poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JOSÉ EDUARDO AGUALUSA
A Bigger Splash
Dekada Literacka 2011, nr 3 (246)

Tomás nie potrafił udawać. Opuścił wzrok, utkwił go w papierach. Nie patrząc na mnie, zdjął z szyi stetoskop i włożył go delikatnie do szuflady. Powie, że jest mu niezmiernie przykro – pomyślałem. Powie, że brak mu słów. Przypomniałem sobie popołudnie, kiedy staliśmy się braćmi krwi, raniąc nadgarstki scyzorykiem i przykładając je do siebie, a następnie związując razem chustką, jak to na filmach robią Indianie. Ja byłem Apaczem, on kowbojem. Już miałem zapytać, czy nadal lubi kowbojów, ale wówczas Tomás potrząsnął głową z miną pełną grozy:

– Niezmiernie mi przykro…

To właśnie w tym momencie wyzbyłem się strachu. Sądzę, że coś w mojej duszy zmieniło stan skupienia. Twardy lód niepokoju roztopił się w okamgnieniu – jak cukier w wodzie, powiedziałaby kucharka? – i gęste kłębowisko cierni jakby się rozplątało. W mojej duszy zagościł błogi spokój, być może nawet się uśmiechnąłem. Spytałem go:

– Ile mi zostało?

Tomás podniósł wzrok i ujrzał chłopca z piórami na głowie. Nas dwóch mknących na rowerach wzdłuż rzeki, Apacza i kowboja, braci krwi. Może widział mnie, jak przecinam fale, trzymając kurczowo deskę, tego popołudnia, kiedy go uratowałem. Może widział mnie tańczącego z Julią – Kim jest ten anioł? – i kilka miesięcy później z nimi, całą naszą trójkę w objęciach na ich ślubie. Zostałem ojcem chrzestnym bliźniaków. Myślę, że wszystko to stanęło mu przed oczyma, podobnie jak mnie, niczym błysk, bo zakrył twarz dłońmi i w tej pozycji trwał przez dłuższą chwilę. Pomyślałem, że pocieszanie go teraz byłoby śmieszne. Odczekałem, patrząc w milczeniu na niebo za oknem. W końcu przetarł oczy rękawem koszuli, jakby ponownie stał się chłopcem, i powiedział:

– Dziewięć miesięcy. Masz najwyżej dziewięć miesięcy. Możesz żyć sześć, siedem we względnym spokoju. Ostatnie będą trudne.

Teraz wiem wszystko o mojej śmierci. Wychodzę na słońce i cieszę się z gorącego letniego dnia i jasnego nieba. Tego popołudnia nie idę do galerii. Kupuję biografię Bruce’a Chatwina autorstwa Nicholasa Shakespeare’a i czytam ją na plaży. Jest wieczór, gdy wracam do domu. Vera Regina uważa, że dziwnie wyglądam. Mówi:

– Dziwnie wyglądasz.

O nic nie pyta. W domu, na ścianie salonu mam kopię A Bigger Splash, który David Hockney namalował w 1967, w oryginalnych wymiarach 243,8 na 243,8 cm. Płacę pewnemu młodemu artyście za wykonywanie dokładnych kopii moich ulubionych obrazów. Moi przyjaciele uważają, że to w bardzo złym guście. Tomás, na przykład, pluje na płótno Edwarda Hoppera – czy raczej Lúcia Faleza, bo tak nazywa się ów młody fałszerz – Rooms by the Sea, który poleciłem zawiesić w gabinecie:

– Już plastikowe kwiaty są bardziej prawdziwe.

Ja też nie lubię plastikowych kwiatów – bo to nie kwiaty. Ale co olej na płótnie – to olej na płótnie. Co akwarela – to akwarela. Gdybym był bardzo bogaty, kupowałbym oryginały. Gdybym był biedny, nie kupowałbym plakatów. Owszem, plakaty są jak plastikowe kwiaty. Siadam przed moją kopią A Bigger Splash i siedzę tak dość długo. To prosta kompozycja. Dom, dwie palmy, krzesło i, na pierwszym planie, basen z trampoliną. Ktoś właśnie skoczył, ale nie widać żadnego ciała, jedynie wzburzoną wodę. Cisza, nagły splash, i znów cisza. Ja się jeszcze nie zanurzyłem, myślę, trwam zawieszony w powietrzu. Jutro to będzie mój portret. Trochę wzburzonej wody i po chwili czysty ciężar tajemnicy.

Barbara dzwoni do mnie. Źle spała. Boli ją głowa. Chce wiedzieć, czy rozmawiałem już z Verą Reginą i czy wyjawiłem jej całą prawdę. Wymaga ode mnie decyzji, ale tak naprawdę nie o tym mówi. Barbara nigdy o tym nie mówi. Nigdy niczego nie wymaga. Nie wspomina nawet imienia Very Reginy. Skarży się na upał, na chłód i na zbyt długie noce. Mówi mi na przykład:

– Ciemność mnie przenika.

Czerń nocy przenika ją, jak wyjaśnia, podobnie jak światło przenika witraże. Barbara przepada za elipsami i metaforami. Zdarza mi się niespodziewanie, że o niej śnię, o niej i o głosie, którym mi to opowiada. Na wszystko odpowiadam potakiwaniem, tak jak ci taktowni osobnicy, do których ktoś zwraca się po aramejsku, i którzy, nie znając języka i nie chcąc nikogo obrazić, nieustannie kiwają głową.

Budzę się i wkrótce zasypiam. Vera Regina obejmuje mnie. Cicho płacze:

– Kochanie, kochanie.

Tak wyglądały ostatnie noce. Udaję, że śpię. Zasypiam, a przez sen nadal słyszę jak płacze: „kochanie, kochanie”, lecz gdy budzę się rano, widzę ją w lepszej formie, jedynie z podkrążonymi oczami, zawsze z szerokim uśmiechem:

– Dobrze spałeś?

Zastanawiam się, czy jej wszystko powiedzieć. O Barbarze? Nie, ona już o tym wie. Przez lata byłem wierny Verze Reginie tylko z lenistwa. Teraz nie jestem jej wierny z tego samego powodu. Myślę, o tak, aby powiedzieć jej o mojej śmierci, jednak w tym samym momencie rezygnuję. Śmierć mnie nie przeraża; to, czego się boję, to żyć w bezładzie, musieć w nim uczestniczyć, musieć żyć z kimś aż do końca. Moja śmierć to wielka tajemnica.

– Zrobisz mi grzankę? I jajko, proszę, jajko sadzone.

Żegnam się z nią pocałunkiem. Powstrzymuję się, żeby jej nie objąć. Mówię jej, że idę do galerii, jak zwykłem to robić każdego ranka, i rzeczywiście idę w tamtym kierunku. Jednak dwie przecznice dalej skręcam w lewo. Po paru sekundach zanurzam się w wirze ruchu miejskiego. Mój telefon dzwoni. Odczekuję trzy sygnały i wyłączam go, nie próbując się nawet dowiedzieć, kto dzwoni. Pamiętam, jak pierwszy raz leciałem sam na paralotni. Nie bałem się. Doświadczyłem pewnego rodzaju gniewu, niekontrolowanej wściekłości – zrozumiałem, że jestem sam.

Poszedłem zobaczyć się z Lúciem Falazem. Przyjął mnie w kuchni. To delikatny chłopak, nienaturalnie blady, ubierający się zawsze na czarno. Wyobrażam sobie, że kładzie się spać w czarnej piżamie. Studiuje sztukę, a popołudniami i wieczorami pracuje w kostnicy. Nie narzeka:

– Jest bardzo spokojnie. Moi klienci to spokojni ludzie.

Chcę, żeby ponownie namalował kopię A Bigger Splash, w każdym szczególe identyczną z oryginałem, ale dodając dwie postaci:

1) mnie wyłaniającego się ze wzburzonej wody;

2) Verę Reginę siedząca na krześle po drugiej stronie basenu.

Daję mu moje paszportowe zdjęcie i drugie, przedstawiające Verę Reginę w żółtym bikini. Zrobiłem to zdjęcie pięć lat temu w pewnym hotelu w Maroku. Wtedy, jak sądzę, byliśmy szczęśliwi. Lúcio Falaz przyjmuje moją propozycję z zaskakującym entuzjazmem:

Cool! – wzdycha. – To postmodernistyczne!...

Jestem właścicielem galerii. Pracuję ze sztuką. Nie wiem, co to postmodernizm. Idę na plażę czytać biografię Bruce’a Chatwina. Mężczyzna, który zajmuje się wynajmowaniem leżaków, wita mnie jak stałego klienta. Przynosi leżak i parasol plażowy, i ustawia je kilka metrów od morza. Nie czekając aż coś powiem, przynosi mi butelkę coca-coli, bo właśnie to zamówiłem wczoraj. Czytam przez godzinę. Później wyjmuję telefon i wybieram numer Barbary. Mówię jej, że chcę z tym wszystkim skończyć. Wiele o tym myślałem i stwierdziłem, że ten związek szkodzi nam obojgu. Jestem nieugięty. Słyszę, jak płacze po drugiej stronie słuchawki. Przykro mi, ale nie bardziej, niż gdybym siedział wygodnie rozparty w kinowym fotelu, obserwując, jak na ekranie aktorka kona na moich oczach. Wyłączam telefon. W małym notesie, który zawsze noszę ze sobą, próbuję narysować podobiznę Barbary, ale nie potrafię. Z łatwością rysuję twarz Very Reginy. Budzi mnie ostry dźwięk telefonu. Hałasuje tak, gdy przychodzi wiadomość. Jest pięć nowych wiadomości. Czytam pierwszą:

„Klisze zostały pomylone. Z tobą wszystko w porządku. Zadzwoń do mnie”. To od Tomása. Druga też jest od niego. Przeprasza mnie za błąd. Trzecia i czwarta są również od Tomása. „Gdzie się podziewasz, draniu. Zadzwoń do mnie, bo cię zabiję”. Nie będę dzwonił tak wcześnie. Pozwolę mu się gotować na wolnym ogniu. Piąta wiadomość jest od Very Reginy:

„Kocham Cię”.

Niebo, tam, bardzo wysoko, ma ten sam kolor co morze. Lśni jak szmaragd. Zamykam oczy. Kiedy je otwieram, czuję się tak, jakbym spoglądał w nieskończoną niebieską przepaść. Kołyszę się, prawie mdleję. Upadam – tak mi się przynajmniej wydaje. Nurkuję szybko ku światłu.

Przełożył Bogdan Jędrzejowski




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas