poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
hm
Camera obscura
Dekada Literacka 2011, nr 3 (246)

Pomylił się Tadeusz Drewnowski, pisząc w „Polityce” (nr 1/2), że wiersz Janusza Różewicza (starszego brata Tadeusza) zamyka ostatnią antologię poetycką tamtej epoki ułożoną przez Jerzego Andrzejewskiego. Antologię współczesnej poezji polskiej 1918-1938 opracowali Antoni Andrzejewski i Ludwik Fryde.

Agnieszka Osiecka napisała w liście do Jeremiego Przybory ze Szwecji, że „grają tu jakieś ramoty duńskie i szwedzkie, jakiś Scribe, stary T. Williams”. Magda Umer wyjaśnia w Listach na wyczerpanym papierze Osieckiej i Przybory (Warszawa 2010, s. 154): „Scribe – skryba, pisarz Tennessee Williams (1911-1983)”. Tymczasem wystarczyło zajrzeć do jakiejkolwiek encyklopedii, by się dowiedzieć, że Eugène Scribe (1791-1861) to bardzo popularny kiedyś dramatopisarz francuski, m.in. autor Szklanki wody i Walki kobiet.

W rubryce „Przeglądu” (Prze)błyski (nr 5) czytamy: „Nikt nie słyszał o wierszach Słowackiego z powstania listopadowego, Mickiewicz napisał zaś jeden powstańczy wiersz – za to genialny i znany każdemu Polakowi”. Redaktorzy „Przeglądu” nie słyszeli o powstańczych wierszach Słowackiego, ale wielu innych Polaków czytało jego Hymn („Bogarodzico…”), Pieśń legionu litewskiego czy późniejszego Sowińskiego w okopach Woli. A co do Mickiewicza, to napisał on nie jeden powstańczy wiersz („Przeglądowi” chodziło o Redutę Ordona), ale także Nocleg, Śmierć pułkownika i Pieśń żołnierza.

Piotr Zychowicz („Fenomen Lwowa”, dodatek do „Rzeczpospolitej” z 27 I), powtarzając z aprobatą porównanie Polski do obwarzanka, dodaje już od siebie: „To właśnie z Kresów Wschodnich pochodziło to, co w Polsce najlepsze. Tam zrodziła się nasza wspaniała kultura  […], stamtąd pochodzili najwięksi artyści, naukowcy i mężowie stanu”. Red. Zychowicz zapomniał, że kultura polska rodziła się na kilka wieków wcześniej niż Polska połączyła się z Wielkim Księstwem Litewskim. Kłaniają się też późniejsze duchy Długosza, Kopernika, Kochanowskiego, Frycza-Modrzewskiego, Chopina, Prusa, Matejki, Curie-Skłodowskiej, Żeromskiego i Wyspiańskiego. A Wadowice też nie na Kresach Wschodnich leżą.

Istniał zwyczaj, że w wydawnictwach wielotomowych czy seryjnych błędy dostrzeżone w tomie wcześniejszym prostowano w erratach tomu następnego. Nie poszli za tym wzorem redaktorzy Dzieł zebranych Herlinga-Grudzińskiego. Ewidentne, a dość istotne omyłki w komentarzu do t. I wytknięte w „Dekadzie Literackiej” (2010, nr 1/2) nie zostały poprawione w t. II. Ambicje wzięły górę nad obowiązkiem wobec czytelników.

Ludwik Stomma („Polityka” nr 6) pisze: „Można tu jeszcze przypomnieć Stefana i Marię Ossowskich”. Sam jednak nie pamięta, że znakomity socjolog, o którego tu chodzi, miał na imię nie Stefan, lecz Stanisław. Stefan miał na imię znany w Dwudziestoleciu jasnowidz Ossowiecki.

W artykule Tomasza Venclowy („Tygodnik Powszechny” nr 5) można wyczytać, że Mickiewicz, podobnie jak Dostojewski, cierpiał na epilepsję. Twierdzenie – jak dotąd – mickiewiczologii nieznane, wysnute zapewne z inscenizacji Dziadów Konrada Swinarskiego.

Bronisław Wildstein („Rzeczpospolita” z 1 II) ironizuje: „Ludzie małej wiary czepiają się, że jedynym efektem owego ocieplenia [w stosunkach polsko-rosyjskich] są tantiemy dla Andrzeja Wajdy”. A Kamerzyście się wydaje, że są to ludzie małego rozumku politycznego i wielkiej czelności (gdyby to nie był autor nazwiskiem Wildstein, należałoby użyć innego, mocniejszego słowa). Jeszcze Wildstein. W artykule Poeci i cenzor, czyli Polska Rymkiewicza i Polska Michnika („Uważam Rze" nr 6) pisze on: „Autora Wieszania uznać można za piewcę wzniosłości, która współcześnie rugowana jest z naszej kultury”. Błyskotliwie powiedziane: wzniosłość na miarę wysokości szubienicy… W tymże artykule autor wprowadza w błąd czytelników, twierdząc, że spółka Agora postawiła przed sądem wielkiego poetę Rymkiewicza. Przed sądem miał stanąć nie poeta Rymkiewicz, lecz Rymkiewicz autor publicystycznego wywiadu szkalującego redaktorów „Gazety Wyborczej”. Głupstwa też pisze Wildstein, utrzymując, że celem programu Róży Luksemburg była „likwidacja naszej narodowej tożsamości” i że uznawała ona „istnienie narodu za przeszkodę komunizmu”. I jeszcze jedna uwaga: Wildstein nazywa postawę polityczną Michnika i redakcji „Gazety Wyborczej” wyrazem „wziętym z dawnej polszczyzny” – zaprzaństwo. Nie potrafi różnić się w poglądach bez użycia obelg. Takich autorów nazywano w dawnej polszczyźnie „paszkwilantami”.

Aneta Kyzioł pisze w „Polityce” (nr 5) w związku ze spektaklem Szczęśliwe dni – Końcówka w reżyserii Antoniego Libery w Teatrze Polskim w Warszawie: „Tłumacz i strażnik twórczości – od lat wystawia sztuki swojego mistrza. Wszystkie takie same, ściśle podążające za wskazówkami autora. Kto widział jedną, nie musi oglądać następnych. Kto przeczytał sztukę, nie musi oglądać inscenizacji, bo do sztuki nowych sensów ona nie wniesie”. Wczytajmy się w tę wypowiedź. Wynika z niej, że: 1. skoro rezultatem reżyserii wiernej wskazówkom autora jest to, że wszystkie jego sztuki wyglądają jak takie same – to znaczy, że są one takie same; 2. nie ma różnicy między przeczytaniem sztuki a oglądaniem jej na scenie; 3. tylko ze względu na wniesione przez reżysera nowe sensy warto wystawiać dawniejsze sztuki; sensy nadane przez autorów są jałowe. Może to zabrzmi niegrzecznie, ale przypomina się stara metafora o karłach siedzących na ramionach olbrzymów, z tym dodatkiem, że tutaj wydaje się karłom, że olbrzymy zmalały, a one wyolbrzymiały.

„Kwerenda kojarzy się z czymś przeraźliwie nudnym” – pisze Stanisław Łubieński w „Nowych Książkach” (nr 2). Jest to jedno z najdziwniejszych zdań o pracy naukowej, jakie zdarzyło się Kamerzyście przeczytać. Kwerenda – poszukiwanie materiałów – to chyba najciekawsza, a czasem najbardziej satysfakcjonująca część pracy badacza!

Stanisław Tym („PlusMinus” z 12-13 II) przytacza za polskim historykiem z Kalifornii, Zbigniewem Stańczykiem, opowieść Polki, która jako dziecko umieszczona w czasie wojny w sowieckim domu dziecka, twierdziła, że dopiero na polskiej granicy „po raz pierwszy w życiu poczęstowano ją ciepłym posiłkiem”. Jest to relacja absurdalna – i dziwne, że panowie Stańczyk i Zychowicz w nią uwierzyli. O gorącą zupę było przecież najłatwiej nawet w najgorszych wojennych warunkach aprowizacyjnych.

Według Krzysztofa Masłonia („PlusMinus” z 19-20 II) pamflet Stefana Żółkiewskiego na książkę Wacława Borowego O poezji XVIII w. „dał asumpt do usunięcia profesora Borowego z uniwersytetu, zniszczenia człowieka przez czerwonych hunwejbinów”. Borowy był w istocie atakowany przez propartyjnych studentów polonistyki, ale na uniwersytecie pozostał aż do śmierci w 1950 r.

Myli się Anita Zuchora („Wprost” nr 7), pisząc, że Wojciech Pszoniak zadebiutował w Starym Teatrze w Biesach w reżyserii Andrzeja Wajdy. Premiera tej sztuki odbyła się w 1971 r., tymczasem Pszoniak grał tam już w r. 1968 w Klątwie reżyserowanej przez Konrada Swinarskiego.

Dwa sprostowania do wywiadu Jana Błońskiego z Krystyną i Stefanem Chwinami, zamieszczonego w książce Błoński przekorny (s. 449 i 450). Błoński, wspominając o „człowieku, który miał największą chyba francuską bibliotekę w Polsce”, wymienia nazwisko „Górski”, gdy tymczasem chodzi tu o romanistę Zygmunta Czernego. Górski (Konrad) pojawił się dlatego, że również on był profesorem uniwersytetu toruńskiego i również on miał świetną bibliotekę, przywiezioną z Wilna, ale polonistyczną. Z kolei Chwinowie pytają Błońskiego o pierwszy jego występ, wraz z Puzyną i Flaszenem „na zjeździe w Nieborowie” (w r. 1947). Tymczasem referat ten wygłosili młodzi krytycy na zjeździe kół polonistycznych w Warszawie w r. 1949.

Trzeba się chyba pogodzić z tym, że słowo „spolegliwy” straciło swe pierwotne znaczenie – „taki, na którym można polegać”, na rzecz wręcz przeciwnego – „taki, który łatwo ustępuje” – skoro nawet ks. Adam Boniecki napisał, że „spolegliwość” „Tygodnika” wobec władz „miała granice” i że Graczyk sugerował, że to środowisko było „ogromnie spolegliwe” („Tygodnik Powszechny” nr 9).

Kamerzysta ze zdziwieniem przeczytał opinię prof. Wojciecha Burszty („Gazeta Wyborcza” z 7 III), że sielankowy obraz wsi został nam zaszczepiony przy udziale „oficjalnej ideologii PRL-u”. Ależ wystarczy sięgnąć do ówczesnych podręczników szkolnych, by znaleźć tam nieustanne i często przesadne przypominanie nędzy chłopskiej, ucisku pańszczyźnianego i „kułackiego” wyzysku.

Coś pokręciło się Tadeuszowi Sobolewskiemu, gdy w omówieniu czasopisma „Konteksty” („Gazeta Wyborcza”, tenże numer) napisał, że Leopold Lewin chodził do podstawówki w latach 50. Poeta i tłumacz o tym imieniu i nazwisku urodził się w 1910 r.

Piotr Szulkin w wywiadzie dla „Przeglądu” (nr 10) mówi wiele słusznych i odważnych rzeczy, ale myli się, twierdząc, że „dramat Wokulskiego bierze się z jego pochodzenia. Gdyby miał inne, Łęcka nie zrobiłaby mu afrontu”. Niestety, u Prusa jest inaczej – Wokulski jest pochodzenia szlacheckiego i uzyskuje poświadczający to dokument. A Łęcka przyjmuje w końcu jego oświadczyny; to on z nią zrywa.

Krzysztof Varga („Duży Format” z 10 III) nazywa powieść Jerzego Andrzejewskiego Popiół i diament – „produkcyjniakiem”. Widocznie albo powieści tej nie czytał, albo nie wie, że „produkcyjniak” oznacza powieść o socjalistycznym współzawodnictwie pracy, a o tym w Popiele… nie ma ani słowa!

Dorota Jarecka („Wysokie Obcasy” nr 14) informuje izraelską artystkę Yael Bartanę, że „Mickiewicz powiedział: Tam ojczyzna, gdzie źle”. Źle ją informuje – Mickiewicz nigdy czegoś takiego nie powiedział. Do wiersza Pan baron wprowadził w – w ironicznym kontekście – antyczne powiedzenie „Gdzie dobrze, tam ojczyzna”.

Jan Gondowicz („Nowe Książki” nr 3, s. 5) opowiada, jak to w młodych latach, zachwycony przeczytanym esejem Rafała Marcelego Blütha, zaczął szukać jego innych tekstów rozproszonych w prasie. „Bibliografii nie miał, niczego. Co ja się nawertowałem czasopism!” – mówi. Czyżby na polonistyce warszawskiej nie poinformowano go, że w Instytucie Badań Literackich znajduje się tzw. „kartoteka Bara”, czyli bibliografia zawartości czasopism polskich do r. 1939, gdzie bez trudu mógł znaleźć wszystkie potrzebne mu informacje.

W ciekawym wywiadzie („Polityka” nr 11) Andrzej Wajda mówi, że opozycja przed r. 1989 myliła się, wierząc, iż większa część społeczeństwa będzie chciała i umiała skorzystać z wolności. Interlokutor Wajdy, Jacek Żakowski, komentuje: „klasyczny błąd oświeceniowej sielanki, narodników i Poety z Wesela”. Co ma na myśli Żakowski mówiąc o „oświeceniowej sielance” trudno zgadnąć, a Poeta ma w głowie tylko panny i Zawiszę Czarnego. Żakowskiemu chodzi tu zapewne o chłopomanię nie Poety, lecz Pana Młodego.W związku z tymże wywiadem – mówi tu Wajda, że Robespierre „wszystko trzymał twardą, kostyczną ręką”. „Kostyczna ręka” ma tu zapewne oznaczać rękę kościstą. Ale „kostyczność”, wbrew pozorom, nie ma nic wspólnego z kościstością – oznacza „uszczypliwość, złośliwość” (łac. „caustum” – soda; więc kostyczny – dosłownie: „żrący”).Ciekawostka – zresztą sympatyczna: Leszek Zwierzyński w książce Egzystencja i eschatologia: genezyjska wyobraźnia Słowackiego (Katowice 2008) w przedmowie dziękuje 30 wymienionym z nazwiska osobom!

Żartem o sprawie serio i z nadzieją, że Kamerzysta nie zostanie posądzony o obrazę uczuć religijnych. Autorytatywnie rozstrzygnięty został spór wszczęty ongiś przez Jana Tadeusza Stanisławskiego w sprawie „wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy (i odwrotnie)”. Kardynał Kazimierz Nycz oświadczył w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” (z 23-25 V), że Wielkanoc to „największe święta dla chrześcijan. To święta, bez których nic by nie było. Gdyby Chrystus nie umarł i nie zmartwychwstał, to właściwie nic by się więcej nie wydarzyło”. Zwolennik wyższości Bożego Narodzenia mógłby jednak odpowiedzieć, że gdyby Chrystus się nie narodził, to by i święta Zmartwychwstania też nie było.

Bulwersujące rzeczy wypisuje Maria Jolanta Olszewska w artykule Napoleon przed sądem historii umieszczonym w pracy zbiorowej Zapomniany dramat (t. 1, Warszawa 2010) wydanej przez Wydział Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego pod redakcją tejże M.J. Olszewskiej i Krystyny Ruty-Rutkowskiej. Czytamy tu: „Po roku 1905, kiedy nastąpiło złagodzenie cenzury pisarze chętnie sięgali po zakazane dotąd tematy z historii Polski” (s. 256). I tu autorka wymienia szereg utworów, z których większość powstała na długo przed 1905 r. A są to utwory powszechnie znane. Oto ich tytuły i daty ich publikacji: O żołnierzu tułaczu (1896) i Popioły (1904) Żeromskiego, Bitwa pod Raszynem (1881) Walerego Przyborowskiego, Huragan (1902), Rok 1806 (powinno być: Rok 1809-1903), Pani Walewska (1902), Szwoleżerowie gwardii (1903) Wacława Gąsiorowskiego. Badacz literatury XIX w. Powinien wiedzieć, że opowiadanie O żołnierzu tułaczu i Popioły ukazały się przed r. 1905. Nie musi wiedzieć, kiedy ukazały się powieści Przyborowskiego i Gąsiorowskiego, ale jeśli nie wie lub nie jest pewny swej wiedzy, powinien zajrzeć do bibliografii. Trudno, śpiącego nie można obudzić grzecznie – trudno, trzeba te lapsusy nazwać po imieniu: ignorancja i lenistwo.

Krzysztof Masłoń tak omawia Złote żniwa Grossów w „PlusMinus” z 2-3 IV: „Na okładce książki czytamy: »Wybitni polscy intelektualiści zajmują się przemilczanym aspektem stosunków polsko-żydowskich w czasie drugiej wojny światowej«. Darowałbym sobie przymiotnik »polski«, rezerwując go dla wilków. A swoją drogą, Gross to niesłychanie zdolny facet. Trzema swoimi książkami wzniecił na nowo antysemityzm nad Wisłą. Tylko tak dalej!”. Masłoń ma rację. Kwestionowanie przez niego polskości autorów Złotych żniw jest tego dowodem.

Marek Jurek i Paweł Kowal (obaj z wykształcenia historycy) piszą („Rzeczpospolita” z 15 IV): „Warto przypomnieć, że kategorię ludobójstwa dla zbrodni katyńskiej stosowały władze ZSRR podczas procesu norymberskiego, gdy próbowały nim obciążyć Niemcy. Ten sposób myślenia nie ma zatem charakteru partykularnego stanowiska PiS, jak sugeruje w »Gazecie Wyborczej« Marcin Wojciechowski, ale jest utrwalony w polskiej świadomości historycznej i prawnej”. Jako autorytety w sprawie stosowania kategorii ludobójstwa występują tu radzieccy prokuratorzy, głoszący na procesie norymberskim kłamstwo katyńskie! Co więcej – ich to miałoby być zasługą, że taki sposób rozumienia ludobójstwa utrwalił się w polskiej świadomości historycznej i prawnej. Trudno o bardziej niefortunną argumentację.

Piotr Zychowicz („Księga Kresów Wschodnich 2” nr 8), pisząc, że ofiarami represji wobec Polaków w ZSRR w latach 30. XX w. byli także komunistyczni aparatczycy, orzeka: „Tych żałować nie warto”. A może jednak niektórzy z nich nie zasłużyli na Gułag czy rozstrzelanie i żałować ich warto? W porównaniu z innymi błędami w prasie są to niewielkie nieścisłości – ale jednak nieścisłości: hasłem rewolucji francuskiej nie była Wolność – Równość – Niepodległość, jak pisze Stanisław Sławomir Nicieja („Księga Kresów Wschodnich 2” nr 16), lecz Wolność – Równość – Braterstwo; Gałązka rozmarynu nie jest śpiewogrą, jak sądzi Krzysztof Masłoń (tamże), lecz widowiskiem, w które autor, Zygmunt Nowakowski, wplótł kilka zaledwie legionowych piosenek.

Danuta Ulicka („Nowe Książki” nr 4) w recenzji książki Magdaleny Horodeckiej Zbieranie głosów (o Kapuścińskim) wytyka autorce, że wbrew jej zapisowi Bachtin nie jest autorem Dialogu – języka – literatury, a nazwisko „Biełyj” w dopełniaczu nie brzmi „Biełyja”, lecz „Biełogo”. Dodaje przy tym karcąco: „Właśnie w takich lapsusach można dopatrywać się symptomu rzeczywistego »orientalizmu«, tym bardziej groźnego, że mimowolnego. Kapuściński by tak nie napisał”. Nie jest dla mnie jasne, o co autorce chodzi, chyba o rzekomo lekceważący stosunek Horodeckiej do kultury rosyjskiej, oceniany tu jako „groźny”. Tymczasem zapis Bachtinowski jest poprawny – czyżby Ulicka nie znała książki Dialog. Język. Literatura, która pod nazwiskiem „Bachtin” ukazała się w r. 1983 zredagowana przez jej uniwersyteckich kolegów, Eugeniusza Czaplejewicza i Edwarda Kasperskiego? A w związku z błędem w odmianie nazwiska „Biełyj” (nie takim znowu strasznym, skoro odmieniamy „Tołstoj” – „Tołstoja”, a nie „Tołstego”) wszczynać alarm, że to przejaw „groźny”, to doprawdy czepialstwo. Zwłaszcza na tle tego niechlujstwa, które pleni się w polonistyce literackiej, także w nieodległych od Ulickiej okolicach.

W nekrologu Zdzisławy Pszczołowskiej („Teksty Drugie” 2010, nr 5) Zbigniew Kloch pisze, że jej ojciec Stefan Rudniański „zajmował się metodyką pracy umysłowej. Był autorem poczytnych w swoim czasie książek z tej dziedziny”. „Profesor Pszczołowska pochodziła z przedwojennej inteligencji o tradycjach lewicowych, lecz takiej lewicowości nie należy w żadnym wypadku utożsamiać z tym, co się pod tym określeniem rozumie dzisiaj – lub pojmowało w czasach PRL”. Informacja gładko napisana, lecz mówiąc oględnie – nieścisła. Bo Stefan Rudniański był przede wszystkim historykiem filozofii, autorem prac o filozofii materialistycznej i marksizmie, docentem Wolnej Wszechnicy Polskiej, a w l. 1940-1941 – profesorem Uniwersytetu Lwowskiego. Jego lewicowość była politycznie bardzo konkretna – był aktywnym członkiem KPP od chwili jej powstania. Czyżby o tym wszystkim prof. Kloch nie wiedział?

Jacek Żakowski („Polityka” nr 18) nazywa 3 maja „wymyślonym przez sanację świętem”. Gdyby zajrzał do zamieszczonego w tymże numerze „Polityki” artykułu Adama Kożuchowskiego, dowiedziałby się, że 3 maja został ustanowiony świętem państwowym już w r. 1919, a więc na 7 lat przed dojściem do władzy sanacji.

Rada dla autorów i redaktorów, nawet z tytułami profesorskimi: jeśli nie uczyliście się łaciny (co nie jest powodem do wstydu), to unikajcie w publikowanych artykułach zwrotów łacińskich. Asumpt do tej rady daje Kamerzyście „Res Publica Nowa” (nr 19), w której jednym z podtytułów w artykule Przemysława Czaplińskiego jest napis „HOMINI SOVIETICI”, zamiast jedynie poprawnego – „homines sovietici”. Kto nie zna łaciny, ten nie zdaje sobie sprawy, że jest to byk wołający o pomstę do nieba.

Rafał Kalukin („Wprost” nr 17) przypomina, jak to jesienią 1990 r. „atakował Wałęsę Adam Michnik w tekście opublikowanym przez niemiecki »Die Tageszeitung«. Nomen omen na tych samych łamach półtorej dekady później ukaże się paszkwil na Lecha Kaczyńskiego, który wywoła »aferę kartoflaną«”. „Nomen omen” znaczy dosłownie: „imię to wróżba”, tzn. z imienia wnioskować można o charakterze. Autor (nie on jeden zresztą) używa tego wyrażenia zupełnie bezsensownie.

Uważnych czytelników książki Miłosz Andrzeja Franaszka zaintrygował może fragment listu Miłosza do Barańczaka: „Lekturą mojego dzieciństwa była Złota różdżka, przekład z niemieckiego (Peter Strumpeter)” (s. 757). „Strumpeter Peter” dostał się do indeksu nazwisk. Tymczasem jest to przekręcony tytuł oryginału tej książeczki, pióra Heinricha Hoffmana – „Der Struwwelpeter”, co znaczy Piotr rozczochrany. Miłosz zmienił również imiona innych postaci tego zbioru.

Prof. Andrzej Markowski („Gazeta Wyborcza” z 4 V) mówi: „Ostatnio na przykład słyszałem słowo »parytet« na oznaczenie proporcji 50 na 50. Tymczasem to oznacza (pominąwszy znaczenie ekonomiczne) ustalony stosunek jakichś wielkości, niekoniecznie pół na pół”. Kamerzystę właśnie zdziwiło coś przeciwnego – używanie słowa „parytet” dla oznaczenia innych niż równościowe relacje. Bo przecież „paritas” znaczy po łacinie „równość”.

Wierzyć się nie chce, że Andrzej Nowak, który jest profesorem historii, uważa Kostka-Biernackiego za przedstawiciela lewicy II RP („Gazeta Wyborcza” z 7-8 V). A kiedy interlokutor przeciw temu zaprotestował, przypominając, że Kostek-Biernacki był m.in. komendantem obozu koncentracyjnego w Berezie – profesor nie uznał za potrzebne wycofać się z tej opinii.

Ireneusz Krzemiński, polemizując z horrendalnym skądinąd artykułem Joanny Lichockiej, ogłosił w „Rzeczpospolitej” (z 11 V) tekst pt. Zwierzęca nienawiść oszalałych paranoików. I takim stekiem obelg rzuca profesor uniwersytetu i członek zarządu Polskiego Pen Clubu! Nb. przypisanie zwierzętom uczucia nienawiści jest chyba odkryciem zoologicznym.

Bronisław Wildstein („Rzeczpospolita” z 24 V) twierdzi, że żarty z nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego zostałyby przyjęte z powszechnym uznaniem i aplauzem jako przejaw zdrowej krytyki i poczucia humoru. Czyta się te słowa i scyzoryk się w kieszeni otwiera. Minął rok od zgonu prezydenta Kaczyńskiego – i nigdzie z takim żartem nie można się było spotkać, a jeśli gdzieś się nawet pojawił, to był to incydent zupełnie odosobniony i nikt go nie akceptował. Trudno więc nazywać supozycję Wildsteina inaczej jak publicystyką demagoga.

Dziwne rzeczy wypisuje Michał Szułdrzyński w tejże „Rzeczpospolitej” z 11 IV: „Już pod zaborami ścierały się ze sobą dwa stronnictwa. Jedno szans na niepodległość upatrywało we współpracy z carską Rosją, drugie – z Prusami czy Rzeszą Niemiecką. Analogicznie było podczas okresu międzywojennego. Choć istniało wówczas niepodległe państwo polskie, wobec szybkiego wzrostu sąsiednich potęg wiele czasu poświęcono na dyskusje, czy lepiej z Hitlerem iść na bolszewików, czy też razem z Kremlem walczyć z potęgą III Rzeszy. Gdy w 1939 roku Polska zniknęła z mapy, pytanie stało się jeszcze bardziej aktualne”. W rzeczywistości – tylko w czasie pierwszej wojny światowej i tylko niektóre stronnictwa miały nadzieję uzyskania pewnej formy niepodległości od państw centralnych lub od Rosji. A w międzywojennej Polsce nikt o sojuszu z III Rzeszą, a tym bardziej z ZSRR nie dyskutował. Z obu tymi mocarstwami państwo polskie zawarło pakt o nieagresji i starało się utrzymać równy wobec nich dystans. Wreszcie po klęsce wrześniowej mało kto chyba wierzył w rzeczywistą niepodległość z woli Stalina, a już od Niemców na pewno nikt się jej nie spodziewał.

Świetny artysta Andrzej Grabowski („Wysokie Obcasy” nr 17) ze swadą mówi o Żeńcach Szymonowica i Nad Niemnem Orzeszkowej, ale ze znajomością Mickiewicza jest u niego – by tak rzec – kiepsko, skoro twierdzi, że w Pani Twardowskiej występuje fraza „Hulaj dusza, piekła nie ma”. W rzeczywistości jest to żartobliwy telegram, jaki miał otrzymać François Mauriac od zmarłego Andre Gide’a: „Piekła nie ma. Możesz sobie pohulać. Daj znać Claudelowi”.

Ze zgrozą czyta się dzieła literatury dla dzieci i młodzieży na marcowej liście bestsellerów w „Gazecie Wyborczej” z 10 V: na 10 tytułów siedem to powieści o wampirach, a do tego dochodzi jeszcze jedna o wilkołakach!

W zeszycie o Piłsudskim z cyklu „Wielcy Polacy” „Gazety Wyborczej” wybito wielkimi literami cytat z Ignacego Daszyńskiego: „Nie znałem wśród ludzi publicznych grzeczniejszego, uprzejmiejszego w wyrazach i formach towarzyskich”. Ale o brutalnych i obelżywych wystąpieniach Piłsudskiego po przewrocie majowym (za które atakował go także Daszyński) – ani słowa!

Niezwykłym – mówiąc eufemistycznie – językiem posługują się Agnieszka Wolny-Hamkało i Juliusz Kurkiewicz, charakteryzując w „Gazecie Wyborczej” (z 13 V) książki nominowane do nagrody NIKE. Oto przykłady: „W Obsoletkach poczucie humoru znakomicie współgra z językowymi bonusami” (czy w języku polskim nie ma wyrazu „nagroda”, „premia”?); „[Powieść] jest otwarta: nieobliczalna i rozpisywana wciąż na nowo przez pełnokrwistych bohaterów”; „Pod blichtrem tragikomicznej farsy powieść rozpatruje wielkie sprawy”; „Czechy to kraj, który pod blichtrem gromkiego śmiechu i piany dobrego piwa, ukrywa melancholię” (znowu ten blichtr; autorzy zdaje się niedokładnie rozumieją, co ten wyraz znaczy); „Tytułowy pogłos jest rodzajem powidoku”; „Dobry reporter jest katalizatorem opowieści, wyjmuje knebel, który nie pozwala ludziom mówić” (katalizator, który wyjmuje knebel...); „Czytelników obdarowuje swoim talentem zaglądania pod poduszkę”; „W nowym tomie poetka [...] zwodzi i atakuje mocną frazą i doskonale zbudowanym zdaniem” (jaka jest różnica między „mocną frazą” a „doskonale zbudowanym zdaniem”?); „Ich [wierszy] rytm przywodzi na myśl mantrę niezobowiązującą i przez to sympatyczną”. Już nie języka, ale historycznych faktów dotyczy nazwanie Samuela Zborowskiego „kozackim hetmanem”. Wiadomość o tym u Paprockiego jest mało prawdopodobna, co zresztą Rymkiewicz w swej książce zaznacza.

Grzegorz Jankowicz („Tygodnik Powszechny” nr 18) pisze, że Karol Wojtyła „uczęszczał na zajęcia teatrologiczne prowadzone przez Stefana Kołaczkowskiego, Władysława Dobrowolskiego i Stanisława Pigonia”. Ani Kołaczkowski, ani Pigoń takich zajęć na pewno nie prowadzili. Co do W.J. Dobrowolskiego, to ten w ramach „lektoratu żywego słowa” prowadził interpretację tekstów dramatycznych.

Bogdan Nowicki pisze („Śląsk” nr 5): „Dlatego najistotniejszą rzeczą w książce Rymkiewicza jest powrót do Lebensweltu, czyli sięgnięcie do najgłębszej warstwy rzeczywistości, jej podmiotu, który w historycznej etiologii odkrywa twórczą subiektywność, która nadaje sens światu”. Czy Państwo rozumiecie? Bo ja nie.

Według Pawła Wrońskiego („Gazeta Wyborcza” z 20 V) rewolucję moralną „wymyślili zwolennicy sanacji”. W rzeczywistości narodziny tego hasła są znacznie wcześniejsze. Użył go włoski prawnik i polityk Enrico Ferri w r. 1869, a w Polsce rozpowszechnił Edward Abramowski (Zagadnienia socjalizmu, 1899).

Kazimierz Brakoniecki publikuje w „Twórczości” (nr 5) obszerny Dziennik berliński wypełniony erudycyjnymi refleksjami o niemieckiej historii i literaturze. A równocześnie pojawiają się w tym tekście elementarne błędy gramatyczne w wyrazach niemieckich. Autor pisze „der Brücke”, zamiast „die Brücke” (s. 84), „Deutsche Auschwitz” zamiast „Deutsches Auschwitz” i horrendalne „das Mönch”, zamiast „der Mönch” (s. 84). Dziwne to.

Leszek Szaruga (Podróż mego życia, Szczecin – Bezrzecze 2010, s. 205), rekonstruując na podstawie relacji matki „podręczną biblioteczkę socrealisty”, wymienia m.in. „dzieła wybrane jakiegoś Dobrolubowa”. Jakiegoś! Czyli skądinąd nieznanego. Wydawałoby się, że literaturoznawca powinien wiedzieć, że to jeden z klasyków rosyjskiej krytyki literackiej XIX w.

Errata do felietonu Ziemkiewicza zatytułowanego Rosyjska errata („Plus Minus” z 15 VIII) w związku z Historią przyszłości Mickiewicza. Autor nie wie, że pierwsze dwie wersje tego utworu Mickiewicz zaczął pisać po francusku w r. 1829 w Petersburgu (przedstawiała ona przyszły triumf techniki i upadek moralny Europy, a także jej uratowanie przez kobiety przed najazdem Chińczyków). Dopiero druga wersja, też pisana po francusku, powstała we Francji, w pierwszej połowie lat 30. Ziemkiewicz nie wie, że zachowały się z niej rozbieżne w treści dwa fragmenty i zupełnie fałszywie referuje jej treść („wojna skłóconych cesarzy” i „masowa rewolta pobratymczych ludów”). Nie wiadomo skąd Ziemkiewicz zaczerpnął wiadomość, że Mickiewicz myślał o wydaniu swego dzieła, ale po deportacji Lelewela z Francji pod naciskiem rosyjskim obawiał się, że i jego mógłby spotkać ten sam los. Mickiewicznie nieco wcześniej wydał w Paryżu gwałtownie antyrosyjską III część Dziadów, pisywał antyrosyjskie artykuły do „Pielgrzyma Polskiego” – i nic złego mu się z tego powodu nie stało. Nic się też nie stało innym autorom polskim, którzy również we Francji publikowali antyrosyjskie książki i artykuły. Nie wiadomo skąd zaczerpnął Ziemkiewicz przekonanie, że przywódcy polskiej lewicy uważali „niemal jednobrzmiąco proletariat za żywioł z natury endecki” (określenie „animal naturaliter endeciorum” użył w rozmowie Henryk Dembiński w latach 30. XX w.). Rubryka Ziemkiewicza nosi tytuł „Tabula R.A.Z.A”, nawiązując do łacińskiego wyrażenia „tabula rasa”. Ale stosowniejszą nazwą byłoby – „Tabula impura”.

Igor Janke (też „Rzeczpospolita” z 1 VIII) alarmuje: „Polskie państwo   r z ę ż y ”. Rzęzi aż tak mocno, że zapomina o gramatyce.

Ukazała się antologia pt. Teoria wiedzy o przeszłości na tle współczesnej humanistyki (Wydawnictwo Poznańskie). Tytuł jest o tyle nieścisły, że w antologii tej zamieszczone są tylko prace anglo-amerykańskie. Jeden z autorów wprowadził jednak motto niemieckie – z Fichtego. Wydrukowano je tak: „Erst wie eine Fredem Gewalt [der Mensch] ergreift, ihm vortreibt, und in ihm lenendig wird, kommt wirkliches und wahrhaftes Daseyn in sein Leben”. A powinno być: „fremde”, „den Mensch”, „ihn vorttreibt”, „lebendig”. W jednym krótkim zdaniu – cztery pomyłki. Książka miała redaktora naukowego, redaktora prowadzącego, redaktora tomu i redaktora technicznego. I nikt tego nie zauważył.

Z naszego ogródka: Marta Wyka („Dekada Literacka” nr 1-2, s. 65) informuje czytelników, że nazwisko Klaczki brzmiało Jehuba Lejb. Tymczasem są to tylko dwa jego pierwotne imiona – pierwsze hebrajskie, drugie w jidysz, przekształcone z hebrajskiego „Lewi”. Klaczko to jego autentyczne nazwisko rodowe.

Dla pokrzepienia serc: Reżyser Lech Majewski mówi („Polityka” nr 12): „Dziś kanonem akademickiej sztuki stało się śmietnisko i pseudoszokowanie. Wystarczy rozbić telewizor i wstawić go na postument do galerii. Krytycy będą kombinować, czy przypadkiem nie chodzi o protest przeciwko konsumpcyjnemu stylowi życia, terrorowi mass mediów itd.”.

hm









 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas