poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JOSÉ EDUARDO AGUALUSA
O zgubnych skutkach śmiechu
Dekada Literacka 2011, nr 3 (246)

Zauważyłem ich dopiero, gdy zatrzymaliśmy naszego dżipa. Stali tam, na poboczu, na wpół ukryci w cieniu zapadającego zmierzchu – stary i jego jaszczurki. Były to ogromne jaszczurki o szyjach pomarszczonych jak u starego i takich samych oczach – małych i tajemniczych. Spostrzegł moje zainteresowanie i rzucił cenę:

– Pięć milionów, tatuśku. Za każdą.

Cena wydała mi się całkiem uczciwa. Warto się było jednak potargować:

– Pięć milionów?! Za pięć milionów, tylko jeśli potrafiłyby mówić…

Stary spojrzał na mnie zupełnie poważnie:

– Mówić, mówią mało, tak, mój drogi przyjacielu. Ale za to dużo się śmieją.

Śmieją?! Jaszczurki?! Niby z czego się śmieją? Stary wzruszył ramionami. Nie wiedział. Śmieją się z niczego, jak szaleńcy, śmieją się jedna do drugiej, kiedy się wygrzewają na słońcu. Uznałem, że jedynie za tę odpowiedź stary zasłużył sobie na pieniądze. Dałem mu pięć banknotów, które starannie wygładził, zanim schował je do kieszeni. Potem przyniósł mi największą z jaszczurek:

– Ta tutaj nazywa się Leopoldino i jest najsprytniejsza.

Chciałem się dowiedzieć, jak go karmić. Stary wyjaśnił, że zwierzę potrafi samo o siebie zadbać. Żywi się muchami, karaluchami i komarami, uwalnia dom od robactwa. Ośmieliłem się zażartować:

– I do tego jeszcze możemy mu opowiadać dowcipy?

Stary się nie odezwał. Pochylił się nad jaszczurkami i coś im powiedział. Wydawało się, że mówił językiem nie z tego świata. Mówił bryzą, podmuchem, pełnym wilgoci szmerem falujących traw. Wsiadłem do dżipa i patrzyłem, jak się oddala, cień w samym środku ciemnej nocy. Miałem wrażenie, że sobie ze mnie zakpił.

Kiedy już prawie dojeżdżaliśmy do Sumbe, jaszczurka jednak zaczęła się śmiać. Wiem, że to może wydawać się dziwne, ale to szczera prawda: Leopoldino się śmiał. Oczywiście nie śmiał się jak człowiek, śmiał się jak ktoś przypominający jaszczurkę, ale się śmiał. Były to pozbawione emocji, cyniczne wybuchy śmiechu, które rozbrzmiewały w samochodzie, wzbudzając coraz większy niepokój. Gdy go słuchałem, wcale nie było mi do śmiechu. Przyjaciel, który prowadził dżipa, zaniepokoił się jeszcze bardziej:

– Z czego to zwierzę się śmieje?

Wzruszyłem ramionami tak, jak wcześniej stary sprzedawca. Skąd mogłem wiedzieć? Może śmiał się z niczego, jak szaleńcy. Powiedziałem mu, że jaszczurki tego gatunku podczas wylegiwania się na słońcu porozumiewają się ze sobą za pomocą wybuchów śmiechu. Mój przyjaciel miał jednak inną teorię na ten temat:

– Nie – powiedział. – To oczywiste, że śmieje się z nas!…

To przypuszczenie zasiało nieufność w dżipie. Otworzyłem pudełko po butach, do którego schowałem Leopoldina, i położyłem go przed nami na desce rozdzielczej. Jego oczy były bardzo stare. W ogóle był bardzo stary. W ciszy przyglądaliśmy się sobie nawzajem. Leopoldino patrzył wyzywająco, może nawet trochę arogancko, ale nie zauważyłem w jego oczach choćby najmniejszego przebłysku ironii.

Próbowałem uspokoić mojego przyjaciela:

– Papugi się śmieją, nawet mówią, ale ich śmiech, ani to, co mówią, nie ma żadnego znaczenia. Skoro gady są spokrewnione z ptakami, to dlaczego nie mogłyby istnieć jaszczurki, które potrafią naśladować ludzki śmiech?

Mój przyjaciel zaczynał się powoli irytować:

– Nie opowiadaj bzdur! Dobrze wiem, kiedy jaszczurka się ze mnie śmieje…

Postawiona w ten sposób sprawa stała się bardziej osobista. Wybuch śmiechu bywa często gorszy od największej obelgi. Ponadto powód śmiechu Leopoldina nie był jednoznaczny: mógł się śmiać z naszej ludzkiej brzydoty (dla gadów musimy być bardzo brzydcy); mógł się śmiać z głupoty dwóch osobników, którzy za pięć milionów kwanz kupili jaszczurkę na trasie Luanda-Sumbe; a może wiedział o nas coś, o czym lepiej, żeby nikt, nawet nasza świadomość, nie wiedział. Choć odezwałem się tylko, żeby podtrzymać rozmowę, mój biedny przyjaciel wziął to na poważnie:

– To pewnie chodzi o to z Anną – mruknął ponuro. – Przeklęte zwierzę za dużo wie.

Nie wiedziałem, co wydarzyło się między nim a Anną; nie miałem nawet pojęcia, kim ona jest, ale uznałem, że lepiej będzie siedzieć cicho. Musiało to być coś absurdalnie śmiesznego. Jeśli by mi o tym opowiedział, możliwe że sam nie mógłbym powstrzymać się od śmiechu. I gdybym się wtedy roześmiał, byłby to koniec naszej przyjaźni.

– Nie powiedziałem ci jeszcze najgorszego – wyznałem. – Jeśli wierzyć staremu, to ona również potrafi mówić.

– Ona mówi?! To zwierzę mówi?! No nie… tego już za wiele!…

Zatrzymał samochód na poboczu, zostawiając włączone światła, i wybiegł na drogę.

W prawej ręce trzymał pistolet.

– Zastrzelę tego typa!…

Po raz pierwszy zobaczyłem go z bronią. Wyskoczyłem z dżipa:

– Nawet nie próbuj. Jaszczurka jest moja.

Spojrzał na mnie i zdałem sobie sprawę, że nie żartował. Mój przyjaciel był na wojnie. Dwa lata w Cuíto-Cuanavale.

– Jaszczurka jest moja – powiedziałem. – Pozwól, że załatwię to sam.

Wyrwałem mu pistolet z ręki, chwyciłem pudełko po butach, w której był Leopoldino, i oddaliłem się kilka metrów w stronę lasu. Reflektory samochodu oświetlały wysuszoną trawę, wysokie kaktusy, szeroki baobab. W środku bezchmurnej i rozgwieżdżonej nocy słychać było jedynie cykanie świerszcza. Położyłem pudełko na ziemi, wycelowałem w nie i wystrzeliłem trzy razy. Kiedy przebrzmiało echo ostatniego wystrzału, zapadła niesamowita cisza. I wtedy, niespodziewanie, po mojej lewej, seria z karabinu maszynowego przeszyła noc. Nagle ogarnął mnie strach, odwróciłem się w kierunku dżipa i zacząłem biec. Za mną, ponad hukiem wystrzałów, usłyszałem wyraźny, pozbawiony emocji śmiech Leopoldina.

Mój przyjaciel trzymał już ręce na kierownicy:

– Pospiesz się, chłopie! Masz pecha. Zdaje się, że wywołałeś wojnę.

Kiedy z wyłączonymi światłami szybko zanurzaliśmy się w noc, odwrócił się do mnie:

– Zabiłeś zwierzę?

Odpowiedziałem mruknięciem. Jedyne, czego chciałem, to stamtąd uciec.

– Dobrze zrobiłeś – powiedział mój przyjaciel, a jego uśmiech błysnął w ciemności. – Jaszczur za dużo wiedział!…

Przełożyła Dorota Dulańska



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas