poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARTA WYKA
Miłosz, Brzozowski i inni (relacja o wpływie umysłowym)
Dekada Literacka 2010, nr 4-5 (242-243)

1

W liście do Jarosława Iwaszkiewicza, napisanym 8 marca 1931 roku, Miłosz tak się zwierzał: „Dnie kształtują się według ilości przeczytanych stronic Brzozowskiego” (1). W starości sceptycznie popatrzy na pewien swój młodzieńczy tekst, napomykając o żdanowowskim zacietrzewieniu, jakie miało mu towarzyszyć w trakcie jego pisania. Wpływ Brzozowskiego na myśl Dwudziestolecia – zarówno radykalną, jak prawicową, imperialną („Sztuka i Naród”) – nie ulega wątpliwości. Ale migotliwość tego wpływu jest równie ważna, jak samo jego istnienie. Nie ma powodu, aby zwierzenia młodzieńca traktować z dystansem czy podważać ich zasadność, choć nazwisko Brzozowskiego zostaje przez niego wymienione tylko raz. Postawmy zatem pytanie: czy lektura owa, tak zachłanna, da się tym niemniej wyśledzić w tym tekście? I jaka to jest lektura? Bo przecież nie o sam ton, o styl – zapalczywy i pouczający – zapewne Miłoszowi chodziło, gdy pisał do Iwaszkiewicza o swoim wielkim przeżyciu. Nie da się też – jak myślę – weryfikować Bulionu z gwoździ (bo od tego tytułu zaczynam moją relację) za pomocą znajomości późniejszego Człowieka wśród skorpionów, choć skrupulatna egzegeza do tej właśnie książki Miłosza może doprowadzić, co wolno uznać za przyczynek do zmiennej historii wszelkich wpływów weryfikowanych i „poprawianych” przez późniejszą biografię twórcy. A może jest to emocjonalny co prawda, lecz drugorzędny zapis, i popełniamy grzech nadinterpretacji, śledząc go nazbyt uważnie? Te, a także inne pytania spróbujemy tutaj rozwiązać. Może odrzucić trzeba dziś to, co w związku z Bulionem… kojarzy się nam z historią myśli Dwudziestolecia, tak czy owak już zamkniętą, a zobaczyć w nim jednak i nade wszystko próbę takiego dyskursu, który na przestrzeni lat podlegnie znamiennej modyfikacji, zachowując jednakowoż swoją rolę „inicjacyjną”, zakładającą podwaliny pod szeroki szlak umysłowy?

W roku 1931 Miłosz liczy sobie dokładnie 20 lat. Jest więc młodzieńcem, który ledwo przekroczył próg adolescencji, poszukując zaś umysłowego wzoru, nie zwraca się bynajmniej do uznanego i wiekiem zweryfikowanego autorytetu. Autor Legendy Młodej Polski, zmarły przed dwudziestoma laty, nie przekroczył w chwili odejścia 33 roku życia. Nawet jeśli zważyć standardy czasu życia jego epoki – nie był „mistrzem” i dopiero wkraczał w pełną dojrzałość. Ale dorobek, który pozostawił, mógł służyć jako wzór poszukiwań intelektualnych, dających umysłowi wolność nieograniczoną. I taki wzór zastają jego adepci, pogrążający się w lekturze książek krańcowo emocjonalnych, gorączkowych, rozdartych sprzecznościami, w znacznej liczbie niedokończonych, naznaczonych niepewnością samego autora, która wypływa z ciągłej walki o jednoznaczną tożsamość. Brzozowski do końca nie wie, kim jest lub kim chciałby zostać, i szuka spełnienia w różnych starciach intelektualnych, mniej czy bardziej fortunnych.

Młody Miłosz czyta zatem dzieło wczesnego modernizmu, ale postrzegane w innej już perspektywie umysłowej niż ta, w której dzieło to umieszczała jego „historyczna” przynależność. Lektura generacji, która rozumiała Brzozowskiego inaczej niż jego współcześni, musiała być odmienna, na co złożyło się wiele kulturalnych faktów i motywacji. Prorocze miało się okazać zdanie Brzozowskiego z eseju o Lambie mówiące o „podwójnym życiu książek” (2). Ten młody czytelnik, jakim jest Miłosz, pisze wówczas recenzje, artykuły publicystyczne, które wydane zostaną po latach pod tytułem Przygody młodego umysłu.

Dyskusje skupione w Dwudziestoleciu wokół myśli Brzozowskiego rozważały problem wychowawczej, filozoficznej i politycznej przydatności jego pism – dla Polaków międzywojennych, rzecz jasna. Na plan dalszy zdecydowanie odsunięte zostają te punkty twórczego światopoglądu Brzozowskiego, które wiążą się z estetyką dzieła literackiego i jego kształtem formalnym.

Brzozowski będzie jednak trwał przy Miłoszu o wiele dłużej – sumą tego związku stanie się Człowiek wśród skorpionów. Ale zanim dojdzie do napisania tej książki, myśl Miłosza – przez wiele lat – krąży bezustannie wokół Brzozowskiego; w Ameryce wygłasza na przykład odczyt w 50. rocznicę śmierci pisarza, mało komu tam znanego. Pisze o nim wielokrotnie w listach do Jerzego Giedroycia. Oczywiście, wiąże się to z dojrzewaniem pomysłu własnej książki – ale nie tylko. Miłosz pisze o Brzozowskim do końca, tak jakby przeczuwał jego rychłą, zasadniczą reinterpretację. Dokona się ona w zupełnie innym kontekście myślowym niż ten, który szkicował stary poeta. Zatem mamy do czynienia z umysłową repetycją, której drogę w czasie będzie się próbowało tutaj odtworzyć.

Po blisko 80 latach od zapalczywej dyskusji o wychowawczym znaczeniu dzieła Brzozowskiego epitet wraca do „ucznia” i gorliwego czytelnika. Dariusz Gawin nazywa Czesława Miłosza – punktując co prawda jego „talent i despotyzm” – „wielkim wychowawcą Polaków” (3). Ale wychowawca ten osiąga już wiek stosowny po temu, aby zostać nauczycielem, zaś jego doświadczenie umysłowe znacznie przerasta, na skutek swoistego rozciągnięcia w czasie, tę dyspozycję intelektualną, jaką posiadał Brzozowski. Słowem, Miłosz jest już w pełni dojrzały, gdy stawia kropkę nad „i”, pisząc Człowieka wśród skorpionów. Chociaż i ta książka poddana być powinna re‑lekturze, i to za sprawą jej bohatera; współczesny wielki powrót Brzozowskiego jako myśliciela wymusza bowiem taką re‑lekturę.

Ale powróćmy do prostszego nieco pytania: czy faktycznie rola mistrza została przez niegdysiejszego młodzieńczego admiratora przejęta i jeszcze raz odegrana? Kogo i jak miałby Miłosz wychowywać? Czy paralelę taką uznać można – w kontekście całego życia umysłowego Miłosza – za sensowną? Najpierw jednak trzeba odtworzyć, choćby w głównych zarysach, historię tego zdumiewającego oddziaływania, które czyni z dzieła Brzozowskiego „dzieło w ruchu”, a także work in progress. Zmieniają miejsce w tym dziele jego umysłowe wątki – staje się ono, w pewnym sensie, sterowane przez czytelników kolejnych pokoleń. Młody Miłosz i dojrzały Miłosz ukaże się nam tutaj jako jeden z nich – czytających i stwarzających kontekst lektury. Tyleż wspólnotowy co indywidualny, nie zawsze jednoznaczny.

Tekst Bulionu z gwoździ jest otoczony innymi tekstami młodego Miłosza. Czy aby na pewno jest „tekstem flagowym”, czy też nade wszystko empatycznym sprawozdaniem z obcowania z wybitną indywidualnością pisarską? A jeśli z książką, to którą: Legendą…, Samym wśród ludzi, Głosami wśród nocy, Kulturą i życiem? Wymieniam tytuły, które powtarzały się najczęściej w międzywojennej lekturze. Z biegiem lat bowiem ten „zasób recepcyjny” będzie się zmieniał. A może chodzi tylko o „sprawę” i „proces”, czyli inaczej mówiąc – o podejrzenie, rzekomą kolaborację z wrogiem, oskarżenie i obnażenie się oskarżonego (w pisanych przez niego kolejnych oświadczeniach, listy nie są wówczas znane), a także o prowokację i prowokatorów oraz ich wpływ na historię; słowem, o materię, z której miało być zbudowane życie publiczne i polityczne XX wieku? Klan „brzozowszczyków” nie składał się nigdy z osobników do siebie podobnych, i nie tylko on zadecydował o charakterze myśli XX‑wiecznej. Miłosz był jednym z jego uczestników, ale jego miejsce w tej społeczności myśli podlegało ewolucji.

W liście do Giedroycia Miłosz zapowiedział: „I chcę napisać zasadnicze studium o tym skandalu, jakim jest wielki pisarz nieprzyjęty z mnóstwa kolejno działających przyczyn” (4). 50‑letni Miłosz przygotowuje się i zbiera materiał do Człowieka wśród skorpionów w Bibliotece Polskiej na wyspie św. Ludwika (5). Tam sporządza skrupulatne wypisy z książek Brzozowskiego, trudno wówczas dostępnych. Jako początkujący recenzent referował francuskie nowości literackie, będąc na stypendium w Paryżu, w tym samym mniej więcej czasie powstaje Bulion z gwoździ. Swój ostatni tekst o Brzozowskim pisze pod koniec życia w Krakowie. Można by więc powiedzieć, że Brzozowski nie opuszcza Miłosza – niezależnie od biograficznych okoliczności, narastających lektur, postępującego wieku i wygasania żywotnych impulsów tego świata myśli, którego był aktywnym uczestnikiem. Oczekuje, aby ktoś podjął z nim dyskusję po wznowieniu w roku 2000 Człowieka wśród skorpionów. Nie ma chętnych. Dopiero po śmierci Miłosza środowisko Krytyki Politycznej wyda ponownie zaopatrzone we wstępy trzy książki Brzozowskiego (Płomienie, Głosy wśród nocy oraz słabo znany, napisany na konkurs dramat Mocarz). Rozpoczyna się nowy rozdział re‑lektury, którego już poeta nie poznał. Wolno przypuszczać, iż byłby nim żywo zainteresowany.

W latach 70. napisał do Giedroycia: „Jest zresztą całkiem możliwe, że kiedy umrą Giedroyc, Miłosz etc., znikną resztki Polski jako nacji poważnej…” (6).

Uwaga ta niech posłuży jako uzasadnienie potrzeby odtworzenia poszczególnych etapów związku Miłosz – Brzozowski, a także jako przewodnik po szerszym planie. Plan ten to zarazem próba odpowiedzi na pytanie: dlaczego Brzozowski? Dlaczego nie Prus lub Żeromski, czyli realista i wizjoner życia społecznego (7)?

2

Ma rację Miłosz, gdy zżyma się na siebie‑młodego i nie rozpoznaje się w tym młodziku. Podobnym dyskursem jak ten Bulionu z gwoździ miał się posługiwać rzadko, nie okazał się on bowiem jego językiem.

Rok, w którym Bulion… został wydrukowany (1931), jest zarazem wyrazistą granicą pokoleniowych i światopoglądowych sporów. Oczywiście, toczyły się one już wcześniej, dochodząc do kulminacji wtedy właśnie. Temperatura owych sporów nie wydaje się dziś wysoka, ale wówczas ich jakość emocjonalna inaczej się rysowała. Bulion… to – krótko mówiąc – zarys programu, który powinien być zobowiązaniem współczesnego twórcy. Młody Miłosz jest bowiem poplecznikiem Irzykowskiego i piętnuje polską programofobię. Tak samo jak napiętnuje społeczną izolację artystów – zapewne nie do końca słusznie. W tym oskarżeniu przemawia demagogicznym i krytycznym tonem swojego mistrza.

Oksymoroniczny chwyt tytułu oddaje nieźle jakość wewnętrznej polemiki charakteryzującej ten tekst. Upraszczając, rozwijamy go tak: „gwoździe” nie są produktem, z którego da się sporządzić potrawę taką, jak pożywny bulion.

Ale z kim ta polemika? Przypomina ona bez wątpienia diatryby Brzozowskiego skierowane przeciw Miriamowi. Zawiązanie sporu jest takie: „Naokoło huczy olbrzymi świat, koła maszyn miotają się gorączkowo, są pochody, bezrobocie, głód, okrwawione asfalty w Berlinie, bojówki wielkiego kapitału, a tymczasem poeta siedzi przy biureczku i pisze wierszyk o ukochanej. Już to zestawienie wywołuje zgryźliwe i pogardliwe uwagi. Nic też dziwnego, że poeta, jeśli nie jest kretynem, czuje wyrzuty sumienia. Stara się zrobić coś takiego, aby wziąć udział w tym wielkim świecie polityki i nafty, który zaczyna się zaraz za biurkiem. No i pisze patetyczny utwór, gdzie nawołuje do rzucenia karabinem o bruk ulicy. Jeżeli stoi wyżej etycznie, to nie zadowala się już doraźnym wtargnięciem w sfery spraw społecznych, ale oddaje bez zastrzeżeń jakiemuś prądowi, pisze wiersze‑plakaty, wiersze‑ulotki. Ale zarówno pierwszy, jak i drugi mylą się. Ich stosunek do zjawisk społecznych jest niezorganizowany. Czysto uczuciowy” (8).

Sztuka i literatura jako zadanie społeczne – ten wątek buduje cały przewód myślowy Bulionu z gwoździ, autor dopisuje doń nowe argumenty, które pochodzą przede wszystkim z programów awangardy. Jawnym – obok utajonego, czyli Brzozowskiego (wymienionego, przypomnijmy, tylko raz) – bohaterem Bulionu… jest Tadeusz Peiper jako prawodawca techniki awangardowego pisania, wynalazca rymu socjalistycznego i twórca  programu sztuki zaangażowanej. Wszystko się zgadza. Da się prawomocnie postawić obok siebie projekt Brzozowskiego wynikający z założeń filozofii pracy, jego koncepcję sztuki przyszłości (czyli Polski młodej) jako przeznaczonej dla robotnika i Peiperowską utopię robotniczego odbiorcy sztuki. Młody publicysta uważa tę fuzję za naturalną i logiczną, i nie myli się. Po latach uzna swój ton za fanatycznie lewicowy (tak napisze we wstępie do wznowienia Człowieka wśród skorpionów).

Jego namiętny apel o społeczną powagę literatury nie odznacza się tym niemniej ideologicznym zacięciem. Jest jednym z wielu, licznych wówczas głosów, brzmiących wokół spadku po Brzozowskim.

Określenie „socjalistyczny” nie wiązało się wtedy z partyjnością. Przypomnieć warto, iż „socjalistą” nazywał Brzozowskiego nie kto inny jak Marian Zdziechowski, zdeklarowany konserwatysta, i nie rozumiał bynajmniej tej kwalifikacji w kategoriach wyłącznie negatywnych. Socjalista Brzozowski to był – wedle Zdziechowskiego – zdecydowany moralista i w takim kontekście umieścił on autora Legendy… Co nie znaczy oczywiście, iż socjalizm był mu bliski – natomiast skłonny był akceptować jego moralne przesłanie. To moralność zdawała się w socjalizmie najważniejsza.

Połączyła ich obu również – konserwatystę i radykała – opcja, którą można nazwać „apokaliptyczną”. Zdziechowski widział jej początek we „wpływach rosyjskich na duszę polską”. Brzozowski pod koniec życia, w ostatnich szkicach, zwrócił się w jakimś sensie przeciw własnym Płomieniom, pisząc o nadchodzącym strasznym urzędniku rosyjskim, a także o widmie straszniejszym od Smierdiakowa (9). Ten upiór mógłby się znaleźć w sztuce Witkacego, na przykład w Szewcach, skoro jego właściwości osobowe są w dyskursie Brzozowskiego takie oto: „Idzie nawet nie cham, nie Smierdiakow, lecz ideowy oficer rosyjski, ideowy sędzia śledczy, ideowy urzędnik; idzie państwo rosyjskie jako ideowy twór przyjęty i uznany przez rosyjską inteligencję” (10). Obaj – Brzozowski i Zdziechowski – wychowali się w rosyjskich szkołach i w atmosferze – ożywczej, ich zdaniem – rosyjskiej literatury.

Ich Rosja ma dwa oblicza, zaś cywilizacyjny nacisk, jaki wywiera na „europejskiego ducha”, jest równie niebezpieczny w optyce konserwatywnej, jak radykalnej. Ten dukt myślenia będzie miał swoje ciągi dalsze (11).

Futuryści, ogłaszając (co stało się już obiegowe) „za Stanisławem Brzozowskim wyprzedaż starych zabawek”, czynili go patronem rozmontowania tradycji romantycznej, na co zapewne autor Filozofii romantyzmu polskiego, a przede wszystkim studium o przesileniu romantycznym kultury europejskiej, w takiej formie nigdy by nie udzielił przyzwolenia. Wyrzucić na śmietnik (czy raczej zrzucić z półki jako nieużyteczną zabawkę) można było Miriama, ale nie Mickiewicza i Słowackiego.

Socjalista Stanisław Baczyński nazwał Brzozowskiego „sumieniem intelektu polskiego”. Podobnie więc jak Zdziechowski, identyfikował – po części – socjalizm z moralizmem. Ale widział też Brzozowskiego w kontekście europejskim, pośród europejskich „socjalizmów”. Irzykowski – co było odosobnione – formułował protest przeciw „historyczności” jako głównemu kierunkowi myślenia Brzozowskiego o kulturze.

Romantyzm w wersji Brzozowskiego przyciągał krytyków prawicowych i narodowych: Emila Skiwskiego i Mieczysława Brauna. Ale przecież zaraz po wojnie (w roku 1945) jako pierwszy tom biblioteki „Kultury”, jeszcze w Rzymie, ze wstępem Gustawa Herlinga‑Grudzińskiego, ukazuje się właśnie Filozofia romantyzmu polskiego. Można więc zasadnie stwierdzić, że lektury dzieł Brzozowskiego nie zależały od politycznej jakości światopoglądów. Krytycy katoliccy – przede wszystkim Rafał Blüth, również Teresa Landy – wybierali z kolei religijne wątki jego pisarstwa.

Zaryzykujmy twierdzenie, iż – ze współczesnej perspektywy – najbliższy „nowoczesnemu” czytaniu i rozumieniu Brzozowskiego okazuje się Stefan Kołaczkowski. Był on też jego kontynuatorem w doborze wątków myślowych, łączyło ich zaś takie podejście do świata kultury, jakie Rafał Blüth nazwał „wyczuwaniem świata”.

Przypomnijmy więc, że w książce Język modernizmu Ryszard Nycz opisze specyficzną i wyróżniającą Brzozowskiego jakość myślenia jako „wywoływanie świata”. W obu przypadkach chodzi zapewne o taką postawę ontologiczną, którą sam Brzozowski definiował jako poczucie „niegotowości świata”. Wedle Nycza świat ten „stawał się” w języku (12).

Stefan Kołaczkowski jest autorem jednej z najbardziej przenikliwych definicji historyzmu Brzozowskiego. Oto ona: „Historyzm Brzozowskiego jest wyrazem jego aktywnej postawy i jego pojmowania życia jako twórczości, tak jak my wszyscy […].

Nagie fakty historyczne są fikcją, każdy »fakt« kryje już w sobie ujęcie […]. Ponieważ czysty empiryzm i ideał historyków: opowiadanie o tym, »jak rzeczywiście było«, jest fikcją, więc też przeszłość, rola wielkich ludzi musi ciągle ulegać przewartościowywaniu. […] Historyk zawodowy, jak i ten, który tworzy historię, musi mieć swe stanowisko: wyznaczony świat wartości. Za ogólne kryterium dla wszystkich historyków może służyć tylko to jedno: rozpatrywać dzieje tak, jakby były one przeżywane przez świadomych pracowników” (13).

Nietrudno zapewne zauważyć, iż ten projekt indywidualnego opowiadania historii zdaje się odpowiadać koncepcji Haydena White’a o roli historyka i narracji historycznej. Nie byli co prawda – ani Brzozowski, ani Kołaczkowski – historiografami, lecz Brzozowskiego opowieści z przeszłości nacechowane są właśnie tym osobistym (co nie znaczy tylko i wyłącznie autobiograficznym) postrzeganiem wszystkich, jak pisał: „wytworów historii”. Choć pamięć autobiograficzna odgrywa w tym dyskursie rolę, której nie da się pominąć.

Można więc bez przesady stwierdzić, że historyzm Brzozowskiego – interpretowany przez Kołaczkowskiego, ale przede wszystkim sformułowany przez autora Legendy… – nie jest anachronicznym zabytkiem myślowym. Oczywiście, nie tylko ze względu na podobieństwo z teorią Haydena White’a. Chodzi o rolę narracji historycznej i jej związek z współczesnością, każdą współczesnością. U źródła przeświadczenia o jej ważności leży lektura Vico.

Powiedzieć wolno tak: emocjonalna historyczność Brzozowskiego, czyli poetyka przeżywania historycznych faktów, jego empatyczny stosunek do historii (słynne „nasze ja to historia – nie ma w nas włókna, które by z niej nie było”), pozwalają postrzegać jego „historyczność” jako zawiązek nowoczesnego myślenia o takim podmiocie, któremu historyczny spadek jest niezbędny. I może on dochodzić do ekspresji w kontekstach zupełnie niespodziewanych: w rodzinie, w domu, w relacjach międzyludzkich, na wygnaniu i w miejscu zakorzenienia.

3

Dynamika jednej dyskusji

Dyskusji było wiele, wybieram tylko jedną z nich. Teksty Brzozowskiego zawsze dawały przyzwolenie wielokrotnych lektur polemicznych. Nie wytyczał on bowiem jednego kierunku żadnej myśli – również swojej własnej.

Dyskutują o Brzozowskim dwaj krytycy, których uważano wówczas za najbardziej obiecujących i opiniotwórczych: Ludwik Fryde i Kazimierz Wyka. Obaj mają silną świadomość pokoleniową. Obaj odczuwają pokoleniowe niepokoje, przede wszystkim zaś swoistą segmentację rzeczywistości społecznej, w której żyją. Podejmują próby stworzenia jakiegoś wspólnego frontu myśli, każdy z nich widzi go inaczej. Wspólne jest im bez wątpienia poszukiwanie autorytetu; Brzozowski miał więc odegrać rolę katalizatora, spajającego owe rozproszone fragmenty życia społecznego. Jeżeli nie ma zgody między nimi, to dlatego również, że wybrany i ustawiony w ostrym świetle autorytet nie odznaczał się myślową konsekwencją. Dlatego został wskazany i wybrany, choć oczywiście były też inne przyczyny.

Powiedzmy jeszcze, iż polemiki Fryde – Wyka nie należy postrzegać wyłącznie jako części polonistycznego archiwum. Ich argumenty wykraczają – wciąż jeszcze – poza reguły myśli wyłącznie „akademickiej”, i dlatego właśnie zostają tutaj przypomniane. Broń krytyków nie jest co prawda bronią, która może zabić, i to różni tę dyskusję od współczesnych sporów wewnątrzpokoleniowych. Nie ma jeszcze obyczaju wielkich debat publicznych, a na taką „Brzozowski” niewątpliwie zasługiwał. Nie myśli się i nie mówi o re‑aktywacji, mówi się natomiast o „aktualności”. Zatem związek pomiędzy tradycją i współczesnością posiada inną jakość: jest przede wszystkim aktem mediacji, a nie aktem uzurpacji. Uzurpacją były bez wątpienia polityczne aneksje myśli Brzozowskiego.

„Filozofia referatowa”, „wzruszenia filozoficzne”

Termin filozofia referatowa, którego używa Kazimierz Wyka, to mniej więcej odpowiednik „filozofii normatywnej”. Brzozowski pozostawał z nią w konflikcie. Jego filozofia miała, jak pamiętamy, organizować przestrzeń „wzruszeń filozoficznych”; ukrywał się za tą koncepcją i Nietzsche, i Bergson, i Schopenhauer, i moderniści katoliccy, wszyscy jako inspiratorzy. Różnorodne lektury filozoficzne stworzyły w efekcie ów roztwór emocjonalny, który prezentują pisma Brzozowskiego, tak pociągający dla jego młodych czytelników.

Właściwości myśli Brzozowskiego, irytujące jego współczesnych i często poddawane groteskowej obróbce, dla następnego pokolenia miały okazać się wysoce kulturotwórcze. Sugerowały bowiem, iż wybór myśli jest gwarantem podmiotowej swobody (jak by powiedział Brzozowski).

Wychowanie w przestrzeni umysłowej

Dyskutanci nie mają jednak pewności, kogo miałyby wychować pisma Brzozowskiego. Ich domniemania są różne i sprzeczne, ale sama potrzeba wychowawcza pozostaje. Jak się wydaje, wychowawcze działanie pism Brzozowskiego (co wykazuje ich recepcja) trudno byłoby, również wówczas, określić jednoznacznie.

Organizacja przestrzeni umysłowej jego pism, trudność jego myśli automatycznie niejako wyznaczały na ucznia polskiego inteligenta. Podobnie jak wtedy, pytanie o pedagogiczną użyteczność Brzozowskiego i dziś pozostaje otwarte. Wydaje się, że pozostało również otwarte dla Miłosza jako autora Człowieka wśród skorpionów.

Fryde pisze o „męskiej dojrzałości intelektualnej”, której Brzozowski nie uczy – a uczyć powinien. Działanie pism Brzozowskiego może najwyżej wywołać wstrząs nerwowy – sądzi Fryde – a nie świadomość stabilności teorii kulturalnej, którą buduje. Co więc znaczy epitet „męski”?

Jaka była „miara męskości” w literaturze międzywojnia? Dość trudno na to pytanie odpowiedzieć. Zapewne należy myśleć w tym kontekście o spadku młodopolskim, czyli o formułach heroizmu zawartych chociażby w dramaturgii Wyspiańskiego. Ale Wyspiański nie był wówczas czytany przez młodzież literacką. Zmowa mężczyzn Iwaszkiewicza również wyrasta z klimatu wczesnej moderny. Miłosz, pisząc w Legendach nowoczesności o Witkacym, podnosi „męskość” jego dzieła, niedocenioną w międzywojniu. Ma zaś na myśli pewną cechę pisarstwa Witkacego, którą można nazwać „konsekwentną podmiotowością”, gdzie cechy tragiczne i komiczne, rozpacz i błazenada – słowem, osobowa antynomiczność – tworzą jedność w wielości. Pisze to jednakowoż już po śmierci Witkacego.

Obrona klerka przyrodniczego

To sprawa najbardziej światopoglądowo drażliwa. Dla Frydego klerk przyrodniczy, którego zasługi cywilizacyjne podnosi Kazimierz Wyka, jest spadkobiercą, a zatem kontynuatorem i popularyzatorem „materializmu biologicznego”, na którym z kolei opiera się „aktywizm europejski”. O co naprawdę Frydemu chodziło? Dziś jest to zupełnie jasne.

Napisał tak: „Dzięki Brzozowskiemu aktywizm stał się podstawą nowoczesnej ideologii inteligencji polskiej. Widać jego ślady w charakterze Polski współczesnej. Z ducha tego prądu wynika postulat silnego rządu, licznej i sprawnej biurokracji, rozbudowywania par force potencjału militarnego i przemysłowego, nacjonalizmu jako szkoły dyscypliny społecznej. […] Losy aktywizmu ważą się obecnie w Europie. Rozpętanie woli panowania musi, zda się, prowadzić do antagonizmów i konfliktów na skalę niebywałą w dziejach. […] Legenda Młodej Polski stanowi, jak dotąd, ostatni wielki system ideologiczny w naszej literaturze” (14).

Aktywizm europejski oraz idea państw przywódczych oznaczały faszyzm i Rosję porewolucyjną. Ideologiczna pośmiertna wina Brzozowskiego była więc, w interpretacji Frydego, ciężka i niewybaczalna. Była to unowocześniona idea romantyczna, która winna zejść z widowni dziejowej – sądzi Fryde – jakby nie chcąc pamiętać o tym, że Brzozowski nie tylko bronił, ale również zaciekle zwalczał romantyczną ideę, zaś akceptował ją na specjalnych warunkach.

Lecz dla tamtej nowoczesności Brzozowski romantyczny jest anachroniczny, ale również w szczególny sposób groźny.

Obaj antagoniści prowadzą swoją dysputę u schyłku Dwudziestolecia, nie wiedząc oczywiście o tym, że koniec tego świata będzie nieodwracalny. Mamy rok 1938 i są to ostatnie dyskusje tej epoki, jakie ukażą się w druku (15). Niebawem już wychowawcza przestrzeń umysłowa zacznie się gwałtownie zmieniać. Pozostaną w niej oczywiście relikty tego sporu, ale i pokolenie się zmieni. Gdy patrzeć na tę zmianę (również pokoleniową) z perspektywy tej właśnie dyskusji, ukazuje ona różne swoje pokłady: irracjonalne – a więc również romantyczne – korzenie światopoglądu „Sztuki i Narodu” (idealizacja siły narodowej) nie dały się pogodzić z racjonalnym programem Frydego, postrzegającym przyszłość państwa w cywilizacyjnym awansie warstwy chłopskiej.

Ale to już temat zupełnie inny.

4

Bulion… pośród innych tekstów młodego Miłosza

Nie ma symbiozy pomiędzy społecznym programem Bulionu… i recenzjami pisanymi przez Miłosza w tym samym czasie. A może jednak, do pewnego stopnia? Dziwne były te młodzieńcze doświadczenia z książkami, dziwne dla nas, mających dziś wrażenie, że ta biblioteka pokryła się kurzem i nie należy już w niej przeprowadzać żadnych porządków. Kto czyta bowiem Bernanosa, Mauriaca, Gide’a, Cassou, Montherlanta, Bendę, Daniela‑Ropsa? Nie tam poszukuje się inspiracji dojrzałego modernizmu (wyjąwszy odnawiający się spór o Gide’a, nihilizm i płeć kulturową…).

Zatem również tematyka tych książek okazuje się martwa, choć na dobrą sprawę można by ją nazwać uniwersalną: chodzi w nich bowiem o ducha europejskiego (Daniel‑Rops), o erotykę (Gide, Montherlant), o religię i zło (Bernanos, Mauriac), o podróże poza cywilizację europejską (znowu Gide i jego podroż do Konga), o paryskie przedmieścia (Celine), o samo miasto, zawiłe, sekretne i tajemnicze (Miłosz dotknie tych paryskich „sekretów” dopiero w Rodzinnej Europie). Francuski trakt młodego Miłosza urwie się szybko. Podróżuje wówczas po Europie jako wieśniak, wilnianin, trochę warszawiak. Nieco później użyto by słowa „metek”, bo tak nazywano w potocznym języku specyficzną kondycję duchową i socjologiczną przybyszów z terytoriów „,mniej cywilizowanych”. Znaleźć dla siebie odpowiednią oprawę kulturalną – tak oceni siebie‑młodego Miłosz po latach. Ale wolno dodać dziś więcej: z tego obszaru umysłowego przełamywania się dwóch kultur i dwóch języków wywodzi się idiom dojrzałego eseisty. Są też w tych młodzieńczych próbach inne zapowiedzi: opowiadanie Tryton zakłada fundament pod program „światoodczucia”, wyłożony w późnym tekście Przyrodnik. Jest też opowieścią o zawiedzionej miłości.

Wolno więc powiedzieć, iż w krytycznych próbach Miłosza rysuje się konflikt, który będzie towarzyszył całej jego twórczości: to ścieranie się tego, co zmysłowe, z tym, co umysłowe. Jeśli młodzieniec chciałby uwydatnić przede wszystkim to, co umysłowe, wypadki oraz ludzie przeszłości uzyskują taką twarz, jaką nada im dojrzały eseista, nabierający coraz więcej sceptycyzmu wobec roszczeń umysłu.

Poszukuje zatem Miłosz „trzeciej drogi”, o której zaraz powiemy; przewodnikiem po owej „drodze trzeciej” zdaje się właśnie Brzozowski.

„Ja byłem przeciw” – powtarza za Słonimskim. Akceptuje więc Dokument epoki, wiersz o świecie gwałtownych katastrof i zmian. Sprzeciw wobec tego świata wymaga „dystansu języka” i „dystansu spojrzenia”. To wydawało się szczególnie trudne, skoro lata te odznaczały się „historycznym przyspieszeniem” (tak je określi Miłosz dopiero w Kronikach, wydanych w Paryżu w roku 1987 i Krakowie w 1988). My, czytelnicy nowocześni, widzimy w nim również   n a d m i a r . Rozum spiera się z „romantycznym przesileniem”, ateizm z religijnością, laicki humanizm z radykalizmem krytyki społecznej. Ten kontekst myślowy, gdzie nic nie było niepotrzebne i należało ustępować presjom umysłowym zróżnicowanym, domagał się takiego myśliciela, jakim był Brzozowski. Czas Dwudziestolecia jest krótki – podobnie jak czas Brzozowskiego.

W roku 1938 „Prosto z Mostu” ogłosiło ankietę na temat „Jaką najciekawszą książkę przeczytałem w roku 1937”. Miłosz wymienia: Art et scholastique Maritaina i tego samego autora Frontière de la poesie; Wyka, młody krytyk, wymienia: Rembka W polu, Rymkiewicza poemat Tropiciel, Pindera Das Problem der Generation.

Tych wyborów nie trzeba uzasadniać. Można je natomiast złączyć, mówiąc, co następuje: czytając o generacji, o wojnie 1920 roku, o granicach poezji i sztuce „mądrej”, młodzi przedstawiciele pokolenia dawali wyrazisty sygnał, określający ich osobowość – we wspólnocie chcieli mieć własny głos, w literaturze ustawiać się wobec historii, ale też ponad historią. Umysł i sztuka zaprzątały ich najmocniej.

Z tej postawy Miłosza‑recenzenta wykształciły się jego dojrzałe dyskursy eseistyczne. Nazwijmy je: dialogicznym, społeczno‑postulatywnym, filozofującym oraz autobiograficznym, czyli dyskursem pamięci.

W roku 2004 Miłosz napisał w zakończeniu cyklu Spiżarnia… (który zawiera opisy ludzi międzywojnia): „Wszystkie te myśli przyszły do mnie z okazji ubolewań starszego człowieka nad niedokładnością pamięci zbiorowej, poddanej niezliczonym deformacjom. Jesteśmy dzisiaj poddani szczególnej pokusie, ulegając jej, możemy powiedzieć: właściwie nie ma historii, bo jest tylko mitologia. Wszystko jest płynne i wypadki oraz ludzie przeszłości uzyskują taką twarz, jaką im nadajemy” (16). Młodzieńcze teksty Miłosza, wraz z Bulionem z gwoździ, są zanurzone w mitologicznej mgle, wybieramy pośród nich te fragmenty, które nas dziś interesują. Całość tamtych lat nie jest nam, jak sądzę, dostępna.

5

Człowiek wśród skorpionów czy Sam wśród skorpionów?

Takie były dwie wersje tytułu książki. Miłosz długo zastanawiał się i konsultował z Jerzym Giedroyciem zasadność jednej bądź drugiej wersji. Zdawał sobie sprawę, iż to, co o Brzozowskim napisze, łącznie z wyborem tytułu, będzie czytane w kontekście jego własnej autobiografii. „Człowiek” w tytule mógł być Miłoszem. Słowo „sam” również da się interpretować w orbicie „sprawy Miłosza”, ale bliższy jest Brzozowskiemu, zatem bardziej obiektywny, przywołuje również tytuł powieści, którą Miłosz stawiał szczególnie wysoko: Samego wśród ludzi. Dziś rozróżnienie to nie wydaje się tak istotne. „Sprawa Miłosza” utraciła tę emocjonalną temperaturę, jaką posiadała w latach 60. XX wieku. Również dlatego, że nieoczekiwanie potoczyły się osobiste losy poety. Wrócił do Polski, co wtedy, gdy przystępował do pisania Człowieka…, wydawało się absolutnie niemożliwe. Nie zamknęła się natomiast – jako proces lekturowy – sprawa Brzozowskiego i jego dzieł.

W biografii umysłowej Miłosza czytanie Brzozowskiego rozciąga się na przestrzeni półwiecza. To dużo, jeśli zważyć, jak radykalnie zmieniało się w tym czasie ideologiczne oblicze jego epoki. Czy jednak poprzez te zmiany wolno nam czytać dziś Człowieka wśród skorpionów? Zapewne trudno udzielić na takie pytanie odpowiedzi jednoznacznej.

Chodzi jednakowoż o myśliciela, który towarzyszył Miłoszowi tak długo, iż sam ten fakt domaga się odpowiedzi na najprostsze pytanie: dlaczego?

Ostatecznie mamy do czynienia z poetą, przede wszystkim z poetą, który czyta filozofa. Jak go więc czyta? Miłoszowy wybór jest bowiem taki właśnie: ceniąc wysoko powieści, więcej – zachwycając się nimi jak uwiedziony czytelnik, Miłosz otwiera swoją książkę, gdy zaczyna interpretować światopogląd Brzozowskiego, od wypisów filozoficznych, a nie od relacji o powieściowych fabułach. Brzozowski młodopolski, modernistyczny, nowoczesny – jaki jeszcze? Filozoficzny? Tak, umysłowość przez filozofię się kształtuje, aby – przeszedłszy przez taką szkołę – sprawdzać się na innych terenach: poezji, eseju, traktatu, rozmowy. Pisząc Brulion… młody Miłosz – i to wcale nie w tym tekście, lecz w innych pisanych w tym samym czasie – przejmuje na pewno jedną formę Brzozowskiego: imaginacyjny dialog. Ale pisząc Człowieka wśród skorpionów, wie już o wiele więcej o epoce swojej młodości, czy też wydaje mu się, że taką wiedzę posiada. Poddał bowiem te czasy umysłowej rewizji w Legendach nowoczesności i przeczytał wtedy na nowo Witkacego.

Lecz – jako pisarz – tkwi w samym centrum paryskiego wieku ideologii, choć pisze swoją książkę już w Kalifornii. W Przypisie po latach wraca do tej sceny: „Kiedy teraz czytam Człowieka wśród skorpionów i znajduję w nim opis wielkich publicznych debat o naturze dialektyki, które ściągały w latach 60. tłumy paryżan, muszę uznać, iż książka należy do »wieku ideologii«. Podobno się skończył i problemy zaprzątające Brzozowskiego należy złożyć do lamusa. Nie jestem tego pewien, a gdyby tak było, nie jestem pewien, czy wyjdzie to ludzkości na zdrowie” (17).

Przed wojną – świadczy Miłosz – Brzozowski dostarczał mu argumentów dla lewicowego fanatyzmu. Ale w roku 1937 odwiedził we Florencji Antoninę Brzozowską, odbywając tym samym pielgrzymkę emocjonalną, z emocji wzięło się też jego „brzozowszczenie”. Zaważyła na nim – jak pisze – „przyjaźń z profesorem Kazimierzem Wyką, który znaczenie tego myśliciela dla literatury polskiej dobrze rozumiał” (18). Brzozowski budził emocje skrajne: litość, nienawiść, gniew, bezradność. Rzadko, jak się wydaje, empatię. (Choć sam z kolei empatyczną krytykę literacką uprawiał…).

Liczył się też jako filozof, co ukazuje paradoks filozoficznej sytuacji Miłosza i rówieśników. Mimo że ich biografie umysłowe przypadły na czas filozoficznie obfity i zróżnicowany, z różnych przyczyn nie umieli się tym stanem zadowolić. Sam poeta powtarzał będzie, przypomnijmy, tezę o „małej filozofii” swoich czasów (myśląc o personalizmie). Filozoficzne „używanie” Brzozowskiego wynikało więc w znacznym stopniu z braku ufności wobec własnych czasów.

6

Pomiędzy 1962 a 2000

Nie chcę tutaj jednak złożyć sprawozdania z dziejów recepcji jednej ksiązki, ale raczej wydobyć z jej lekturowej historii te etapy, które uzasadniają wielokrotne czytania Brzozowskiego, a także towarzyszą przemianom Miłoszowej myśli. Brzozowski jako patron pokolenia Miłosza wciąż nie ma konkurenta, który by wywiązywał się z takiej roli lub był do niej wysuwany.

W latach 60. Miłosz nie ma wątpliwości, wpisując Brzozowskiego w Młodą Polskę, którą nazywa epoką „przegraną”, bo wyrzekła się dyscypliny XIX stulecia. Stawiając tę tezę, rychło jej jednak przeczy, powiadając, iż „Młoda Polska była »nowoczesna« znacznie bardziej, niż można sądzić z nieporządku jej formy, dokonywała ważnego skrótu, od Baudelaire’a po futuryzm. Przegrywając, wiele jednak zdobywała” (19).

Zdobywała w stosunku do bohemy artystycznej Dwudziestolecia: jej wychowankiem był Leśmian, poszukiwacz „poezji czystej” jako pre‑religii i pre‑filozofii, i Stanisław Ignacy Witkiewicz, wraz z teorią Czystej Formy jako pierwszego manifestu sztuki niefiguratywnej. Bagaż młodopolski to był Darwin i Schopenhauer, Nietzsche i Oskar Wilde, Baudelaire i Rimbaud… Przygoda Młodej Polski – sądzi Miłosz – była klasyczna i dobrze znana z dziejów sztuki nowoczesnej. Artyści zwracali się przeciw swojej klienteli. We wczesnym modernizmie zapewne tak było, ale już lata bezpośrednio po I wojnie miały dowodnie pokazać, iż konflikt nie da się utrzymać: Miłosz, pisząc swoją książkę, nie pamiętał zapewne o Chimerze jako zwierzęciu pociągowym Jerzego Stempowskiego, książce, w której precyzyjnie opisuje się ów proces obustronnej akceptacji: artyści znają swoje uzależnienie od mecenasa, mecenas snobuje się na sztukę, której być może nie rozumie, lecz przeczuwa jej karierę. Artysta staje się modny, choć bywał modny już wcześniej. W artystę warto inwestować, nawet nie rozumiejąc go. O artyście rozmawia się po sutych kolacjach, artysta jest deserem. Jego rozpacz też jest do nabycia, może nawet do przeżucia.

Kiedy Miłosz pisze, że Brzozowski był jednym z „zupełnie gołych inteligentów”, ma i nie ma racji. Istotne jest to, iż inteligent i artysta – w młodopolskim stereotypie – inny po prostu być nie mógł. Ale też, w latach 60., trudno było o Młodej Polsce inaczej pisać.

Są jednakowoż newralgiczne punkty, gdzie Miłosz narusza ów skodyfikowany kształt. Czyni tak za przyzwoleniem Brzozowskiego: w tych punktach odbijał się on od „Młodej Polski” (w cudzysłowie), przekraczał ją, otwierał się na nowoczesność. Miłosz wyczuł to znakomicie. Jego pokolenie koniecznie, bezwzględnie chciało mieć swojego filozofa. To pożądanie narodziło się we wczesnej młodości, zaś – nigdy nie spełnione – wciąż dawało znać o sobie. Personalizm nie był bowiem „wielką filozofią”. Obfitość filozoficznych wypisów w Człowieku… to świadomy wybór autora, a nie przypadek wynikający z trudności dostępu do tekstów Brzozowskiego.

Intuicje kulturalne Brzozowskiego, w konsekwencji zaś jego wybory lekturowe, pociągały Miłosza tak silnie, iż powrócił do nich w swojej najdojrzalszej książce eseistycznej, w Ziemi Ulro. Mam na myśli Blake’a, odkrywanego na nowo przez krytykę europejską, a także tematy rosyjskie, przede wszystkim Dostojewskiego.

Warto jednak podjąć pewien wątek rozumowania autora Człowieka wśród skorpionów jako ważny i znaczący. Chodzi mianowicie o ten dukt myślenia Miłosza o procesie Brzozowskiego, który nazywa on „niepewnym ogniwem”. Zakłada więc, że być może istnieje w oskarżeniu o kolaborację, a także w przebiegu samego procesu, moment słaby albo zgoła nieznany, tak głęboko już zanurzony w niedomówieniu, iż nie dojdziemy nigdy do jego merytorycznej istoty. I ten właśnie wątek bądź argument – tajemniczy albo specjalnie przez Brzozowskiego ukryty – z jednej strony ostatecznie wikłał całą sprawę, z drugiej zaś – ujawniony – mógłby ją ostatecznie wyjaśnić.

Miłosz odwołuje się tutaj jednak do doświadczenia osobistego, prawie intymnego, co zdarzało mu się niesłychanie rzadko. Sądzi mianowicie, że takim ogniwem w jego własnej „sprawie”, czyli w wyjaśnieniu okoliczności emigracji, była osoba Natalii Modzelewskiej oraz jej interwencja u męża, Zygmunta Modzelewskiego, polityka i wysokiego urzędnika PRL. Ma poeta na myśli zatem osobiste zobowiązanie, które ujawnił późno, już po rozpętanej przez emigrację kampanii w jego „sprawie”: „Zerwał? Wydostał się na Zachód? Jak go wypuścili? Nie mogłem przecież powiedzieć prawdy, że z imperium Stalina pomogła mi wydostać się patriotka rosyjska, Natalia Modzelewska, od której usłyszałem na pożegnanie: »Jest pan wolny. Poeta powinien być ze swoim krajem, jeżeli jednak zdecyduje pan inaczej, ma pan obowiązek ‘walczyć z katem Rosji’«. Tak powiedzieć w 1951 roku było aktem najwyższej odwagi. Wywiązując się z obowiązku, napisałem Zniewolony umysł. Prawda jednak była zbyt romantyczna i nieprawdopodobna, żeby komukolwiek ją komunikować. I nawet dzisiaj, kiedy pani Modzelewska dawno nie żyje i kiedy takie powiedzenie przysporzyłoby jej chwały, powiedzą, że to zmyśliłem” (20).

Utożsamienie Miłosza z Brzozowskim, do którego poeta częściowo się przyznaje, miałoby więc swoje źródło w faktach nie do końca wyjaśnionych i nieznanych opinii publicznej. Nie chcę przez to powiedzieć, że sprawa Brzozowskiego wciąż czeka na rozwiązanie. Wskazuję tylko na jej możliwe – zdaniem Miłosza – niejasne marginesy.

Zakończenie merytoryczne

Linia Brzozowskiego w myśli Miłosza zostaje wytyczona przez lektury i doświadczenie umysłowe trzech faz: wczesnego modernizmu, nazywanego przez Miłosza konsekwentnie Młodą Polską, w której kontekście, a także ograniczeniach Brzozowski się nie mieści; tak jak nie mieścił się za życia. Aczkolwiek, paradoksalnie, posiada jako twórca takie cechy, które tylko z doświadczenia przynależności do tejże Młodej Polski pochodziły: byłoby to usposobienie artysty przeklętego (artiste maudit), artysty ubogiego, artysty niekochanego przez filistra (tak jak kochany był chociażby Sienkiewicz), artysty wynoszącego się ponad polską mizerię umysłową.

Faza druga obrazuje złożony konflikt Miłosza z myślą i światopoglądami Dwudziestolecia, częściowo też lat okupacji. Książka o starej kobiecie Brzozowskiego przywodzi Miłoszowi na myśl spory z lat okupacji.

Faza trzecia jest efektem konfrontacji z komunizującą lewicą francuską, której Miłosz przeciwstawia, poprzez spektrum Brzozowskiego, własny radykalizm. Ale przygotowuje się już etap wieńczący tę linię myśli u Miłosza. W Paryżu lat 60. XX wieku nie tylko separuje się on od kręgu Sartre’a, ale poznaje książki i osobowość Simone Weil. Tłumaczy prawie jednocześnie jej Pisma wybrane i Opium intelektualistów Arona. Obie te fazy łączą się ze sobą, bo w momencie pisania Człowieka wśród skorpionów Miłosz dysponuje przede wszystkim wiedzą i doświadczeniem polskich dyskusji międzywojennych, na które nakłada się francuska współczesność, wielkie debaty o istocie dialektyki animujące intelektualny Paryż, spory o znaczenie marksizmu. Nie znając ani Listów Brzozowskiego (ukazują się w roku 1970), ani głównych książek warszawskiej szkoły idei, Miłosz rekonstruuje takiego Brzozowskiego, który jest warunkowany historią myśli połowy XX stulecia.

Faza ostatnia zaś – podobnie nieco jak u Brzozowskiego – wiąże się ze stopniowym, wyrazistym metafizycznym zwrotem w twórczości samego Miłosza, z jego namysłem nad doświadczeniem religijnym. Wtedy wraca (bo wcześniej zwrócił już ten wątek jego uwagę) do Towiańskiego i do religijności Dostojewskiego.

Dlaczego nie było dyskusji?

Najprostsza odpowiedź mogłaby brzmieć: bo mało kto miał ochotę zapuszczać się na tereny umysłowe, które zagarnęli dla siebie specjaliści: „od romantyzmu”, od „literatury rosyjskiej”, od trudnych rozważań o religii. Słowem, aby dyskusję podjąć, należało użyć argumentów historycznych, co zawsze jest trudniejsze niż doraźna polemika krytyczna. Dyskusja musiałaby zatoczyć krąg bardzo szeroki.

Zakończenie symboliczne

Opowieść tę, której tematem są dzieje pewnego wątku umysłowego w polskiej kulturze, zamknijmy takim oto prostym przypomnieniem: Stanisław Brzozowski zmarł we Florencji 30 kwietnia 1911 roku. 30 czerwca 1911 roku przychodzi na świat, w Wilnie, Czesław Miłosz.

Na rok 2011 przypadają dwie stuletnie rocznice: śmierci filozofa i narodzin najwybitniejszego przedstawiciela formacji 1910. Sprawa filozofa wciąż trwa: nie ta sądowa, lecz umysłowa. Aby ją wznowić, potrzeba było wielu dziesięcioleci. Jaką rolę odegra jeszcze w dziejach polskiej umysłowości rocznik Miłosza i on sam przede wszystkim?

Powiadam „jeszcze”, sądząc, że kolejne otwarcie myśli Miłosza (również tej dotyczącej Brzozowskiego) w ponowoczesności jest możliwe. Częściowo dokonała tego zwrotu, pośrednio co prawda, Krytyka Polityczna; jednakowoż fascynacja rewolucyjnością, widoczna chociażby w wyborze wznowionych książek Brzozowskiego, ma wielorakie źródła (w tym filozofię Slawoja Žižka).

Miłosz jako interpretator i czytelnik Brzozowskiego poruszał się w innym środowisku umysłowym. To ognisko przestało się już tlić: czy na pewno bowiem – jak sądził Miłosz – nie da się zrozumieć Brzozowskiego bez znajomości egzystencjalizmu w jego lepszej (czyli nie‑sartrowskiej postaci)? Ale egzystencjalizm również znalazł się w sferze martwej. Należałoby zatem ożywić źródła Miłosza, aby dotrzeć do historycznej reinterpretacji wpływu Brzozowskiego. I zacząć czytać na nowo inne jego książki: Samego wśród ludzi jako nowoczesny projekt historyczności na przykład. Miłosz szczególnie wysoko cenił tę powieść. Można też podjąć próbę nowego czytania Doliny Issy – w szerokim kontekście Samego wśród ludzi.

7

Re‑lektury

Re‑lektury stały się faktem, którego poeta już nie poznał, i dlatego – widząc w nich „nowe otwarcie” – wyprowadzam je poza krąg zarysowany przez ostatnie teksty Miłosza mówiące o Brzozowskim. Są one bowiem – jak się wydaje – jednym z zarzewi nieuchronnego konfliktu intelektualnego, jaki staje się udziałem formacji zamykanych (a nie tylko zamykających się) przez upływ czasu doświadczenia. Słowem, Brzozowski zyskuje nowe życie i trzeba spytać o kształt tego życia. Czy mamy do czynienia z repetycją, czy z reinterpretacją? Czy Człowiek wśród skorpionów zmienia miejsce zarówno w dorobku samego Miłosza, jak w krytycznym światopoglądzie kolejnego pokolenia czytelników Legendy…?

Może zostaje wypchnięty na margines, z którego nie ma już powrotu? (Używa się dziś na przykład określenia „recycling idei”, dość trafnego, gdy przyjrzeć się samej technice przyswajania i przerabiania myśli, charakteryzującej nowoczesność). Nikt już nie może być „odkryty na nowo”, bo to przeczy dynamice nowoczesności. Na nowo można być tylko pokawałkowanym i tak przerobionym, aby z tych puzzli powstała nowa całość.

Re‑lektury zostają wywołane przez reedycje trzech książek Brzozowskiego: Płomieni, Głosów wśród nocy i Mocarza (za życia pisarza opublikowanego tylko w czasopiśmie).

Trzy lekcje

Sierakowski o Płomieniach

Wydane przez Krytykę Polityczną Płomienie zostały wsparte silną kampanią medialną. Powieść w odcinkach była czytana na antenie radiowej, zatem zarówno jej wznowienie, jak próba pokonania bariery, jaka dzieli książkę specjalistyczną, polonistyczną, zagarniętą przez badaczy, od nieobciążonej taką wiedzą publiczności słuchającej, świadczą o głównej intencji tej reedycji.

Sierakowski – jako autor wstępu zatytułowanego Powrót zbawionego heretyka – „sumiennie odrabia lekcję recepcji” (21), barwnie opisuje półkę bibliograficzną, konkludując: „Najważniejsza na tej półce będzie oczywiście książka Czesława Miłosza o Brzozowskim Człowiek wśród skorpionów”. I to jest jedyne zdanie, jakie Sierakowski poświęca tejże książce. Nie dowiadujemy się zatem, dlaczego jest to w jego opinii „książka najważniejsza”.

Siłą rzeczy skazani na domniemania, możemy się mylić w domysłach. Miłosza zajmowała w Brzozowskim problematyka „umysłu historycznego” i historycznego projektu warunkowanego polskością jako produktu owego umysłu; filozofia; „sprawa” jako efekt wykluczenia i obcości. Sierakowskiego zajmują – poprzez medium Płomieni – inteligenckie rachunki sumienia, marksizm, determinizm, etyzm.

Ale widzę inną jeszcze motywację tej re‑lektury, wysnuć ją można z takiej oto sumy owego wstępnego tekstu: „Stanisław Brzozowski oczywiście nie daje gotowego projektu, sam go nigdy nie odnalazł. Daje za to metodę uwolnionego od wszelkich dogmatów – tego, co Žižek nazywa współczesnym denkverbote – poszukiwania sposobów na upodmiotowienie człowieka. Przede wszystkim jednak Brzozowski, »twórca wzruszeń filozoficznych«, jak powiedział o nim Fryde, daje siłę do walki, roznieca wolę, aktywizuje, skutecznie pobudza ambicje. Kto nie wierzy, niech przeczyta Płomienie i spróbuje pozostać obojętnym…” (22).

Ten empatyczny i emocjonalny apel do czytelnika jest oczywiście bliski retorycznemu chwytowi, realny poznawczo natomiast wydaje się „projekt upodmiotowienia”, który tak pociąga Sierakowskiego. Widzi on źródło owej podmiotowości w postawach rewolucyjnych i anarchizujących, które ilustrują swoim życiem (prawdziwi, jak wiadomo) bohaterowie Płomieni.

Swoboda myślenia, jaką kładzie Brzozowski u podstaw swojej koncepcji podmiotowości, może być rozumiana jako akt buntowniczy, nieliczący się ze stereotypami myślenia, heroiczny. I tak oczywiście autora Płomieni często czytano.

Ale Miłosz – jako autor Człowieka… – myśląc dalej, w swoim czasie, o Brzozowskim, wybrał zupełnie inny kierunek lektury: zmierzający ku religii, kontemplacji, mistyce. O tym pisał pod koniec życia i dlatego, między innymi, niemożliwa była dyskusja pomiędzy autorem Człowieka…, który się zmieniał jako czytelnik, i pokoleniem najmłodszych radykałów.

Powołując się na słynne zdanie Frydego, Sierakowski nie pamięta – bądź niewygodnie jest mu pamiętać – że tenże Fryde widział w aktywizmie Brzozowskiego prognostyk nadchodzących ciemnych czasów, czyli totalizmów.

Michalski o Głosach wśród nocy

Reedycja Głosów wśród nocy ujęta jest w dwie stanowcze klamry, dwa pióra wspierają ją swoim autorytetem: Cezary Michalski, który zajmuje się Wyrastaniem z Polski, i Agata Bielik‑Robson, autorka posłowia zatytułowanego zgodnie z głównym nurtem jej zainteresowań Syndrom romantyczny. Albo przeczucie nowoczesności czerpane z lektury angielskich romantyków.

Michalski swój punkt wyjścia – i dojścia zarazem – wykłada jasno i od razu. Temu założeniu będą służyć następne dowody. Założenie zaś brzmi tak: „Brzozowski jest być może jedynym rzeczywistym polskim reprezentantem wysokiego modernizmu”. Jeśli Miłosza jako autora Człowieka… wiąże wciąż Młoda Polska, bo też taki jest stan teoretycznej świadomości i wiedzy lat 60., Michalski może już wszystkie idiosynkrazje i zaskakujące lektury Brzozowskiego widzieć w kontekście kulturowym i literackim swojej współczesności. Jest nią zaś wysoki modernizm i postmodernizm.

Ten kontekst modyfikuje „wyrastanie z Polski”, które przecież frapowało również Miłosza. A jednak Michalski nie odwołuje się do „storicismo polacco”, czyli „polskiej historyczności”, o której pisze Miłosz w Człowieku wśród skorpionów. Nie jest to oczywiście zarzut. Raczej zapytać wypada, dlaczego się nie odwołuje. Otóż „wyrastanie z Polski” w tej konkretnej lekcji tak jest czytane, aby argumenty historyczne odegrały w nim rolę drugorzędną. Bowiem nowoczesność, o czym dobrze wiemy, powinna obywać się bez historyczności. Pisze Michalski: „Epistemologiczny i interpretacyjny ostrzał modernistycznej armii metafor jest wciąż jeszcze skupiony na jednym, wciąż artykułowanym bez chwili wytchnienia obiekcie i temacie, którym jest zarówno człowiek‑indywidualna podmiotowość poddawana nieustannej reinterpretacji – jak najważniejszy jego wytwór i kontekst, czyli społeczeństwo. A Brzozowski jest być może jedynym rzeczywistym polskim reprezentantem wysokiego modernizmu” (23). Obok Głosów wśród nocy będzie zatem interesować Michalskiego Pamiętnik jako akt programowej spowiedzi autobiograficznej, a także Legenda Młodej Polski.

Dyskusyjne wydaje się czytanie Legendy… jako wielkiej polemiki wymierzonej w „przybyszewszczyznę”. Albo też warto przyjrzeć się innej wersji związku Brzozowski – Przybyszewski. Bo przecież właśnie autora Dzieci szatana postrzegał autor Legendy Młodej Polski jako najbardziej reprezentatywnego pisarza swojej epoki, najlepiej trafiającego w istotę jej tragizmu. Nie miejsce tutaj oczywiście, aby rozwijać ten dylemat. Ale to chyba nie Przybyszewski jest polemicznym adresatem Legendy Młodej Polski.

Syndrom romantyczny, zapisany w szkicach Brzozowskiego o romantyzmie angielskim, taki, jakim go opisała Bielik‑Robson, jest gwarantem jego nowoczesności. W znacznym stopniu dlatego, że mieści się on w Bloomowskim schemacie „zachodniego kanonu”. Ale znowu wybiera się tym sposobem tylko wycinek myślenia Brzozowskiego o romantyzmie. Bo co zrobić z jego interpretacjami polskiej filozofii romantycznej, która to filozofia żadną miarą nie spełnia wymogów „zachodniego kanonu”, a jednak Brzozowski cenił ją wysoko. Zapewne szkice o literaturze angielskiej są o wiele lepsze artystycznie niż wykłady o filozofii romantyzmu polskiego, wczesne, a zatem niełatwe w odbiorze. Angielski romantyzm w lekturze Brzozowskiego jest również najwyższym progiem jego myślowej dojrzałości, związanej faktycznie z uprzywilejowaną dziś – z punktu widzenia podmiotowości – problematyką „romantycznego przesilenia”.

Sprawdza się więc założenie o takiej cesze pisarstwa Brzozowskiego, którą Nycz (o czym już wcześniej wspomniałam) nazwał „wywoływaniem świata”. W postawie tej mieści się również przyzwolenie, niezamierzone oczywiście przez pisarza, na wielość interpretacji i reinterpretacji.

Michalski wskazuje, co jest inspirujące, na „późnych przeciwników” Brzozowskiego, czyli opuszcza tereny „wysokiego modernizmu”, aby znaleźć się w środowisku – co zresztą jasno deklaruje – rówieśniczym. „Bo to, że Brzozowski ma przeciwników wiek po swojej śmierci, i że przeciwnicy ci do dzisiaj nadają ton polskiemu życiu intelektualnemu, dowodzi, że jego diagnoza polskości wciąż obowiązuje” (24).

Typy inteligenckie, które – wedle Michalskiego – opisał Brzozowski, do dziś żyją i dobrze funkcjonują w podobnym, co na początku XX stulecia, roztworze umysłowym. Mamy więc „snobistyczny inteligencki salon upajający się własną postępowością…” oraz „galerię idealnych typów patriotycznej i prawicowej »połaniecczyzny« […] spełniających się w rytuale, który naprawdę nie wymusza żadnej intelektualnej pracy” (25).

Michalski odgrzewa tutaj podział inteligencji na lewicową i prawicową, z pewnymi, rzecz jasna, aktualnymi poprawkami. Ale przecież tamte salony i tamte podziały są już historią i swoistą nicością; inteligencki salon to fantazmat, który istnieje tylko dzięki naszej wyobraźni. Pojęcia są dobre, bo pojemne, ale nie ma już gości w takich salonach, bo nie ma już takiej inteligencji. „Mała Apokalipsa dla inteligencji” – którą niegdyś obwieszczał Jerzy Stempowski, myśląc zresztą w swoim eseju o „inteligencji warszawskiej” – stała się faktem (26).

Ciekawszy bez wątpienia jest jedyny zacięty polemista Brzozowskiego w czasach współczesnych. Jest nim Jarosław Marek Rymkiewicz. I on odgrzewa stary spór: atakuje mianowicie Brzozowskiego w imieniu Miriama, broni estetycznej koncepcji sztuki przeciw koncepcji „uspołecznionej”. Napięcie owego ataku – po stu latach – wydaje się erupcją kompleksu, bo przecież estetyzujące programy dla sztuki dawno już wywalczyły sobie rację bytu.

Konkluzja Michalskiego wygląda następująco: „Intelektualna biografia Brzozowskiego jest wyrastaniem z polskości takiej, jaką zastał. A także niestety takiej, jaką my zastajemy, blisko sto lat po śmierci autora Głosów wśród nocy. Polskości prawie nieistniejącej, bezrefleksyjnej, niezdolnej do artykulacji….” (27).

Dlaczego Mocarz

Sztukę tę napisał Brzozowski na konkurs dramatyczny, w którym zajął drugie miejsce, nota bene na wniosek, między innymi, Henryka Sienkiewicza, którego nie znosił. Opowiedziana w niej zostaje historia redaktora gazety oskarżonego niesłusznie o zdradę, co w efekcie powoduje jego nagłą śmierć. Czytany dzisiaj, dramat ten uderzająco przypomina sztuki Ibsena, i to na wielu poziomach: samej tematyki, sposobu budowania nastroju, kompozycji. Nie będziemy tutaj jednak wchodzić w bardziej subtelne dywagacje interpretacyjne. Powód reedycji tego utworu wyjaśnia komentarz słowa wstępnego: „Zamiarem Brzozowskiego nie była zaś błyskotliwa karykatura polskich przywar, lecz diagnoza i terapia rodzącej się w bólach epoki nowoczesnej […]” (28).

Miałby zatem autor sztuki sformułować – przed Maksem Weberem – pewne postulaty dla nadchodzącej nowej rzeczywistości, a także ukazać niebezpieczeństwa, jakie czyhają na jednostkę działającą w „sferze publicznej”. Tutaj autor komentarza przywołuje inną analogię, a mianowicie powieść Heinricha Bölla Utracona cześć Katarzyny Blum.

Przemoc mediów oraz ich siła destrukcyjna są bez wątpienia jednym z wątków Mocarza. Wydaje się jednakowoż, że czytelnika takiego jak Miłosz zainteresowałaby przede wszystkim ostatnia scena tego dramatu, w której pojawia się postać księdza, motyw krzyża i upadku zbrodniarza przez krzyżem; słowem, religijny i metafizyczny aspekt rozwiązania fabuły.

Zapewne stary Miłosz Mocarza już nie przeczytał, ale przeczytał jeszcze na nowo rapsod o Dostojewskim i Towiańskim. Mocarz współgrałby z tą jego późną lekturą. Jest przypadkiem, że tak się nie stało. W każdym razie epoka nowoczesna – postrzegana przez kontekst Brzozowskiego – niepokoiła go jako widownia upadku uczuć religijnych i religii. Trzecie już pokolenie czytelników Brzozowskiego przez jego myśl o nowoczesności skłonne jest rozumieć walkę jednostki z przemocą medialną, w której jednostka winna stać się strona zwyciężającą.

Rezygnacja – świadoma przecież – z reinterpretacji wątków religijnych w czytaniu Brzozowskiego, a tym samym poniechanie jakiejkolwiek dyskusji ze stanowiskiem Miłosza, jest zwiastunem ogólniejszej tendencji umysłowej. O jej istocie dobrze opowiada Mark Lilla w książce Bezsilny Bóg (29). Mówiąc o teologii politycznej jako o przeciwieństwie religijnych rozwiązań w nowoczesności, konkluduje on: „Uznaliśmy, że będzie mądrzej strzec się sił wyzwolonych przez mesjanistyczną obietnicę biblijną, niż próbować wykorzystywać je dla publicznego dobra. Postanowiliśmy, że nasze życie polityczne będzie toczyć się z dala od światła objawienia. Jeśli nasz eksperyment ma przetrwać, musimy polegać na jasności naszego własnego umysłu” (30).

Intencja re‑lektur Brzozowskiego ma ukierunkowanie zdecydowanie polityczne. Stary Miłosz, pisząc niewielki tekst „Warszawa środkiem ustali się świata” (31), broni polskiego mesjanizmu i towiańszczyzny jako romantycznych wizji budujących obraz Polaka‑katolika, ale katolika innego niż ten, którego chciała wykreować endecja. A więc jest to również Polak czerpiący inspirację z romantycznej filozofii, i w tym bez wątpienia nowoczesny. Do tego momentu Miłosz pozostawałby w zgodzie z trzecim pokoleniem czytelników Brzozowskiego. Gdy jednak interweniować zaczyna w ten wizerunek polityka, oznaczająca odejście od religijności, Miłosz pozostaje po swojej stronie barykady. I wydaje się, że żadne pojednanie nie było na tym terenie możliwe. „Bezsilny Bóg” go nie interesował.

W Przypisie po latach, poprzedzającym drugie wydanie Człowieka wśród skorpionów, Miłosz zdaje się przewidywać tę pustkę i milczenie, jakie będzie towarzyszyło jego książce, dlatego iż powstała w wieku ideologii, który został skompromitowany przez ideologie nowe i nadchodzące. Posunął się aż do stwierdzenia, że w polskiej myśli nastąpi „usunięcie Brzozowskiego”. Mylił się, ale jest to pomyłka symptomatyczna: „Wygląda na to, że z całego XX wieku ostoją się jako nauczyciele Polaków Boy‑Żeleński i Witold Gombrowicz” (32).

To zestawienie może wprowadzić w błąd. Miłosz bowiem nie miał na myśli kultury nie‑poważnej. Wymieniał Gombrowicza z innego powodu: „Ten był jednak umysłem bardziej labiryntowym, niż wygląda, i w rozmowach z nim próbowałem go przekonać o niektórych jego pokrewieństwach z Brzozowskim. Odpowiedział: O czym ty mówisz? Jego w ogóle nie ma”. W ustach mistrza Witolda miało to znaczyć, że żeby zaistnieć w literaturze, nie wystarczy myśleć, choćby genialnie, bo liczy się tylko wcielone i dokonane dzieło. A Brzozowski nie artystyczną doskonałość postawił za cel swego życia.

Można by sądzić, iż Gombrowicz styka się w tym miejscu z Rymkiewiczem (który, przypomnijmy, Brzozowskiego nie znosi); obaj przedkładają bowiem formę dzieła artystycznego nad jego ideową deklaratywność; słowem, idea musi być poprzedzona nową formą.

Reasumuję to zamknięcie w sposób następujący (powtarzając niektóre wcześniejsze argumenty). Późny tekst Miłosza z książki O podróżach w czasie dotyka problematyki, która interesuje zarówno Michalskiego, jak Sierakowskiego (których już nie czytał, ale oni przeczytać go mogli…). Dotyczy zaś trzech spraw: problematyki młodzieńczego wpływu, roli romantyzmu i współczesnego historyzmu.

W sprawie pierwszej Miłosz powiada: „Brzozowski w mojej młodości potężnie na mnie oddziałał, podobnie jak na mojego rówieśnika Kazimierz Wykę. Oddziałał przede wszystkim przez rozważania o historii i niewątpliwie w moich zmaganiach z heglistą Krońskim mój opór pochodzi w dużej mierze z wierności Brzozowskiemu” (33).

W sprawie drugiej – kluczowej dla nowoczesnej lektury Brzozowskiego – sądził: „A przecież Brzozowski to stała i mocna więź z polskim romantyzmem, bezustanne rozpamiętywanie jego sensu” – czyli romantyczna rewizja, inaczej mówiąc.

I wreszcie, w sprawie trzeciej, orzekał: „Brzozowski wierzył, że historia ludzkości, czyli cywilizacja przez nią stworzona, ma sens i że historia Polski ma sens. Jest to stwierdzenie najzupełniej obce dzisiejszemu Zachodowi”.

Dyskusję zatem dałoby się podjąć, ale jej efekty mogłyby się okazać mało inspirujące myślowo. Byłaby to dyskusja, której uczestnicy dążyliby – wolno przypuszczać – do wykluczenia stanowisk innych niż własne. Miłosz przyznaje, że – pisząc w dalszym ciągu o tak zwanej przepowiedni Wernyhory i mistycznym poemacie Brzozowskiego o Dostojewskim i Towiańskim – sięga po „postacie i pisma z lamusa”.

I tutaj powracamy do „polskiej historyczności”, która tak fascynowała zarówno Brzozowskiego, jak jego czytelnika Miłosza. Historyczna polskość, wraz z jej egzotycznymi właściwościami umysłowymi (jak towianizm i mesjanizm), miałaby wciągać i pobudzać umysłowość europejską. Pisząc esej O autonomii polskiej literatury (34), Miłosz uważa, iż jej gwarantem są właśnie „pisma z lamusa”, oryginalne i pobudzające jako romantyczna reinterpretacja. Wcześniej, w korespondencji z Tomaszem Mertonem, poleca temu ostatniemu lekturę Brzozowskiego i powiada, iż pisarz ten zapewnia wielkie przeżycia metafizyczne. Nie są to tylko czytelnicze dziwactwa.

Jakby w zastępstwie Brzozowskiego Miłosz, czytając go, pisze historię polskiego umysłu. Omija w niej politykę – wychodząc zaś w Bulionie z gwoździ od recept na uzdrowienie społeczne Polaków, dochodzi do ich metafizycznego i religijnego „nawrócenia”. Omija zresztą nie tylko politykę. Zaczepki, jakie czyni pod adresem Gombrowicza, powątpiewając w jego przydatność jako „nauczyciela Polaków” i polskości, nie są bynajmniej atakami personalnymi. Mówią one przede wszystkim o odmiennej wizji kultury: tragicznej i drwiącej. Nie wchodząc już dalej w tę problematykę, powiedzieć tylko można, że Miłosz utwierdzał się w swoim młodzieńczym przeświadczeniu, iż kultura jest domeną powagi (choć w starości był również ironistą).

Gdyby więc zawiązała się dyskusja nad przepowiednią Wernyhory i poematem Brzozowskiego o Towiańskim i Dostojewskim, czyli o „mrokach duszy rosyjskiej”, musiałaby ona uwzględnić bardzo szczególny punkt widzenia Miłosza, młodego czytelnika, i skonfrontować go z „reaktywacją”, jakiej dokonuje Miłosz stary. Ten ostatni pisze o tekście i sobie z przeszłości tak: „Ten tekst jest jednym z największych dziwów literatury polskiej i kiedy go pierwszy raz czytałem, wiele lat temu, mrówki przebiegały mi po krzyżu. Brzozowski zaczytywał się Dostojewskim, traktował jego rosyjski mesjanizm bardzo poważnie i był zafascynowany Rosją […]. Ale poemat kończy się wierszem pt. Towiański u stóp krzyża w jakiejś przedzgonnej godzinie [ … ], a tutaj wkłada w usta Towiańskiego słowa przejmujące i tak bardzo osobiste, że trudno nie uznać wiersza za rodzaj jego własnej modlitwy – człowieka osaczonego i osamotnionego, który wie, że na jego nawoływania uszy Polaków są zamknięte” (35).

Emocja towarzyszy zatem – jako wyznacznik lektury – pierwszemu zetknięciu młodego Miłosza z prawie nieznanym, również wówczas, tekstem Brzozowskiego. Doświadczenie intelektualne lat następnych niewiele zmienia, jak się wydaje, w tym nastawieniu, a może nawet je utwierdza.

Jeśli nawet poemat Brzozowskiego jest polską „osobliwością”, Miłosz poszukuje dla niego miejsca na mapie intelektualnych prądów europejskich. Wyzwalanie się Polaka z polskości ma w jego ujęciu aspekt bardzo szczególny. Emocja jego nie jest tylko osobista. Lamus nie oznacza metaforycznego miejsca przechowywania idei odrzuconych.

Bowiem myśl Brzozowskiego nie jest myślą słabą. Ale potrzebuje ona „empatycznego wsparcia”. Ostatni czytelnicy i komentatorzy Brzozowskiego wydobywają z jego pism analogie do współczesności (nowoczesności?), Miłosz zaś szukał dla niej analogii nade wszystko emocjonalnej, dlatego zestawiał ją z „przepowiednią Wernyhory”. Wątek ten można snuć dalej, lecz ja przerywam go w tym miejscu. Miłosz wyciągnął najdalej prowadzące wnioski z lektury Brzozowskiego, bo wyprzedziła ona jego własne projekty. Tematy rosyjskie Miłosza są równie ciekawe jak tematy rosyjskie Brzozowskiego. Przechodzą one przez filtr doświadczenia historycznego innego już pokolenia, ale są też relacją o pewnej historiozoficznej (oraz inteligenckiej) ciągłości.

Pytanie niezupełnie na temat

Brzmi ono następująco: czy formacja Miłosza (a częściowo także następujące po niej pokolenia młodsze) nie miała innego niż Brzozowski kandydata na umysłowego patrona? Temperamenty twórcze o bardzo różnych możliwościach, różnych zapatrywaniach na rolę literatury, pisarza i kultury w skomplikowanych procesach kulturotwórczych widziały w Brzozowskim panaceum na wszelkie nierozwiązane, dokuczliwe bolączki tego stanu, który można by dziś nazwać pytaniem o podmiotowość polskiej kultury.

Zapewne wypada się zgodzić z Miłoszem, iż jego pokolenie nie miało wielkiego mistrza filozoficznego. I zgodzić się z Witkacym, który wciąż nawoływał do czytania filozofów. I zgodzić się z tym również (co Miłosz powie jednakowoż dopiero po latach), że personalizm i neotomizm nie spełniły filozoficznych oczekiwań generacji.

A więc: filozofa nie było. Ani szkoła Twardowskiego, ani Leon Chwistek, ani Roman Ingarden. Stanisław Ignacy Witkiewicz jako filozof był wówczas stanowczo odrzucany i nikt – poza niewielkimi wyjątkami – nie traktował jego ontologii poważnie.

Bergsona czytało raczej pokolenie starsze, personaliści jeszcze nie dorośli do dojrzałych filozoficznych stanowisk (główne dzieło Mouniera o personalizmie ukazuje się dopiero po wojnie). Wielkie dzieło Sartre’a Byt i nicość powstaje już co prawda, ale prawie nikt o tym nie wie. Owszem, czyta się Heideggera, Witkacy czyta i komentuje Corneliusa. Filozofia interesuje (wśród młodych krytyków) Rafała Blütha, neotomistą jest Ludwik Fryde. Dyskusje wokół filozofii Bergsona zaczęły się już wcześniej, podobnie zresztą jak lektury Schopenhauera i Nietzschego. Zatem świat myśli filozoficznej międzywojnia można by uznać za bogatszy i bardziej zróżnicowany wtedy, gdyby przyjąć, że wczesny modernizm był jego naturalnym początkiem. Do tego jednak Miłosz i rówieśnicy nie chcieli się przyznać.

W Brzozowskim znajduje się więc odpowiedź na różnorakie podmiotowe pytania, zaś zawikłania umysłowe autora Legendy… wzmacniają zainteresowanie jego dziełem. Brzozowski mógł być żyjącym partnerem, choćby z racji swojego wieku. Opisując tutaj w wielkim skrócie historię pewnego wpływu zaadaptowaną do zakresu wyznaczanego przez jednego pisarza, mam świadomość, że jest to historia siłą rzeczy niekompletna. Ale tak właśnie rysuje się ona, przystosowana do potrzeb i pytań, jakie wyznacza książka Człowiek wśród skorpionów.

Zanim ta książka została napisana, zaś Brzozowski do końca wyczytany, pokolenie Miłosza wkracza w orbitę doświadczenia wojennego. Zastanawiające jest, o czym już wcześniej wspomniałam, iż Miłosz – gdzieś mimochodem w listach do Giedroycia – formułuje uwagę, że Książka o starej kobiecie przypomina mu atmosferę okupacji w Polsce. Jak rozumieć tę dość zaskakującą sugestię? Czy rozwiązujemy dzisiaj jej głębszy sens, być może dostępny już tylko umysłowości i przeżyciom Miłosza? Jest to jedna z bardziej tajemniczych uwag, jakie zapisał. Nie rozwinął jej, wolno się więc zastanawiać, czy nie była to uwaga tylko przypadkowa.

Nie wydaje mi się, abym mogła tę tajemnicę rozjaśnić. Tematem Książki o starej kobiecie jest rewolucja 1905 roku i zawikłane spory ideowe, jakie jej towarzyszyły. Jaka więc jest analogia z okupacją niemiecką i sporami, jakie się wówczas toczyły w polskich inteligenckich enklawach? Załóżmy jednak, że Miłoszowi chodziło o samą zasadę ideowego polskiego sporu w sytuacji granicznej. Takie dyskusje są faktycznie intelektualną materią okupacyjnych waśni, i były one najczęściej ekspresją stanowisk nie do pogodzenia. Pytania o polskość w czasie wojny i po wojnie okazywały się tak różne, iż dałoby się zasadnie skomentować je słowami wprowadzenia do Książki o starej kobiecie: „I nad każdą polską mogiłą odbywa się ta tragiczna i błazeńska łamigłówka: gdzie jeden czyta »rycerz«, ktoś inny widzi »zbrodniarz«; gdzie wczoraj modlono się przed świętością, dziś natrząsają się nad głupotą lub plwają na obłudę. A wszyscy wierzą, że rzeczy w Polsce przestały od dawna już być, a zaczęły się tylko nazywać” (36).

Bohaterem powieści jest polski intelektualista, który widzi swoje posłannictwo we wskazywaniu Polakom drogi ku nowoczesności. „On był wszędzie, gdzie tylko człowiek nowoczesny zastanawiał się, tworzył, rozmyślał, on już tam był”. Najczęściej cytowane zdanie z Książki… brzmi tak: „Ja kiedym przejrzał książki na stoliku nocnym Teofila, mogłem prorokować, co będzie palącą kwestią niebawem w kulturalnej Europie” (37).

Powiedzmy więc tyle: autor Legend nowoczesności, opisując kulturalne utopie przedwojennej Europy w latach wojny i spierając się o ich przyszłość z przyjacielem (Jerzym Andrzejewskim), ustawiał się w miejscu podobnym jak bohater Brzozowskiego. To wątłe podobieństwo dałoby się wzmocnić, gdybyśmy weszli głębiej w biblioteki czasów zagrożenia.

Taka byłaby sugestia o związku Miłosza z Książką o starej kobiecie – dość, przyznaję, enigmatyczna.

***

Kolejny rozdział lektur Brzozowskiego jest już otwarty, bez udziału autora Człowieka wśród skorpionów. Mógłby on zostać zaopatrzony podtytułem „Dlaczego Brzozowski jest nowoczesny?”. Właśnie, dlaczego?

Wieloznaczność nowoczesności powoduje, iż zmienia się jej zakres w zależności od pytań, jakie umieszczamy w jej orbicie. Czytelnicy i badacze Brzozowskiego – postrzegający w nim pisarz nowoczesnego, przekraczającego granice czasu, w którym żył i tworzył – mogą zobaczyć w jego pisarstwie takie wyróżniki, które wydobywają je z uwarunkowań historycznej lektury. Będą one zmienne, i zmienność ta wydaje się narastać, bo też dzieło Brzozowskiego jest amorficzne i wielokształtne. Wskażę tutaj na dwie tylko możliwości takiego odmiennego czytania.

Pierwsza z nich związana jest z rozumieniem historyczności, z doświadczeniem historycznym, którego brak, czy też swoista amputacja doznań historycznych uważane są za najbardziej dokuczliwą chorobę nowoczesnego człowieka. Brzozowski bardzo trafnie wskazywał na pierwsze symptomy tej choroby, opracował też projekt historyczny i jego powieściową ekspresję. Miłosz wyczuł to i zaakceptował szybko, jeszcze w epoce przednowoczesnej. Stąd jego trwałe zainteresowanie powieścią Sam wśród ludzi.

Badacze dzieła Brzozowskiego nie uwyraźnili jak dotąd pewnego nurtu jego zainteresowań umysłowych, który wiąże go z nowoczesnością. W korespondencji pisarza ponawiają się prośby skierowane do jednego z przyjaciół (Rafała Bubera) o dostarczenie książek traktujących o historii i znaczeniu Żydów w kulturze europejskiej. Brzozowski pisze w roku 1909: „Byłbym bardzo wdzięczny, gdyż jest mi to potrzebne, gdyby zechciał mi pan wskazać kilka książek, z których mógłbym zapoznać się z obecnym stanem poglądów na historię Żydów. Chodziłoby mi:

historię Żydów przed Chrystusem

czasy redagowania Talmudu

wreszcie o wyrobienie sobie jasnego wyobrażenia, w jaki sposób świat żydowski przekazywał i zachowywał swoją tradycję w ciągu wieków średnich.

Dalej: jak reagowała ta kultura na renesans – pojęty jako ogólny ruch kulturalny. Na każdym kroku spotyka się tu działanie umysłów żydowskich.

Tak w życiorysach Pica Mirandoli, Campanelli, Bruna – rabini żydowscy odgrywają zawsze pewną rolę, trudną do scharakteryzowania […].

Chodzi mi o sam rdzeń sprawy: jak zapatrują się na kulturę nowoczesną ortodoksalni i wykształceni (w swoim świecie) przedstawiciele tradycyjnego żydostwa i czy istnieją takie książki, z których mógłbym nabrać o tym pojęcia?

Wyszedł podobno ciekawy utwór niemiecki pt. Spinoza – Roman, nie wiem, przez kogo napisany…

Czy czytaliście państwo dwie powieści z życia żydowskiej inteligencji berlińskiej sprzed roku 1848 Hermana? Bardzo zasługują na poznanie” (38).

Nie wydaje się istotne, iż Brzozowski wymienia książki drugorzędne. Interesujący jest kierunek, jaki nadaje on swojemu umysłowemu rozwojowi, tym bardziej, że kierunek ów zaczyna nabierać w Europie znaczenia wkrótce po śmierci Brzozowskiego.

Jest przecież w kulturze europejskiej wybitna postać filozoficzna, której powikłana droga umysłowa przypomina tę, którą przeszedł Brzozowski. Można by powiedzieć, iż ten młodszy od Brzozowskiego zaledwie 15 lat filozof (urodzony w roku 1892), antropolog kultury, pasjonat gnozy, ale również pasjonat marksizmu, autor monumentalnych projektów działających do dziś siłą swojego niedokończenia, epistolograf, którego zbiór listowy zaczynający się w roku 1910 jest ważnym dowodem tekstowym opowiadającym o rozwoju pewnej myśli, pilny czytelnik Sorela (autor eseju W sprawie krytyki przemocy), autor Anioła historii – czyli Walter Benjamin, niemiecki Żyd, mógłby, w następującym po Brzozowskim pokoleniu Europejczyków, podjąć z nim dyskusję jako ze swoim protoplastą.

Wydaje się, że przebieg ewolucji umysłowej Benjamina, albo też – jak kto woli – przebieg i zawartość ewolucji umysłowej Brzozowskiego dałoby się umieścić w tych samych ramach merytorycznych: tworzą je zaś poszukiwania rozwiązań umysłowych w kwestiach analogicznych, to znaczy marksizmu, religii, umysłu żydowskiego, albo inaczej – reinterpretacji judaizmu jako fundamentu umysłu nowoczesnego, zagadnienia współistnienia jednostki i historii, wreszcie – swoistego nadmiaru tkanki ekspresywnej, czyli tworzenia rezerwuaru pomysłów do napisania, które nigdy w szerszej postaci nie zostają napisane.

Można by więc – nieco ryzykownie – powiedzieć, że Pamiętnik, ostatnia książka Brzozowskiego, przeznaczona przez autora do druku, jest miniaturą Benjaminowskich Pasaży

Zapewne przypadkiem jest, ale przypadkiem pobudzającym badawczą wyobraźnię, iż Benjamin we Fragmencie teologiczno‑politycznym w roku 1920, zatem 10 lat po śmierci Brzozowskiego, zapisał takie oto zdanie: „Jedynie Mesjasz sam dopełnia wszelkiej historii”. Warto więc przypomnieć, że nienapisana część powieściowej trylogii Dębina miała nosić tytuł Mesjasz, zachował się z niej niewielki fragment, rozpoczynający się historią rabina.

Mesjasza zaś poszukuje się dalej w nowoczesnej prozie: badacze Schulza wciąż mają nadzieję, iż odnajdzie się legendarna powieść jego pióra pod tym właśnie tytułem.

Takiego Brzozowskiego, o którym wyżej mowa, nie znali jeszcze jego młodzi uczniowie i wielbiciele z  pokolenia Miłosza, nie znał go też autor Człowieka wśród skorpionów. Droga do dalszej lektury może prowadzić z tych właśnie źródeł umysłowej inspiracji, umocowując prozę krytyczną Brzozowskiego w myśli międzywojennej. Lektura pokoleniowa Brzozowskiego nie domagała się odkrycia, manifestowano i deklarowano ją. Jako pisarz spełniający intelektualne wymagania naszej nowoczesności Brzozowski jest wciąż twórcą otwartym, jeśli widzi się sens dopisywania do jego dzieła nowoczesnych zakończeń i rozwiązań.

Miłosz był o tym do końca przekonany. Zastanawiając się nad Autonomią polskiej literatury, pisał: „[…] nie sądzę jednak, że da się po prostu o historyzmie zapomnieć […]. Ostatecznie zastanawianie się nad kierunkiem historii wynika z tego, że człowiek szuka nadziei, a nadzieje i utopie są często tak blisko, że prawie są tym samym. Dlatego jest prawdopodobne przywrócenie Polsce tych postaci, które starały się jakieś rozwiązania historyzmu zaproponować. W pierwszym rzędzie myślę tutaj o Stanisławie Brzozowskim. Możliwe, że szukając podstaw naszej autonomii, sięgam zbyt głęboko, i że nic z tego się nie przyjmie. Co warto, to próbować orientacji w dzisiejszym zaplątaniu” (39).

W innym miejscu tej samej książki mówi Miłosz o potrzebie „wskrzeszenia Brzozowskiego”. W innym jeszcze: o europejskim rozmachu młodopolskiej filozofii, która zdecydowanie wyżej ustawiła poziom filozoficznego myślenia niż następująca po niej generacja.

Metaforyczne „zaplątanie” można uznać za swoisty odpowiednik „płynnego życia”, czyli egzystencji pozbawionej hierarchicznego porządku. Miłosz miał głęboką świadomość tego nowoczesnego zaburzenia, upatrując w historyzmie możliwość wytyczenia jednego bodaj szlaku poprzez uniwersum chaosu. Czy Brzozowski rozwiązywał ten problem?

Gdy Miłosz formułuje swoje ostatnie o Brzozowskim teksty, nie żyje już żaden jego generacyjny rówieśnik. Nie możemy więc orzec, czy niegdyś wspólna umysłowa fascynacja miała szanse długiego trwania w tej pierwotnej wspólnocie. Brzozowski staje się zatem osobistym problemem umysłowym Czesława Miłosza, jedną z osób jego alfabetu, utrwaloną przez zwielokrotnioną pamięć: doświadczenia młodości, trwałości wpływu, mitologizacji umysłowej przeszłości i przekształcania tych elementów w zbiorowe dziedzictwo. Zarówno polskie, jak europejskie.

Marta Wyka

PRZYPISY:

(1) Cyt. za: Czesław Miłosz, Przygody młodego umysłu. Publicystyka i proza 1931-1939, Kraków 2003, s. 390.

(2) Brzozowski pisał tak: „I książki mają swoje powtórne życie: i w nich także następuje moment, gdy obumiera, opuszcza je to, co może być nazwane ich ciałem, ich materią; następuje moment, gdy przestaje się je czytać z powodu tego, o czym nam one mówią. Ta treść ich wplotła je w pasmo społeczno‑psychiczne epoki, w której były napisane, ona to czyniła je interesującemi, ważnemi dla współczesnych, aktualnemi dla tej lub innej generacji. Ale po pewnym dłuższym lub krótszym przeciągu czasu traci siłę ten punkt widzenia” (Stanisław Brzozowski, Głosy wśród nocy, Lwów 1912, s. 259).

(3) Dariusz Gawin, Polska, wieczny romans. O związkach literatury i polityki w XX wieku, Warszawa 2005, s. 191.

(4) Czesław Miłosz, Jerzy Giedroyc, Korespondencja, wstęp, oprac. Marek Kornat; Warszawa 2009, s. 473.

(5) W roku 1960 Miłosz pisze do Aleksandra Wata: „I żyję teraz w stanie niebywałego intelektualnego podniecenia, a to z powodu Stanisława Brzozowskiego, w którym jest i cały Sartre, i Theillard de Chardin, i Kroński, i Leszek Kołakowski. Jestem zdumiony. I mógłbym wyliczyć powody, dla których Brzozowski przed rokiem 1960 mniej więcej nie mógł być rozumiany, bo jego problematyka jest egzystencjalno‑marksistowska, to znaczy wywodząca się z pism młodego Marksa, których oczywiście wtedy znać nie mógł. Facet genialny” (zob. Aleksander Wat, Korespondencja, oprac. Alina Kowalczykowi, Warszawa 2005, s. 196).

(6) Czesław Miłosz, Jerzy Giedroyc, Korespondencja…

(7) Miłosz pisze do Giedroycia w roku 1960: „Natrafiłem na artykuł Józia z roku 1926, gdzie nawoływał do utworzenia Towarzystwa im. Brzozowskiego” (tamże, s. 473). Postulowane przez Czapskiego towarzystwo nie powstało, mimo iż Brzozowski był czytany, dyskutowany i niezbyt jeszcze odległy w czasie – natomiast patronat Brzozowskiego przyjmuje środowisko Krytyki Politycznej schyłku XX i początku XXI stulecia. Wciąż bowiem trwa ruch książek Brzozowskiego – Legenda Młodej Polski jest wypierana przez Widma moich współczesnych i Książkę o starej kobiecie – o tej ostatniej Miłosz pisze w latach 60.: „Najwyższej aktualności jest Książka o starej kobiecie. […] aura wypadków 1905 jest całkiem jak za niemieckiej okupacji” (tamże, s. 473).

(8) Czesław Miłosz, Przygody młodego umysłu…, s. 31.

(9) Tę prognozę warto przeczytać jeszcze raz: „Trzeba nam nowoczesnej świadomości tworzącej wolę nauki, wolę pracy […]. Łatwiejsze niż to wszystko jest wmawianie w siebie, że Rosja ginie […]. Niebezpieczeństwo ze strony Rosji nie słabnie, lecz wzmaga się i wymaga wzmożonej pracy, wymaga skupienia i podniesienia energii narodowej […] i wychowania młodych pokoleń do zwycięskiej ekonomicznej i biologicznej walki w nowoczesnym świecie”. Tak pisał Brzozowski w eseju Kryzys w literaturze rosyjskiej opublikowanym w jego ostatniej książce, czyli w Głosach wśród nocy (dz. cyt., s. 231). „Nowoczesna świadomość” – tak jak widzi jej zarys autor powyższej opinii – nie miałaby polegać zatem tylko i wyłącznie na głoszeniu cywilizacyjnej profecji, tak jak to czynił Zdziechowski. Energia narodowa skierowana przeciw Rosji posiadałaby charakter ekonomiczny, i takie byłyby źródła edukacji „nowoczesnego Polaka”.

(10) Tamże, s. 194.

(11) Warto w tym kontekście przeczytać esej Leszka Kołakowskiego napisany w roku 1980 – Szukanie barbarzyńcy, czyli złudzenia uniwersalizmu kulturalnego. Kołakowski pisze w nim między innymi: „Europa znajduje się pod ciśnieniem totalnego barbarzyństwa, którego siła wspomagana jest wahaniami Zachodu co do własnej identyczności kulturalnej, osłabioną wolą utwierdzenia samego siebie jako kultury uniwersalnej” (Leszek Kołakowski, Cywilizacja na ławie oskarżonych, Warszawa 1990, s. 22).

(12) Por. rozdział Wywoływanie świata. Zadania krytyki i sztuki w pisarstwie filozoficznym Stanisława Brzozowskiego (Ryszard Nycz, Język modernizmu. Prolegomena historycznoliterackie, Wrocław 2002, s. 119-154).

(13) Stefan Kołaczkowski, Portrety i zarysy literackie, oprac. Stanisław Pigoń, Warszawa 1968, s. 216-217.

(14) Ludwik Fryde, Wybór pism krytycznych, oprac. Andrzej Biernacki, Warszawa 1966, s. 281-282.

(15) Wyka odpowiada Frydemu w „Ateneum” (1938 nr 3).

(16) Czesław Miłosz, Życiorysy, „Tygodnik Powszechny” 2004, nr 5, s. 17, przedruk w: tegoż, Spiżarnia literacka, Kraków 2004.

(17) Tegoż, Człowiek wśród skorpionów, Kraków 2000, s. 10.

(18) Tamże, s. 5.

(19) Tamże, s. 37.

(20) Tamże, s. 10.

(21) Stanisław Brzozowski, Płomienie, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2007, s. 7.

(22) Tamże, s. 20.

(23) Stanisław Brzozowski, Głosy wśród nocy, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2007, s. 6.

(24) Tamże, s. 15.

(25) Tamże.

(26) Por. Jerzy Stempowski, Mała Apokalipsa dla inteligencji warszawskiej, w: tegoż, Chimera jako zwierzę pociągowe, Warszawa 1988, s. 21-30.

(27) Stanisław Brzozowski, Głosy wśród nocy…, s. 18.

(28) Tegoż, Mocarz, Wydawnictwo Krytyki politycznej, wstęp Michał Sutowski, Warszawa 2008, s. 7.

(29) Zob. Mark Lilla, Bezsilny Bóg. Religia, polityka i nowoczesny Zachód, Warszawa 2009.

(30) Tamże, s. 316.

(31) Zob. Czesław Miłosz, „Warszawa środkiem ustali się świata”, w: tegoż, O podróżach w czasie, oprac. i wstęp Joanna Gromek, Kraków 2004, s. 89–103.

(32) Czesław Miłosz, Człowiek wśród skorpionów…, s. 10.

(33) Tegoż, O podróżach w czasie…, s. 90-91.

(34) Por. tegoż, O autonomii polskiej literatury, „Tygodnik Powszechny” 2002 nr 18, s. 9; przedruk w: tegoż, O podróżach w czasie…, s. 88.

(35) Tegoż, O podróżach w czasie…, s. 95.

(36) Stanisław Brzozowski, Widma moich współczesnych. Książka o starej kobiecie, Lwów 1904, s. 146.

(37) Tamże, s, 176.

(38) Tegoż, Listy, t. II. 1909-1911, oprac. M. Sroka, Kraków 1970, s. 18. Autor powieści Spinoza Roman to Erwin Guido Kolbenheyer (tytuł niemiecki: Amor dei: ein Spinoza‑roman, 1913).

(39) Czesław Miłosz, O autonomii polskiej literatury…, s. 88.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas