Nowakowski, jest zdjęciem trzech trzydziestoparoletnich mężczyzn. Zostało zrobione w krzeszowickim tartaku mojego dziadka. Od lewej strony: pierwszy jest Jerzy Andrzejewski, urodzony w roku 1909. (Setna rocznica jego urodzin minęła właściwie bez echa w prasie – choć nie byłabym zdania, żeby Andrzejewskiemu się to należało). W środku – Czesław Miłosz, rocznik 1911. Ostatni z prawej – Kazimierz Wyka, urodzony w 1910 roku. Najmłodziej i najwcześniej z nich wszystkich odszedł Wyka, co też dla jego życia duchowego, dla jego sylwetki duchowej miało zapewne spore znaczenie. Umarł w roku 1975, jako człowiek zaledwie sześćdziesięciopięcioletni, w jednym z najczarniejszych czasów PRL‑u, kiedy jeszcze nie zanosiło się, że cokolwiek może się zmienić. Umierał dosłownie w czarnej rzeczywistości – pisarskiej, ale i osobistej klęski. Jerzy Andrzejewski dostał nieco więcej czasu – żył dłużej, mógł zmienić się w opozycjonistę, mógł znaleźć się poza partią, do której należał. Oczywiście najwięcej szans od losu dostał Czesław Miłosz, jedyny z tej trójki, któremu dana była długowieczność. Nie bez powodu jeszcze przed wojną nazwany został wybrańcem losu. Udało mu się przeżyć wszystko, co przeżył, przede wszystkim ten czas, do którego należał. Umierał jako człowiek sędziwy, ale i spełniony – jak sądzę – w sensie doświadczania historii, w którą włączona została jego formacja.
Sam tytuł Życie na niby trzeciemu pokoleniu czytelników zapewne nie kojarzy się z samą książką, funkcjonuje raczej na zasadzie zbitki semantycznej, frazeologizmu. Tej książki nie ma przecież na rynku od trzydziestu lat, a więc nie znają jej ani uczniowie, ani studenci, ani normalni czytelnicy. W obecnym wydaniu Życia na niby przedrukowane zostały teksty w ich pierwotnej postaci; Pamiętnik po klęsce, pisany przez Kazimierza Wykę w czasie okupacji i drukowany dopiero po jego śmierci; tekst Pesymizm a odbudowa człowieka, nieznany, pisany w czasie wojny i nigdy wcześniej niepublikowany (został przechowany w rękopisie); i wreszcie znalazł się tutaj tekst, na który zwrócił mi uwagę Adam Michnik, opublikowany w krakowskim „Odrodzeniu” w roku 1945, zatytułowany Potęga ciemnoty potwierdzona, mówiący o pogromie, który wówczas miał miejsce w Krakowie. W swym zamyśle najnowsze wydanie Życia na niby jest więc książką pokazującą rozwój jej autora, jest książką w toku, jest książką wprowadzającą w sposób myślenia w jego własnych czasach. Ważne jest też to, że tej książce wielokrotnie cenzurowanej – najbardziej ostro w stanie wojennym, kiedy cenzurze poddany został także Pamiętnik po klęsce – teraz przywracamy pierwotny kształt.
Życie na niby zamyka posłowie Adama Michnika zatytułowane Polski rachunek sumienia. Pierwsza jego część nosi tytuł Człowiek prawdziwy w życiu na niby. W ostatnim akapicie tego pierwszego passusu Michnik odwołuje się do pewnego cytatu z książki Kazimierza Wyki. Odczytuje ten cytat następująco: „[…] w życiu na niby żyjemy nieprzerwanie”. Dlaczego i na jakich warunkach? – chciałbym spytać autora posłowia.

ADAM MICHNIK: Napisanie posłowia do Życia na niby było dla mnie ogromnym zaszczytem. Muszę powiedzieć, że nad żadnym tekstem nie siedziałem tak długo i tak nerwowo… A to dlatego, że nie jestem polonistą i się najzwyczajniej w świecie bałem, że poloniści mnie zniszczą, jeżeli nie przeczytam wszystkiego, co było na ten temat do przeczytania.
Odnosząc się wprost do pytania pani profesor, powiem tak: o ile pamiętam i jeżeli redaktor mi nic nie dopisał, to moje zdanie było komentarzem do fragmentu wstępu napisanego przez pana profesora Wykę w roku 1958, w którym pisał, że: „ Ż y c i e   n a   n i b y   to nie tylko raz na zawsze skończona i ograniczona do kilku lat formacja socjologiczna. Kto wie, czy nie dotyczy ona również samego charakteru narodu”. I dalej następuje cytowane przez panią profesor moje zdanie, że w „życiu na niby” wszyscy żyjemy „nieprzerwanie”. Później jeszcze rozwijam to spostrzeżenie, zauważając, że czytałem tę książkę czterdzieści lat temu jako wielką metaforę świata, w którym wtedy żyłem. PRL to było swoiste życie na niby.
Teraz tę książkę przeczytałem jednak inaczej. Czy dzisiaj żyjemy w życiu na niby? W takim sensie, jak o tym myślałem w PRL‑u – na pewno nie. Polska jest demokratycznym krajem. Natomiast tyle obszarów publicznej debaty jest stabuizowanych, o tylu sprawach nie mamy odwagi publicznie mówić, że pewne mechanizmy opisane w Życiu na niby istnieją dalej. Dla mnie ta książka jest bezcenna. Dla całej mojej generacji to była kultowa lektura. Ten, kto czytał Życie na niby, a zwłaszcza esej Gospodarka wyłączona, był człowiekiem z towarzystwa. Można z nim było iść na kawę czy na wódkę. Taki ktoś liczył się środowiskowo. Jeśli ktoś tej książki nie czytał, to natomiast znaczyło, że nie był wart, żeby z nim iść na kolację.
Po kilkudziesięciu latach chciałem przeczytać zatem Życie na niby jeszcze raz, nieco inaczej. Ulokowałem książkę w kontekście tego, co profesor Wyka pisał w tym samym czasie, by podjąć próbę zobaczenia w tej książce ważnego momentu rewolucji duchowej nie tylko pisarza, ale też jego formacji. Warto czytać Życie na niby przez pryzmat tego, co w tym czasie pisał Andrzejewski czy Miłosz. Długo zastanawiałem się, czy w posłowiu nie odwołać się do jednego z tekstów Andrzejewskiego, w którym opisuje, jak w trójkę poszli do kościoła na Skałce i zderzyli się z centrum polskiej martyrologii. Ale uznałem, że lepsze jest wrogiem dobrego. Postanowiłem skoncentrować się na samym profesorze Wyce. W jednym miejscu tylko postąpiłem inaczej. Nie chciałem tej książki na siłę aktualizować, ale jednocześnie wydaje mi się, że jest ona na tyle ważna w dzisiejszych sporach o powojenny obraz Polski, że podjąłem próbę zrekonstruowania sposobu myślenia profesora Wyki, który nie mogąc wprost napisać tego, co chciał, wybrał zupełnie inną drogę obcowania z rzeczywistością polityczną po 1944 roku; inną niż tak dzisiaj reklamowani „żołnierze wyklęci”, którzy poszli do lasu. Przytoczyłem fragment listu Czesława Miłosza do Melchiora Wańkowicza: „Pyta Pan: wierzyłem czy nie. Nie w stalinizm. Ale oczywiście wierzyłem. Wierzyłem, że da się coś zrobić”. W moim przekonaniu – może to moja arogancja – było to zdanie, pod którym profesor Wyka spokojnie mógłby się podpisać. On tak właśnie myślał.
Ta książka jest też dla mnie, tu wracam ponownie do pytania pani profesor, niesłychanie ważnym kluczem do rozumienia duchowości tej formacji inteligencji, która była i jest nadal mniejszościowa. Ale jednocześnie jest bezcenna dlatego, że to jest ta generacja, która sama sobie stawia najwyższą poprzeczkę merytoryczną. W tej książce nie ma miejsca na zdania nieważne. Czytam więc Życie na niby jako swoistą lekcję rzetelności zarówno intelektualnej, jak i moralnej.
A jednocześnie trzeba pamiętać, że są to wyznania człowieka duszonego. Żartobliwie profesor Wyka opowiada, że gdy był malutkim dzieckiem, przykryto go poduszką, która go prawie udusiła. Myślę, że chodzi nie tylko o to wspomnienie. Z książek profesora Wyki słychać jęk człowieka duszonego. Życie na niby jest wspaniałym pomnikiem polskiej inteligencji, która nie dała się udusić.

MW: Mówił pan o generacji 1910 jako polskiej formacji intelektualnej. Ja myślę, że oni sobie uświadomili, że to, w czym uczestniczyli, to nie była wyłącznie tragedia osobista między dwiema jesieniami, o których pisze Kazimierz Wyka (jesienią 1939 roku i roku 1944). Pierwsza była jesienią klęski Polski, druga – tragedią klęski powstania warszawskiego. W ciągu tych dwóch jesieni zostały napisane bardzo przejmujące strony. Kiedy z Warszawy wyjeżdżały pociągi ewakuacyjne, które rozwoziły ludność cywilną i osierocone dzieci Warszawy po całej Polsce (przejeżdżały one również przez Krzeszowice, co Wyka opisał w swoim szkicu), to wtedy oni ostatecznie zrozumieli, jaki będzie ciąg dalszy. Oczywiście, potem nadeszły czasy, kiedy ta formacja już tego napisać nie mogła.
Życie na niby było pisane w dosyć długim okresie, między 1945 a 1948, autor prawdopodobnie coraz bardziej zdawał sobie sprawę z tego, że nie może w tej książce spisać wszystkiego, co by spisać chciał. Pan wspomniał o korespondencji pomiędzy Miłoszem i Wańkowiczem; ja mam przed sobą fragment, który tych kwestii dotyczy. W liście do Wańkowicza Miłosz – już na emigracji, oczywiście – pisze w ten sposób: „Po latach okupacji zrozumieliśmy sytuację, udając często przed sobą, że jej nie rozumiemy. Mówię tu o sprawach zbyt zawiłych i bolesnych dla wielu ludzi. Nagłe przekształcenie się młodych osób w komunistów jest niepojęte. Tłumaczą to strachem. Dla mnie to wcale nie jest niepojęte. Przez te lata wojny patrzyłem uważnie na nich. Niech panu wystarczy za skrót najbardziej zwięzły, że Jerzy Andrzejewski napisał wiosną 1944 roku cykl nowel, które były krwawą satyrą na konspirację i całe te nastroje w Warszawie. To był z jego strony akt rozpaczy i samopotępienia, a równocześnie działał – jak on to zwykle – reagując na to, co było w powietrzu. Uczucie pułapki i wściekłości, że oszukuje samego siebie. I trzeba panu wiedzieć, że przyczyną, dla której Andrzejewski dziś jest w partii, był kwietniowy dzień 1945 roku, kiedy w Warszawie szukaliśmy śladów po naszych przyjaciołach”.
Czytam tę korespondencję jako sygnał, że oni już wtedy wiedzieli, że prawdopodobnie nie będą mogli tego wszystkiego napisać. Pan opisuje w swoim posłowiu, w jaki sposób Życie na niby jest książką okaleczoną. Czego zatem w niej nie ma? A co być powinno?

AM: Wydaje mi się, że pisarstwo profesora Wyki staje się bardziej zrozumiałe, jeżeli je traktujemy jako pewną całość projektu walki o kształt kultury. Pani profesor zacytowała przed chwilą Miłosza, ja bym przywołał znany tekst profesora Wyki o poezji Baczyńskiego. Jest w nim obszerny fragment, w którym profesor Wyka opisuje świadomość i przeczucie Baczyńskiego, że jest skazany na drogę do śmierci, ale jednocześnie – że jest to droga donikąd, że tą drogą się nie pojedzie już nigdzie. Powiedziałbym tak: w Życiu na niby w jakimś sensie odnajdujemy podobne przeświadczenie, tylko spisane bardzo specyficznym językiem. Siła pisarstwa profesora Wyki – według mnie – polega na tym, że znalazł on klucz do rozmowy z czytelnikiem poza cenzorem. Myślę o różnych świetnych sformułowaniach, na przykład – z drugiej strony uderzył ktoś inny, przed kim polskie władze wiały…
Oczywiście, że w całej książce czuje się, nawet kiedy się ją dzisiaj czyta, ból w odciętej ręce. Nie ma tutaj Katynia w takiej formie, w jakiej dziś ktokolwiek o nim by pisał; nie ma paktu Ribbentrop-Mołotow; nie ma Stalina. Ale przy tym wszystkim trzeba spróbować spojrzeć na rzeczywistość okiem tamtego pokolenia. Oni mieli pełną świadomość, że w tym historycznym momencie Stalin będzie władał tą częścią świata za zgodą aliantów (to jest już po Jałcie), za zgodą Churchilla i Roosevelta. Świadomość tych ludzi z pewnością była niejednoznaczna, to znaczy nacechowana ich interpretacją września 1939 roku i powstania warszawskiego. Ta świadomość w Życiu na niby jest obecna. Z punktu widzenia tych ludzi władze polskie w gruncie rzeczy się samoskompromitowały – zarówno przebiegiem kampanii wrześniowej, jak i powstania warszawskiego. To były dwie klęski. To znaczy można oczywiście z podobnymi ocenami dyskutować, ale wtedy ci ludzie tak właśnie to widzieli. Wtedy, na gorąco, na bieżąco. Bardzo interesujące jest też to, jak profesor Wyka ocenia postawy polskiego społeczeństwa tego czasu. To bardzo intrygujące fragmenty Życia na niby. Pisałem o tym w swoim posłowiu bardzo ostrożnie, bo wiem, że to jest chodzenie po kruchym lodzie.Widzę tu pewną huśtawkę – od szacunku czy nawet miłości do Polski, która po ułańsku atakuje czołgi, aż po racjonalny, chłodny osąd, że to jest zwyczajnie bez sensu. Że te postawy społeczne prowadzą do zakleszczenia się w pułapce, z której właściwie nie ma wyjścia. Ta książka to rozpaczliwe szukanie wyjścia przez człowieka, który próbuje nie dać się udusić.
Popiół i diament – profesor Wyka zresztą nie cenił tej książki (istnieje na ten temat jego korespondencja z Miłoszem, gdzie Wyka krytycznie się o niej wypowiada) – da się również przeczytać przez pryzmat tych dylematów. Mówię o pierwszym wydaniu, bo późniejsze Andrzejewski zmieniał. Jeśli pod tym kątem przeczytać ówczesne wiersze Miłosza, można w nich odnaleźć te same dylematy (przy czym mamy dzisiaj już ten komfort, że korespondencja Miłosza z Wańkowiczem wszystko rozszyfrowuje). Profesor Wyka nigdy nie miał takiej możliwości. Więc w tym sensie w tej książce czuje się jakąś amputację – zarówno na poziomie tematu, jak i języka. Udowadniać słuszność swego rozumowania profesor Wyka mógłby naprawdę, gdyby sięgał po język dla siebie naturalny. Przed wojną pisał po swojemu o tych sprawach, po wojnie już nie mógł. Ale uważał, że mimo wszystko pisać trzeba. Pisał więc tak, jakby to wszystko cedził przez zęby, czasem sięgając po język, który nie był jego językiem. Wydaje mi się, że normalnie Życie na niby spisałby zupełnie innym językiem.
Jestem ogromnie wdzięczy pani profesor, że zgodziła się, bym wyraził tutaj swój pesymizm. Wydaje mi się, że wrzesień 1939 roku był dla tego pokolenia prawdziwym wstrząsem. Świadectwem tego czasu jest oczywiście Pamiętnik po klęsce. Widać w nim, że coś się wtedy rozpadło. Dlaczego się rozpadło? Jest tam takie zdanie, że sanacyjna władza „przećwierkała całą polską rzeczywistość z wyżyn swoich szczebli”. To zdanie wstrząsające, niesamowicie gorzkie. I teraz trzeba szukać czegoś twardego. Z tego punktu widzenia ważna byłaby lektura pism z jednej strony korespondenta profesora Wyki Karola Ludwika Konińskiego (chodzi mi o jego dziennik Uwagi 1940-1942, który wydali dominikanie z wydawnictwa W Drodze), a z drugiej strony pism Bolesława Micińskiego, które wyszły w Znaku wiele lat temu. Otóż, rozumieć klimat tego czasu to rozumieć ludzi, którzy się znaleźli w sytuacji tragicznej. I Życie na niby jest tego niezrównanym świadectwem, bo jest to książka i tragiczna, i mądra, i piękna. W tym sensie jest też książką polemiczną wobec tej historiografii, którą w skrócie nazywam historiografią IV Rzeczypospolitej. Życie na niby w zupełnie inny sposób racjonuje rzeczywistość i w zupełnie inny sposób opowiada o ludzkim losie. Oczywiście, nie jest to lektura wysoka, ale jest to lektura krzepiąca w tym sensie, że wydobywa siłę duchową, odwagę intelektualną, rzetelność pisarską. To książka bardzo trudna do zaklasyfikowania; jednocześnie eseistyka pisarza, historyka literatury, krytyka literackiego, który daje świadectwo czasów, w których żyje. I to właśnie jest sprzeczne z tym, co dziś w historiografii dominuje. Bardzo jestem ciekaw, jak Życie na niby zostanie teraz przyjęte przez krytyków.

MW: Nie znam tak dobrze jak pan historiografii współczesnej dotyczącej lat wojny i okupacji, ale znam dobrze literaturę, która dotyczy tego okresu. Nastąpiło zjawisko, które jest nazywane przez współczesnych krytyków nicowaniem wojny. Polegałoby ono na tym, że według współczesnej krytyki literackiej już trzecie pokolenie pisarzy pisze o wojnie i rzecz jasna ani wojna, ani okupacja nie jest dla nich żadnym osobistym doświadczeniem, nie jest żadną intymną emocją – jest ona jedynie rodzajem tekstu, do którego dopisuję swój własny tekst. W ten sposób dokonuje się w pisarstwie tej generacji nicowanie wojny, czyli pozbawienie jej żywotnych umysłowych korzeni. Tekst literacki, który żyje tu i teraz, okazuje się tekstem, który nie ma korzeni. Wygasa pamięć. Temat wojny powraca więc w literaturze najnowszej, ale w postaci tekstów, którym została amputowania pamięć.
Karol Ludwik Koniński, na którego pan się powoływał – i który zresztą mieszkał bardzo blisko od Krzeszowic, w wiosce Rudawa, w której mój ojciec go w czasie okupacji odwiedzał (zachował się nota bene w archiwum Jerzego Turowicza telegram, w którym Kazimierz Wyka powiadamia go o śmierci Karola Konińskiego) – napisał w momencie, kiedy wybuchła wojna, że skończyło się życie umysłowe. Ale stał się w ten sposób przeciwny całej tej formacji. Właśnie to życie umysłowe w latach okupacji, to życie z książkami – bo trzeba pamiętać, że to byli cywile, którzy żyli na peryferiach wojny, nie byli żołnierzami – pozwoliło im nie zerwać do końca, w sposób zupełnie wyrachowany, ze swoim życiem przedwojennym, mimo tego, co się stało. Czytali dalej książki – a nawet wydaje mi się, że konsekwentnie czytali te same książki, co przed wojną. Tak jakby chcieli jeszcze raz obejrzeć tę katastrofę na poziomie swojego osobistego doświadczenia.
Co pan sądzi o tym fenomenie czytania i pisania podczas okupacji?

AM: Miłosz w swojej korespondencji, we wprowadzeniu do korespondencji z profesorem Kazimierzem Wyką, pisze, że był pewien spór w podziemiu – pomiędzy zwolennikami manifestów, prasy konspiracyjnej itp. a tymi właśnie jak Wyka, jak Andrzejewski, którzy uważali, że trzeba wydawać książki o dużej wartości intelektualnej i artystycznej.
Przepraszam za dygresję, ale jak czytałem te zdania, to przypomniałem sobie moje boje, kiedy moi koledzy chcieli wydawać w kółko książkę o pakcie Ribbentrop – Mołotow, a ja się uparłem, żeby wydawać wiersze Miłosza. Na szczęście to ja zwyciężyłem, bo one się ukazały, Miłosz potem dostał Nobla, a Niezależna Oficyna Wydawnicza była jedyną oficyną w kraju, która miała wtedy do zaoferowania wiersze Miłosza.
Wracając do pytania pani profesor – wydaje mi się, że to był spór o kształt duchowości, spór bardzo głęboki – ze szczególną stawką dla „Sztuki i Narodu”, dla samego Gajcego. To był bardzo głęboki spór, który towarzyszy polskiej kulturze chyba już od dwustu lat. To był spór o to, czy należy dać się zamknąć w pancerzu, nazwijmy to, narodowo‑patriotycznym, czy też raczej próbować iść dalej. Pisma profesora Wyki – ale także Miłosza, Andrzejewskiego, Micińskiego czy Konińskiego – są takim dramatycznym szamotaniem się z tym pancerzem. W jakimś sensie ten pancerz patriotyzmu to był pancerz‑dusiciel. Jest w jednym z esejów w tej książce miejsce, gdzie profesor Wyka zestawia dwie cenzury: cenzurę zaborców i cenzurę ortodoksji patriotycznej. Powiada, że ta druga była gorsza, że była bardziej dokuczliwa. Z całą pewnością profesor Wyka miał świadomość tego knebla drugiego rodzaju.
Karol Irzykowski tłumaczył swego czasu Stefanowi Kisielewskiemu, że czas okupacji to był dla pisarzy wspaniały czas, że wtedy można było pisać (nie było krytyki literackiej, nie było giełd literackich, nikt nie tłamsił i nie dusił). Kisiel wielokrotnie to cytował. To był rzeczywiście dziwny czas i – moim zdaniem – on ciągle jest nieodczytany. My ciągle patrzymy na ten okres nie okiem Wyki, Miłosza, Andrzejewskiego czy Konińskiego, lecz przez pryzmat mitu wspaniałej, jednej, wielkiej akcji pod Arsenałem. W gruncie rzeczy – w moim przekonaniu – ta książka jest jednym z nielicznych świadectw tego, jak naprawdę było. Na przykład nie patrzymy na powstanie warszawskie okiem Mirona Białoszewskiego z Pamiętnika z powstania warszawskiego. W Warszawie organizowane są rocznicowe happeningi, podczas których czyta się nawet Pamiętnik…, ale w gruncie rzeczy myślę, że oni po prostu nie przeczytali tej książki jako świadectwa katastrofy, tragedii.
Podobnie jest z książką profesora Wyki. Życie na niby opowiada po prostu zbyt trudną
historię, która nie ma niczego wspólnego z okupacją pokazywaną w konwencji serialu Czterej pancerni i pies. A przecież to był bardzo ważny, bardzo tragiczny moment. Ale przez propagandę komunistyczną w powojennej Polsce ten okres został skutecznie zakłamany.

MW: Chciałabym, ponieważ mam taką potrzebę, żeby naszą rozmowę ująć w jakąś ramę, przypomnieć, że mówimy tutaj w perspektywie stulecia jednego człowieka i całej jego formacji. Powiada się, że wiek XIX był pięknym stuleciem. Jeżeli spojrzymy na to z punktu widzenia historycznego doświadczenia ludzi żyjących wówczas, to warto pamiętać, że polską perspektywę przesłonił okres Napoleona, okres względnej prosperity po roku 1863, ale raczej ludzie tego czasu żyli w atmosferze historiozoficznej klęski. O XX wieku nikt nie mówi, że to było piękne stulecie. Ludzi przynależących do XX‑wiecznych polskich formacji dotknęły dwie wojny, jedno powstanie, jedna wojna mniejsza, czyli wojna roku 1920, okres panowania totalitaryzmu. W każdym razie nie mówi się o tym stuleciu jako o pięknym.
To jest rzecz do przemyślenia. Czy możemy ze sobą porównywać okresy długiego trwania? Czy możemy porównywać stulecia? Czy coś z tego wynika?




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas