poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
INÁCIO REBELO DE ANDRADE
Litania do miasta białych gdzie nazwy nadawali biali, a czarni nie nazywali niczego: ani alej, ani ulic, ani placów
Dekada Literacka 2011, nr 3 (246)

1

Aleja 5 Października, aleja Paivy Couceiro, aleja Nortona de Matosa, ulica Mariano Machado, ulica Pereiry d’Eçy, ulica Sousy Gentila, plac Salazara, plac Vicente Ferreiry – imiona białych, żywych lub martwych, odpowiadały za lokalną toponimię.

W Afryce, w mieście białych, nazwy nadawali biali, a czarni nie nazywali niczego: ani alej, ani ulic, ani placów.

2

Artur nie mógł przypomnieć sobie roku, w którym zrozumiał, co – poza kolorem skóry – różniło białych i czarnych: jedni wydawali rozkazy, drudzy musieli je wykonywać; jedni mogli karać chłostą, drudzy musieli być posłuszni bez cienia sprzeciwu. Biali mieszkali w mieście w murowanych domach, swatali swoje dzieci z innymi białymi i mieli ludzi, którzy im usługiwali; czarni mieszkali w barakach lub w chatach z suszonej cegły, najpierw byli zabawkami białych dzieci, a potem kończyli jako służący właścicieli.

Od tamtego roku, którego nie mógł sobie przypomnieć, Artur, dorastając, uświadamiał sobie te i inne różnice – również tę największą ze wszystkich, że czarni nie są panami swojej ziemi, nie mają do niej żadnych praw, bo tylko biali brali ją na własność i przekazywali kolejnym pokoleniom.

W Afryce, w mieście białych, nazwy nadawali biali, a czarni nie nazywali niczego: ani alej, ani ulic, ani placów.

3

Każdego ranka, gdy przejeżdżał na rowerze przez park Jardim da Alta, Artur obserwował taką oto scenę: czarni skuci kajdanami i przywiązani w pasie do grubego sizalowego sznura, jeden za drugim. Usuwali chwasty wokół altany, pochyleni nad motykami, a słońce skrzyło się na ich nagich i mokrych od potu plecach.

Pilnowało ich dwóch czy trzech sipajów umundurowanych jak trzeba: kurtka i spodnie khaki, płócienne buty, hełm na głowie, groźny kij w ręce.

W porze obiadowej robotnicy chronili się w cieniu drzew. Zostawiali motyki i padali na ziemię, przywiązani wciąż w pasie do sizalowego sznura; potem zaczynali jeść mamałygę z aluminiowego talerza.

W Afryce, w mieście białych, nazwy nadawali biali, a czarni nie nazywali niczego: ani alej, ani ulic, ani placów.

4

Artur pamiętał, z jakim szacunkiem cała rodzina traktowała kucharza Catengue i ogrodnika Sapalo, ale pamiętał też, z jaką uległością obydwaj spuszczali wzrok, gdy rozmawiali z ojcem albo z matką, powtarzając nieustannie: „tak, psze pana”, „tak, psze pani”, „ja robi, już robi”, „mnie wybaczy, mnie wybaczy”.

W wigilijny wieczór Catengue i Sapalo dostawali w prezencie parę spodni i koszulę, ale nawet wtedy nie przestawano zwracać się do nich na ty, a prezenty wręczano przez próg kuchennych drzwi; nikt ich nie obejmował ani nie podawał dłoni.

To babcia zajmowała się przekazywaniem prezentów.

– Weź te spodnie i koszulę. Idź się wykąp i ubierz się jak należy...

Obydwaj dziękowali, powtarzając zawsze te same słowa:

– Bardzo dziękuję, psze pani. Ja jest zadowolony. Bardzo zadowolony!

Catengue i Sampalo odchodzili z szacunkiem, posłusznie brali kąpiel i ubierali się jak należy...

W Afryce, w mieście białych, nazwy nadawali biali, a czarni nie nazywali niczego: ani alej, ani ulic, ani placów.

5

Artur pamiętał, jak każdego ranka, w betonowym zbiorniku pod drzewem mango, Nhareia prała brudne ubrania z poprzedniego dnia. Siedemdziesięcioletnia kobieta rozprawiała się ze stertą ubrań: namydlała każde z osobna, prała na lśniącej tarce, trzy razy zanurzała w wodzie, wykręcała tak, żeby nie porwać, w końcu wrzucała do wielkiej miednicy. Na rozciągniętym na słońcu sznurze suszyła prześcieradła, poszewki, ręczniki, wszystko, wszystko, wszystko, a po południu, po tym całym praniu i suszeniu, prasowała.

Czasem Nhareia zatrzymywała się na chwilę. Z resztek ciemnego tytoniu, które nosiła zawinięte w tkaninę, skręcała papierosa, wkładała go do ust i zaciągała się dwa albo trzy razy. Podczas tej krótkiej przerwy (trzy, cztery, może pięć minut), kucając spokojnie w cieniu drzewa, czuła się dobrze, a nawet była szczęśliwa.

Rozpoczynała od nowa: namydlała kolejne ubrania, prała na lśniącej tarce, trzy razy zanurzała w wodzie,  wykręcała uważnie, w końcu wrzucała do wielkiej miednicy, suszyła na sznurze.

W wigilię Bożego Narodzenia Nhareia dostawała w prezencie pięć kilo mąki i dwa litry oliwy, ale nie przestawano (pomimo jej siedemdziesięciu lat) zwracać się do niej na ty, a prezenty wręczano przez próg kuchennych drzwi; nikt jej nie przytulał ani nie podawał ręki.

W Afryce, w mieście białych, nazwy nadawali biali, a czarni nie nazywali niczego: ani alej, ani ulic, ani placów.

Przełożyła Magdalena Karpiuk



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas