poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAREK OLSZEWSKI
Dożywotni kibic istnienia?
Dekada Literacka 2011, nr 3 (246)

Janusz Szuber
Powiedzieć. Cokolwiek
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011

Jeżeli można dziś jeszcze mówić o linii Miłosza w polskiej poezji, to niewątpliwie twórczość Janusza Szubera do niej właśnie należy. I nie mam tu na myśli wyłącznie opinii samego autora, który dość jednoznacznie przyznaje się w nocie na czwartej stronie okładki, że najnowszy tom skonstruował w dużej mierze z inspiracji Miłoszową formą bardziej pojemną. Poziom nawiązań jest znacznie bardziej wyrafinowany i wielopoziomowy, o czym przyjdzie dalej napisać.

Stało się już niemal zwyczajem, że wydawcy kolejnych tomików sanockiego poety na ostatniej stronie okładki przywoływali słowa zachwytu Czesława Miłosza, rekomendujące utwory autora arcydzielnego Piania kogutów. Szuber miał zresztą szczęście do tego typu „namaszczeń” – kolejnym entuzjastą jego twórczości był Zbigniew Herbert. Teraz, kiedy po Starych Mistrzach pozostały już tylko książki, poezja Szubera zdaje się nadal podążać po wytyczonych przez nich ścieżkach, na przekór modom i wyraźnym tendencjom. W ramach tego poetyckiego zapożyczenia jest jednak jak najbardziej własna w konsekwentnie rozwijanej opowieści o sobie samym, automitologii budowanej na prywatny użytek. Od czasu wydania dwóch ważnych zbiorów poetyckich, stanowiących swoisty kościec historii inicjacyjnej (O chłopcu mieszającym powidła, Znak, Kraków 1999 oraz Lekcja Tejrezjasza i inne wiersze wybrane, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003), każdy kolejny tomik na rozmaite sposoby dopowiada coś do raz rozpoczętej historii.

Wielogłosowość, na którą zwracam tu uwagę, oraz różnorodność zastosowanych przez autora form poszerzają horyzont poszukiwań własnego głosu. W obrębie tomu sąsiadują ze sobą liryka refleksyjno-filozoficzna i mikroopowiadania prozą, liryka wyznania i wiersze autotematyczne, formy poddane ścisłym rygorom konstrukcji oraz te bardziej rozgadane, bliskie żywiołowi eseju. Bardzo ciekawie wypadają nawiązania do tomów dawnych – poeta ponownie zamieszcza wiersz Kto?, dopisuje dwie zwrotki do powstałego przed czterdziestu laty utworu (Obłe obłoki nad katedrą, znane we wcześniejszej, krótszej wersji jako To nasze oczy), a także w nowym kontekście umieszcza centon Las wielki i niedźwiedziów dosyć. Te zabiegi skłaniają do zadawania pytań o ciągłość przeżycia. Wracają ulubione motywy, barokowe inspiracje, fascynacja sarmatyzmem. Poeta spotyka się z sobą dawnym, literatura zaś wyznacza przestrzeń spotkania. Bardzo to bliskie Gadamerowskiej hermeneutyce, zwłaszcza, że tożsamość podmiotu wierszy Szubera kształtuje się w relacji do bardzo różnych manifestacji „nie-ja”. To już nie tylko otaczające bohatera przedmioty czy inni ludzie, to również utrwalone w poetyckich zapisach formy „ja”. Poeta przegląda się więc we własnej twórczości, rozpoznaje ją bądź rekontekstualizuje i czeka efektów.

Charakterystyczna pod tym względem jest trzecia część książki, wypełniona krótkimi prozatorskimi tekstami, w których podmiot powraca do momentów, gdy był młodzieńcem. Czyżby zatem Proustowskie odzyskiwanie czasu? W utworach z Powiedzieć. Cokolwiek odbywa się ironiczny ruch, polegający na wchodzeniu i wychodzeniu z zamkniętej czasoprzestrzeni, której granice wyznaczają doświadczenia biograficzne. Jego inicjatorem jest rozeznany w sprawach świata bohater, wciąż jednak ponawiający pytanie o własną tożsamość. Okres dzieciństwa u poety sanockiego jest czasem niewinnej bezrefleksyjności, życia nieświadomego w idealnym i naturalnym przymierzu z „nie-ja”, oznacza po prostu „bycie, czym się jest”. Być może dlatego na opisanie tego stanu konieczna była rezygnacja z dotychczasowej formy. Zwrócenie uwagi na narrację – poddaną czasowości, która „zmienia przypadkowe i incydentalne w niezbywalny komponent koniecznego” – wydaje się tu podyktowane chęcią uspójnienia, domknięcia obrazu „ja”. Czy jednak będzie to próba udana? Wypada raczej wątpić. Nie jest przecież powiedziane, że pamięć za chwilę nie zacznie tworzyć nowych konstelacji, które ponownie otworzą opowieść.

Właśnie pamięć jest u Szubera podstawową materią poetycką. Nie bez przyczyny obszerny tom poświęcony jego twórczości nosi tytuł Poeta czułej pamięci (Rzeszów 2008). Rzeczywistość oswojona, lokalna, ziemia sanocka ma dla bohatera znaczenie palimpsestu – nakładają się na siebie historia i teraźniejszość. Również natura „użycza swego głosu zmarłym mędrcom”, jak napisze autor w wierszu Cadyk przemówi. Wsłuchiwanie się w jej rytmy pozwala odkryć inny wymiar czasu. Poeta stale przemieszcza się pomiędzy możliwością a spełnieniem, wyobrażeniem a przedstawieniem, poświadcza paradoksalną potencjalność przeszłości. To czerpanie z losów minionych jest jednak ambiwalentne. Z jednej strony wiąże się z odpominaniem, przywracaniem do życia zapoznanych postaci oraz słów, które utraciły semantyczną więź ze swoimi desygnatami. Tak jest w wierszu Obśliź i Ślipunder – historii o dwóch takich, „wyrugowanych z idiomu”, którym poeta pozwala znów zaistnieć, na chwilę wiersza. Z drugiej zaś strony takie wykorzystywanie historii może budzić etyczne podejrzenia, ponieważ uprzywilejowuje twórcę i pozwala mu rościć sobie pretensje do miana demiurga. Nieprzypadkowo postawę niechęci do tak pojętej działalności przybiera, przepytywany przez bohatera, prałat S. (Stary człowiek i paw), który dysponuje sporą wiedzą na temat lokalnej społeczności kilku pokoleń („jej, jego, ich życie, o które wypytywałem, powinno nadal pozostać w cieniu i nie nam je z tego cienia wydobywać”).

A jednak osobność, zbyt bliska osamotnieniu, przynależność do samego siebie, nie staje się wartością nadrzędną. Zanadto przypomina izolację. Jak podpowiada również kontekst przywołanego w jednym z tekstów Alberta Camusa, każda próba ucieczki od człowieczeństwa jest dżumą. Dlatego w procesie samopoznania przezwyciężyć tę tendencję można tylko zrzekając się części „ja” na rzecz świata. Bohater oddelegowuje siebie do Innego, by w spotkaniu z nim potwierdzić własny obraz, skonfrontować go i umocnić. Oczywiście, sytuacja patrzenia na rzeczywistość stawia również podmiot w stan podejrzenia, bowiem samo spojrzenie nigdy nie jest niewinne, stanowi przecież równocześnie narzędzie nadzoru i wtłacza w struktury władzy. Nie można przecież „patrzeć i nic”, o czym przekonuje wiersz pod tym właśnie tytułem. A nawet, jeśli „czyste patrzenie” byłoby możliwe, zaraz pojawiają się zarzuty pod adresem podmiotu o zobojętnienie na sprawy ludzkie, elitarystyczne oddzielenie...

Tytuł tomu Powiedzieć. Cokolwiek każe sądzić, że dla poety nie ma niczego ważniejszego niż mowa. Ona sama w sobie jest już wartością, posiada rangę powinności. Jakże to odległe od znanych w literaturze polskiej figur zamilknięcia poetyckiego, by wspomnieć choćby bliski metrykalnie Szuberowi przykład poezji Ryszarda Krynickiego. Słowo-Logos osadzone jest w świecie, dlatego niezwykła jest jego waga. Przez słowo możliwe wydaje się docieranie do rzeczywistości, ale również do siebie, każda natomiast artykulacja przypomina łapczywe chwytanie świata, co nie pozostaje bez związku z tak już dyskusyjną Miłoszową formułą poezji jako ocalenia. Czy jednak język nie upomina się o swoje, nie przeszkadza kunsztownie wybrzmiewającym frazom, nie zakłóca klasycznej harmonii?

To jedno z zagrożeń, którym poezja Szubera musi stawić czoła, choć – jak sądzę – wiersze z tomu Powiedzieć. Cokolwiek opór stawiają coraz mniejszy. Relacja pomiędzy tekstem a ich twórcą jest wysoce problematyczna. Zapisane utwory, oglądane na kartce papieru, „są bardziej” niż wówczas, kiedy były myślane, z kolei ich autora jest „mniej i mniej”. W tym miejscu przypomina się fragment eseju Jerzego Stempowskiego O czernieniu papieru, w którym autor niezwykle trafnie spostrzegł, że pisanie jako właściwa postawa myśli „wymaga parania się słowem, tworzywem niepewnym, na przemian zbyt opornym lub zbyt płynnym, posłusznym prawom innym od praw myśli i wydającym przy manipulowaniu nim nieoczekiwane iskry i zgrzyty”. Wiersz myślany jest „plastrem na bolące miejsce”, jest tym, czego nie da się pomyśleć inaczej. Z kolei zapisany, poczyna żyć własnym życiem, oddziela się od autora, nieraz narażając go na śmieszność czy prowokując banałem. Jest samostanowiącą się formą wobec braku formy ostatecznej.

Dostrzegam w poezji Szubera z tomu Powiedzieć. Cokolwiek kilka powodów, które nakazują mi dokonać zastrzeżeń wobec formuły poety jako „dożywotniego kibica istnienia” i ostatecznie opatrzyć ją znakiem zapytania. Trochę już o tym pisałem, teraz podsumuję: pierwszym elementem wprowadzającym niepokój w ramy Szuberowego wiersza jest zatem język, w mniej lub bardziej świadomy sposób wydziedziczający obserwatora świata obiektywnego, narzucający własny rytm, łudzący płynnością frazy. Zgryźliwego komentarza do tej sytuacji dostarcza motto, stanowiące cytat z bajki Ignacego Krasickiego Wabik, przywołane przez poetę w wierszu Poprawiny, które brzmi: „I to może być nauką: / Gubi się frant swoją sztuką”. Drugim powodem mojego zwątpienia jest paradoksalnie sama pamięć, która niepostrzeżenie może zamienić się w to, przed czym bohater Szubera broni się najbardziej, a więc w przestrzeń odgrodzenia się od świata. Stąd już tylko krok od zamieszkania w udomowionej przestrzeni sentymentalnej czułostkowości. Poeta ucieka przed tym niebezpieczeństwem, korzystając z asekuracji ironii, autoironii. Nie można jednak zapominać, że ta jest bronią obosieczną – niby zapewnia niezbędny dystans, ale tym samym załamuje głos ekstatycznie wielbiącego świat pieśniarza. Cóż więc pozostaje? Być może jedynie modernistyczna tęsknota i życzeniowe myślenie o uobecnionym absolucie, pełnowymiarowym doświadczeniu bytu – jak w wierszu Obłe obłoki nad katedrą:

Niechby się zjawił i był w jest
Twardszy i trwalszy od katedry
Zawsze ten sam poza czymkolwiek
W szczelinie między „tak” i „tak”.

Marek Olszewski


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas