poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JOSÉ EDUARDO AGUALUSA
Rowerzysta
Dekada Literacka 2011, nr 3 (246)

Dla Ruya Duarte de Carvalho

Przeszłość jest niczym morze: nigdy nie milknie. W miarę jak drzewa rosną bezustannie, domy kurczą się niczym starcy. Kiedy po wielu latach wracamy do miejsc dzieciństwa, napotykamy olbrzymie drzewa, a w ich cieniu zdławione strachem, maleńkie domy, które niegdyś były nasze. Ledwo rozpoznajemy łóżeczko dla lalek, w którym spaliśmy, kiedy byliśmy dziećmi, albo podwórko, które zawsze w naszym mniemaniu było olbrzymie, a które tak naprawdę liczy zaledwie dwie piędzi długości.

Mój ojciec powtarzał mi:

– Życie to wyścig, mój chłopcze. Kto w biegu ogląda się za siebie, ryzykuje potknięciem.

Ja nie oglądam się za siebie. Czasem posuwam się naprzód z zamkniętymi oczami i potykam się jak inni. Bywa, że upadam, ale nie oglądam się za siebie. Nigdy nie pielęgnowałem w sobie tęsknoty. Nie kolekcjonuję albumów ze zdjęciami i nigdy nie chowałem zasuszonych kwiatów pomiędzy karty starych książek. Idę zawsze naprzód. Kiedy ktoś mnie pyta, dokąd podążam, wzruszam ramionami. Uśmiecham się:

– Przed siebie.

Świat jest nieskończony dla tych, którzy podróżują pieszo. Ja podróżuję pieszo, łapię jakąś ciężarówkę na stopa albo jeżdżę rowerem. Kiedy jedzie się ciężarówką albo rowerem, świat wydaje się odrobinę mniejszy, ale mimo to, mówię panu, świat to bezkres. Nie mam wykształcenia. Nauczyłem się czytać i liczyć. Rzadko coś czytam. Kiedy mam już w ręce jakąś gazetę, rzucę okiem na stronę z nekrologami. Jako że nie znam nikogo i nie mam nigdzie przyjaciół, opłakuję nieznajomych, którzy wydadzą mi się sympatyczniejsi – tak po prostu z twarzy, rozumie pan?, albo z imienia. Zawsze jest jakiś „Kowalski” albo „Nowak”, którego można opłakiwać. Nie płaczę z żalu. Płaczę jedynie dla wprawy.

Kiedy podróżuję, liczę kilometry dla zabicia czasu. Nie wiem, co mnie czeka, kiedy przekraczam granicę. Zawsze przemierzam dane miejsce tylko jeden raz. Przykładowo, wczoraj przyjechałem z Huambo. Zna pan? Więc niech pan posłucha, ja też urodziłem się w mieście, które nazywa się Huambo, ale bardzo daleko stąd, w górach Peru. Był tam szpital dla trędowatych, który odwiedził Che Guevara. Nie ma dwóch identycznych miejsc. Tylko nazwy się powtarzają.

Co robię, żeby przeżyć? Mam oczy szeroko otwarte. Przed kilkoma dniami pewien wieśniak wskazał na okolicę i powiedział:

– Czego las nie spowije, to nas wzmocni.

Zgadzam się. Weźmy na przykład takie owoce mango. Przez cały miesiąc żywiłem się jedynie owocami mango. Sam ich zapach, o ile są słodkie, już jest pożywny. Albo falujące pola trzciny cukrowej. Dojrzałe owoce gujawy. Równie długo można żywić się kukurydzą albo fasolą. Człowiek w podróży nigdy nie umrze z głodu. Przyjechałem do Angoli na tym rowerze i w kilka minut znalazłem się pośrodku pustyni. Jechałem dalej. Pierwszej nocy napotkałem obozowisko pasterzy. Dali mi wody i kwaśnego mleka. Kolejnego wieczoru zatrzymał się przede mną dżip. Jadący nim mężczyźni – jeden biały, drugi czarny – byli zachwyceni widokiem kogoś takiego jak ja: pół-Indianin na takim pustkowiu. Oni też dali mi wody. Zabrali mnie dżipem do Mossamedes. Później wjechałem na górę sam, moim rowerem, i zatrzymałem się na tydzień w Lubango, żeby odpocząć. Zdarza się, że przybywam do jakiegoś miasta, widzę, że jest całkiem w porządku, i pozwalam sobie pozostać miesiąc lub dwa, szukam pracy, przybieram na wadze i zawsze zarobię jakieś pieniądze, by wydać w dalszej drodze. Zmywam talerze, czyszczę podłogi, a poza tym jestem niezłym kucharzem. Kiedy czuję, że zaczynam się przywiązywać do miejsca, żegnam się i wyjeżdżam.

Ten, kto nie kocha, nie cierpi. Kto nic nie posiada, nie ma nic do stracenia. Ot, cała moja filozofia.

Pewnego dnia zasnąłem nad ogromnym urwiskiem. Obudziłem się, kiedy zaczynało świtać. Poranek zatrzymał się na moim ramieniu jak ptak i tak już pozostał. Przede mną morze. Za mną rozpostarte niebo, wysokie góry. Miejsce nie do opisania, oddalone od świata jak stary słoń, który zgubił stado. Wcześniej podróżowałem, nie wiedząc dlaczego. I właśnie wtedy, kiedy siedziałem nad przepaścią, po raz pierwszy nasunęło mi się pytanie:

– Co ja tutaj robię?

Pomyślałem, żeby zawrócić. Ale przeszedłem już zbyt wiele i było mi wszystko jedno czy się cofnę, czy pójdę naprzód. Poszedłem dalej. Dzisiaj podróżuję, żeby się dowiedzieć, po co. Jest pan rozczarowany takim finałem? Oczekiwał pan czegoś innego?

Jeśli zostałbym tam, w górach Peru, gdzie się urodziłem, sprzedawałbym guziki, jak mój ojciec. Miałbym coś do stracenia, rodzinę i pieniądze, i z pewnością bardziej bym cierpiał. Poza tym nie wiem, czy naprawdę byłbym inny niż jestem. Nie wiedziałbym niektórych rzeczy – tak, ma pan rację – ale ta niewiedza zupełnie by mi nie szkodziła, bo nawet nie zdawałbym sobie z niej sprawy.

Nie wiem. Myślę, że któregoś dnia się zatrzymam.

Przełożyła Katarzyna Szczepanowska


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas