poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
KAROLINA FEDEROWICZ
Przez zamiecie i burze do przyjemności czytania
Dekada Literacka 2011, nr 3 (246)


Joanna Muller
Wylinki
Biuro Literackie, Wrocław 2010

Joanna Muller po raz kolejny udowodniła, że ma słuch absolutny. Czytając poprzednie jej tomy, czyli Somnambóle fantomowe oraz Zagniazdowniki, mieliśmy wrażenie, że poetka posiada ucho liryczne, które chłonie odgłosy otaczającego świata, kultury, literatury, tradycji, by przetworzyć je w poezję. Biorąc do ręki najnowszą książkę poetycką Muller, Wylinki, utwierdzamy się tylko w tym przekonaniu. Oto bowiem stykamy się z wielką mozaiką słów, która jest nienagannie skomponowana i przemyślana.

Autorka konsekwentnie kontynuuje swój projekt poetycki, którego celem jest dotarcie do arche języka – jego prapoczątków, w których tkwi sens istnienia. Mueller w jednym z wywiadów nazwała się archelingwistką, nawiązując tym samym do grupy poetyckiej, której członkiem była (neolingwizm warszawski) oraz wielkich patronów swej poezji (Chlebnikowa, Karpowicza). Archelingwizm poetki polega na poszukiwaniu sensu w językowej przestrzeni naszego świata, w neologizmach, grach językowych i stylistycznych, celowych przejęzyczeniach i pomyłkach. Tom poetycki Wylinki pogłębia ten proces poprzez dokonywanie analizy językowych masek, pod którymi kryją się ślady podmiotu.

Poezja Joanny Mueller stanowi dla czytelnika bez wątpienia wyzwanie intelektualne, które niejednokrotnie wymaga wiedzy z zakresu historii i teorii literatury, filozofii, psychologii. By wyjaśnić niektóre poetyckie sformułowania, konieczne czasem będzie sięgnięcie do książek biologicznych, umiejętność rozbioru morfologicznego słów, czy choćby współpraca z wyszukiwarką internetową. Dzieje się tak, ponieważ poetka zdaje się realizować koncepcję wiersza - szyfru, zagadki, której rozwiązanie (jeśli w ogóle jest możliwe) ma być dla czytelnika przyjemnością bądź odsłonięciem pewnych istotnych obserwacji przejawów świata, w którym żyjemy. Już w pierwszym wierszu tomu (drążel) autorka powie: „starałam się szyfrować czule”, w innym natomiast (otoja) nazwie się „dzieckiem deszyfrantem”. Poetka daje do zrozumienia, że otaczająca rzeczywistość jest tak skomplikowaną tkanką znaczeń i sensów, że ludzkie istnienie polegać by miało właśnie na ich odkrywaniu, docieraniu do owego językowego arche. Mimo że Wylinki są wyzwaniem (bo czy jest sens wyjaśniać to, co z zasady ma pozostać niewyjaśniane?), to spróbuję je podjąć i dokonać analizy zrzucania przez poetkę kolejnych wylinek jej warstwowej podmiotowości. Autoprezentacji swej śladowej tożsamości dokonuje Mueller w wierszu otoja. Utwór posiada przejrzystą budowę, po kolejnych anaforycznych powtórzeniach „ja” pada znak równości i wskazanie cech kryjących się za figurą owego zaimka osobowego. „Ja” jest tutaj między innymi zbiorowiskiem wspomnień z dzieciństwa, czyli: „powiernicą specjalnych wzruszeń / [ … ] strychem sekretów, strachów, skarg, szeptów, skarbów”. Wydaje się, że wiersz jest śladem wylinki dzieciństwa, której podmiot pozbył się wystawiony niegdyś na głasnost (z ros. ‘jawność’) odzierającą z wszelkiej niewinności. Pozostałością po tym traumatycznym okresie życia („gładkim gwałtem tej małej”) są engramy, ślady pamięciowe utrwalone w układzie nerwowym po jakimś silnym przeżyciu. Pod wierszem otoja – tak jak pod każdym innym z tego tomu – znajduje się komentarz, który tym razem brzmi właśnie: „[gra w engramy]”. Wiersz ukazuje jedną z wylinek, masek czy też ról, jakie przypadły kiedyś w udziale poetyckiemu podmiotowi Mueller. W innych wierszach ową wylinką będzie na przykład postać matki (formatka), cielesność (ochronka), poetka (przywrócona obecność detalu), profetka (ostatni. thriller mistyczny).

Równie skomplikowany jest tytuł książki poetyckiej Mueller. Jego znaczenie podstawowe i zarazem – jak mi się wydaje – najbardziej interpretacyjnie płodne kojarzy się ze zrzucaniem kolejnych warstw naskórka przez zwierzęta, na przykład pająki. Tak samo poetka, podczas prób uchwycenia rzeczywistości w języku, dokonuje jednocześnie jej rozbiórki. Zrzuca strzępy „zwiotczałych masek” (z wiersza drążel), by choć na moment ujawnić swą prawdziwą tożsamość. Podmiot poetycki tego tomu jest bez wątpienia warstwowy, wieloaspektowy, jest „płytką powleczoną ciałem”, która stara się ich ciągle pozbywać w poszukiwaniu sensu. Ale co zostaje z tych zrzuconych wylinek, owych masek, które przyjmuje chwilowy w swych przejawach podmiot Mueller? Wydaje się, że to zjawisko najlepiej scharakteryzuje teoria arachnologii Nancy Miller (zbieżność nazwisk poetki i badaczki – Mueller – Miller – zadziwiająco przypadkowa), badaczki feministycznej zajmującej się kobiecymi sygnaturami w tekstach literackich. Miller, posługując się metaforą tekstu będącego tkaniną (zapożyczoną od Rolanda Barthes’a), podkreśla znaczenie postaci Arachne – mitycznej figury pająka rozumianej tu jako pisarka, która w tkanym (pisanym) dziele zostawia swoje ślady, czyli emblematy gender. Mamy wrażenie, że zrzucając kolejne wylinki i maski, które są jej nadane przez językowy charakter świata, podmiot wierszy Joanny Mueller bardzo silnie zarysowuje ślady swej – silnie kobiecej – tożsamości (widocznej szczególnie w wierszach formatka, jesiotry w jesionkach).

Kobieca sygnatura tekstów Mueller jest bardzo ciekawa, jednak znacznie bardziej intrygujące wydaje się tworzywo językowe tomu Wylinki. Ilość zabiegów stylizacyjnych, jakimi posługuje się poetka, może przyprawić o zawrót głowy. Mamy bowiem do czynienia z leksyką muzyczną, biologiczną, biblijną, staropolską, dziecinną banalizacją, zapożyczeniami z innych języków (czeski, rosyjski), codziennymi kolokwializmami i nazwami własnymi, etc. Wyliczanie kolejnych porządków, które włącza do swoich wierszy poetka, wydaje się niezbyt sensowne, natomiast zasadne jest określenie celu zastosowania takiego zabiegu. Dlaczego Mueller posługuje się cudzymi językami, tworząc hermetyczną tkankę własnej poezji? Źródła takiego podejścia mogą tkwić w założeniach lingwistycznych, głoszących, że sens poezji tkwi w sprawdzaniu możliwości języka, który nas zewsząd otacza. Pisze o tym poetka w jednym ze szkiców w zbiorze Stratygrafie (2010), w którym ideę tekstu lingwistycznego porównuje za pomocą metafory chemicznej do roztworu o różnym stopniu nasycenia semantycznego. Z kolei jeden z krytyków przyglądających się powrotowi lingwizmu, Jarosław Klejnocki, nazwie młodych poetów warszawskich „samplującymi didżejami, którzy czerpią bity z języków świata, by miksować je w swej poezji”. Powyższe koncepcje w obliczu twórczości Joanny Mueller zdają się współtworzyć spójną koncepcję nie tyle poetycką, co światopoglądową. Poetka cały czas stawia język pod ścianą, poddaje go trudnym wyzwaniom ze świadomością, że to właśnie język jest tym, w czym zanurzone jest jej istnienie, co tworzy jej podmiotowość. Podczas podsłuchiwania rzeczywistości Mueller sprawdza możliwości polszczyzny do granic wytrzymałości, nagina ją i nicuje. Dlatego w poezji autorki Wylinek pojawiają się całe szeregi neologizmów (tworzonych zarówno na poziomie pojedynczych słów, jak i idiomów), które mają przed czytelnikiem okryć pierwotne znaczenia słów, a tym samym ukazać językowy charakter bytu. Wystarczy przywołać kilka z nich: „pacynka-pacyfinka”, „pitraszona”, „pajdokratki”, „bajka ubywajka”. Bardzo ciekawe jest również rozbijanie utartych fraz zakorzenionych w naszej codzienności, które ukazują dezintegrację podmiotu. Apogeum gier językowych Mueller w tomie Wylinki jest wiersz peszek to małe nieszcząstko, którego komentarz brzmi: „[alalia]” (termin oznaczający zaburzenie mowy uniemożliwiające jej rozwój). Korzystając z niezwykłych umiejętności operowania „żywym” słowem, poetka wykorzystuje różnorodne modne pojęcia i zjawiska (flash mob, patchwork; „pieprzota” i „mania” z piosenek Marii Peszek), parafrazuje poezję innych twórców (Szymborska), rozbija pierwotne znaczenia wyrazów (semikontakt, tkaniny – tu: tkanki – leżakowe), czy po prostu tworzy neologizmy idiomatyczne oparte na zdrobnieniach, rymach, aliteracjach („kredka niedyskretka”, „uliczne znieczulice”, „mania połamania”). Techniki wykorzystane przez Mueller pokazują, że otaczający nas język jest w stanie zaburzonego rozwoju. Podmiot starający się opisać swą tożsamość za pomocą języka, musi go przełamywać. Mueller nawiązuje tu do praktyk poetów futurystycznych i swojego mistrza Chlebnikowa, którego poetyckie (światopoglądowe) koncepcje miały zawsze prowadzić do obnażenia samoistnego słowa, a w przypadku naszej współczesnej poetki – arche językowego, pierwotnego sensu. Owo zaburzanie ustalonego porządku języka i pragnienie dotarcia do słowa samego w sobie widoczne jest również w wierszu ostatni. thriller mistyczny. Utwór utrzymany jest w tonie profetycznym, na co wskazuje zarówno czas przyszły, jak i komentarz „[kasandrom]” – będący jakby dedykacją dla wszystkich wieszczek niezrozumianych przez współczesnych. Mueller głosi powrót do źródła sensu, do czystego słowa uwolnionego z metafor i retorycznych figur poetyckiej fałszywości „słowiarzy”. W tym wierszu pojawia się również tytułowe dla całego tomu słowo „wyliny”, w anagramowym sformułowaniu:

słowa się wyklną z wylin retoryki.

Słowa same mają się wykląć z fałszywości tkwiącej w formułach retorycznych, mają pozbyć się starych wylinek będących pozostałością po dawnych porządkach. Ten najwyższy poziom samoświadomości i panowania słowa prawdziwego (arche) byłby spełnieniem poetyckich marzeń autorki. Jednak tak tytuł (thriller mistyczny), jak i komentarz (skierowany do Kasandry) sugerują, że jest to wróżba skazana na tragedię, na niezrozumienie i niepowodzenie. Jest marzeniem, w którym upudrowana postać świata z wiersza podroby. podszewki. podpuszczki pod wpływem zrzucenia wylinki stanie ze sobą twarzą w twarz, naga i przez to prawdziwa. Póki co, poetce pozostaje niestrudzone poszukiwanie arche i sprawdzanie możliwości nicowania języka ze świadomością utopijnego charakteru tak zakrojonego projektu poetyckiego.

Wylinki są dramatyczną próbą poszukiwania przez poetkę autentyzmu. Zrzucanie kolejnych wylin fałszujących tożsamość jest swoistym dowodem na nieuchronnie śladowy i migotliwy charakter istnienia podmiotu. Wylinki zachwycają formą artystyczną, naginaniem norm języka i samplingiem zasłyszanej rzeczywistości. Coś jednak nie pozwala zakochać się w tej poezji i odczuć siły jej oddziaływania na własnej skórze. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że Mueller już w trzecim z kolei tomie prowadzi poetyckie poszukiwania własnej tożsamości w dość jednak podobny sposób. W obliczu takich powtarzalnych zabiegów czytelnik nie odczuwa już chyba ich nieuniknionej sensowności. Z drugiej jednak strony kunszt poetycki, a raczej niezwykła zdolność tworzenia kolaży słownych i przemyślanych poetyckich projektów językowych sprawiają, że chcę dalej i dalej czytać jej wiersze. Być może nie czerpię z poezji Mueller osobliwej nauki filozoficznej, o której tak mocno przekonana jest autorka, niemniej jednak przyjemność obcowania z jej tekstami jest ogromna.

Karolina Federowicz




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas