poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
HENRYK GRYNBERG
O laurach
Dekada Literacka 2010, nr 4-5 (242-243)
Kraków, 21 II 1992

Jan Józef Szczepański zabrał mnie swoim samochodem z Warszawy do Krakowa po nagrodę Vincenza. Powiedziałem mu, że moja babka była z domu Szczepańska… Swoją drogą, chciałbym wiedzieć, skąd ta najszanowniejsza rodzina w Dobrem (najlepszy sklep, łokciowizna) miała takie nazwisko, choć nigdy nie udawali, że nie są Żydami. Nie dowiem się, bo nikt nie przeżył. Wszyscy dobrze mówili po polsku – musieli, żeby wymówić swoje nazwisko. Z Janem Szczepańskim łączy mnie również to, że jego ciotka, Maria Kuncewiczowa, też była w literaturze polskiej „cudzoziemką”. Spytałem go, czy w moim acceptance speech mogę odczytać mój krótki esej o Vincenzie z Prawdy nieartystycznej. Powiedział, że to dobry pomysł. Nagroda była dość hojna – wiem to od Stryjkowskiego, który ją przedtem dostał – lecz krakusy‑cwaniacy wpadli na pomysł, żeby zamiast gotówki wręczyć mi obraz krakowskiej artystki i w ten sposób pieniądze zostaną w Krakowie. Obraz jest piękny i à propos: symboliczny pożydowski rynek w Leżajsku, ale ja, od paru miesięcy na skromnej emeryturze, nie byłem przygotowany na tak kosztowny zakup. Dyplom jest naprawdę zaszczytny: „Nagroda im. Stanisława Vincenza służy kontynuacji idei i postawy autora Na Wysokiej Połoninie, polegających na pielęgnowaniu pięknej tradycji wieloetnicznej i wielowyznaniowej kultury polskiej. Chodzi tu o coś więcej niż tolerancja. O wzajemne zrozumienie, szacunek i miłość. Tegoroczny laureat, Henryk Grynberg, autor znakomitych książek (m.in. Wojna żydowska (sic) i Kadisz) należy do tragicznych świadków zagłady społeczności Żydów polskich. Mieszkając w Stanach Zjednoczonych, pozostał wierny temu, co uważa za swoją życiową i artystyczną misję. Jest strażnikiem pamięci zamordowanego narodu. Wśród rozbitków, rzuconych w odmienny i obcy świat, stara się ocalić wspomnienie nie tylko unicestwionej kultury, ale i poszczególnych ludzkich istnień, których okrutne uogólnienie historii skazuje na niebyt”.

Nie szczędzono również przemówień i sprawozdawczyni radiowa chodziła z mikrofonem od jednego mówcy do drugiego. Mój esej, gęsty i zwarty, okazał się nie tak krótki, jak myślałem, a chcąc należycie uczcić mojego patrona, nie mogłem niczego opuścić i młodej pani z mikrofonem ręka opadała. Jeden z dżentelmenów przejął go od niej, ale i on się męczył, jak i pozostali słuchacze, bo tekst był niełatwy dla ucha. Potem obiad u Pugeta. Z dziesięć osób przy szerokim starym stole – Szczepański, Turowicz, Krzysztof Kozłowski, koło mnie Szymborska. Obiad był smaczny, kelnerka uprzejma (wszystkich znała), ale nikt nic nie mówił – sami introwertycy. W Ameryce ktoś z gospodarzy wznosi toast, ktoś dorzuca coś zabawnego, gość honorowy odpowiada na toast albo go pytają, jak mu się podoba miasto, a tu nikt o nic nie pyta, nawet o to, jak widzę Polskę po tylu latach, więc jako najmłodszy też milczę. W końcu myślę sobie, siedzi przy mnie wybitna poetka, nie mogę jej ignorować, więc przechylam się do niej i mówię, że Miłosz bardzo chwali jej poezję. Przyjęła to z uprzejmym uśmiechem, ale nic nie powiedziała. Po chwili przypomniałem sobie, że to Annę Świrszczyńską Miłosz tak chwali, lecz wolałem się nie przyznać do tej pomyłki i nic już więcej nie powiedziałem. W Warszawie był w 1717 roku niemy sejm, a w Krakowie w 1992 niemy obiad.


Kraków, 22 II 1992

Dziś wieczorem na Kanoniczej miałem spotkanie z literatami. Pan Jan mnie uprzedził, że powinienem im przeczytać coś nowego, ale nic takiego z sobą nie miałem, poszedłem więc rano z notesem w plener i oto, co zanotowałem:

Wykradłem się o srebrnym świcie
gdy srebrną owinięty wstęgą
spał jeszcze zamek
a biała gwardia łabędzi
szyje wyprostowane
patrolowała brzegi
jego snu
lecz pracowite kaczki
już międliły powietrze
a szare stada mew
zataczały już koła
codziennej gonitwy
za powszednim chlebem

słońce jeszcze niepewne
mrużyło zaspane powieki
więc do woli łykałem
perliste powietrze z lodem
bezpłatne i niestrzeżone
dzięki Ci Panie poranków
za przypadek który mnie rzucił w ten strony
i za poranek któryś mi rzucił
ze szczodrego stołu
szeptałem idąc w zachwycie
wysokim brzegiem gdzie kiedyś
przechadzał się oddech
chasydzkiego Boga

a wtedy diabeł
najwierniejszy towarzysz
co nigdy mnie nie opuszcza na długo
wyszczerzył z afisza
czarne zęby liter
i AUSCHWITZ AUSCHWITZ zasyczał
EVERYDAY TOUR dodał
INCLUDES BIRKENAU
(REZERWACJA MIEJSC NIE JEST KONIECZNA)

zamek wyniośle milczał
niewzruszone jego mocne mury
tylko mewy zaskrzeczały nerwowo
i rzeka zabrała z sobą
nieskazitelne łabędzie poranka
jaki rzadko się zdarza
a kaczki odleciały same

bo wykradłem się tylko na chwilę
i jak zwykle mnie znowu pochwycił
ten stary i niezawodny
manichejski skurwysyn.

Pani Teresa Walas zaraz wzięła ode mnie ten wiersz dla „Dekady Literackiej” (zob. numer z 16-31 III 1992 [ nr 42 ] i książkę Rysuję w pamięci, Poznań 1995).


Kraków, 23 II 1992

Pan Jan zawiózł mnie do Stanisława Lema. Solidne, nowe osiedle za miastem, oczywiście dewizowe (Lem jest najbogatszym polskim pisarzem w dziejach), ale nie widać chodników i błoto po kostki. Lem wyglądał dokładnie tak, jak swego czasu wyobrażaliśmy sobie człowieka przyszłości: duża łysa mózgoczaszka i nic więcej. W szkole pasjonowaliśmy się jego Astronautami, które łódzki „Głos Robotniczy” drukował w odcinkach, i miałem parę pytań z astrofizyki, bo jeśli ludzkość ma jakąś przyszłość, to tylko w kosmosie, ale Lem, w przeciwieństwie do tamtych krakusów przy obiedzie, bez przerwy mówił i nie dopuszczał mnie do głosu, jakby się bał, że powiem (palnę) coś żydowskiego lub zadam jakieś niedyskretne pytanie, zwłaszcza że dwie starsze panie, które podawały herbatę, wyglądały na święte katoliczki. Nie miałem mu tego za złe, bo nawet Żydzi mało znaczą wobec wieczności i nieskończoności. Ani tego, że podróże międzyplanetarne jego Astroauntów drukowane w 1951 roku zaczynały się „po upadku ostatniego państwa kapitalistycznego”, bo nawet geniusz musi być czasem pragmatykiem, a poza tym był to bezpretensjonalny i porządny facet. Polański, u którego rozmowa też była monologiem, gestykulował, chodził, biegał, skakał, a Lem siedział nieruchomo, jakby nie miał rąk ani nóg, tylko mówiącą głowę.


McLean, 15 IX 1998

Drohobycz, Drohobycz zakwalifikowano do finału Nike. Przyleciała z Polski dwuosobowa ekipa z kamerą, kazali mi stanąć na balkonie na tle moich dębów bambusów i powiedzieć parę zdań. Powiedziałem. Kamerzysta kazał mi zrobić to jeszcze raz. Zrobiłem. Kazał zrobić to po raz trzeci. Nie lubię się powtarzać, ale przyleciał z daleka, więc niech będzie. Kiedy kazał powtórzyć po raz czwarty, byłem znudzony i zmęczony i nie powiedziałem tak, jak chciałem. Wtedy powiedział, że dobrze.


Warszawa, 4 X 1998

Jestem gościem Nike w warszawskim Holiday Inn – amerykańskim hotelu, gdzie na śniadanie są wyśmienite polskie naleśniki z serem, jakie jadłem tylko u mamy. Samochód „Gazety Wyborczej”, która jest współsponsorem Nagrody, miał przyjechać o 16:15, ale przyjechał pół godziny wcześniej, gdy byłem pod prysznicem. Ubrałem się pospiesznie; zjeżdżam, ale nikt na mnie nie czeka. Wychodzę na podjazd, też nikogo, tylko taksówki hotelowe. W końcu dostrzegłem samochodzik o jakieś 50 metrów dalej. Podchodzę, siedzi kierowca oraz pani w płaszczu łososiowego koloru i takimże kapeluszu z wielkim rondem, spod którego jej nie widać. Pytam, czy czekają na mnie? Suche „tak”, bez powitania, niezadowoleni, że musieli czekać. Pytam, czy nikt inny z finalistów z nami nie jedzie? Nie. Jedziemy w milczeniu. Pytam, czy jest w samochodzie radio. Wymienili między sobą spojrzenia i żadnej odpowiedzi – znów obrażeni. Zajeżdżamy do Łazienek pod teatr zwany Pomarańczarią. Łososiowa pani i ja wysiadamy. Pełno kabli na ziemi, trzeba uważać, żeby się nie potknąć. Pani znika w drzwiach. Pytam ludzi, gdzie mam się udać, ale nikt nie wie. Zawołali jakąś młodą kobietę, prowadzi mnie na zaplecze do pokoiku, który wygląda jak garderoba. Siedzę w płaszczu, bo to teatr letni, bez ogrzewania, zimno jak w psiarni. Mija pół godziny i wchodzi Jerzy Pilch w granatowym blezerze bez płaszcza. Mówię mu, że czytanie „Tygodnika Powszechnego” zaczynam zawsze od jego felietonu, a on, że zawsze pamięta moją Żydowską wojnę. Jeszcze pół godziny i przyprowadzają Zygmunta Kubiaka z małżonką, a wkrótce potem Irenę Jurgielewiczową, bardzo starszą panią, która napisała wspomnienia pod doskonałym tytułem Byłam, byliśmy. Kubiak od razu zaczął coś mi opowiadać, nie bardzo rozumiem co, ale słucham. Jeszcze kwadrans i wchodzi Miłosz z uroczą Carol. Chcę z nimi porozmawiać, ale Kubiak nie przestaje opowiadać. Wreszcie mówię mu, że muszę porozmawiać z moimi amerykańskimi krajanami i przysiadam się do Miłosza. On ma jednak więcej wspólnego tematu z Jurgielewiczową, bo się znają jeszcze z Wilna, więc rozmawiam z Carol. Mówię jej, że widziałem tu w Warszawie na płotach budowlanych afisze z młodą kobietą, która wygląda jak Monika Lewinsky i trzyma w ręku jakiś napój w puszce, a reklama głosi: „Od dziś nie biorę nic innego do ust”. Wdajemy się w dyskusję na ten temat. Carol uważa, że Clinton jest niewinny, a ja, że powinien być impeached – nie za seks oralny, broń Boże, bo za to już nawet w Ameryce się nie karze, ale za kłamstwo „nie miałem stosunku seksualnego z tą kobietą”. Jeszcze pół godzinki i wbiega dobrze zadbana pani w średnim wieku, którą większość obecnych zna, a ja nie, i pośpiesznie podaje każdemu rękę, ale nie na każdego patrzy – na mnie nie. Lepiej niż prezydent Wałęsa, który nie patrzy na nikogo, ale i jej – jeśli wierzyć Niemcom – grozi za to parę lat nieudanego seksu. Jeszcze pół godzinki i wpada Michał Cichy, sekretarz jury, z prośbą o cierpliwość, bo narada się przedłużyła. Carol i ja wciąż dyskutujemy, Miłosz i Jurgielewiczowa wciąż mają zapas wspomnień, Kubiak coś nieustannie opowiada Pilchowi, który marznie w marynareczce, ale nie daje po sobie poznać. Znowu wpada Cichy, żeby jeszcze trochę cierpliwości. Wszyscy się domyślamy, że tam Błoński leży Rejtanem i nie pozwala nie dać nagrody Miłoszowi. Ktoś przynosi Miłoszowi pled, ale on po dżentelmeńsku ofiarowuje go Jurgielewiczowej. Ja wciąż gorąco dyskutuję z Carol, Miłosz i Jurgielewiczowa wciąż ciepło wspominają Wilno, Kubiak wciąż coś opowiada Pilchowi, a Pilch, najmłodszy, marznie i udaje zucha.

Wreszcie około ósmej nad Teatrem Stanisławowskm pojawił się biały dym: habemus laureatem! – ale nie mówią, kto to. Kubiak i Carol bardzo to przeżywają, ja nie, bo wiem, że nie ja. Megafon wywołuje nas na scenę. Pojedynczo i w kolejności alfabetycznej, więc najpierw ja. Na scenie piękna dziewczyna z rozpuszczonym długim włosem i sukni do samej ziemi wręcza mi statuetkę i bukiecik. Całuję ją po amerykańsku w policzek i wznoszę statuetkę nad głową jak trofeum, a widownia w śmiech. Siedzimy w pierwszym rzędzie niczym na ławie oskarżonych. Oprócz Kubiaka szansę powinien mieć Herling‑Grudziński, który nie przyleciał z Neapolu, bo zdrowie mu nie pozwala i wie, że nie on dostanie. Kamery jeżdżą nam po twarzach, więc się uśmiecham, ale inni nie. Pokazują na ekranie kandydujące książki i autorów z nagranymi wypowiedziami – moją w tej najbardziej nieudanej wersji – i w końcu ów werdykt po długich i ciężkich zmaganiach: Piesek przydrożny Miłosza. Kubiak wstał i wyszedł, myślałem, że siusiać, ale już nie wrócił.

Lucky doggy – powiedziałem do Miłosza (amerykańskie powiedzonko „lucky dog” jest łagodniejszym odpowiednikiem polskiego „głupi ma szczęście”). Albowiem eseje Kubiaka o kulturze Greków i Rzymian są naprawdę dziełem, a opowiadania Herlinga‑Grudzińkiego znakomitą prozą, natomiast Piesek przydrożny to skrawki, odpadki, to, czego autorowi nie udało się nigdzie wkomponować, a nie żaden „nowy gatunek prozy”, jak sam sobie wmawiał. Wielkim mistrzem poezji jest, ale niekoniecznie prozy (Zdobycia władzy nie mogłem czytać mimo najlepszych chęci).

Podczas bankietu natknąłem się na M.G. „Kwartalnik Artystyczny” przysłał mi jego żydowską książkę, której przeczytałem tylko kawałek, bo nic nowego i profesorska nuda (więcej objaśnień i komentarzy niż opowieści).

– Gratuluję książki – powiedziałem, bo wypadało coś powiedzieć. Nawet nie mruknął i oddalił się jak wtedy w pałacu Staszica. Dziwny facet, zdeklarował się w końcu jako Żyd, a wciąż boi się stać koło Żyda.


Frankfurt nad Menem, październik 2000

Polska jest w tym roku gościem honorowym frankfurskich Targów Książki. Polski pawilon jest rozległy i ma salę projekcyjną, gdzie kilka razy dziennie idzie Miejsce urodzenia i ludzie się za mną oglądają. Toteż nie zdziwiłem się, gdy złapał mnie redaktor Jacek Żakowski i zaprosił do budki telewizyjnej. Zastałem tam historyka Tomasza Szarotę. Żakowski pytał nas o Jedwabne. Czytałem wiele kompetentnych wypowiedzi na ten straszny temat i nie zabierałem głosu, bo nie miałem nic do dodania, więc się zdziwiłem, że mam być partnerem w rozmowie z zawodowym historykiem jak Szarota. Zdziwiłem się jeszcze bardziej, gdy redaktor zaczął pytać mnie o szczegóły, jakbym był jakimś ekspertem, a rozmowa szła na wizję na żywo. Kluczyłem, jak mogłem, aż tu nagle słyszę, że on nazywa mnie profesorem Grossem… To ja przepraszam i chcę wyjść, a Żakowski, że nie szkodzi i żebym został, więc kluczyłem dalej.


Warszawa, 13 X 2001

Znów nominowano Miłosza do Nike, tym razem za zbiór poezji, za który naprawdę mu się należy nagroda, ale kazał nominację wycofać, więc wszyscy mamy szansę, i Czesław Czapliński, fotograf z Ameryki, przyszedł do mnie z samego rana do hotelu, żeby zawczasu zrobić mi zdjęcia. Wchodzę do żydowskiej restauracji przy placu Grzybowskim, a tam siedzi Jurek Press, izraelski przyjaciel Hłaski, i woła do mnie przez całą salę:

– Jak ten Gross dostanie nagrodę, to ja nie wiem, co zrobię!

– Mogę cię uspokoić, że ani Gross nie dostanie, ani ja – odpowiedziałem. A miałem szansę wygrać z Grossem, bo łatwiej przełknąć mój Memorbuch niż jego Sąsiadów, ale nie wyobrażam sobie, żeby pozwolili Żydowi zgarnąć taki szmal i czmychnąć za granicę. Finał przełożono o tydzień, żeby Michnik zdążył wrócić z Australii czy Tajlandii (bo komuś niewłaściwemu by dali?). Stał przy wejściu i przywitał mnie chłodno jak nigdy (dawniej witał mnie niedźwiedzim uściskiem). Przedstawiłem mu syna i mówię, że też Adam.

– Adam za Adamem, za Adamem Adam, a za tym Adamem jeszcze jeden Adam – powiedział wcale nie żartobliwym tonem. Nie podoba mu się mój (żydowski) punkt widzenia na Marzec. – My mamy naszą własną wizję – powiedział mi, odrzucając rozdział o marcu, który posłałem „Gazecie” do przeddruku. Za to M.G., którego również spotkałem w drzwiach, promiennie się uśmiechał. Zdmuchnąłem mu ten uśmiech chłodnym spojrzeniem, pamiętając, jak się mądrzył o Drohobyczu, Drohobyczu.

Tym razem nie trzymano nas w psiarni, lecz od razu posadzono na widowni. W pierwszym rzędzie my, za nami nasi wydawcy. Za mną aż dwóch, ale żaden się ze mną nie przywitał, nawet na mnie nie spojrzeli, nawet gdy się obejrzałem w ich stronę, a przecież przyleciałem zza oceanu. Ciekawe, czy bardzo byliby nieszczęśliwi, gdybym dostał nagrodę? A impreza jest transmitowana na żywo i telewidzowie mogą podziwiać nasz kulturalny świat.

– Pamięta pan, jak nam było zimno w 1998 roku? – powiedziałem do Pilcha jak weteran do weterana. Wszedł Jan Błoński, który już nie był jurorem. Pani Błońska potaknęła znacząco głową w moją stronę. Joanna Szczepkowska, która w 1989 roku ogłosiła, że w Polsce się skończył komunizm, zaprezentowała książki i sylwetki kandydatów. Panią Błońską niedokładnie poinformowano, ale może mało brakowało.

– Ja żegnam się z Nike, bo lepszej książki już chyba nie napiszę – powiedziałem młodej reporterce telewizyjnej (one są coraz młodsze).

– Ale może napisze pan równie dobrą i wtedy… – pocieszała mnie. Podczas bankietu powiedziałem Joannie Szczepkowskiej, że dobrze pamiętam jej ojca, ale jej nigdy nie widziałem na scenie i poprosiłem, żeby mi zarezerwowała dwa bilety na swoje przedstawienie.


Warszawa, 14 X 2001

Memorbuch miał bardzo dobre recenzje. Najczęściej cytowano słowa Singera o antysemityzmie: „To nie komunizm ani nie faszyzm, to dużo starsze”, i jego odpowiedź na pytanie, gdzie widział te wszystkie demony, o których pisze: „Jak to gdzie? W człowieku”. Recenzenci nie wiedzą, że to wszystko moje słowa. Dlaczego włożyłem je w usta Singerowi? Bo z jego ust dalej dojdą. Recenzentom podoba się również to, co Adam Bromberg mówi o książkach jako magicznych „szkatułkach” i „schodkach” historii, z czego też mam satysfakcję, bo i to są moje słowa. Memorbuch nie jest fikcją, ale jednak powieścią. To, że wierzy się jej protagonistom, dobrze świadczy o autorze.

Przed pójściem do teatru zadzwoniłem na wszelki wypadek do kasy.

– Nie, nie ma biletów dla pana – odpowiedziała kasjerka.
– Na pewno? Pani Szczepkowska mi obiecała, że będą.
– Są dwa bilety, ale dla pana Grossa.

Henryk Grynberg

Publikowany fragment pochodzi z pamiętnika,
który ukaże się w roku 2011 nakładem Świata Książki.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas