poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANNA ROMANIUK
Udar
Dekada Literacka 2011, nr 3 (246)

Toskania jawi się jako Arkadia. Takiej kumulacji piękna natury, piękna sztuki, piękna klimatu, piękna ludzi, trudno szukać gdziekolwiek indziej. Sztuką w Toskanii jest krajobraz, malarstwo, rzeźba, architektura, moda, kuchnia, wino... Nic dziwnego zatem, że ta obdarowana przez Stwórcę i ludzi kraina przyciąga wciąż nowych przybyszów. Przyjeżdżają na krótko, długo i na stałe. Jedni mają dom w Toskanii, drudzy będą mieli dom w Toskanii, a jeszcze inni chcieliby mieć dom w Toskanii. Najlepiej wymagający gruntownego remontu, taki, który stanie się źródłem wielu anegdot, wystarczających na lata i na napisanie jednej, albo i kilku książek. Bo nadmiar szczęścia też może zabić, dobrze więc podzielić się jego nadwyżką z innymi.

Efekty owego upuszczania nadmiaru szczęścia zapełniają księgarniane półki. Tytuły odmieniają nazwę regionu w mniej lub bardziej pomysłowych kombinacjach. Od toskańskiego słońca w tych książkach można dostać udaru. I właściwie na tym powinna zakończyć się analiza ich zawartości, bo rzadko znajdziemy w nich coś więcej niż lekturę relaksacyjną. Ileż razy pisze się tu o remoncie domu, zakładaniu ogródka warzywnego, z którego pomidory i bazylia pachną najprawdziwiej, zrywaniu oliwek, z których oliwa jest najlepsza, robieniu wina, które smakuje najbardziej, sąsiadach, którzy zawsze są tak samo uczynni i życzliwi? Okazuje się, że w nieskończoność, zatem to źle postawione pytanie. Również pytanie: „po co?” – prowadzi donikąd, bo odpowiedź jest prosta, choć podwójna: dla przyjemności i dla pieniędzy.

Najwłaściwszą formułą pytania byłoby zatem: „po co czytać książki o Toskanii, skoro wiadomo, że znaczna część z nich to literackie miernoty?”. I w tym przypadku odpowiedź jest prosta – z tęsknoty. Tęsknoty za słońcem i światłem, sztuką najwyższej miary, poczuciem szczęścia i lekkości, jaką zazwyczaj czujemy, gdy oderwiemy się od codzienności, ciepłymi kamieniami na piazza, romantycznymi kolacjami obficie podlanymi vino di casa, po którym chodnik delikatnie tańczy pod stopami, a kopuła duomo i księżyc na fotografiach wychodzą artystycznie poruszone. Z tęsknoty, która zmusza do wzdychania: „Ach, kiedyż znowu tam będę?”, i miłości, która każe powtarzać sobie w myślach wciąż na nowo: „Ach, więc znowu tu jestem!”. Z tęsknoty i miłości.

Kiedy nie można jechać, trzeba czytać. W księgarni oko wyławia błyskawicznie książki o przedmiocie tęsknoty, potem czyta się, rzuca w kąt i znowu czyta o remontach domów, zbieraniu oliwek, przepisach na toskańskie specjały. W kąt rzuca się te książki zazwyczaj z wściekłością, jak można tak strywializować temat. Ale z miłością już tak jest, jak pisał Jarosław Iwaszkiewicz, że ukochane imię nawet widziane w książce telefonicznej budzi radość i sentyment.

Te książki są zatem pisane przez zakochanych dla zakochanych. Wśród tego grona nie brak również polskich autorów. Na ich przykładzie widać, jak bardzo niejednolita jest wspólnota zakochanych w Toskanii, bo będzie tu i wspomniany Iwaszkiewicz, i Marek Zagańczyk, Anna Maria Goławska, Adam Szczuciński, Małgorzata Matyjaszczyk. Przywołane nazwiska, uszeregowane w tej właśnie kolejności, mogą służyć do egzemplifikacji twierdzenia, że każdy z wymienionych autorów pisze książki dla innej grupy odbiorców, innych wymagając kwalifikacji. Oczywiście, nie ma mowy o podziałach hermetycznych, ale jednak są one dość wyraźne. Toskania, jak każde dzieło sztuki najwyższej klasy, może być odbierana na wielu poziomach. W końcu freski na ścianach toskańskich kościołów powstawały często również jako rodzaj „Biblii dla ubogich”, miały pomagać w pojęciu trudnych prawd wiary, lepiej wykształceni dostrzegali zaś artyzm tych przedstawień, niejednokrotnie nowatorstwo formalne, skomplikowaną, wielopiętrową symbolikę najdrobniejszych elementów.

Autorzy miernych książek o Toskanii mają swoje strategie. Jedni cytują poprzedników tak obficie, że na swoje myśli zostawiają bardzo niewiele miejsca; drudzy nie cytują nikogo. Są i tacy, którzy kładą na szalę swą indywidualność, i tacy, którzy próbują imponować przewodnikowymi wiadomościami o regionie. Niektórzy kokietują włoskim pochodzeniem i znajomymi włoskimi kucharzami-projektantami- producentami wina, inni czarują „byciem spoza”. Poniżej nieliczne przykłady strategii na podstawie wybranych publikacji autorów polskich i na język polski tłumaczonych.

Po lekturze jednej miernej książki o Toskanii łatwo jeszcze przełamać czytelniczą złość i zaniechać potrzeby jej publicznego werbalizowania. Lecz kiedy zgromadzimy już całkiem pokaźną biblioteczkę owych literackich porażek, wówczas orientujemy się, że nie jest to już problem jednego autora, ale że mamy do czynienia z pewnym problemem kulturowym. Jakby pominięcie milczeniem jednej wpadki ośmielało i poniekąd prowokowało następne. Jerzy Pilch w jednym ze swoich felietonów wskazywał, że amatorów pisania należy zniechęcać, zniechęcać i jeszcze raz zniechęcać. A zatem do dzieła.

Strategia numer 1: „erudyta”. Włoskie miniatury Adama Szczucińskiego (Fundacja „Zeszytów Literackich”, Warszawa 2008) to dowód, że nadmiar cytatów jest gorszy niż ich brak. Po lekturze dochodzę się do wniosku, że wszystko, co w tej książce dobre, to cytaty. Własnych myśli i obserwacji Szczucińskiego trzeba wyjątkowo usilnie szukać, a kiedy już się je odnajdzie wśród cudzysłowów, okazuje się, że trud się nie opłacił. Umiejętności pisarskie Szczucińskiego nie dorównują jego – godnym podziwu – wysokim aspiracjom. Zaplecze kulturowe powinno dodać jego szkicom skrzydeł, tymczasem okazuje się pociągającym na dno balastem.

Strategia numer 2: „sprzedawca”. Warto zestawić Włoskie miniatury Szczucińskiego z Moją Toskanią Witolda Casettiego i Agaty Jakóbczak (Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2009). Na pierwszy rzut oka książki różni niemal wszystko, ale przy uważniejszej analizie okazuje się, że wszystkie różnice są niczym wobec identycznie rozbuchanego ego autorów, przekonania o własnej wyjątkowości i wadze swych słów. Casetti zastosował przy tym metodę, którą trudno nazwać inaczej niż „dezynwolturą”. Nie ma aspiracji pisarskich Szczucińskiego, wydaje się nie mieć szerokiego zaplecza kulturalnego, nie cytuje wielkich poprzedników. Uważa, że wystarczy
urodzić się we Florencji, że wystarczy być Vito Casettim, który zyskał w Polsce pewną popularność dzięki programowi telewizyjnemu, by to, co napisze, stało się interesujące i „warte kupienia”. Trudno o jego Toskanii myśleć inaczej niż jak o towarze na sprzedaż. A do tego sprzedawca jest zbyt pewny siebie i ma tak dużo tupetu, by kupujących uważać za głupszych, niż są w rzeczywistości.

Strategia numer 3: „przewodnik turystyczny”. Mylące są także pozorne próby dystansowania się niektórych autorów piszących o Toskanii wobec ich poprzedników. Przykładem może być książka Dario Castagno Za dużo słońca Toskanii (przeł. Andrzej P. Zakrzewski, Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2010), której tytuł prowadzi ironiczny dialog z popularną powieścią Frances Mayes Pod słońcem Toskanii. Autor, Włoch wychowany w Anglii, przewodnik turystyczny, przedstawia się jako posiadacz jednej słusznej prawdy o Toskanii, powielając wszystkie stereotypowe chwyty. Owszem, zdarzają mu się zabawne fragmenty, ale dowcipny zazwyczaj jest tam, gdzie przedstawia wady swoich amerykańskich klientów. Poza tym nie dowiemy się od niego niczego, czego nie moglibyśmy znaleźć w samym przewodniku Pascala.

Strategia numer 4: „analityk”. Postawą równie, a może nawet bardziej irytującą od tej opisanej powyżej jest postawa „analityka”. Reprezentuje ją w książce Mądrość Toskanii Ferenc Máté (Prószyński i S-ka, Warszawa 2010). Wygląda to tak, jakby autor stworzył tabelę, w której wypisał po jednej stronie stereotypy dotyczące popularnej kultury amerykańskiej, a po drugiej stereotypy na temat tradycyjnej kultury toskańskiej, i zestawienie to prezentował jako wiekopomne odkrycie. Jest to w oczywisty sposób porównanie czarno-białe, prowadzące w konsekwencji do zakłamania rzeczywistości. A wszystko to podane z pozycji mędrca, trudnej do zniesienia na dłuższą metę. Poprzednie dwie książki tego autora, Winnica w Toskanii oraz Wzgórza Toskanii, wydawały się bardziej udane.

Strategia numer 5: „turystka”. Lepiej z „toskańskiej pułapki” wyszła Anna Maria Goławska. Jej Toskania i okolice. Przewodnik subiektywny (Wydawnictwo Nowy Świat, wyd. II rozszerzone, Warszawa 2007) ma dużo wdzięku, który jednak nie ratuje autorki przed szokującymi niekiedy niedostatkami (najlepszym przykładem niech będzie niechęć do Florencji z powodu... braku miejsc do parkowania w historycznym centrum!). Goławska również czyta o Toskanii przed wyjazdem, szuka inspiracji u dawnych podróżników, ale nie jest niewolnicą ich książek. Wydaje się za to zniewolona przez swoje umiłowanie kotów, czemu daje wyraz nad wyraz często.

Strategia numer 6: „amatorka”. Przepaść między toskańskimi stronami Jarosława Iwaszkiewicza a drukowaną wersją bloga Małgorzaty Matyjaszczyk jest tak olbrzymia, że gdyby autorka Mojego pierwszego roku w Toskanii i Toskanii dzień po dniu (Wydawnictwo Feeria, Łódź 2010) miała tego świadomość, powinna natychmiast i na zawsze przestać pisać, a na pewno przestać drukować. Ale okazuje się, że i ona ma wiernych czytelników, których zachwyty przywołuje na okładce książki i którzy dzięki niej „odkryli Toskanię”. W drugiej z przywołanych książek zdecydowanie najzabawniejsze są fragmenty, w których autorka odnotowuje swoje lektury o Toskanii, dodając taki komentarz: „(…) jestem tak zakochana w Toskanii, że »łykam« nawet najgorsze szmiry”. Matyjaszczyk – nawet kierując się swoim krytycyzmem – nie potrafi dostrzec, że jej własne książki zaliczają się właśnie do tych najsłabszych ze słabych i są zupełnie pozbawione literackich wartości. Książka Matyjaszczyk, ten „dziennik spełnionych marzeń”, jest w istocie rzeczy amatorską próbą zmierzenia się z tematem znacznie przerastającym możliwości autorki.

Okazuje się, że przy powodzi tytułów „toskańskich” dobre książki stanowią jedynie ułamek tej produkcji, a już gdy przyjdzie do wymieniania tytułów, to zauważymy, że na pewno nie są nowościami wydawniczymi, bo te podporządkowane zostały nurtowi popularnemu. I oto reguła: książki znakomitych czy utalentowanych autorów utorowały drogę literackim amatorom, one stworzyły modę na pisanie o Toskanii. Wśród tytułów, które wyraźnie odbijają się od pstrokatego tła, są choćby Włoskie dzieciństwo Roberto Salvadoriego (Fundacja „Zeszytów Literackich”, Warszawa 2001), Dziennik toskański Tessy Capponi-Borawskiej (Rosner & Wspólnicy, Warszawa 2004), Droga do Sieny Marka Zagańczyka (Fundacja „Zeszytów Literackich”, Warszawa 2005). Książki te czyta się z przyjemnością, niekiedy także krytycznie, ale gdy zestawimy je z „toskańską” produkcją literacką, niezwykle zyskują, dzięki swej naturalności, świeżości ujęcia, szacunkowi wobec poprzedników. Trzeba również pamiętać o klasycznych już książkach o Toskanii, które wznawiane w ostatnich latach, stają się „lekiem na całe zło”. W serii Podróże „Zeszytów Literackich” ukazały się Obrazy Włoch. Toskania i Umbria Pawła Muratowa (2010) i Pamięć Włoch Wojciecha Karpińskiego (2008), a Państwowy Instytut Wydawniczy przypomniał Podróże do Włoch Jarosława Iwaszkiewicza (2008). Można nazwać takie podejście snobizmem, ale jest to snobizm „na jakość”. A z tej wydawcy w większości rezygnują na rzecz nowych tytułów i kreowania kolejnych „bestsellerów”.

Nie powinniśmy jednak oburzać się na tych, co obraz Toskanii pauperyzują. Na pewno znajdą amatorów romanse z toskańskimi pejzażami w tle albo książki sensacyjne czy kryminalne z akcją wpisaną w sieć wąskich uliczek toskańskich miasteczek. Po prostu nie należy czytać takich książek, jeśli budzą wątpliwości i negatywne emocje. Albo, jeśli nie można nie czytać, trzeba co jakiś czas zafundować sobie kurację uzdrawiającą po przebytym udarze słonecznym – najlepiej w luksusowym kurorcie Iwaszkiewicza, znakomitym hotelu Karpińskiego czy miłym pensjonacie Zagańczyka.

Anna Romaniuk


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas