poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JOSÉ EDUARDO AGUALUSA
Tajemnice świata
Dekada Literacka 2011, nr 3 (246)

Nie lubię lotnisk ani samolotów. Nie, żebym bał się latać. Boję się, owszem, ale aparatu policyjnego. Poza tym przeszkadza mi idea siedzenia przez sześć godzin, a nawet dłużej, obok jakiegoś nieznajomego.

Pasażerowie patrzą na mnie, zwracają uwagę na moje uporczywe milczenie i myślą, że się boję. Zawsze zdarzają się tacy, którzy próbują zagadać. Tak też było podczas ostatniego lotu z Luandy do Lizbony. Mój sąsiad był wysoki, szczupły, zasuszony i giętki jak trzcina, i miał nieco uroczysty sposób mówienia, podobny do tego, którego uczą się księża w seminariach.

– Pierwszy raz leci pan samolotem?

Wiedziałem, że mnie o to zapyta. Zawsze pytają. Odwróciłem twarz i udawałem głuchego. Jednak, wbrew moim oczekiwaniom, nie zniechęcił się. Opowiedział mi, jak uczęszczał do seminarium w Luandzie (bingo!), aż do czasu, gdy wyrzucili go za niemoralne prowadzenie się. Miałem ochotę zapytać, co rozumiał przez niemoralne prowadzenie się, ale to oznaczałoby złamanie moich zasad, więc milczałem. Sebastian – nazywał się Sebastian – kontynuował swoją historię. Kiedy wyrzucono go z seminarium, zatrudnił się na jakiś czas w zakładzie pogrzebowym. W tej pracy poznał wiele owdowiałych kobiet. Używał czasownika „poznać” w sensie biblijnym:

– Poznałem wiele wdów – powiedział mi z porozumiewawczym uśmiechem współwinowajcy. – Poznałem je, szanowny panie, poznałem dobrze.

Jedną poznał wyjątkowo dobrze. Jednak jej synowi nie spodobało się ich jakże intymne poznanie.

– Na nieszczęście – kontynuował Sebastian – osobnik, o którym mowa, okazał się inspektorem policji. Pokłócił się ze mną, co było początkiem mojej klęski. Nie znając się na polityce i wiodąc życie pośród cudzej śmierci, nagle z powodu bezpodstawnych podejrzeń i intryg zostałem oskarżony o powiązania z terrorystami.

Uprzedzony przez wdowę o groźbie aresztowania, Sebastian uciekł do Konga. Tam, przez dziesięć lat, zajmował się wszystkim po trochu:

– Byłem taksówkarzem, szewcem, portierem w nocnym klubie jakiegoś Portugalczyka, byłem nawet księdzem – powiedział, patrząc na mnie dwuznacznie. – Poza tym nauczyłem się wielu innych rzeczy, szanowny panie. Nie wyobraża pan sobie, jakie tajemnice skrywa w sobie świat.

Zdanie to, rzucone niby od niechcenia w samolocie lecącym dziewięćset kilometrów na godzinę ponad chmurami, obudziło we mnie ciekawość. Czekałem na ciąg dalszy. Jednak Sebastian zamknął oczy, skrzyżował ramiona i nic więcej nie powiedział. Czekałem, ale ciekawość stała się nie do zniesienia:

– A więc? Czego się pan jeszcze nauczył?

Cisza. Sebastian spał.

Obudził się dwie godziny później, przeciągnął się, strzelił palcami, przeprosił i wstał. Zobaczyłem, jak kieruje się do toalety, uroczyście, posępnie, jak ktoś, kto ma zamiar uklęknąć w konfesjonale. Zasnąłem. Nie wydaje mi się, żebym spał długo. Pamiętam, że obudziła mnie wrzawa. Dochodziła z przodu, z pierwszej klasy i nasilając się, docierała aż do nas. Pomyślałem, że chodziło o jakiegoś pijanego pasażera, kłótnię między pijakami albo coś w tym rodzaju. Następnie przebiegła koło mnie stewardesa. Niektórzy powstawali z miejsc, próbując zlokalizować przyczynę zamieszania; dało się słyszeć krzyki; ta sama stewardesa pojawiła się ponownie i rozwścieczona zmuszała wszystkich do ponownego zajęcia swoich miejsc. Jakaś kobieta za mną zaczęła się modlić.

Głos pilota, łagodny i uwodzicielski jak głos sprzedawcy perfum, zdołał na krótką chwilę przywrócić utracony porządek:

– Szanowni państwo, proszę zapiąć pasy i zachować spokój. Z powodów technicznych będziemy musieli zrobić krótki postój w Dakarze. Wylądujemy za dwadzieścia pięć minut.

– To żmija! – Zapewnił młody człowiek o całkowicie ogolonej głowie, którego czaszka błyszczała od potu. – Znaleźli żmiję w klasie biznes!

Wiadomość szybko się rozeszła i w parę minut rozrosła do kilku różnych wersji:

– Ma skrzydła!...

– Skrzydła?! Kto ma skrzydła?!...

– No żmija! Żmija ma skrzydła!

Kobieta za mną modliła się po łacinie. Łysy zniknął w klasie biznes i chwilę później wrócił rozpromieniony:

– Już wszystko wiem – powiedział. – Żmija to zairski czarownik.

Zasugerowałem wersję bardziej realistyczną: żmija prawdopodobnie została wniesiona na pokład w torbie jakiegoś zairskiego pasażera (w Demokratycznej Republice Konga je się żmije), skąd udało jej się wydostać, i została znaleziona w klasie biznes. Nikt mnie nie słuchał.

W Luandzie często krążą pogłoski o zairskich czarownikach zmieniających się w żmije, aby zabijać ludzi. Był nawet przypadek krokodyla, który w porze suchej pojawił się w dzielnicy daleko, bardzo daleko od jakiejkolwiek rzeki czy jeziora. Mieszkańcy zastrzelili go i zasztyletowali – okazał się czarownikiem.

Wylądowaliśmy w atmosferze graniczącej z histerią. Stewardesy wyrzuciły nas z maszyny i zgromadziły wszystkich w niewielkiej sali. Przykry zapach moczu i potu przejmował mnie do głębi. Szukałem Sebastiana, ale nigdzie go nie było. Ujrzałem go ponownie kilka godzin później, gdy opuszczaliśmy pomieszczenie, aby ponownie zająć miejsca w samolocie. Stał w słońcu, otoczony kordonem policji.

– Widzicie? – powiedział łysy. – To ten czarownik!

Sebastian odwrócił się i nasze spojrzenia się spotkały. Pozdrowił mnie lekkim skinieniem głowy. Udałem, że go nie znam. Nie chciałem być posądzony o przyjaźń z nim – Boże Święty, żmija, i to ze skrzydłami! Nikt nie wyobraża sobie, jakie tajemnice skrywa w sobie świat.

Przełożyła Violetta Gawor


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas