poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PEPETELA
Tico, poeta
Dekada Literacka 2011, nr 3 (246)

Pies spojrzał na mnie i zamerdał ogonem. Był wielkim, pięknym, sympatycznym psiskiem. Ale widać było, że dużo je. Wtedy, w okresie kryzysu, nie miałem mięsa nawet dla siebie, a co dopiero... Minąłem go. Każdy miał swoje życie!

Poszedł za mną. Przeszedłem przez Mutambę, udałem się do Baixy. Zapomniałem o zwierzaku. Ale kiedy się obejrzałem, nadbiegał. Cholera! Czyżby zwierzę widziało w ludzkich oczach szacunek? Jak dziewczyna, która, gdy jej rzucić ogniste spojrzenie, trzepocze rzęsami, by je schwycić?

Dawniej bałem się tak dużych psów: jego pysk mógłby pochłonąć całą nogę. Ale on nie przejawiał nawet cienia złego charakteru, nic a nic. Oczy miał wesołe, merdał ogonem, podążając za moim zapachem.

Tam właśnie spotkałem ciotkę Alice. Najpewniej szła na zakupy, bo niosła pusty kosz. Zaraz mnie zatrzymała:

– Ej, Tico. Co porabiasz?

– Nic. Spaceruję.

Pies zatrzymał się z tyłu. Z uniesionym pyskiem obwąchiwał z daleka ciotkę Alice, nie zbliżając się.

– Kiedy zaczynasz pracę?

– Nie ma pracy, ciociu Alice. A dla mnie praca nie może być byle jaka.

– Nie wykręcaj się, chłopcze. Młody, silny chłopak, a bez pracy? Nie chce ci się, ot co. Wstyd! To twoja matka zajmuje się wszystkim.

– No, ona ma dobrą fuchę, handluje na rynku. To jest bardziej dochodowe w dzisiejszych czasach. Ja wciąż szukam, ale nic.

– Jesteś pasożytem, jak to mówią w gazetach.

– Spokojnie, bez pośpiechu, ciociu Alice.

– Dlaczego nie pójdziesz zbierać kawy? Zdaje się, że brakuje ludzi do pracy przy kawie.

– I zostawić Luę? Ciociu, niech wieśniacy idą sobie do kawy, ja jestem chłopakiem z miasta. Wykształcony, ze skończoną drugą klasą liceum, rewolucyjny intelektualista... Nawet wydrukowali jeden mój wiersz w gazecie.

Stara coś wymamrotała. Ale brakło jej słów, żeby atakować dalej – mój prosty język ją uciszył. Popatrzyła na psa. Zmieniła temat.

– Skąd go masz?

– Piękny, nie? Spodobałem mu się, cały czas za mną idzie.

– Aha, a kto mu da jeść, ty?

– Nie. Właśnie zerwaliśmy znajomość.

– Zostaw te znajomości i idźże lepiej do jakiejś pracy. Albo do wojska, jesteś już w odpowiednim wieku.

– Ha! Do wojska? Mój wuj Joăo Domingos bił się na wojnie z Portugalczykami. Czternaście lat w puszczy. Już wystarczy, rodzina dosyć już walczyła.

– Tobie to się nawet doradzić nie da. Idę na zakupy.

– A jest coś?

– Powiedzieli mi, że jest kolejka. Zobaczę, co takiego sprzedają.

– Tam na rogu?

– Tak, za bankiem.

– Lodówki, już widziałem.

– Lodówki? Cholera! Nie mam w domu prądu!

– Tak czy inaczej, kup, ciociu. Skoro nie ma prądu, będzie gdzie trzymać buty.

– Wieczny żartowniś, co? Myślisz, że spadłam z księżyca? Już mój ojciec urodził się tu, w Luandzie...

– I chciałabyś, żebym poszedł do buszu, prawda? Rozumiesz już, że nie mogę? Już, ciociu, wystarczy, pozwól, że się pożegnam.

I zostawiłem ją na chodniku, kręcącą głową. Jaką manię dawania rad mają teraz te staruchy! Pies obwąchał jeszcze ciotkę Alice, spojrzał na pusty kosz, utkwił wzrok we mnie. Źle wyglądasz, psino, ta stara ma więcej jedzenia niż ja. Nie idę do domu. Jeśli mimo wszystko chcesz iść, droga wolna, to nawet szpan spacerować z takim psem po Baixy. Dawniej tylko biali chodzili z innym ssakiem. Ale teraz jest niepodległość, nawet „patrycjusz” już może.

Pomyślałem wtedy, że ten temat nadaje się na wiersz. Przeszedłem przez Marginal i zamyślony usiadłem na ławce w cieniu palmy. Pies od razu usiadł na ziemi, u mojego boku.

To było to. Teraz, wraz ze zniesieniem klas społecznych, z tego, co mówili, nie ma już różnic. Dlatego nawet „patrycjusz” może mieć takiego psa, jakiego dawniej mogli mieć tylko biali i policjanci. Dlatego że „patrycjusz” się wzbogacił? Nie, dlatego że pies stał się bardziej pospolity. Przypomniałem sobie fragment Marksa przeczytany w gazecie: społeczeństwo proletariuszy. Pies, który dawniej był burżujem, teraz stał się proletariuszem, być może dlatego, że jego właściciel nawiał do Portugalii. Mógł być mój. Dobry temat na rewolucyjny wiersz.

Zwierzak podszedł bliżej, pogłaskałem go po łbie. Przysiągłbym, że się uśmiechał.

– Psie, nawet nie znam twojego imienia – powiedziałem. – Ale widać, że jesteś rezultatem walki klas. Chłoporobotnik versus drobnomieszczanin. Nie mylić versus, słowa greckiego, z wersem, czyli poezją, mój drogi. Umiesz tylko gryźć i merdać ogonem, versus jest dla ciebie błędnie użytym latynizmem! Znaczy egejnst, kumasz? Więc straciłeś dom, jedzenie, wszystko. Teraz jesteś włóczęgą, proletariuszem. Zanurzyłeś się w lud wykorzystywany przez pięć wieków. Staniesz się typem próżniaka, chłoporobotnikiem. Jutro przeczytam ci wiersz, spodoba ci się.

Pies wydawał się rozumieć. Kiwał głową w górę i w dół, w rytm moich słów. Ale pysk mu się śmiał.

Wstałem. Przyśpieszyłem na Marginal, próbując złapać stopa. Wystawiłem palec. Na próżno, nikt się nie zatrzymał. Ci dzisiejsi kierowcy to egoiści; myślicie, że podrzucają ot tak, jak ci pasuje? Tylko gdy dziewczyna odsłania nogę. Wtedy hamują z piskiem opon, zostawiając ślady na ziemi. Nawet jak ona mówi, że chce jechać do Bengueli, oni zaraz, że tam właśnie jadą, tylko jedną chwilę, zabiorą z domu walizkę. Oczywiście, że na Corimbie zatrzymują samochód z powodu awarii, spryciarze! Ale ja wyszedłem na głupka i gdybym nie miał charakteru w nogach, o dotarciu na Wyspę nie byłoby mowy. Poszliśmy więc obydwaj, ja i pies wciąż pogrążony w myślach o swojej sierści.

Weszliśmy do restauracji na Wyspie. Nikt nie spytał o zwierzaka. Liczyłem, że właściciel przyjdzie i wyrzuci psa na ulicę, ale nic. Później zrozumiałem, że biorąc pod uwagę sposób, w jaki klienci się drapali, pchły były miejscowe. Nie robiło zatem różnicy, jeden zwierzak mniej czy więcej.

Była to moda narodowa: kto chciał się napić piwa, musiał zamówić specjalność lokalu – ryż ze smażoną rybą. Poprosiłem o obiad i trzy piwa. Obaliłem trzy piwa, położyłem talerz na podłodze, a pies zmiótł ryż. W całym tym restauracyjnym zamieszaniu klienci zrzędzili, chcieli więcej piwa, ale właściciel był nieugięty: każde trzy piwa wyłącznie do talerza ryżu ze smażoną rybą. Zważywszy na moje fundusze – znaczy się mojej matki – zawahałem się, popatrzyłem na leżącego psa, który już się oblizywał, po czym zamówiłem jeszcze jedną porcję. Powtórzyliśmy scenę: piwa dla mnie, talerz dla zwierzaka. I rozeszły się pieniądze starej. I tak były warte tylko tyle, co trzy sprzedane przez nią kupki pomidorów, po cztery małe pomidory w każdej. Życie było dla nas łaskawe.

Wyszliśmy z restauracji porządnie najedzeni, bekając pospołu. Poszliśmy kawałek dalej i położyliśmy się w cieniu na plaży. Morze nie było jeszcze wzburzone jak o zmierzchu, mruczało niczym zasypiający kot. Ja i mój pies proletariusz zasnęliśmy.

Kiedy się obudziłem około czwartej po południu, psa nie było. Rozejrzałem się. Nic. Gwizdnąłem. Idem. Szukałem po całej plaży, nawet w cieniu rzedniejących drzew. Dokąd to bydlę polazło?

Szukam go po dziś dzień. Skurczybyk zachował się jak ostatni lump, zeżarł mój obiad, przespał się, a kiedy się obudził, poszedł swoją drogą. Bez pożegnania. Pasożyt, wyzyskiwacz. A ja, Tico, rewolucyjny intelektualista, nie napisałem takiego wiersza, jaki zamierzałem. Obłudnik nie zasługiwał, wciąż miał mentalność burżuja, wroga chłoporobotników takich jak ja, wykorzystywanych przez pięć wieków. Niedaleko pada jabłko od jabłoni!

Wystarczy ci, towarzyszu pisarzu? Niestety, nie umiem opowiadać o tym owczarku niemieckim. Możesz teraz pisać, ale tak samo jak opowiedziałem. Dokładnie tak samo.

Przełożył Przemysław Dębowiak


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas