poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JOSÉ EDUARDO AGUALUSA
Hotel wśród palm
Dekada Literacka 2011, nr 3 (246)

„Hotel Mewa” znajdował się na wyludnionej plaży Paraíby, niemal całkowicie schowany za olbrzymią wydmą. Widziałem go z daleka i w niepewnym świetle zmierzchu wydał mi się niczym piękny, koronkowy obrus rozciągnięty między palmami; podobny do tych, które sprzedaje się na targu w Caruaru. Kiedy się do niego zbliżyłem, zauważyłem, że cały budynek zbudowany jest z cegieł ułożonych nie jak zwykle jedna na drugiej, ale tak, że wiatr mógł swobodnie dąć przez szczeliny między nimi. Mogłem się później przekonać o zaletach tego fortelu: pokoje, aczkolwiek małe, pozostawały zawsze chłodne. Nocą, wyciągnięty na łóżku, wsłuchiwałem się w lekki wietrzyk. Przenikał przez ściany tak, jakby cały budynek oddychał.

Dotarłem zupełnie wyczerpany. Dwa dni wędrowałem z rybackiej wioski, nieustannie wzdłuż brzegu morza. Jeśli by wierzyć przewodnikom turystycznym, mieszkańcy owej wioski byli jedynymi ocalałymi członkami niegdyś bogatego i wpływowego plemienia. Wydawali mi się podobni do wieśniaków z głębi kraju: jedni mniej lub bardziej czarni, inni Mulaci, z pół tuzina z kolei prawie całkowicie białych. Indianie? Może rzeczywiście jakiś zbłąkany wojownik z plemienia Tupi ze wzniesioną włócznią i łukiem trzymanym tuż przy sercu mógł wśród nich przeżyć. Nie było to jednak zbyt prawdopodobne.

Po dwóch dniach spędzonych w promieniach żarzącego się słońca byłem pijany od nadmiaru światła. Wszedłem do środka, pokonałem dwa schodki dzielące mnie od recepcji i postawiłem plecak na stole. Nikogo nie było. Poczekałem chwilkę, a potem zapukałem trzy razy w blat. Cisza. Z zewnątrz docierał do mnie odświeżający powiew morza, zgiełk ptaków i powolny taniec palmowych liści. Zapukałem ponownie i tym razem usłyszałem jakiś głuchy gwizd. Chwilę potem zobaczyłem bardzo starego i bardzo czarnego mężczyznę ubranego jedynie w szerokie bermudy i wlokącego z wysiłkiem swoją drewnianą nogę.

Wyjaśniłem mu, że chciałbym pokój. Staruszek uśmiechnął się szeroko i zauważyłem (ku mojemu zdziwieniu), że miał wszystkie zęby. Myślałem, że coś powie. Myliłem się jednak. Chwycił mój plecak i zaprowadził mnie do jednego z pokojów. Nie powiedział nic ani tamtego dnia, ani podczas kolejnych piętnastu. Może był niemową.

Początkowo nie miałem zamiaru zostać. Panował tam jednak taki spokój, że postanowiłem zatrzymać się na trochę. Budziłem się wcześnie, a nawet bardzo wcześnie, i szedłem na plażę. Morze było zawsze ciepłe i czyste. Kładłem się na plecach i unosiłem na falach, jakbym się jeszcze nie urodził. Potem wracałem do hotelu i pisałem. W południe staruszek serwował mi obiad w opuszczonym salonie: suszone mięso, czarną fasolę i ryż. Piwo, które dostawałem, było letnie, ale nie było niczego innego do picia. Czasami o poranku nie było nawet bieżącej wody w łazience i musiałem myć zęby piwem.

Przypomniałem sobie zdarzenie z 1989 roku, kiedy po wielu latach nieobecności powróciłem do Angoli wraz z delegacją wypędzonej młodzieży. Zachwiany po upadku muru berlińskiego reżim angolski próbował pokazać światu inne oblicze, zgodne z ówczesnymi tendencjami. Nasza wizyta miała stanowić część tej strategii. Zostaliśmy zakwaterowani w hotelu należącym do partii, zbudowanym na klifie tuż przy plaży, znajdującej się kilka kilometrów od Luandy. Nie brakowało nam niczego z wyjątkiem wody. Kiedy próbowaliśmy odkręcać krany w łazienkach, te zaczynały się trząść, ponuro wyć, po czym wypełniały się ciemnym gazem i zamierały. Woda? Ani strużki. Za to w każdym pokoju znajdowała się szafka pełna butelek whisky. Pewnego wieczoru, nie mogąc znieść strasznego smrodu, który wydobywał się z łazienki, przenikając wszystko (łącznie z moimi snami), wlałem wszystkie pozostałe butelki whisky do spłuczki. Wiadomość o tym, w jaki sposób jeden z uczestników delegacji używał whisky, rozeszła się błyskawicznie. Dwa dni później wezwał mnie
sekretarz partii do spraw młodzieży:

– To prawda, że towarzysz używa whisky do czyszczenia ubikacji?

Powiedziałem mu, że tak, że zrobiłem to raz, ale później nikt już mnie nie chciał poczęstować whisky. Mężczyzna wyglądał na zaskoczonego:

– Towarzyszu, to była dwunastoletnia whisky. Nie mógłby pan robić tego coca-colą?

Opowiedziałem o tym wydarzeniu staruszkowi. Słuchał mnie z uwagą, paląc swoją nieodłączną fajkę, ale nawet się nie uśmiechnął. Myślę, że mi nie uwierzył.

Pewnego dnia wróciłem z plaży i nie było go w hotelu. Nie pojawił się też w porze obiadowej ani o zmierzchu, a następnego dnia znalazłem na piasku, tuż przy brzegu morza, porzuconą fajkę. Jeszcze tamtej nocy zostałem w hotelu, ale następnego dnia opuściłem to miejsce. Minęło dziesięć albo dwanaście godzin zanim dotarłem do jakiejś niewielkiej osady. Usiadłem w barze blisko plaży, w niewielkiej, glinianej chatce krytej strzechą, i popijając sok z mangaby, opowiedziałem moją historię barmanowi. Ten pokręcił przecząco głową:

– Nie może być, chłopcze – powiedział. – Ten hotel jest opuszczony od ponad piętnastu lat.

I właśnie dlatego wierzę w Saci Pererę (1).

Przełożyła Diana Solnica

PRZYPISY:

(1) Saci Pererę to jedna z najpopularniejszych istot brazylijskiego folkloru. Legenda o nim pochodzi z terenów południowej i centralnej Brazylii. Jest on przedstawiany jako całkowicie czarny, jednonogi karzeł, wiecznie palący fajkę i noszący magiczną, czerwoną czapkę, z której pochodzą wszystkie jego zdolności. Pozwala mu ona znikać i pojawiać się gdziekolwiek i kiedykolwiek zechce. Uważany za niesamowitego psotnika w jednej części kraju, w drugiej za istotę niebezpieczną i złośliwą, Saci Pererę spełni życzenia tego, kto zdoła ukraść jego czapkę. Jest naprawdę złośliwy – stuka, puka i straszy, szczególnie wędrowców, którym gwiżdże w ucho [przyp. tłum.].


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas