poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JOSÉ EDUARDO AGUALUSA
Noc, w którą złapano Świętego Mikołaja
Dekada Literacka 2011, nr 3 (246)

Stary Pascoal miał długą, bujną, siwiuteńką brodę, która w nieładzie spadała mu na pierś. Taka moda? Nie; to była tylko nędza. Jednak właśnie dzięki tej brodzie udało mu się dostać pracę. To był pierwszy powód; drugim był fakt, że urodził się albinosem. Miał skórę gekona i mrugające, różowe oczy, zawsze skryte za olbrzymimi, ciemnymi okularami. Wówczas nawet przez myśl mu nie przeszło, żeby rozglądać się za pracą. Był pewien, że wkrótce umrze na jakiejś ulicy, bardziej ze smutku aniżeli z głodu, bo do życia wystarczała mu zupa, którą każdego wieczora dostawał od Generała, i jedna lub dwie skórki czerstwego chleba znalezione w śmietniku. Nocami, zawinięty w koc, sypiał na stole bilardowym w piwiarni – kolejna przysługa Generała – i śnił o basenie.

Przepracował czterdzieści lat na basenie – od pierwszego dnia! – jako administrator. Umiał czytać, liczyć i był wzorem cnót nabytych w szkole prowadzonej przez misjonarzy, nie wspominając o uczciwości, higienie i zamiłowaniu do pracy. Biali lubili go: Pascoal to, Pascoal tamto. Powierzali mu małe dzieci, niektórzy nawet zapraszali go, żeby pograć w piłkę (był niezłym bramkarzem), inni darzyli go zaufaniem i korzystali z jego pokoju, żeby umawiać się na schadzki.

Pokój Pascoala przylegał do męskiej szatni. To był jego dom. Biali poklepywali go po plecach:

– Pascoal, jedyny Murzyn w Angoli, który ma dom z basenem.

Śmiali się:

– Pascoal, najbielszy Murzyn w Afryce.

Opowiadali dowcipy o albinosach:

– Znasz ten o wodzu, który w Dniu Rasy został poproszony o przemowę? Koleś wszedł na scenę, chrząknął i zaczął: Tutaj, w Angoli, wszyscy jesteśmy Portugalczykami: biali, czarnoskórzy, Mulaci i albinosi; wszyscy jesteśmy Portugalczykami.

Czarnoskórzy, przeciwnie, nie przepadali za Pascoalem. Kobiety patrzyły z pogardą, pluły, kiedy przechodził, albo co gorsza udawały, że w ogóle go nie widzą. Dzieci już o świcie przeskakiwały mur i rzucały się do basenu. Musiał wstawać w slipkach, żeby je stamtąd wyciągnąć. Pewnego dnia kupił używaną wiatrówkę i zaczął do nich strzelać, ukrywając się za akacjami.

Kiedy Portugalczycy uciekli, Pascoal zrozumiał, że szczęśliwe dni dobiegły końca. Z niechęcią uczestniczył w wejściu partyzantów do miasta, w strzelaninach, w rabowaniu domów. Tym, co najbardziej go bolało w kolejnych miesiącach, było oglądanie ich wchodzących do basenu; towarzysz tu, towarzysz tam, jakby już nikt nie miał imienia. Dzieci, te same, które niegdyś Pascoal przeganiał strzałami, teraz sikały do basenu z trampoliny. Doszło do tego, że pewnego popołudnia zabrakło wody. Nie było jej ani następnego, ani kolejnego dnia. Nie pojawiła się już nigdy. Trochę później skończył się chlor. Basen zaczął gnić. Zżółkł, wyblakł, wypłowiał jeszcze bardziej i nagle wypełnił się żabami. Początkowo Pascoal próbował walczyć z inwazją za pomocą wiatrówki. Bez rezultatu. Im więcej żab zabijał, tym więcej się ich pojawiało, szczęśliwych, ogromnych, które nocami przy pełni księżyca śpiewały, aż po świt, tłumiąc dalekie echo wystrzałów i szczekanie psów.

Pewien rodzaj znużenia zawisł nad domami i miasto zaczęło umierać. Afryka – będziemy nazywać ją w ten sposób – znów miała w swoim posiadaniu to, co niegdyś do niej należało. W ogrodach otwierano studnie i rozpalano ogniska. Trawa pokryła asfalt, wdarła się na ścieżki, mury, podwórka. Kobiety łuskały kukurydzę w salonach. Lodówki zaczęły służyć jako szafki na buty. W pianinach hodowano króliki. Całe pokolenia kóz pasły się w bibliotekach – kóz oczytanych, specjalizujących się w literaturze francuskiej, w finansach lub w architekturze. Pascoal opróżnił basen, wyczyścił go, zebrał wszystkie pieniądze, które miał, i kupił kury. Poprosił basen o wybaczenie:

– Przyjacielu – zwrócił się do niego – to tylko na kilka miesięcy. Będę sprzedawał jaja, sprzedam kurczaki i kupię dobrą wodę, kupię chlor i znów będziesz piękny jak niegdyś.

Czasy, które nastały, były jednak jeszcze gorsze. Pewnego popołudnia pojawili się żołnierze i zabrali kury. Pascoal nic nie powiedział. Powinien był, być może, powiedzieć cokolwiek.

– Ten albinos zadziera nosa – poirytował się żołnierz. – Pewnie myśli, że jest biały. Zobaczcie tylko, imitacja białego.

Pobili go. Zostawili ledwo żywego w basenie. Kilka miesięcy później przyszli inni żołnierze. Powiedziano im o pewnym albinosie, który hoduje kury, a że nie znaleźli żadnej, oczywiście również go pobili.

Wojna powróciła z wielkim impetem. Samoloty przez pięćdziesiąt pięć dni bombardowały miasto – lub to, co z niego zostało. Trzydziestego szóstego dnia jedna z bomb zniszczyła basen. Pascoal tygodniami błąkał się wśród gruzów.

Pewnego razu przyjechali dżipem trzej mężczyźni – biały, Mulat i czarny – w marynarkach i pod krawatem.

– Mój Boże! Mój Boże! – rozpaczał Mulat, czyniąc ręką gest zniechęcenia i rozpaczy.

– To było miastobójstwo, miastobójstwo...

Pascoal nie znał znaczenia tego słowa, ale mu się podobało.

– To było miastobójstwo – powtórzył, i nawet dzisiaj, kiedy przypomina sobie basen, godzinami powtarza to samo zdanie. – To było miastobójstwo, to było miastobójstwo.

Oddział białych żołnierzy – wyraźnie cudzoziemców, każdy w niebieskim berecie – zabrał go pewnego deszczowego poranka do Luandy. Dwa dni spędził w szpitalu, gdzie opatrzono mu rany i gdzie dano mu jeść. Następnie go odprawiono. Starzec zamieszkał na ulicy. Pewnego upalnego, grudniowego dnia Hindus z nowego supermarketu w Mutambie przyszedł z nim porozmawiać:

– Potrzebujemy Świętego Mikołaja – oznajmił mu. – Z tobą zaoszczędzilibyśmy na brodzie. Poza tym jako typ nordycki byłbyś bardziej autentyczny. Oferujemy trzy miliony na dzień. Zainteresowany?

Jego zadanie polegało na staniu przed supermarketem w czerwonej piżamie i w czapeczce. Jako że był chudziusieńki, przyczepili mu dwie poduszki na brzuchu. Pascoal cierpiał z powodu upału, pocił się cały dzień w pełnym słońcu, ale po raz pierwszy od wielu lat czuł się szczęśliwy. Tak ubrany, z workiem w ręce, oferował dzieciakom prezenty (prezerwatywy podarowane Ministerstwu Zdrowia przez szwedzką organizację pozarządową) i zapraszał rodziców do sklepu.

– Jestem Świętym Mikołajem naganiaczem – wytłumaczył Generałowi.

Aż do pierwszej połowy dwudziestego wieku naganiacze byli zatrudniani w celu przyciągania klientów do sklepów. Z każdym dniem Pascoal coraz bardziej lubił tę pracę. Dzieci podbiegały do niego z otwartymi ramionami. Kobiety uśmiechały się, puszczały do niego oczko (żadna kobieta nigdy wcześniej nie uśmiechnęła się do niego); mężczyźni gratulowali mu i pozdrawiali:

– Dzień dobry, Święty Mikołaju! Jak stoimy w tym roku z prezentami?

Starzec doceniał przede wszystkim zdziwienie dzieci z ulicy. Stawały w kręgu. Bardzo chciały zaglądnąć do worka. Jeden, maleńki, słabiuteńki, chwycił go za spodnie:

– Święty Mikołajuniu – poprosił – daj mi balon.

Pascoal otrzymał jasne instrukcje, żeby wręczać prezerwatywy tylko tym dzieciom, które były pod opieką kogoś dorosłego, choć i tak wszystko zależało od tego, jakie ten ktoś sprawiał wrażenie. Umowa była jasna: dzieci z ulicy miały być odpędzane.

Pod koniec drugiego tygodnia, kiedy zamknięto sklep, Pascoal zdecydował nie ściągać swojego przebrania i poszedł w nim do piwiarni. Generał zobaczył go i nic nie powiedział. W ciszy podał mu zupę.

– Jest bardzo dużo biedy w tym kraju – żalił się starzec, siorbiąc zupę. – Przestępczość popłaca.

Tamtej nocy nie śnił o basenie. Ujrzał piękną kobietę schodzącą z nieba, która usiadła na krawędzi stołu bilardowego. Miała długą suknię z błyszczącymi kamyczkami i pozłacaną koronę na głowie. Światło biło od niej jak od pochodni.

– To ty jesteś Świętym Mikołajem – odezwała się do niego. – Wysłałam cię tutaj, żebyś pomagał biednym i nieporadnym dzieciom. Idź do sklepu, schowaj zabawki do worka i rozdaj je.

Starzec obudził się otumaniony. Głęboką nocą, wokół stołu bilardowego, unosił się mleczny pył. Raz jeszcze zawinął się w koc, ale nie zdołał zasnąć. Wstał, włożył strój Świętego Mikołaja, chwycił worek i wyszedł na ulicę. Szybko dotarł do Mutamby. Sklep jaśniał, olbrzymi na pustym placu, jak latający spodek. Lalki Barbie zajmowały główną witrynę, każda w swojej sukience, ale wszystkie z tym samym uśmiechem pełnym znudzenia. W drugiej witrynie znajdowały się mechaniczne potwory, plastikowe pistolety, elektryczne samochodziki. Pascoal wiedział, że jeśli zbije szybę wystawy, będzie mógł włożyć rękę przez kraty i otworzyć drzwi. Chwycił kamień i zbił szybę. Już wychodził z pełnym workiem, kiedy pojawił się policjant. W tej samej chwili, za nim, na rogu ulicy zapłonęła akacja. Pascoal zobaczył Panienkę, która uśmiechała się do niego, unosząc się nad kwietnym płomieniem. Policjant wydawał się niczego nie zauważać.

– Bezczelny staruchu – krzyknął. – Gadaj, co tam masz w tym worku?

Pascoal poczuł, że usta otwierają mu się wbrew jego woli i usłyszał swój głos:

– Róże, proszę pana.

Policjant spojrzał na niego zmieszany:

– Róże? Zwariowałeś, staruchu...

Uderzył go mocno w twarz wierzchem dłoni. Wyciągnął pistolet z kabury, przystawił mu do głowy i krzyknął:

– Róże? W takim razie pokaż mi te róże!...

Starzec zawahał się przez moment. Później raz jeszcze spojrzał w stronę kwitnącej akacji i ponownie zobaczył Panienkę uśmiechającą się do niego, przepiękną, całą otoczoną światłem. Chwycił worek i opróżnił go u stóp funkcjonariusza. To rzeczywiście były róże – plastikowe.

Ale były to róże.

Przełożyła Katarzyna Szczepanowska


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas