poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JOSÉ EDUARDO AGUALUSA
Sylwetka lśniąca o zmierzchu
Dekada Literacka 2011, nr 3 (246)

Słońce wpływało przez okna jak rzeka – czyste, bez smutnej rdzawej barwy, która czasem pokrywa je, gdy dociera do ziemi. Chmury iskrzyły się, to kłębiąc się, to znów rozmywając, lecz była w tym nieładzie pewna harmonia, która przypominała starcowi japońskie ogrody. Tak, to był ogród, przepastny ogród chmur. Światło płynęło ponad obłokami – jakże białymi! – i uderzało odurzone w mknący metal skrzydeł. Tak powinna wyglądać śmierć, pomyślał bez zdziwienia: światło zamiast prochu. Człowiek nabywałby stopniowo skrzydlatej lekkości ptaków. Skóra nabierałaby przejrzystości, aż wyczuwalne byłoby powolne bicie serca, mały płomień tętniący w wątłym ciele. Światło płynące w żyłach. Ludzie żegnaliby się z rodziną, z przyjaciółmi, z każdym po kolei bez łez, bez żadnego bólu, i kiedy zanikłby im głos, nie byliby już niczym więcej niż lśniącą o zmierzchu sylwetką. Błędnym ognikiem. Świeceniem morza. Słabym świetlistym szmerem: żegnajcie.

Starzec leciał z powrotem do domu. Nie lubił samolotów. Nigdy ich nie lubił. Samoloty sprowadziły Ziemię do rozmiarów sieci metra, dokładnie tak. Odebrały jej tajemnicę i wielkość. Nie lubił też autostrad, mostów czy telefonów. Nienawidził Internetu.

– Szybkie podróże – mawiał – są tak samo wynaturzone jak fast foody, zwycięstwo barbarzyństwa poprzez technologię. Nawoływał zawzięcie, aby ludzkość powróciła do opieszałości.

– Im więcej biegamy, tym mniej czasu mamy.

W wielkich miastach powtarza się wciąż jedno zdanie jak mantrę, to tu, to tam, wszędzie – „nie mam czasu nie mam czasu nie mam czasu nie mam czasu nie mam czasu nie mam czasu”. Nikt nie ma czasu. Rodzice nie mają czasu, aby opowiedzieć dzieciom historie, które ich rodzice (albo dziadkowie) opowiadali im w dzieciństwie na dobranoc. Mężowie nie mają czasu na słuchanie żon. Żony nie mają czasu na słuchanie mężów. Na wsi, wręcz przeciwnie, czas rośnie jak chwasty w chłodnym cieniu murów. Starzec pomyślał o tym i uśmiechnął się. Leciał z powrotem do swojej rodzinnej miejscowości. Kiedy ją opuszczał, była zaledwie małym prowincjonalnym miasteczkiem. Koguty wydzierały nocy świt. Psy w oddali szczekały na dzwony. Stada ptaków drzemały w gęstych koronach drzew. W niedzielne popołudnia dzieci tańczyły wokół altany, trzymając się za ręce. Mieszkańcy siadali na progach i obserwowali noc okrywającą ogrody. Radio było cudem. Niewielu je miało. Najstarsi spoglądali niepewnie w niebo – nie może być! – powietrze, to samo powietrze co zawsze, teraz pełne głosów. Ciekawskie dzieci natomiast spoglądały do wnętrza odbiorników, ogromnych i okazałych mebli, i widziały wewnątrz kolorowe światła miast, zabiegane tłumy przyszłych pokoleń, wszystkie głosy, całą wrzawę nowo powstającego świata.

Minęło sześćdziesiąt lat. Czy odnajdzie jeszcze ten szczęśliwy dom, pokaźne gospodarstwo z suszonej cegły, gdzie spędził dzieciństwo?

Czy rozpozna dawne ulice pośród wielkich gruzowisk postępu?

A co, jeśli nie będzie już nigdzie znaków jego dzieciństwa?

Starzec zadrżał. Jeśli jego dzieciństwo nie przetrwało, choćby pod postacią drzewa awokado (z jego imieniem na najwyższej gałęzi), pod postacią spokojnego strumyka, ubitego gruntu na podwórku, szkoły lub przynajmniej skrzekliwego śpiewu cykad o zmierzchu – nie pozostałoby mu już nic. Starość pozbawia nas przyszłości. Przyszłość pozbawia nas przeszłości.

Starzec wyciągnął się w fotelu i zamknął oczy. Słońce wpływało przez okna jak rzeka – czyste, bez smutnej rdzy, która czasem pokrywa je, gdy dociera do ziemi.

Przełożył Gabriel Borowski




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas