poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BOGDAN ROGATKO
Iwaszkiewicz - biografia polityczna?
Dekada Literacka 2010, nr 4-5 (242-243)
Marek Radziwon
Iwaszkiewicz. Pisarz po katastrofie
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010

Lekturę książki Marka Radziwona należy rozpocząć od Posłowia, z trzech powodów. Po pierwsze, autor skrupulatnie wymienia i pokrótce charakteryzuje publikacje książkowe poświęcone życiu i twórczości Iwaszkiewicza, jakie ukazały się po jego śmierci. Przypomnijmy najważniejsze z nich. Monografie: Heleny Zaworskiej Opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, Tomasza Wroczyńskiego Późna eseistyka Jarosława Iwaszkiewicza, Stefana Melkowskiego Świat opowiadań. Krótka forma w prozie Jarosława Iwaszkiewicz po roku 1939, Piotra Drobniaka Jedność w różnorodności (analiza inspiracji europejskich w utworach pisarza) oraz Piotra Mitznera Doświadczenia religijne w tekstach Jarosława Iwaszkiewicza. Jak dotąd jedyna, napisana przed omawianą książką biografia Iwaszkiewicza została wydana przez Wiedzę Powszechną w roku 1994 (obecnie dostępna jedynie w bibliotekach) – Andrzeja Zawady Jarosław Iwaszkiewicz. Poza tym Piotr Mitzner w pracy Hania i Jarosław opowiada o trudnym, ale i niezwykłym związku pisarza z żoną, a German Ritz w bardzo wysoko cenionej przez Radziwona książce Polskie spotkania z Niemcami poświęca uwagę „niemieckiemu epizodowi” Iwaszkiewicza (ciekawie zresztą przez Radziwona uzupełnionemu, o czym poniżej). Po drugie, otrzymujemy obszerną informację o wykorzystanych przez autora źródłach. Imponująca jest ich ilość i przekonywający dobór. To oczywiście przede wszystkim bogata korespondencja, zgromadzona w Muzeum Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku, a więc listy koryfeuszy polskiej literatury (Maria Dąbrowska, Anna Kowalska, Paweł Hertz, Jan Parandowski, Antoni Słonimski), pisarzy emigracyjnych (Andrzej Bobkowski, Witold Gombrowicz, Konstanty Jeleński), ale także pisarzy niższego znacznie lotu, współpracujących z Iwaszkiewiczem w Związku Literatów Polskich, czy wreszcie osób z literaturą niezwiązanych, lecz piszących o sprawach, które autor biografii uznał za istotne; jednak najważniejsza jest korespondencja małżonków, częściowo tylko opracowana i wydana, wiele listów zostało w książce wykorzystanych po raz pierwszy. Dotyczy to też dzienników Iwaszkiewicza – dotąd opublikowano dwa tomy, do roku 1963, które doczekały się omówień i ciekawych dyskusji (np. w Klubie „Goście Gazety”); autor sięga zatem również do notatek jeszcze nieopracowanych. Przeprowadził kwerendę dokumentów zgromadzonych w Archiwum Akt Nowych, archiwum IPN-u, bibliotece ZLP, a także w Wydziale Kultury KC KPZR. Podziękowania składa licznym swoim rozmówcom, przede wszystkim wieloletnim współpracownikom Iwaszkiewicza z „Twórczości”, Henrykowi Berezie, nieżyjącym już Jerzemu Lisowskiemu i Ziemowitowi Fedeckiemu, a także Marii Janion, Barbarze Toruńczyk, Michałowi Głowińskiemu, Piotrowi Kłoczowskiemu, Tomaszowi Łubieńskiemu, Piotrowi Matywieckiemu, Adamowi Michnikowi, Adamowi Pomorskiemu i in., z którymi spotkania były bezcennym dla autora – jak podkreśla – źródłem wiedzy o bohaterze biografii. „Ta skromna praca – zaznacza – ma wielu autorów, choć nie jestem pewien, czy wszyscy oni chcieliby się przyznać do ważnej roli, jaką odegrali”. Dlaczegóż to, chciałoby się zapytać. Otóż po trzecie, autor objaśnia, że: „Celem tej rozprawy nie jest danie pełnej biografii wybitnego pisarza, ale jego biografii politycznej. Pojęcie biografii politycznej – tłumaczy – rozumiem tu zresztą dość szeroko. Nie chodzi bowiem tylko o działalność prezesa ZLP, także o zbiór poglądów Iwaszkiewicza na emigrację, na historię, na sąsiadów Polski, w tym przede wszystkim na Związek Radziecki i na Niemcy”.

Czy jednak, warto postawić pytanie, fortunne jest samo pojęcie biografii politycznej w przypadku pisarza, który politykiem nie był i nie chciał nim być, który nawet dystansował się od polityki i czułby się najlepiej, gdyby polityka nie interesowała się nim? Praca Marka Radziwona powstała jako dysertacja doktorska napisana pod kierunkiem Jerzego W. Borejszy w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk, przy współpracy – czego autor nie ukrywa – naukowców z Zakładu Systemów Totalitarnych i Dziejów Drugiej Wojny Światowej IH PAN. Omawiając biografię pióra Andrzeja Zawady, podkreśla autor, że została ona napisana z punktu widzenia filologa – precyzyjniej: historyka literatury – a „drogowskazami dla tej biografii są kolejne dzieła Jarosława Iwaszkiewicza, to twórczość wyznacza kierunek narracji, nadaje ton całości, wyznacza najważniejsze cezury czasowe”. I tak też być powinno, dodajmy, jeżeli biograf na swój warsztat bierze życie wybitnego artysty, którego twórczość nacechowana jest silnie wątkami, akcentami autobiograficznymi i intymnymi, mniej lub bardziej czytelnymi. Z drugiej strony przyznać trzeba, że polityka, historia odcisnęły się na życiu Iwaszkiewicza w sposób niebywale silny i istotny. I nie dlatego, że był posłem na Sejm kilku kadencji, nie dlatego, że przez wiele lat był przewodniczącym Polskiego Komitetu Obrońców Pokoju, nawet nie dlatego, że od roku 1959 aż do samej śmierci był prezesem Związku Literatów Polskich, co w tamtych czasach znaczyło o wiele więcej niż obecnie; dlatego natomiast, że – jak trafnie ujmuje to Radziwon już w samym tytule książki – był „pisarzem po katastrofie”! Właściwie – po wielu katastrofach, ale autor słusznie kładzie nacisk na przeżycia związane z wykluczeniem go z „małej ojczyzny”, jaką dla młodego Iwaszkiewicza była Ukraina, którą po latach będzie wspominał – również na kartach swoich utworów – jako Atlantydę, skazaną na zagładę. Poczucie wykluczenia, także cywilizacyjnego – „jesteśmy ze wsi, uważał Iwaszkiewicz, choć to wieś malownicza” – kładło się cieniem na późniejszym jego życiu, ale też było bodźcem, mocnym impulsem do formowania siebie jako obywatela Europy. Słusznie więc Radziwon szczegółowo omawia ten ważny dla biografii autora Zarudzia etap życia, jakim była młodość spędzona na Ukrainie, w znacząco zatytułowanym rozdziale Z ziemi ojczystej do Polski, Polski, która wydała się Iwaszkiewiczowi na tyle obca, że czuł się w Warszawie w latach 20. wygnańcem. Co więcej – Polski nowego stulecia, tymczasem pisarz uważał się za człowieka wieku XIX, epoki przeszłej, „i tę zamierzchłą przeszłość w sobie pielęgnował”. Autor biografii stawia tezę, że to poczucie przynależności do epoki zaborów i nieudanych powstań narodowych sam bohater traktował „jak mit założycielski całej swojej biografii”, i tezę tę stara się udowodnić.

„Jak więc nagłe wygnanie z kraju dzieciństwa i młodości kształtowało myślenie polityczne Iwaszkiewicza? Czy odcisnęło trwałe piętno na jego późniejszych życiowych wyborach? Jaka nauka mogła dla Iwaszkiewicza wyniknąć ze smutnej powstańczej pamięci rodzinnej [najbliżsi w rodzinie Iwaszkiewicza za udział w powstaniach potracili majątki, a niektórzy jego przodkowie stracili życie na wygnaniu – przyp. mój, B.R.], najwcześniejszych samodzielnych obserwacji i doświadczeń życiowych? Niewiara w trwałość porządków i siłę mocarstw? A może poczucie, że nie wpływa się samemu na bieg historii? Pewność, że w starciu z historią przegrywają zawsze i wszyscy, nawet najsilniejsi?” To istotnie ważne pytania, na jakie stara się Radziwon – nie zawsze wprost – odpowiedzieć w dalszych rozdziałach, w których rozwija opowieść biograficzną w porządku chronologicznym.

Wspomniałem już wcześniej, że Marek Radziwon na podstawie ustaleń Germana Ritza rozwija tzw. „epizod niemiecki” w życiu Iwaszkiewicza. Bliska znajomość z niemieckim poetą Stefanem Georgem, jednym z wybitnych przedstawicieli „nowego romantyzmu” niemieckiego, zaowocowała udziałem w zjazdach organizowanych przez Unię Intelektualistów, grupującej ludzi nauki i sztuki z krajów europejskich, a założoną w 1922 roku przez Karla Antona de Rohana, niemieckiego arystokratę pochodzącego z rodziny francuskiej, która po Rewolucji Francuskiej schroniła się w Niemczech. Z czasem najsilniejsze wpływy w Unii zyskała grupa poetów z kręgu Georgego, marząca o „królestwie poezji”, które zapanuje na ziemi. Utopia ta miała swoje podstawy w obecnym w świadomości niektórych niemieckich kół intelektualnych imperialistycznym micie Niemiec, prowadzącym do idei autorytarnego przywódcy, co już pod koniec lat 20. trafnie zauważył sam Iwaszkiewicz, choć początkowo i on ulegał tym fascynacjom. Radziwon przypomina publikowany na łamach „Wiadomości Literackich” reportaż Iwaszkiewicza z podróży po Niemczech, w którym pisał o roli polskiego wodza-przewodnika, jakim był Piłsudski, „reprezentanta moralnego pierwiastka w historii”. Pod wpływem jednak doznawanych w kontakcie z „wielką” polityką rozczarowań coraz bardziej sceptycznie postrzegał cywilizacyjny rozwój Europy, która nie potrafiła wykreować konkretnej alternatywy dla komunizmu. Coraz bardziej niepokojące były też dla niego oznaki rozprzestrzeniającego się nacjonalizmu. W roku 1933 w listach do żony nie miał już żadnych złudzeń co do lansowanych w Unii idei, które zaczęły być w niebezpieczny sposób realizowane przez nazizm. To, co pisali małżonkowie do siebie w listach prywatnych jesienią roku 1933, Iwaszkiewicz wyartykułował w eseju – napisanym co prawda pod pseudonimem – Mitologia Niemiec współczesnych.

Poświęciłem tej sprawie tyle uwagi, ponieważ w dotychczasowych opracowaniach, poza wymienioną pracą Ritza, „epizod niemiecki” nie stanowił – w przeciwieństwie właśnie do biografii pióra Radziwona – istotnego momentu w życiu autora Czerwonych tarcz. Ta zresztą powieść jest dla niego ważnym dowodem kształtowania się poglądów historiozoficznych pisarza. Radziwon nie ignoruje dzieł Iwaszkiewicza, omawia je jednak w sposób specyficzny, na pewno nie „filologiczny”; kusi go nawet bardziej streszczanie niż analiza, ale nieraz trafnie wydobywa ich ideologię i problematykę. W powieści Czerwone tarcze – uważa Radziwon – leczył się Iwaszkiewicz „z niemieckiego ukąszenia ideą silnego państwa, któremu przewodzi surowy i bezwzględny władca”, dlatego jej bohater – Henryk Sandomierski – odrzuca zdecydowanie pomoc oferowaną przez Barbarossę.

Jaki jest więc stosunek biografa niebędącego „filologiem” do dzieł literackich? Omawia przede wszystkim te utwory, w których dostrzega związek z biografią. Pod tym względem najbardziej charakterystyczne są dla niego właśnie Czerwone tarcze (bo – zauważa Radziwon, opierając się na zawartych w listach do żony relacjach samego pisarza – impulsem do napisania tej powieści był kilkutygodniowy pobyt Iwaszkiewicza w Heidelbergu), a także Sława i chwała (główny bohater to – zdaniem biografa – alter ego autora).

„Wizja, jaką Fryderyk Barbarossa roztoczył przed Henrykiem Sandomierskim, przypomina tę, którą sam Iwaszkiewicz usłyszał kiedyś z ust swoich niemieckich przyjaciół. Jak Barbarossa Henryka, tak von Helmersen, Eten, przede wszystkim Karl Schefold traktowali Iwaszkiewicza” – twierdzi biograf. Przytacza też opinie licznych recenzentów, tych, którzy reagowali tuż po pierwszym wydaniu powieści, i tych, którzy pisali o niej w roku 1947 z okazji jej wznowienia, podkreślając, że żaden z nich „nie zdołał rozpoznać bardziej szczegółowych inspiracji współczesnych”. Trudno się dziwić, jeżeli nie mieli możliwości, w przeciwieństwie do biografa, dotrzeć do genezy powstania powieści.

Równie dużo miejsca, co zrozumiałe z jego punktu widzenia, poświęca autor Sławie i chwale. „Dla nas – zaznacza – najważniejsze będą podobieństwa Janusza Myszyńskiego i samego Iwaszkiewicza. Są one szczególnie wyraźne w scenach opisujących niszczenie polskich majątków na Ukrainie, zajmowania Kijowa przez bolszewików […]. Młody ziemianin, trochę prowincjusz, rozczarowany stolicą, ale jednocześnie onieśmielony, opisywał Ukrainę i ją wspominał właściwie tak samo jak pisarz w Książce moich wspomnień”.

Najważniejszym jednak problemem, który pisarz porusza w ostatnim tomie powieści, jest – zdaniem Radziwona – stosunek do powstania warszawskiego, a szerzej – do wyrastającego z romantyzmu polskiego mitu męczeństwa jako najwyższego wyrazu patriotyzmu. „Finałowy tom Sławy i chwały to przede wszystkim dyskusja właśnie z wzorami postaw polskich, z tradycyjnym pojmowaniem patriotyzmu, który zakłada klęskę całkowitą, byle honorową, który godzi się na ofiarę choćby bezowocną, jeśli szczerą i szlachetną. Niektórzy bohaterowie powieści, jak Spychała, dostrzegają to polskie przekleństwo […]. Spór, jaki Iwaszkiewicz prowadzi z mitem narodowym, z męczeńskim patriotyzmem wyrastającym z ducha romantycznego, z sienkiewiczowską wizją pięknej wojenki, która naprawdę okazuje się krwawą rzezią, jest dla tej powieści najważniejszy”.

Natomiast Wzlot, będący otwartą, dobitną polemiką z Upadkiem Camusa, jest dla biografa dowodem na wyznawany przez pisarza fatalizm ludzkiego losu. Radziwon sięga dość często też do innych utworów, wybiórczo – rzecz jasna – przeważnie do opowiadań, zwykle by poprzeć swoje wywody dotyczące światopoglądu Iwaszkiewicza. I tak na przykład Bitwę na równinie Sedgemoor, opowiadanie z roku 1942, interpretuje jako „najsilniejszy manifest antyheroiczny, na jaki pisarz mógł się wówczas zdobyć”. Traktuje zatem literaturę, twórczość jako materiał przede wszystkim biograficzny.

Dla osób nawet zdecydowanie krytycznie nastawionych do Jarosława Iwaszkiewicza, wypominających mu koniunkturalizm, czy wręcz kolaborację z komunistycznym reżimem, okupacyjna karta w życiu pisarza jest kartą najjaśniejszą. To oczywiście przede wszystkim sprawa Stawiska, które dzięki Annie i Jarosławowi Iwaszkiewiczom stało się w tych mrocznych i grozą ziejących czasach oazą spokoju i stabilizacji, a także azylem dla ukrywających się czy dla uciekinierów z płonącej Warszawy. Nic więc dziwnego, że Stawisku poświęca biograf dwa podrozdziały, przypominając, kim byli liczni rezydenci i kim byli goście domu, znajdujący w nim atmosferę dawnych, swobodnie toczonych dysput literackich. To był też dobry, owocny czas dla samego pisarza, który potrafił skupić się na własnej pracy literackiej. „Wolność pisarska – przekonuje biograf – była dla niego ważniejsza niż cokolwiek, dlatego gotów był na wiele zaniechań i ustępstw, byle tylko ochronić siebie jako artystę”. Dodajmy – ochronić nie tylko siebie, o czym zresztą można się dowiedzieć z książki Radziwona. Iwaszkiewicz zaangażował się w pomoc literatom, pośrednicząc w przekazywaniu im środków pieniężnych dostarczanych z Londynu. Charakterystyczny był też jego stosunek do poetów ze „Sztuki i Narodu”. Wysoko cenił ich jako artystów, dlatego tak krytycznie odnosił się do ich działalności wojskowej. Była ona „w jego pojęciu jednym z fatalnych przykładów działania romantycznego, gdzie, bez rachunków zysków i strat, ponosi się realne ofiary w imię działań symbolicznych”. To przekonanie – jak stara się udowodnić biograf w dalszej części swej pracy – będzie towarzyszyło Iwaszkiewiczowi do końca jego dni.

Radziwon podkreśla, że „wyzwolenie” z niemieckiej okupacji, które przyszło ze Wschodu, nie stało się dla Iwaszkiewicza takim wstrząsem, jak dla niektórych znanych mu przedwojennych intelektualistów, lecz potwierdzało raczej przeświadczenie pisarza o fatalizmie dziejów. „Czy jednak rozumiał skalę zmian? – zastanawia się. – Czy nie ulegał, przynajmniej w pierwszych powojennych latach, kiedy dbano o propagandowe pozory, naiwnym złudzeniom, czy nie wierzył nazbyt w retorykę sprawiedliwości i demokracji?”. O tym, że jednak ulegał złudzeniom, mogą świadczyć podejmowane działania w kierunku założenia niezależnego, jak myślał, pisma. Najpierw miało ono nosić tytuł „Zachód”, szybko zmieniony na „Życie Literackie”, którego pierwszy numer ukazał się już 1 czerwca 1945 roku, przed „Twórczością” i przed „Kuźnicą”. I jakkolwiek cieszyło się jeszcze wówczas nieograniczoną wolnością (niczym przed wojną), to od początku borykało się z kłopotami finansowymi, gdyż wydawane było przez poznański oddział dopiero reaktywowanego Związku Zawodowego Literatów Polskich, mimo starań o przejęcie przez najbardziej stabilnego w tych czasach wydawcę, jakim był „Czytelnik” z Borejszą na czele. Radziwon przywołuje tekst wstępniaka, podpisanego przez Romana Rońskiego, pod którym to pseudonimem ukrywał się sam redaktor naczelny. „[…] Był to wyraz indywidualnych poglądów autora Panien z Wilka – pisarza, który nigdy nie chciał i nie umiał nagiąć się do szybkiego, doraźnego reagowania na współczesność” – słusznie zauważa biograf. Na łamach pisma toczyła się polemika z wyznawcami realizmu socjalistycznego, za co było atakowane w „Odrodzeniu” i „Kuźnicy”. Przetrwało półtora roku, Iwaszkiewicz wcześniej zrezygnował z jego redagowania, ale nie przestał z nim współpracować.

Następną przygodą było założenie i redagowanie „Nowin Literackich”, które pierwotnie miały nawet nosić tytuł „Wiadomości Literackich” i były w wyraźny sposób – nawet można powiedzieć, że demonstracyjnie, począwszy od szaty graficznej – jego kontynuacją. Było to pismo równie ambitne, jak poprzednio przez Iwaszkiewicza redagowane, i równie apolityczne. Ważną akcją podjętą przez redaktora naczelnego było zaproszenie do współpracy wielu pisarzy przebywających na emigracji. Drugim celem tej akcji, bliskim przekonaniom Iwaszkiewicza, była próba namówienia tych pisarzy, między innymi swych dawnych kolegów ze Skamandra, do powrotu do kraju. „[…] Uważał, chociaż sami zainteresowani byli zwykle innego zdania, że prawdziwe i wartościowe pisanie nie jest możliwe poza krajem, w oderwaniu od polskiego czytelnika i od polskich spraw, niezależnie od tego, jakim akurat biegły torem”. Biograf rozwija tę sprawę, opisując nastroje panujące wówczas w literackich kręgach emigracyjnych. Sporo miejsca poświęca na przykład motywom powrotu Tuwima do Polski; do sprawy emigracji i stosunku do niej Iwaszkiewicza będzie powracał jeszcze niejednokrotnie. „Czym była dla niego emigracja?” – zastanawia się biograf w ostatnim, podsumowującym książkę rozdziale, zatytułowanym Artysta, działacz, pan. Odpowiada: „Zawsze stratą, zawsze klęską. Przed pisarzami jego pokolenia otwierały się dwie drogi: dla jednych ucieczka w emigrację była ratunkiem powołania pisarskiego. […] Inni uważali, że trzeba za wszelka cenę pozostać tam, gdzie jest język i kraj, bez względu na to, jak opresyjne jest państwo”.

Ostatnia przygoda Iwaszkiewicza jako redaktora naczelnego, najdłuższa i niewątpliwie najbardziej udana, mimo spłacanych peerelowskiemu reżimowi koncesji, to oczywiście „Twórczość”. Ale biograf nie poświęca jej specjalnie uwagi, o wiele bardziej interesują go perypetie Iwaszkiewicza nie jako redaktora naczelnego, lecz jako prezesa ZLP. I tej sprawie poświęca najwięcej uwagi, omawiając kolejne Zjazdy ZZLP, potem ZLP, a także niektóre posiedzenia Zarządu.

Jarosław Iwaszkiewicz był prezesem nieprzerwanie od roku 1959, wcześniej został prezesem zaraz po reaktywizacji Związku, w roku 1945, na jedną kadencję, po nim objął prezesurę Kazimierz Czachowski. Najobszerniej omawia Radziwon, przytaczając fragmenty wystąpień uczestników zjazdów oraz treść odezw i apeli, te zjazdy – rzecz jasna – które były z politycznego punktu widzenia przełomowe dla literackiego środowiska i szerzej – dla rozwoju kultury w PRL-u: Zjazd ZLP w roku 1956 (jeden z najburzliwszych, owocujących śmiałymi politycznie odezwami oraz wybraniem do zarządu pisarzy wówczas uważanych za opozycyjnych, ze Słonimskim jako prezesem), Zjazd w roku 1959 (gdy opadały już „odwilżowe” fale, czego wyrazem było uzgodnione z władzami wybranie na prezesa – jak się okazało, „dożywotnio” – Iwaszkiewicza), wreszcie Zjazd tzw. katowicki w roku 1978 (kiedy znów podjęto dyskusję o najważniejszych sprawach dla kultury i kiedy to Iwaszkiewicz zachował się solidarnie z obrażanymi przez śląskiego wojewodę pisarzami, wychodząc razem z nimi z nieudanego bankietu, na którym władze nadały Iwaszkiewiczowi tytuł „honorowego górnika”).

Iwaszkiewicz prezesem został z potrzeby kompromisu między środowiskiem a władzami, które zdawały sobie sprawę, że nie czas jeszcze na prezesa partyjnego. Na podstawie listów pisarza, na przykład do Andrzejewskiego, Radziwon konstatuje, że „[…] grał [on] rolę osamotnionego wybawcy, męża opatrznościowego, który wbrew własnym interesom i chęciom zdecydował się wziąć odpowiedzialność za środowisko”. Na jakie osobiste motywy, którymi kierował się Iwaszkiewicz, gdy zgadzał się kandydować na prezesa z kadencji na kadencję, gdy więc świadomie zawierał kompromisy z władzami, wskazuje biograf? Otóż przede wszystkim była to troska o redagowany przez siebie miesięcznik, któremu starał się zapewnić kulturotwórczą rolę, troska o rezydencję w Stawisku, której utrzymanie wymagało nie lada zabiegów i środków, wreszcie troska o możliwość nieskrępowanych wyjazdów za granicę, na Zachód szczególnie, które z czasem stawały się wręcz ucieczką od krajowych problemów i podtrzymywały żywe kontakty pisarza z zachodnią kulturą. Najważniejsze jednak, zdaje się uważać Radziwon, było poczucie strachu, wyniesione jeszcze z czasów ukraińskich, strachu przed miażdżącą jednostki sowiecką machiną represji, który doprowadził pisarza do fatalistycznej wizji dziejów. Dlatego też Iwaszkiewicz był przekonany, że tylko dzięki zachowawczej polityce uda się zachować Związek i uratować go przed likwidacją. Takie rozumowanie było jednym z powodów, dla których odciął się od stanowiska rodzącej się w środowisku pisarzy opozycji, z Marią Dąbrowską na czele, i w końcu podpisał nawet kontrlist, będący reakcją części literackiego środowiska, sterowanego przez władze, na tzw. List 34, co w oczach wielu jego kolegów, nawet pisarzy partyjnych, takich jak Jacek Bocheński, obaj Brandysowie, Konwicki czy Woroszylski, stanowiło oznakę ostatecznego kapitulanctwa.

Biograf tak to komentuje: „Wiosną 1964 roku Jarosław Iwaszkiewicz zaprzepaścił swoją największą szansę. Miał wszelkie dane, żeby stanąć na czele grupy żądającej poszerzenia marginesu swobód – należał do starszego pokolenia pisarzy, miał, jako artysta, wielki autorytet nawet wśród przeciwników, był prezesem, cieszył się względnym zaufaniem władz. Nie musiałby należeć do grupy inicjującej List 34, nie musiałby nawet tego listu podpisywać. Wystarczyłoby, żeby w pewnym momencie wyraźnie stanął w obronie szykanowanych […]. Głęboka przepaść, jaka wtedy otworzyła się między Jarosławem Iwaszkiewiczem a częścią środowiska, nie została zasypana już nigdy”.

Wydarzenia te miały zapewne wpływ na pogłębiające się poczucie osamotnienia i niedocenienia. Pisarz podkreślał co prawda w listach i dziennikach, że nie docenia się jego twórczości, ale nie mógł nie dostrzegać reakcji środowiska literackiego na jego kunktatorskie – jak to postrzegano – zabiegi jako prezesa ZLP.

I jeszcze jeden cytat z ostatniego rozdziału tej niewątpliwie intrygującej, choć i kontrowersyjnej dla mnie, biografii: „Trudno o biografię mniej oczywistą. Jarosław Iwaszkiewicz – chłopak z głębokich ukraińskich kresów, dla którego w pierwszych latach język polski nie znaczył więcej niż rosyjski, biedny korepetytor, który szybko wdarł się na salony Warszawy, wieloletni prezes Związku Literatów, który nie miał złudzeń, co oznacza dla Polski na wiele dziesięcioleci, może nawet stuleci, sąsiedztwo Związku Radzieckiego, reżimowy pisarz, który nie popełnił, poza jednym wierszem do Bieruta, ani słowa zgodnego z doktryną socrealizmu, artysta, którego bogatego dzieła wystarczyłoby dla co najmniej kilku karier pisarskich. Jeden z najświetniejszych poetów i prozaików literatury polskiej niemal w ostatnim ćwierćwieczu nieobecny. Jak badać tę biografię, do jakich odwoływać się źródeł? Jak ogarnąć to życie, w którym przegląda się bez mała cały wiek XX?”.

Marek Radziwon narzucił sobie sztywne ramy, które niefortunnie – jak już na początku zaznaczyłem – nazywa biografią polityczną. Można powiedzieć, że biografia jego pióra staje się wtedy najbardziej interesująca, gdy się z tych ram wyłamuje, gdy ukazuje Iwaszkiewicza na bogatym tle historycznym, czasem nawet zbyt szczegółowo – moim zdaniem – przedstawianym, gdy pisze o jego redaktorskiej działalności, gdy zbliża się do spraw osobistych, jego rozterek duchowych, gdy opisuje liczne wojaże zagraniczne. Najwięcej wątpliwości budzi stosunek biografa do dzieł literackich, interpretowanych głównie pod kątem związków z biografią i zawartych w nich poglądów; niezbyt udolne jest też ich omawianie, które nazywa on analizami, a tak naprawdę jest to raczej streszczanie na – niech mi autor wybaczy tę szczerość – szkolnym poziomie. Za dużo też – sądzę – opisów kolejnych zjazdów Związku Literatów; można się było ograniczyć do tych najważniejszych, bo czy kogoś to dzisiaj specjalnie interesuje, oprócz tych, którzy i tak to pamiętają; za dużo też miejsca poświęca Iwaszkiewiczowi jako prezesowi ZLP, choć pewnie dlatego, że tę działalność przede wszystkim traktuje jako polityczną.

Radziwon przytacza słowa samego Iwaszkiewicza, który obawiał się, że nikt nie potrafi dobrze napisać jego biografii, bo w jego zwyczajnym życiu najważniejsza była intensywność przeżyć. Otóż to! Tej intensywności biografowi nie udało się przedstawić, a bez niej portret Iwaszkiewicza, choćbyśmy obudowali go najbogatszą panoramą epoki, będzie zawsze portretem niedokończonym i niedoskonałym.

Oczywiście, Pisarza po katastrofie można czytać na różne sposoby, również tak, jak czytali ją niektórzy recenzenci, na przykład w „Gazecie Wyborczej”, w „Polityce” czy „Tygodniku Powszechnym”. Dla Ingi Iwasiów „Marek Radziwon napisał jedną z najważniejszych książek o katastrofalnym zasięgu komunizmu, nawet jeśli nie wyjaśnił politycznych uwikłań samego Iwaszkiewicza”. Ja jednak wolałbym, by biografia przybliżyła mnie do Iwaszkiewicza jako człowieka i artysty przede wszystkim, jako jednego z najwybitniejszych poetów europejskich XX wieku. Przybliżyła, to nie znaczy odkryła i wyjaśniła rozliczne tajemnice i zagadki tej wybitnej osobowości.

Bogdan Rogatko

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas