poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANKIETA: WOJCIECH BONOWICZ, ANDRZEJ FRANASZEK, ALEKSANDRA KLICH, AGNIESZKA KOSIŃSKA
Pisanie biografii
Dekada Literacka 2010, nr 4-5 (242-243)
Zadaliśmy biografom dwa pytania:

„1) Co w pisaniu biografii jest najtrudniejszym zadaniem?” oraz
„2) Czy trudno jest nie przekroczyć cienkiej granicy pomiędzy próbami opisania prawdy czyjegoś życia i doświadczeniem podglądactwa, o czym mówi część biografów?”.

Poniżej publikujemy teksty Wojciecha Bonowicza, Andrzeja Franaszka oraz Aleksandry Klich, Agnieszki Kosińskiej, sprowokowane zasygnalizowanymi przez Redakcję „Dekady Literackiej” problemami.



Wojciech Bonowicz

Radość, że nie wie się wszystkiego. Kilka uwag o pisaniu biografii

Myślę o tym, jak będą wyglądały biografie przyszłości. Jak będzie się zbierać materiały? Konieczny będzie dostęp do twardych dysków, archiwizujących maile i tysiące zdjęć robionych przy różnych okazjach. Dziś stałym elementem biografii jest analiza fotografii, które się zachowały. W przypadku osób urodzonych w XIX lub na początku XX wieku jest ich na ogół niewiele. Zresztą także i później wojny oraz migracje poczyniły spustoszenia w domowych archiwach. Czasem mamy do dyspozycji jedno jedyne zdjęcie z dzieciństwa, jedną rodzinną fotografię, pamiątkę z imienin czy wesela, portret w podeszłym wieku. Niekiedy nie ma nawet tyle. Dlatego analizy tego, co ocalało, są takie frapujące. Co jednak w przypadku, gdy czyjaś obecność utrwalona zostanie na setkach tysięcy zdjęć i filmów? I one przecież na ogół powstawały w okolicznościach przypadkowych; coś nam powiedzą, czegoś nie. Czy to prawda, że najważniejsze momenty naszego życia wymykają się utrwaleniu? Że to, co na taśmie filmowej, w zapisie cyfrowym, to jednak „nie to”? Nie można ufać nawet notacjom w dzienniku – bo nigdy nie mamy pewności, czy intymność zapisu nie jest grą, kurtyną, maską. Czy będziemy mogli ufać „nagim” świadectwom, które przez samo to, że nad miarę rozmnożone, wydadzą się nam słabe, nieinteresujące?

Ale z czegoś przecież trzeba będzie budować. Przyszłe prace nad biografią będzie się rozpoczynać od przeszukania internetu? Tak się dziś pisze niemal każda pracę magisterską, również z humanistyki. Wiedza zmagazynowana w książkach i pismach staje się powoli wiedzą dla wtajemniczonych, elity, która nie wpada w panikę w działach bibliograficznych. Chyba że powszechna cyfryzacja wszystkiego stanie się rzeczywistością. Możliwe, że za dwie lub trzy dekady będzie można napisać rzetelną biografię, nie ruszając się z domu i nie spotykając z ludźmi. Dziwne uczucie.

*

Czy biografia to „cała prawda” o człowieku? Wszystko, co na jego temat wiadomo? Tak można pisać o kimś, kto żył w XVI czy XVII wieku (by nie sięgać głębiej) i z jego życia znamy zaledwie kilka czy kilkadziesiąt „twardych” faktów. Owszem, i w XX wieku zdarzają się postaci tajemnicze, w przypadku których nie sposób ustalić ani daty narodzin, ani pochodzenia. Kaspar Hauser może pojawić się w każdej epoce i dowolnym miejscu. Nie jest też wcale tak trudno – nawet dziś – zniszczyć lub zmistyfikować część własnej przeszłości. Sama historia nieustannie zaciera za nami ślady, czasem – jak w połowie XX wieku – robi to ze wstrząsającą gorliwością.

Biografia to zawsze wybór. Wybór faktów i wybór metody. Nie trzeba pisać o wszystkim, żeby napisać   w s z y s t k o . Nie każdy fakt równie znaczy; okresy nudy i bezczynności bywają, owszem, ważne w biografiach artystów i tyranów. Ale w życiu bardziej jednostajnym, uporządkowanym trudno byłoby z nich zebrać materiał na opowieść. Bo biografią, nawet najskrupulatniejszą, rządzi jednak logika opowieści.

Biografia to propozycja. Autor nie powinien kłamać, że to coś innego. Obiektywne nie jest nawet kalendarium wydarzeń, które można dołączyć na końcu gotowej książki. Obiektywne – w przypadku biografii – jest niemożliwe, bo niemożliwe jest zobiektywizowanie wiedzy o tym, co żywe, nawet jeśli czyjeś życie już się zamknęło. Jeżeli autor biografii w trakcie pisania ma poczucie, że „złapał” swego bohatera, że zajrzał mu do wnętrza, zobaczył i wie, powinien natychmiast złamać pióro/odłączyć komputer. Najprzyjemniejszym uczuciem towarzyszącym pisaniu biografii jest świadomość, że człowiek dla drugiego człowieka pozostaje nieprzenikniony. Że – owszem – mamy dostęp do tego lub owego, że możemy uchwycić coś z aury naszego bohatera, powiązać logicznie różne epizody, odkryć jeden czy drugi nieznany ogółowi fakt. Ale ostatecznie i tak natkniemy się na mleczną szybę, zagadkę, broniący dostępu znak zapytania. Gdyby ktoś mnie zapytał na przykład, jaka była wiara Tischnera, odpowiedziałbym: „Nie wiem”. Owszem, mogę powtórzyć to, co sam mówił na ten temat, przywołać świadectwo kogoś, kto znał go blisko, wiedział więcej niż inni, lub przeciwnie – posłużyć się obserwacją poczynioną przez kogoś przypadkowego, kto widział Tischnera (nie będąc widzianym) pogrążonego w modlitwie. Nadal jednak odpowiedź będzie brzmiała: „Nie wiem”.

W s z y s t k o   to w biografii układanka, ale nie puzzle. Nie wszystkie elementy muszą do siebie pasować. I nie wszystkie elementy muszą pojawić się na stole.

*

Zamówienie na biografię ks. Józefa Tischnera przyszło w momencie, kiedy jej bohater był poważnie chory. Któregoś razu (chyba jesienią 1999 roku) na zebraniu wydawniczym w Znaku powiedziałem, że jest coś niepokojącego w fakcie, iż o Tischnerze, czołowej postaci naszego środowiska – i w ogóle życia publicznego w Polsce – wiemy tak niewiele. Nie było w tym czasie nawet jednego porządnego artykułu na jego temat; najwięcej wiadomości można było znaleźć w rozmowach z Adamem Michnikiem i Jackiem Żakowskim, ale były one rozrzucone po całej książce, ich pojawianie się podporządkowane było logice rozmowy, a po sklejeniu powstawał obraz pełen luk i niedopowiedzeń. Skąd wziął się Tischner? Byli tacy, którzy twierdzili, że góralski strój to w jego przypadku przebieranki, krążyły plotki o jego kłopotach z Kongregacją Nauki Wiary, a równocześnie o tym, że miał zostać biskupem, a nawet prymasem – mało kto tak naprawdę wiedział, co Tischner robił przed rokiem 1980. Trzeba by to sprawdzić, opisać – tłumaczyłem. A ponieważ w życiu często jest tak, że jak wystąpisz z jakąś ideą, to ci powiedzą: „Najlepiej zrób to sam…”, otrzymawszy od wydawnictwa roczne stypendium, wkrótce zabrałem się do roboty.

Praca nad biografią jest żmudna i fascynująca. Przypomina (tak sobie wyobrażam – i tak zresztą się wtedy czułem) wydeptywanie ścieżek w zarastającym lesie. Trzeba się przygotować na godziny, dni i tygodnie trawione w archiwach lub spędzane w podróżach, na gromadzenie dokumentów i nagrań, które potem trzeba opracować, na sukcesy i porażki; przy czym są okresy, kiedy tych drugich jest tak dużo, że przychodzi ochota rzucić wszystko w diabły.

Sukcesem jest na przykład ustalenie jakiegoś faktu, który do tej pory pozostawał w sferze domysłów, znalezienie zdjęcia czy listu z okresu, o którym niewiele wiadomo, skonfrontowanie kilku świadectw i stworzenie w miarę prawdopodobnej wersji jakiegoś zdarzenia. Porażką – na przykład odmowa rozmowy, fałszywy trop, śmierć kogoś, z kim planowało się spotkanie.

Fałszywy trop zdarza się często; ludzka pamięć jest zawodna, ale człowiek mimo to upiera się niekiedy przy swojej wersji tak bardzo, że trudno mu nie wierzyć. Zresztą nawet w bardzo zniekształconej opowieści jest jakieś ziarno prawdy, tylko trzeba czasu i wiedzy, żeby je wyłuskać. Podam jeden przykład. Ktoś z dawnych kolegów Tischnera zapewnił mnie, że debiutował on w druku jako licealista w wychodzącym tuż po wojnie piśmie „Młoda Rzeczpospolita”. Przejrzałem uważnie wszystkie roczniki – i nic. Znalazłem Andrzeja Bursę, Leszka Herdegena, Marka Hłaskę, znalazłem nawet fotograficzną relację z Podhala przygotowaną przez kolegę Tischnera z nowotarskiej bursy – na ślad jego samego jednak nie trafiłem. I oto po jakimś czasie w papierach, które pozostały po Tischnerze, znajduję kartkę z odpowiedzią, nadesłaną z „Młodej Rzeczpospolitej” w lipcu 1947 roku. Z odpowiedzi wynika, że przyjęto do druku jego tekst i ukaże się on na łamach pisma po wakacyjnej przerwie. Jednak po wakacjach „Młoda Rzeczpospolita” została przez władze zamknięta.

*

Podstawowym materiałem, na którym pracowałem, były wspomnienia samego Tischnera rozproszone w wywiadach, książkach i audycjach z jego udziałem, oraz relacje świadków. Przepytałem blisko sto pięćdziesiąt osób, drugie tyle miałem zamiar przepytać, ale czas gonił, wydawnictwo czekało na rezultaty moich poszukiwań. Oczywiście, wykonałem obowiązkową kwerendę w archiwach, żeby dotrzeć do dokumentów; nie wszędzie było to równie łatwe. Przejrzałem też setki zdjęć; część z nich opatrzona była opisami, większość jednak wymagała czyjegoś komentarza. Listów Tischnera zachowało się niewiele; nie miałem też dostępu do jego dziennika prowadzonego w liceum, ponieważ rodzina odnalazła go w papierach dopiero po ukazaniu się biografii.

Dziś myślę, że w zasadzie nie napisałem biografii, lecz gawędę. Materiałem podstawowym jest w niej bowiem to, co opowiedziane. To, jak Tischner sam opowiadał swoje życie, i to, jak opowiadali je inni. Oczywiście, zestawiając różne opowieści, budowałem pewną całość, pokazywałem związki między wydarzeniami, sugerowałem przyczyny takich a nie innych decyzji. Poszczególne głosy zawiesiłem na rusztowaniu wzniesionym z faktów, które udało mi się ustalić z niemal stuprocentową pewnością. Tischner jako biografia nie spełnia jednak warunków, jakie postawili temu gatunkowi jego anglosascy mistrzowie. Chciałem (mogłem wtedy tylko?) napisać coś, co zachowa z Tischnera jego aurę, jego esprit, niepowtarzalny – i udzielający się – sposób bycia.

„Biograf anglosaski chciałby być powieściopisarzem, ta pokusa zapewne nigdy go nie opuszcza – pisał Adam Zagajewski w znanym szkicu opublikowanym w książce Poeta rozmawia z filozofem. – Chciałby usłyszeć śpiew każdej minuty, ale musi wzorem Odyseusza zatkać uszy, przywiązać się do masztu biblioteki, do kolumny podtrzymującej dach archiwum. Musi być ascetą, sprawdzać pochodzenie każdej informacji, każdego cytatu, musi podawać w wątpliwość przekazy z epoki, a na końcu książki zwyczaj nakazuje mu umieszczenie setek przypisów lokalizujących źródła informacji i cytatów”.

Ja sobie takich więzów nie nałożyłem. Owszem, sprawdzałem, poddawałem w wątpliwość, nie dopuszczałem informacji, co do których nie miałem potwierdzenia przynajmniej w dwóch rożnych źródłach. Chciałem jednak, żeby Tischner żył przede wszystkim jako opowieść. Bo on w dużej mierze tak żył.

*

Powtórzę: biografia zawsze jest wyborem, autor nigdy nie umieszcza w niej wszystkiego, co wie, proponuje też pewną drogę, która z konieczności staje się kluczem do interpretacji postaci. Wiele zależy od przyjętych założeń. Można pisać „przeciwko” swojemu bohaterowi, „po złości”, nie tając swoich negatywnych emocji – to również jest bardzo ciekawe, choć ja pewnie nie umiałbym takiej biografii napisać. Można fakty interpretować „na korzyść” lub „niekorzyść” bohatera: mieć mu „za złe” wszystko, co „za złe” mieć można, tropić potknięcia i niekonsekwencje, lub – przeciwnie – w rożnych sytuacjach szukać argumentów przemawiających „za” bohaterem. I nie dlatego, by go brązowić, ale by lepiej zrozumieć jego racje, ukazać jego losy w całym skomplikowaniu.

Z przyjętych założeń wynikają też określone proporcje: czemu przyznamy pierwszeństwo, co usuniemy w cień albo na margines. Czasem pojedynczy fakt może zdominować biografię; bywa, że jednemu zdarzeniu poświęca się wiele stron rozważań, a o innym milczy się lub ledwie napomyka. Są biografie pisane z pasją czy misją: mają zerwać zasłony, pokazać to, co do tej pory było zakryte. Bywają i takie, które cierpliwie, metodycznie reinterpretują fakty od dawna już znane.

Mimo woli, autor odsłania w biografii, co w ogóle myśli o ludziach. „Człowieka nie powinno się tak od razu podejrzewać, że ma dobre intencje”, usłyszałem kiedyś od kogoś, kto zajmował kierownicze stanowisko. Dla jednych człowiek będzie zawsze „podejrzany”, dla innych – zawsze „usprawiedliwiony”.

Prowadziłem niedawno zajęcia w szkole pisania: mówiłem o tym, jak przygotować się do przeprowadzenia wywiadu, a jak do pisania biografii. Wywiad celuje w chwilę, biografia – w wieczność. Może pozostawić miejsca niezapełnione, sprzeczne wersje, pytania na przyszłość – ale ma charakter całościowy i liczy na to, że czas obejdzie się z nią łaskawie. To oczywiście złudzenie, ale konieczne, żeby napisać biografię, a nie na przykład portret. Od biografii oczekujemy, że spełni nasze marzenie o całości, o pełni rozumienia. Że będzie niczym ostatnie spojrzenie w chwili śmierci, o którym nic nie wiemy, w którym jednak – ufamy – to, co chaotyczne i pozrywane, ułoży się w jeden czytelny wzór.

Potem – pisząc – odkrywamy, że widzieć tak, jak widzą bogowie, nie sposób. I odkrycie to, choć niezgodne z naszym pierwotnym marzeniem, przynosi nam ulgę.



Andrzej Franaszek

***

Z pewnością setki razy porównywano pracę biografa do łączenia elementów skomplikowanej układanki, w której w dodatku ciągle brakuje kawałków lub pojawiają się nowe. W przypadku życia Czesława Miłosza te „puzzle” mają wymiary monstrualne – w końcu, jak wiadomo, śledząc jego życie, można nauczyć się historii XX wieku, rozpoczętego I wojną światową i jednym z pierwszych wspomnień poety: ciemnością, którą rozdzierają wybuchy bomb i w której jest też bezpieczne ciepło babcinego ciała. Targana narodowościowymi i politycznymi kryzysami Polska Dwudziestolecia, marsz młodych intelektualistów na lewo, śladami Cezarego Baryki, kraj podzielony między dwa totalitarne mocarstwa, kres humanistycznych nadziei, płonących w piecach Auschwitz i rozstrzeliwanych na ulicach Warszawy, zdobycie władzy przez komunistów, zniewolenie umysłu i długi, bolesny proces ozdrowieńczy, wrogi niezależnej jednostce świat czasów „żelaznej kurtyny”, Sartre i Camus, Einstein i Jaspers,wielka emigracja, wielka amerykańska samotność, spotkanie ze Wschodem, katolicyzm, manicheizm, mistycyzm… I jednocześnie kolejne dna rozpaczy i wielkie triumfy, niezmierzone bogactwo spotkań, przyjaźni i niechęci, kobiety, kolejne kobiety, rodzinny dramat, coraz głębsze poczucie, że cena, jaką trzeba płacić za dar poetycki i nieledwie wieczną młodość – jest bardzo boleśnie wysoka.

Nie ma chyba w tej pracy przyjemniejszej chwili niż moment, gdy fragmenty zaczynają do siebie pasować. Małe napomknienie w którejś z książek, list czytany dawno temu w Beinecke Library, czyjaś opowieść, odnalezione zdjęcie – łączą się i przynoszą opowieść, odnalezioną, czy też – wydartą zapomnieniu. Oczywiście, nigdy nie kompletną, zawsze pozostawiającą margines tajemnicy.

Granica, za którą zaczyna się niedyskrecja, podrzędna satysfakcja podglądacza? Szczerze mówiąc, nie sądzę, bym czerpał szczególną przyjemność z docierania do faktów, które miały pozostać zakryte. Pasjonujące jest, że obraz staje się pełny, a pełnia oznacza także cienie. To było życie grane w olbrzymiej ilości tonacji, łączące chwile wzniosłe i także małe, ale przecież wszyscy jesteśmy jakoś „parafianami”, których łączą te same mniej więcej grzechy. Więc raczej bez czerwonych z podekscytowania uszu i zacierania łapek, a z ciągłą próbą zrozumienia, i ciągłym zadawaniem sobie pytania, czy sąd nasz nie jest pochopny. Co nie oznacza pełnej zgody, a dopełnianie się satysfakcji, podziwu, współ‑odczuwania z właśnie niezgodą, nieraz buntem: „dlaczego musiał Pan tak właśnie postąpić, jak mógł Pan tak odczuwać, Panie Profesorze?!”.

A najtrudniejsze zadanie? Najtrudniejsze zadanie jest nierozwiązywalne. Bo można pochwycić i wyjaśnić różne kwestie, najłatwiej te „małe”, ale nigdy nie zrozumiemy, jak wędrowała myśl i jak znajdowała słowa, jak – czerpiąc z nich przecież – wznosiła się ponad najrozmaitsze życiowe dolegliwości. Co sprawiło, że obok tych wszystkich ról, które Miłosz odegrał i które można opisać, że obok nich był – „także” – geniuszem.



Aleksandra Klich

***

Zawsze, gdy zabieram się do pisania o człowieku, mam jeden cel: chcę go zrozumieć. Motywy jego postępowania, decyzji, wyboru życiowej drogi. Pasjonuje mnie śledzenie człowieka, tropienie go, znajdowanie ważnych śladów w gąszczu pozornie błahych faktów. I najważniejsze: spotkanie z bohaterem. Ale jednocześnie im jestem starsza, tym wiem coraz lepiej, że w tym dążeniu do poznania prawdy o człowieku jestem zawsze skazana na klęskę – mniej lub bardziej spektakularną. Nigdy bowiem nie rozpoznam nikogo do końca, nie rozjaśnię jego tajemnicy, mogę co najwyżej dotknąć naskórka prawdy o jego życiu. Przekonanie biografa, że poznał bohatera do końca, jest moim zdaniem nieuprawnioną i źle świadczącą o autorze megalomanią. Choćbym porozmawiała ze wszystkimi znajomymi swojego bohatera, dotarła do wszystkich kochanek, wywróciła zawartość sekretnych alków, zajrzała do łóżka – zaledwie musnę tajemnicę człowieka, o którym piszę. Przekonałam się o tym wielokrotnie; najbardziej dotkliwie, gdy zbierałam materiały do reportażu o Wandzie Półtawskiej, przyjaciółce i współpracownicy Jana Pawła II – wymykającej się dziennikarzom, gubiącej tropy, tak różnej, jak różne były relacje jej przyjaciół i wrogów.

Zdecydowanie trudniej jest pisać biografię osoby żyjącej, niż rekonstruować historię kogoś, kto już odszedł. Choćby dlatego, że człowiek ma naturalną skłonność do obrony swojej prywatności, ale i kreowania wizerunku na użytek publiczny. I trudno bohaterowi tego odmówić. Praca biografa zamienia się wtedy w zabawę w kotka i myszkę. Pisząc książkę o Kazimierzu Kutzu, posunęłam się do bardzo ryzykowanego zabiegu: nie przyznałam się reżyserowi, że zbieram materiały do jego biografii. Namawiałam go do rozmów, naciągałam na zwierzenia przy okazji spotkań towarzyskich lub prywatnych, zbliżyłam się do niego na tyle, że zaczął mi ufać i mówić o sobie. Jak dobrej znajomej dziennikarce, nie biografowi. Czy nie bałam się, że zranię bohatera albo narażę się na jego gniew? Choć przemknęło mi to przez myśl, to jednak strach przed napisaniem kiepskiej, hagiograficznej książki był większy od lęku przed reakcją Kutza. Ale choć zrobiłam tak wiele, by rozpoznać go, ujawnić, obnażyć, dziś wiem, że pokazałam zaledwie ułamek jego życia, zaledwie go musnęłam. W dwa lata po wydaniu książki wiem już jednak, że nic więcej nie jest mi potrzebne – biograf nie jest od obnażanie bohatera, znęcania się nad nim, ale od czułego przyglądania mu się i rekonstruowania go. Im bliżej będę, tym lepiej, ale biograf nie ma prawa zamienić się w sędziego albo oskarżyciela, a tym bardziej IPN‑owskiego historyka. Nie chcę przyszpilać motyla, wolę podziwiać, jak lata.

Czy osobę, której biografię się tworzy, trzeba lubić, być z nią emocjonalnie związanym? W pewnym sensie tak. Nie wyobrażam sobie pisania biografii człowieka, do którego czuję odrazę, niechęć lub kompletnie mi obojętnego. Wchodząc w czyjeś życie, łóżko, buty, zaglądając do jego biblioteki, rozmawiając z jego przyjaciółmi i wrogami, obcując z kimś przez kilka lat, jest się oczywiście skazanym na silny emocjonalny związek z bohaterem. W tym wszystkim trzeba jednak zachować dystans do postaci, nie można się z nią zaprzyjaźnić, nie można z bohaterem – metaforycznie mówiąc – sypiać. Nie wolno o nim śnić. Trzeba jasno powiedzieć, gdzie jest granica między nim a mną. Tylko takie podejście gwarantuje, że biografia będzie uczciwa, że nie stanie się panegirykiem albo pamfletem.

Nie da się nie podglądać bohatera. Żeby go rozpoznać, muszę wiedzieć o nim wszystko: nawet te rzeczy, których być może wiedzieć bym nie chciała. Nigdy nie zadaję sobie pytania, czy mam prawo ujawnić jakąś tajemnicę. Ujawniam ją wtedy, gdy wydaje mi się ważna. Nawet jeśli komuś może się wydawać śmiała – ze względu na poprawność polityczną czy obyczajową. W biografii Kutza posłużyłam się fragmentami jego listów do matki – najbardziej osobistej rzeczy, do której udało mi się dotrzeć (o czym oczywiście nie wiedział). Dzięki temu udało mi się zrekonstruować osobowość Kutza zmieniającą się na przestrzeni lat 50., 60., 70. Nie zawahałam się zacytować fragmentów świadczących o jego poczuciu klęsk (artystycznych i życiowych), bo to – moim zdaniem – buduje opowieść o nim, zbliża mnie i czytelnika do niego. Nie interesują mnie jednak fakty z biografii, które niczego nie wnoszą do opowiadanej historii; rozpalają tylko emocje czytelnika na podobieństwo relacji w gazetach typu „Na Żywo” albo portalach w rodzaju pudelek.pl.

Biograf musi być – parafrazując Herberta – nie kurą, ale orłem. Nie dziobać bohatera, ale wznieść się ponad niego. Tylko wtedy muśnie prawdę o nim. Tylko tyle i aż tyle.



Agnieszka Kosińska

***

Co w pisaniu biografii jest najtrudniejszym zadaniem? Myślę, że wciąż chodzi o to samo: żeby widząc całość życia i dzieła, znaleźć linie (punkty, cechy) konstytuujące osobę i dzieło oraz umieć wyłowić i osadzić znaczący detal.

A jeśli chodzi o rozwiązania szczegółowe, ujmę je w krótkich akapitach:

… żeby nie odrzucać nielogicznych, sprzecznych zachowań, faktów, bo życie ludzkie nabiera sensu (i to zwykle nie dla zainteresowanego, ale dla obserwatorów) dopiero z perspektywy; w chwili stawania się jest pełne nieprzemyślanych, głupawych decyzji, a więc nie możemy tych zachowań za wszelką cenę dopasowywać do jakiegoś z góry przyjętego wzoru.

… zdobyć się na dystans i zachować czułość do przedmiotu badań. Zdać sobie sprawę z naszego do niego stosunku, który lubi się przebierać w różne maski. Nie sądzić po sobie. Nie uprawiać domorosłej psychoanalizy. Możliwie często bić się po łapkach, by doprowadzić się do porządku; szczególnie gdy snuta przez nas opowieść uwodzi nas bardziej niż osoba i dzieło naszego bohatera.

… możliwie często zadawać sobie pytanie: czy dokonujemy aktu poznania, czy projekcji własnych wyobrażeń? Na przykład w książce Artura Domosławskiego o Kapuścińskim widać wyraźne napięcie między autorem Cesarza a kolegą-reporterem, jego późniejszym biografem. Widać, że biograf miał wiele pytań do swego bohatera, pytań, których nie zdążył lub nie miał okazji zadać mu za życia (czy też za życia nie uzyskał na nie odpowiedzi). To wymarzona sytuacja wyjściowa. Jednak nie doczekała się ona rozwinięcia w książce. Domosławski nie dał sobie czasu na uporządkowanie swojego stosunku do Kapuścińskiego, na zbudowanie dystansu. Wskutek czego powstała niejednorodna mieszanina (również pod względem stylistycznym) biograficzna, miejscami trudna do przebrnięcia i dość denerwująca, bo właściwie nie wiadomo, o co biografowi chodzi, czego się czepia i do czego zmierzają różne przywołane przez niego wątki. A przecież są w tej książce fragmenty pasjonujące i widać, że biograf z łatwością sprostałby zadaniu, które sobie wyznaczył.

… trzeba też trochę czasu poświęcić na możliwie dokładne rozpoznanie sposobów autokreacji naszego bohatera. W jaki sposób i kiedy zaciera on ślady? Czemu to służy?

Równie ważne jest uporządkowanie życia na siatce dat, faktów, oświetlanie ich z możliwie wielu punktów widzenia, powoływanie różnych świadków i cytowanie ich w przemyślanych proporcjach. Ciągłe pytania, dlaczego oni tak widzą naszą postać? Nieodzowna jest znajomość kontekstu historyczno-obyczajowego i namysł, czy możemy w ten kontekst wejść możliwie głęboko, by go zrozumieć. I tu pewnie najlepiej, by bohater był bohaterem naszej bajki, tzn. żeby oprócz pasji pisania o nim kierowała nami intuicja, że mamy z nim wiele wspólnego, że w jakiś (w jaki?) sposób jest on nam bliski.

Jeśli się rzetelnie zrobi to wszystko, o czym pisałam powyżej, nie jest tak trudno nie przekroczyć granicy podglądactwa. W ogóle podglądactwo nie ma tu nic do rzeczy. To nie jest właściwe słowo. Istnieje przecież, jak świat światem, niepisana umowa, że skoro osoba pisząca – czy też w ogóle po prostu osoba działająca w przestrzeni publicznej – wychodzi na zewnątrz ze swoim dziełem, musi liczyć się z tym, że ktoś kiedyś zechce o niej napisać, zechce ją zrozumieć, będzie badał motywy jej postępowania. Trochę śmieszą mnie takie zapewnienia, szczególnie znanych osób, że nie pisały na przykład dziennika do publikacji. Może i nie, ale jakie ma to znaczenie? Już Gombrowicz to obśmiał w swoich quasi-autobiograficznych wypowiedziach i tej wersji bym się trzymała na obronę zarówno biografa, jak i jego bohatera.


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas