poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JOSÉ EDUARDO AGUALUSA
Żółte wycie słoneczników
Dekada Literacka 2011, nr 3 (246)

Była chłodna noc. Sobota. Ricardo włóczył się nieobecny, posępny, rozmyślając o życiu. Zatrzymał się na chwilę (zgubną chwilę) przed ustronnym barem w Leblonie i spostrzegł przepiękną kobietę, Murzynkę tańczącą samotnie w rytm starej samby Porteli. Zachęcony jej prześlicznym uśmiechem wszedł do środka. Rozmawiali? Ricardo nie pamięta. Podała mu szklankę. On wypił. Napój był lodowaty i skrywał w głębi jakiś nieokreślony smak, gorzki, który dziś mój przyjaciel stara się bezskutecznie odgadnąć. Obudził się przed świtem, bez butów i portfela, w zatłoczonym autobusie.

– Gdzie ja jestem?

Mógł spytać najpierw: „Kim jestem?”. Był w odpowiednim nastroju do filozofowania. Nie spodziewał się odpowiedzi. Siedząca koło niego, błyszcząca od potu matrona oznajmiła mu z poczciwym uśmiechem:

– Jesteśmy w Mieście Boga, mój drogi.

Ricardo przeraził się:

– Jezu! – pomyślał. – Patrzcie tylko! Umarłem!

Wyjrzał przez okno i zobaczył Piekło przesuwające się powoli w szarym świetle poranka. Ceglane baraki, betonowe płyty, zbiorniki wody, anteny satelitarne. Poczuł, że jego mózg rusza powoli, jak wysłużona lokomotywa, w miarę jak przypominały mu się straszliwe nagłówki gazet. Miasto Boga – no przecież! – wielka fawela w dzielnicy Jacarepaguá. Słońce dało już susa przez horyzont, gdy autobus zostawił go przy jeziorze Rodrigues de Freitas. Ricardo zbliżył się niepewnie do blasku wód, usiadł na niewielkim drewnianym pomoście, upajał się mokrą poranną bryzą. W nocy padało. W tle, zawieszone nad wodą, wznosiły się dwa duże wzgórza. Budynki zajmujące ich podnóże były ciemne i szpetne jak choroba skóry. Dwie czaple wylądowały koło niego, wielkie, o żółtych łapach błyszczących jak plastik. Jakiś statek kołysał się zakotwiczony nieco dalej. Mniej więcej tuzin dużych, czarnych ptaków, kormoranów, stał nieruchomo w jego wnętrzu, ustawiony w równej linii, dziobem w kierunku wiatru. Ricardo zamknął oczy. Kiedy je otworzył, świat nie był już taki sam. Tęcza rozwijała się przed nim jak wąż. Zobaczył, jak na jego grzbiecie błyszczą łuski, a każdy kolor śpiewa, i całość wydawała mu się większa, głośniejsza i bardziej porywająca niż którakolwiek z dziewięciu symfonii Beethovena. Zdumiał się: słyszał kolory! Tak, mógł usłyszeć kolory.

Wrażenie nie zanikło w ciągu kolejnych dni, wręcz przeciwnie, wezbrało na sile. Widowisko, w którym słońce o zmierzchu rozpala chmury, miało dla niego nieznany wcześniej wymiar. Zakrywał oczy przy drogach, aby nie słyszeć pierwotnego brzdęku kwitnących bugenwilli lub jeszcze dotkliwszego, żółtego wycia słoneczników. Pokochał jednak wesołą melodię płócien Miró. Specjalnie pojechał do Muzeum Sztuki Współczesnej w Nowym Jorku, MOMA, posłuchać rozdźwięków kolorów Jacksona Pollocka. Natomiast baseny Davida Hockneya śpiewały, wyłącznie dla niego, odświeżające melodie.

– Bossa nova – powiedział mi pewnego dnia – lub coś w tym stylu, nie wiem, samba towarzyska.

Później Ricardo stawał się z powrotem jednym z nas. Po trochu. Dziś przemierza bary Ipanemy i Leblonu i opowiada swoją niewiarygodną historię każdemu, kto zechce go wysłuchać. Myślę, że słucha też sam siebie, coraz mniej w nie wierząc. Uporczywie poszukuje pięknej Murzynki, która pewnej sobotniej nocy zaprosiła go do baru promiennym uśmiechem, otruła i ukradła portfel oraz buty. Nie znam nikogo, kto szukałby złodzieja z podobną miłością, podobną czułością, podobnym oddaniem.

– Stary – zwierzył mi się ostatnio ze łzami w oczach. – Zrobię wszystko, aby móc znowu usłyszeć zachód słońca na plaży Arpoador.

Przełożył Gabriel Borowski


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas