poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
hm
Co się nie zmieściło w Camerze
Dekada Literacka 2011, nr 3 (246)

Pisałem kiedyś w „Przeglądzie” (z 5 VI) o nieładnych chwytach w publicystyce politycznej w „Rzeczpospolitej”. Lektura jej letnich numerów potwierdza niestety wcześniejsze moje konstatacje. Trudno byłoby pomieścić je w Camerze, przesunę je więc tutaj.

Oto wybitny historyk, prof. Andrzej Nowak, w poważnym (pod wieloma względami słusznym) artykule snuje takie rozważania („Uważam Rze” z 29 VIII–4 IX): „Pamięć splata się z polityką w szczególnie bolesny sposób w związku z tragedią 10 kwietnia 2010 r. Czy można ją traktować w kategoriach swoistej ofiary poniesionej w służbie pamięci ofiar wcześniejszych, których symbolem jest Katyń? Czy też należy ją raczej przedstawić jako absurdalną śmierć przypadkowych ofiar, prowadzonych na rzeź przez fanatyków »martyrologii«, »bohaterszczyzny« i głupiego honoru? [...] Co więc mamy pamiętać? Nas – morderców z Jedwabnego, »złotych żniwiarzy« z żydowskich grobów masowej zagłady? Czy także np. sądowych morderców gen. Augusta Fieldorfa »Nila«, mjra Pileckiego i tylu innych bohaterów polskiej walki o wolność? A może gen. Bór-Komorowski – skoro wydał rozkaz rozpoczęcia Powstania, w którym zginęło 200 tys. cywilów – to też morderca?”. Przyjrzyjmy się temu rozumowaniu. Oto alternatywa (a ściślej mówiąc dysjunkcja) pierwsza: śmierć smoleńska jako ofiara w służbie pamięci ofiar katyńskich czy śmierć przypadkowa ludzi prowadzonych przez nacjonalistycznych fanatyków. W pierwszym członie tej alternatywy występuje wyraz „ofiara”, który rozumieć można wielorako – można być ofiarą własnej naiwności, katastrofy, zamachu... Tu jednak chodzi o ofiarę swoistą – o ofiarę w służbie wartości, a jeżeli „w służbie” – to najwidoczniej świadomą i dobrowolną. Tymczasem – pasażerowie Tu-154 lecieli w poczuciu standardowego dla samolotów poziomu bezpieczeństwa i żadnym ofiarnictwem się nie interesowali. Drugi człon jest konstrukcją samą w sobie sprzeczną. Śmierci te były przypadkowe albo były świadomie spowodowane przez owych fanatyków. A przy tym nikt nie zarzucał inicjatorom i organizatorom lotu, że prowadzili jego uczestników na śmierć – to absurdalne zmyślenie autora artykułu. A oto alternatywa druga: nikt z tych, co pisali o mordercach z Jedwabnego, nie kwestionował tego, że należy pisać o mordercach Fieldorfa i Pileckiego, nikt też nie hierarchizował ważności tych spraw. Nikomu przez głowę nie przeszło, by Bora-Komorowskiego nazywać mordercą. Znana to taktyka – tworzyć sobie wyimaginowanego przeciwnika, wkładać mu w usta horrendalne głupoty, tym sposobem atakować przeciwników rzeczywistych.

Paweł Lisicki na 3 stronie pierwszego numeru „Uważam Rze”: „Tam gdzie zamiast argumentów królują obelgi, traci dobro wspólne”. Jerzy Jachowicz na 69 stronie tegoż numeru: „Kiedy słucham niektórych polityków lewicy mówiących o patrzeniu w przyszłość, mam odczucie, jakby sterana 80-latka, która w przeszłości wiele lat usługiwała w burdelu, tańczyła przede mną kankana i wmawiała, że jest (nienaruszonym) podlotkiem”.

O tym, co jest przyjemną lekturą dla Piotra Zychowicza dowiadujemy się z jego recenzji komiksu Wilcze tropy („Rzeczpospolita” z 14 VII). Jest to „scena, w której polscy żołnierze podpalają rakietnicą stodołę, gdzie do zasadzki przygotowują się Sowieci. Ze środka wybiega oficer NKWD w skórzanym płaszczu. Choć cały stoi w płomieniach, strzela jeszcze w stronę Polaków z pistoletu. Celna seria ze szmajsera posyła go jednak w błoto. Naprawdę lektura Wilczych tropów sprawia wielką przyjemność”.

W artykule Nowocześni naziści i reakcyjne mohery („Plus Minus” z 13–15 VIII) Piotr Gursztyn zadaje – na prawach dygresji – pytanie: „dlaczego mord w Jedwabnem zdarzył się »dopiero« w lipcu 1941 roku, a nie na przykład we wrześniu 1939? Albo przed wrześniem, kiedy endecka ludność rządziła miasteczkiem?”. Jasne jest, jaką odpowiedź implikuje to pytanie. Ale pytanie sformułowane jest niemądrze: do masowego mordu i przed wojną, i we wrześniu 1939 r. nie mogło dojść, bo nie dopuściłyby do tego ani władze polskie, ani sowieckie.

Tako rzecze Bronisław Wildstein („Rzeczpospolita” z 26 VII): „patriotyzm jest lojalnością wobec najszerszej wspólnoty, z jaką potrafimy się zidentyfikować”. Wildstein chyba czasem szybciej pisze niż myśli. Bo po pierwsze – patriotyzm to chyba więcej niż lojalność. Po drugie – jest to deklaracja skrajnego egoizmu narodowego. Autor zapomina o tym, że ogromna część polskiego społeczeństwa czuje się przynależna do wspólnoty większej niż naród, jaką jest Kościół katolicki.

Rafał Ziemkiewicz w „Rzeczpospolitej” (z 18 VII) pisał: „Każdy może sprawdzić, że Rymkiewicz, nazywając ich [redaktorów „Gazety Wyborczej”], spadkobiercami Róży Luksemburg i Komunistycznej Partii Polskiej, odnosił się jednoznacznie i wyłącznie do ich dzisiejszej działalności, obecnych zachowań i dzisiaj głoszonych poglądów. Tematu ojców, wujów i prawdziwych nazwisk Rymkiewicz nie tknął, zresztą nikt ich nie tyka”. A przecież Rymkiewicz pisał, iż redaktorów „Gazety Wyborczej” „wychowano tak, że muszą żyć w nienawiści do polskiego krzyża”. Twierdzenie to odnosi się nie tylko do dzisiejszej działalności i obecnych zachowań, ale do przeszłości redaktorów, i do ojców i wujów, którzy rzekomo tak ich wychowali. Kilka dni później, 22 lipca, po stronie Rymkiewicza wystąpił w tejże „Rzeczpospolitej” Piotr Zaremba. Poglądy jego tak oto uzasadnia: redaktorzy „Gazety Wyborczej” są spadkobiercami KPP, bo Jacek Żakowski uważa KPP za „normalną partię” i podobne wnioski „można wysnuć” z tego, że „Gazeta Wyborcza” wystąpiła z obroną Brunona Jasieńskiego. Twierdzenie, że szefowie ci nienawidzą Polski i chrześcijaństwa, uzasadnia tym, że „bagatelizują oni znaczenie patriotyzmu i religii”. Trzeba powiedzieć wprost: wszystko to razem jest krętactwem i przede wszystkim przejawem pogardy dla zdrowego rozsądku czytelników. Opinia Żakowskiego nie ma tu nic do rzeczy, bo nie jest on redaktorem „Gazety Wyborczej” i Rymkiewicz na pewno nie jego miał na myśli. Obrona Jasieńskiego jako patrona szkoły, słuszna czy nie, nie jest dowodem na to, że redaktorzy ci są duchowymi spadkobiercami Róży Luksemburg i KPP. Wreszcie zarzut bagatelizowania patriotyzmu i religii jest nie tylko gołosłowny, ale i nieprawdziwy, nawet gdyby był prawdziwy, to między bagatelizowaniem a nienawiścią jest ogromna różnica.

Tenże Ziemkiewicz w felietonie Samoobrona inteligentnych proletariuszy („Rzeczpospolita” z 30–31 VII) utrzymuje, że pojęcie „inteligentny proletariat” pochodzi z programowych artykułów pisma „Pobudka” (wychodzącego w latach 1889–1893). Taki tytuł nosił już artykuł Jana Ludwika Popławskiego w „Głosie” z 1888 r., zaczerpnięty zresztą prawdopodobnie od rosyjskiego publicysty, Dymitra Pisariewa, który już w roku 1865 pisał o „myślącym proletariacie”. Całkowicie mylne jest twierdzenie, że pierwsi polscy socjaliści sądzili, iż klasa inteligenckich rozbitków ze stanu szlacheckiego zrobi w Polsce socjalistyczną rewolucję – nazwa partii Ludwika Waryńskiego, „Proletariat”, jest tego wystarczającym dowodem. Wręcz zdumiewa przekonanie autora, że robotnicy polscy byli generalnie wrodzy socjalistom – tak jakby nie wiedział o ich masowym udziale w rewolucji 1905 r. czy o sukcesach wyborczych PPS w okresie międzywojennym. W obsesyjnej nienawiści do socjalizmu we wszelkiej jego postaci (Ziemkiewicz nazwał go kiedyś „guanem”), pisze o działaczach I Międzynarodówki ryczałtowo, że to „szemrane towarzystwo”. Ma tu więc na myśli nie tylko Marksa i Engelsa, ale i Bebn Bebla, Wilhelma Liebknechta, Walerego Wróblewskiego. O tym, że to „szemrane towarzystwo” organizowało rocznicowe obchody ku czci powstania listopadowego i styczniowego, więc może zasługują na łagodniejszą ocenę, erudyta z Rzepy zdaje się nie wiedzieć.

W „Uważam Rze” (nr 161) Waldemar Łysiak zalicza Andrzeja Garlickiego do tych „dupolizów reżimu”, którzy w czasach PRL-u głosili, że „Piłsudski był kanalią, despotą i głupkiem”. Wystarczy zajrzeć do trylogii o Piłsudskim Garlickiego (zakamuflowanej ze względów cenzuralnych neutralnymi tytułami), by przekonać się, że jest to wierutne kłamstwo. Ale nie bez powodu w tym felietonie Łysiak przytacza słowa: „Szkalujcie, szkalujcie, zawsze coś się przyczepi”.

Z kolei w „Uważam Rze” (nr 26) prof. Zdzisław Krasnodębski przeciwstawia patriotyczne pisarstwo Sienkiewicza „ulubionemu zajęciu polskiego postępowego inteligenta – znęcaniem się nad przegranymi i kopaniem słabszych”. Ciekawe kogo prof. Krasnodębski ma na myśli. Prusa? Abramowskiego? Żeromskiego? Boya? Słonimskiego?

Piotr Semka („Plus Minus” z 20–21 VII 2011), zadaje pytanie: „Co by było, gdyby Piłsudskiemu w sierpniu 1920 nie udała się ofensywa znad Wieprza? Co by się stało, gdyby Tuchaczewski przełamał polski opór i rozwścieczony sporymi stratami pod Radzyminem opanował stolicę i w ramach szału zemsty wyrżnął 100 czy 200 tys. warszawian? A całe miasto spalił z premedytacją jako przestrogę dla reszty burżujów w całej Europie. Czy zamiast Bora-Komorowskiego na podpalacza Warszawy nie awansowałby wtedy Piłsudski, który odrzucił twarde, ale dające jakieś szanse propozycje pokojowe Sowietów? Czy nie znaleźliby się tacy, którzy wywodziliby, że Piłsudski bez sensu podjął walkę z bolszewikami i rozjuszając ich, pośrednio moralnie odpowiada za hekatombę stolicy? Czy »realiści« nie głosiliby, że nie trzeba było się w żadną awanturę wdawać, że lepiej było zostawić bolszewikom Warszawę bez oporu i ocalić dziesiątki tysięcy ludzkich istnień?”. Rzeź 200.000 warszawian i spalenie stolicy przez wojska Tuchaczewskiego to supozycja absurdalna. Sowieci do ludobójstwa i spalenia całego miasta na pewno by się nie dopuścili – chcieli przecież zjednać sobie poparcie jakiejś części jego mieszkańców. Masakra taka byłaby też zdumiewającą głupotą wobec planów wywołania rewolucji w Europie Zachodniej. A Tuchaczewski, jakkolwiek by go oceniać, nie był bezmyślnym krwiożercą, i w swojej książce, Pochód za Wisłę, wyraźnie pisał, że liczył na prosowiecką rewolucję w Polsce. Rosja sowiecka proponowała w lipcu 1920 r. bezpośrednie rokowania pokojowe z Polską, ale do nich nie doszło; nie wiadomo więc, jakie warunki by stawiała. Dywagacje, jakby zachowywali się wobec nich „realiści”, są zatem bezsensowne. Decyzję obrony Warszawy zresztą – oczywistą dla wszystkich partii politycznych, poza komunistami – podjął wówczas nie Piłsudski, ale Rząd Obrony Narodowej, w którym był i Witos, i Daszyński, i maciej Rataj, i Władysław Grabski. Decyzja ta mogła doprowadzić do zwycięstwa i jak się okazało – doprowadziła. Natomiast Bór-Komorowski podjął decyzję o powstaniu, wiedząc, że bez pomocy Sowietów skazane jest na klęskę, a na pomoc tę nie powinien liczyć. Nikt jednak za to nie nazywa go „podpalaczem Warszawy”. I wreszcie insynuuje Semka: gdyby Piłsudski przegrał – nie potępiono by go za to, jak Polacy nigdy nie potępiali wodzów przegranych – Kościuszki, Skrzyneckiego czy Traugutta. „Plus Minus” jest ambitnym tygodnikiem, publikuje często poważne artykuły. Dziw bierze, że publikuje także dyrdymały.

Na zakończenie – perła szampańskiego humoru panów Mazurka i Zalewskiego („Uważam Rze” nr 32): „Nieufność Hofmana budzą szczególnie diwy: Katarzyna Kolenda-Zaleska i Monika Olejnik. Okazuje się, że Hofman zna je »po owocach«. To niech pan opowiada panie Adamie. Pomarańcze czy mandarynki? A może jednak melony?”.


Szanowny Panie Redaktorze,
Z prawdziwym przygnębieniem przeczytałem w rubryce „Camera obscura” (nr 1–2/2011) o przygnębieniu, z jakim jej autor przeczytał moją rzekomą opinię, że Zemsta Fredry to „staroświecka piła, służąca głównie męczeniu młodzieży”. I skomentował: „Jeśli na taką ocenę ze strony poważnego krytyka zasługuje najlepsza komedia polska, to powstaje pytanie, po co w ogóle zajmować się naukowo historią literatury polskiej, a tym bardziej – po co uczyć jej w szkołach?”.
Dzięki za dobre słowo; z tym większą przykrością przychodzi mi stwierdzić, że krytyka opiera się na całkowicie fałszywej lekturze. Artykuł w „Dialogu” nr 11/2010, z którego Kamerzysta wyrwał cytowane słowa, poświęcony był podjętemu w Teatrze Dramatycznym im. Szaniawskiego w Wałbrzychu projektowi reinterpretacji na scenie tematów znanych z telewizji oraz ze szkolnych lektur. Projektowi ciekawemu, ale rozpoczętemu porażką, którą była właśnie Zemsta. Opisałem nieudany konkurs na współczesną parafrazę dramaturgiczną tej sztuki, pokazując – cytuję sam siebie – „do jakiego stopnia kunsztowna, zamknięta konstrukcja Fredrowskiej komedii stała się dla współczesnych dramatopisarzy nie podnietą do rozmontowania pudełka i poskładania go inaczej, lecz przeszkodą, zamkniętą szkatułką, w którą można co najwyżej walnąć młotkiem w odruchu złości”. I dwa zdania dalej pisałem o inscenizacji: „Reżyserka bardzo chciała się rozprawić ze staroświecką piłą, służącą głównie męczeniu młodzieży…”.
Trzebaż wyraźniej? Powstaje pytanie – że sparafrazuję Kamerzystę – po co używać najzupełniej przejrzystej ironii, jeśli najtęźsi czytacze pozostają na nią głusi?
I jeszcze jedno. Parę słów przed zacytowanym przez Kamerzystę zdaniem informuję czytelników, że o wałbrzyskiej Zemście mówię tu w skrócie, bo obszerniej pisałem o niej gdzie indziej, i podaję, gdzie. Gdyby autor rubryki zechciał tam zajrzeć, wiedziałby że przypisywanie mi takiej opinii o Fredrze, jaką mi przypisał, jest niedorzecznością. A przecież większość uwag zgłaszanych w Camerze polega właśnie na tym, że ktoś formułujący błędną opinię, czegoś nie skonfrontował, nie skorzystał z odnośników, nie zajrzał we właściwe miejsce, zabrakło mu erudycji i skrupulatności. Co czytam nieodmiennie z nabożnym podziwem i szacunkiem; tym więc mi smutniej, że ze znakomitym Kamerzystą muszę się pieniać w sprawie własnych słów.
Z serdecznymi pozdrowieniami.

Jacek Sieradzki

Nie ma co się wykręcać: nieuważnie przeczytałem artykuł Jacka Sieradzkiego. Przepraszam.

Henryk Markiewicz



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas