poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ONDJAKI
Słowa skierowane do starego drzewa awokado
Dekada Literacka 2011, nr 3 (246)

Dawniej ludzie umieli przybywać.
Nie potrafiliśmy się żegnać.
(słowa babci Catariny)

Gdy wróciliśmy z plaży, niebo czekało, aż ludzie się schronią, by móc uporządkować chmury, które miały wyrzucić wielki, mokry deszcz, takie wichury występowały w Luandzie dosyć rzadko, wiadra na podwórzu zaczęły fruwać wte i wewte, koty siedzące na cynkowych blachach nie wiedziały, w którą dziurę się schować, strażnicy z domu obok przybiegli po oparte o mury kałasznikowy, a drzewo awokado zatrzęsło się, jakbym miał na nie spojrzeć po raz ostatni i pomyśleć, że tak naprawdę poruszyło się po to, żeby wyjawić mi jakiś sekret, nie wiem, co drzewo awokado mi powiedziało, nie potrafiłem już tego zrozumieć, i może właśnie wtedy w dziecięcym ciele zechciał pojawić się dorosły, nie wiem, są rzeczy, o które trzeba się zapytać konarów starego drzewa awokado, pozdrowiłem strażnika, który biegał po podwórzu, próbując zabezpieczyć wzbijające się do lotu wiadra, poszedłem zamknąć drzwi do łazienki i do spiżarni, wybuchła pompa i przestraszyłem się, niepokoił mnie wiatr, spojrzałem na pokryte zielonymi owocami drzewo mango, spojrzałem na uschnięte konary drzewa awokado, zauważyłem krwistoczerwone, już dojrzałe granaty tam, obok melonowca, zerknąłem na winogrona i spoglądając na ciemnoszare niebo, pomyślałem jeszcze, że to dziwne, że te winogrona smakują jak słodkawe mango, poszedłem zamknąć drzwiczki do szopy, w której znajdowały się butle gazowe, i jeszcze zebrałem ze sznurka dwa ręczniki, wróciłem do kuchni, kapała ze mnie woda i chłodny pot, koszulkę miałem tak mokrą, że wróciłem na podwórze, żeby powiesić ją na sznurku, zatrzymałem się na chwilę, pozwalając, żeby deszcz padał mi na głowę, zamykając oczy i słuchając hałasu tu, na zewnątrz, i zresztą wewnątrz mnie też, chciałem się przekonać, ileż to przemyśleń przyjdzie mi do głowy i myśleć, jednocześnie słuchając tego hałasu, niby muzyki wygrywanej przez pijaną orkiestrę, śmiałem się, śmiałem się sam, kiedy otworzyłem oczy i zobaczyłem zielone krzesło, na którym towarzysz António lubił czasem, choć niezbyt często, uciąć sobie drzemkę, lunął deszcz, zapowiadany przez niebo barwą i wiatrem, a kiedy wichura nieoczekiwanie ustawała, deszcz spadał niczym olbrzymi zwój sieci, który wyślizgnął się z szafy jakiegoś rybaka, tam, bardzo wysoko w górze, na wysokościach, było tyle wody, że nie dało się zobaczyć nawet domu Jiki, tamtego popołudnia świat wydawał się mokrą pustynią, jeszcze mogłem usłyszeć, choć niezbyt wyraźnie, biegających strażników, a między kaskadami wody, oczyszczającymi winorośl z chorób, z drugiej strony zobaczyłem, jak w westernie, zezowatego kota, który leżał na daszku i na mnie patrzył – czyżby to właśnie był ten kot, którego trafiłem w oko z wiatrówki? – ogarnął mnie lęk, w każdej chwili mogłem usłyszeć dochodzący z domu głos mojej matki, pytanie, czy ja przypadkiem nie zgłupiałem, że tak stoję na tym deszczu i usilnie proszę się o ostry atak astmy, kot z podwórza spoglądał na mnie ze spokojem, patrzył raczej tym zezowatym okiem niż tym, które widziało dobrze, obok mnie leżało żelastwo pozostawione po jakichś robotach u sąsiada, nigdy nie ufałem spokojnym kotom, nie ruszałem się, a on owszem, powolutku, skoczył w kierunku drzewa mango, znowu się zatrzymał, chodził powoli, wyglądało na to, że w jego świecie nie padało, tylko świeciło słońce, które sprawiało, że był zbyt leniwy, żeby odejść, nie poruszyłem się, moje ręce spoczywały na sznurku, jakbym był przytwierdzony do niego spinaczami, lunął jeszcze mocniejszy deszcz, a że nic już nie widziałem, bałem się, że kot wróci po kryjomu i mnie zaatakuje, postanowiłem wejść do domu, przestraszył mnie głos matki – „rozmawialiśmy o tym z ojcem” – byłem cały mokry, myślałem, że matka mnie skarci, bo naniosłem wody do domu i pobrudziłem podłogę w kuchni ściekającą ze mnie deszczówką, tej samej kuchni, o której w żartach mówiliśmy, że należy do towarzysza António, moja matka też miała wilgotne oczy i dom ogarnęła wielka cisza, która postanowiła rozgościć się w tej przestrzeni między nami, patrzyłem na skropioną deszczem podłogę, jakby była dużo dalej, słuchałem, jak każda kropla uderza o podłogę i zaraz pomyślałem, że nie powinienem zwracać na to uwagi, ponieważ miało się wydarzyć coś ważniejszego – „tyle czasu o tym mówiłeś, my rozmawialiśmy” – moje myśli błądziły ciemnym korytarzem, a to wszystko przez tę szarą, deszczową niedzielę i przez to, że nikt jeszcze nie włączył światła, moje myśli sunęły powolutku i wchodziły po schodach, zaglądając najpierw do dużego pokoju, w którym chwilę wcześniej zasnęła moja młodsza siostra, jej skóra była pełna morskiej soli, a ciało zmęczone plażą, na której spędzaliśmy w dzieciństwie prawie wszystkie soboty i niedziele, bezszelestnie wchodziłem po schodach, mój ojciec postanowił pewnie uciąć sobie krótką drzemkę, żeby zaraz po przebudzeniu wypić w kuchni kawę i sprawdzić, czy przypadkiem nie leci w telewizji mecz piłki nożnej, korytarz na górze był głębokim oceanem ciszy – i to dosłownie – panowała tam cisza, w którą wpadało się przy najmniejszym ruchu, zastygłem, aby w milczeniu wsłuchać się w popołudnie, które padało na zewnątrz, w echo poruszających się pnączy i ogromnych drzew sąsiadów, byłem w stanie narysować te drzewa bez patrzenia na nie, najniższe było po lewej stronie, koło domu cioci Mambo, musiało to być drzewo awokado, większe niż nasze, miało grube liście i pachniało pyłem, nawet gdy padało, a po prawej stronie, tuż przy domu cioci Iracemy, rosło drzewo, które albo udawało, albo rzeczywiście było bardzo wysoką, odrobinę przekrzywioną sosną, na której ptaki – nie mam pojęcia dlaczego – lubiły przysiadać, niosąc w dziobie dżdżownice, którymi następnie karmiły dopiero co wyklute pisklęta, po czym zatrzymywały się i hałasowały na dachu domu ciotki Iracemy, zastygłem, aby w milczeniu słuchać pnączy, drzew, klaksonu, jakichś odgłosów, jak szczeka pies Bruna i skrzypi długopis mojej starszej siostry, która spisywała swoje przemyślenia z niedzielnego deszczowego popołudnia w Luandzie, nie dało się jednak usłyszeć wrzawy tych małych piskląt, jeszcze nie wspomniałem, że chodziło o jaskółki, pewnie trzęsły się z zimna i ze strachu, każdy wie, że jaskółki są jak koty, nie lubią deszczu, to pewnie przez rozlegające się grzmoty, nie wiem – „synku, jeśli dalej tak będzie z ciebie kapało, to jeszcze się przeziębisz” – drzwi do mojego pokoju były otwarte i sączyło się z niego blade światło, sięgając korytarza i wołając mnie, szary świat zaglądał przez moje okno, zrozumiałem, że przez szparę w oknie przedostawały się do mojego pokoju wszystkie odgłosy popołudnia, deszczu, pnączy, drzew, żeby dawać mi przedziwne sygnały, których moje ciało nie potrafiło zaakceptować, moje myśli zresztą też, miałem ochotę płakać, podrapałem się po policzku, to taki stary gest, który umożliwiał mi rozmowę z moimi wewnętrznymi głosami, z mojego ciała mniej kapało, mokre spodenki zostawiłem obok drzwi, wszedłem do mojego, jeszcze stosunkowo nowego pokoju, nie byłem w stanie zrozumieć, jak udało mi się zadomowić w nim tak szybko, jakbym ja sam też był częścią przeszłości, a nie byłem – w lustrze odbijało się moje chude ciało, napięta skóra podkreślająca kształt palców u rąk, zarys ust, których konturu nie mogłem pojąć, oczy, na które ciężko było patrzeć, bo przywoływały widok tego deszczu, który sprawiał, że stają się krwistoczerwone – „uważamy, że jeżeli rzeczywiście tego chcesz, możesz studiować za granicą” – pomyślałem, że tam, w tamtym kraju, miałbym inny pokój, nie ten, stary, pełen zapachów, ubrań, muzyki, smutnych i sekretnych zapisków, z walizką wypełnioną komiksami o Asteriksie i książkami, takimi jak Mdłości czy Sto lat samotności albo gracilianos (1) jak je nazywałem, albo z ciemnożółtą koszulą w czarne i brązowe plamy, którą mój ojciec przywiózł z Portugalii, od kiedy ją zobaczyłem, wiedziałem, że uwielbiam ten materiał, bo koił oczy, które płakały czasem przed lustrem z braku zrozumienia, bo w ciele zachodziły zmiany, głos się zmieniał, ręce się zmieniały, oczywiście, że wolałem budzić się późno, oczywiście, że słyszałem hałasy i czułem zapachy, których z nikim nie mogłem dzielić, a babcia Agnette wciąż spędzała ze mną noce, opowiadając, wymyślając, przekształcając wszystkie historie, te z przeszłości, te z teraźniejszości i inne, jakby czas był workiem z bąbelkami wypełnionymi powietrzem, które lubiła przekłuwać, jakby chciała mi powiedzieć o drugiej w nocy – pośród uśmiechów wzajemnego zrozumienia, przepełnionych fascynacją i rozbudzających poranek spojrzeń oraz czułości ofiarowanych jak powszechne prawdy – bez pośpiechu, nieco chaotycznie, ale pełnym przekonania głosem, że przyszłość nie jest czymś niewidocznym, co woli pozostać daleko przed nami, ale raczej – mówiła to na chwilę przed zaśnięciem – jest otwartą przestrzenią, werandą, może czółnem, którego każdy najmniejszy skrawek powinniśmy wypełnić uśmiechem w stronę teraźniejszości i tym wszystkim, wszystkim, czego nauczyliśmy się w przeszłości, o której niektórzy mówią „niegdyś” – „jeśli dalej będziesz tak ociekał wodą, to jeszcze się przeziębisz” – powiedziała moja matka z deszczem w krwistoczerwonych oczach, przygarbiona i gotowa wycofać się w kąt kuchni tą samą drogą, którą wolniutko pokonała, żeby ze mną porozmawiać, nie skarciła mnie za naniesienie wody do kuchni, nie mówiła mi o astmie i o oskrzelach, prawie na mnie nie patrzyła, ja też właściwie nie wiedziałem, jak mam jej spojrzeć w oczy, jak wyjaśnić – i mnie, i jej – że ta podróż w daleki świat zdarzyła mi się nagle, poza czasem, na płaszczyźnie rozleglejszej niż ból i łzy, w miejscu, którego nic z tego, co napisałem, nie było w stanie wyjaśnić, którego żadna łza nie mogłaby zmyć, moja matka powoli wycofywała się z kuchni, spojrzałem na leżące na ziemi krople, już nigdy nie dowiedziałem się, która z nich była kroplą wody, a która łzą, jakbym był ślepy, i w tamtej chwili wszystkie zapachy i wszystkie dziecięce boleści obciążały moje ciało, nie było to nic nadzwyczajnego, ale ciężar zamknął mi usta i nie wiedziałem, co powiedzieć matce, może jej zdania domagałyby się odpowiedzi, może, gdybym wtedy przemówił, wydobył z tego ciała jakiś głos, powiedziałaby mi albo przekazała spojrzeniem, że w jakimś sensie to był ich czas, moich rodziców, wtedy może moje usta powiedziałyby, że ta chwila, moment rozstania, nadeszła poza moim własnym czasem i że przez ostatnie lata byłem zagubiony, smutny, zmieszany, w pomieszczeniu tak wielkim, że mieściły się tam tak naprawdę dwa krzesła z krwistoczerwonego materiału, biurko, szafa wnękowa, krwistoczerwona wersalka, którą ja sam wybrałem i używałem tego określenia: „krwistoczerwona”, i śmiano się z dziecka, które wypowiadało to słowo, używane „niegdyś”, to pomieszczenie, z tą wersalką z tym cieniutkim materacem i słabymi sprężynami, na której tak długo spałem z babcią Agnette, na której pokazała mi niejeden świt, opowiadając wszystkie historie i rozwijając każdą chwilę, jaką chciała ofiarować, tę olbrzymią, a jednocześnie tak maleńką przestrzeń stanowił zaledwie jeden pokój, z wielkim oknem z widokiem na pnącza i kurz, które były obok kwiatów, które były obok pustej butli gazowej, która była obok wodomierza, który był obok trawnika, który był obok kaktusa, który był obok ślimaków z muszlą, które były obok ślimaków bez muszli, które były obok swojego śluzu, który był obok niewielkiej bramy, która była obok białej skrzynki pocztowej bez listów, która była obok ulicy, która była obok mnie – „jeśli chcesz wyjechać, my też myślimy, że to najlepsze rozwiązanie”. Położyłem ręce na napęczniałym od wilgoci drewnie, uchyliłem okno w nadziei, że deszcz z naprzeciwka złagodnieje, gdy na niego spojrzę, usłyszałem tam na dole, na werandzie, kroki babci Agnette, która wychodziła, żeby usiąść i zaczerpnąć świeżego powietrza, czułem, że pożegnanie z moim domem byłoby równoznaczne z pożegnaniem z moimi rodzicami, moimi siostrami, z babcią, byłoby pożegnaniem ze wszystkimi innymi, tymi z mojej ulicy, poczułem, że ulica nie jest skupiskiem domów, ale ogromem uścisków, moja ulica, która zawsze nosiła imię Fernăo Mendesa Pinto, w tym dniu mieściła się w jednym słowie, które niemalże sprawiłoby mi ból, gdybym wypowiedział je na głos: dzieciństwo.

Przestało padać. Najtrudniej było powstrzymać łzy.

Świat pachniał ziemią po deszczu i miał ten straszny zapach pożegnań. Nie lubię pożegnań, bo pachną przyjaźniami, które zamieniają się w mokre od łez wspomnienia. Nie lubię pożegnań, bo wnikają we mnie, jak duchy, które, plotkując, ujawniają tajemnice przyszłości, choć moje dziecięce ucho nigdy się ich nie domagało.

Zszedłem po schodach. Usiadłem blisko, bardzo blisko babci Agnette.

Patrzyliśmy na zieleń ogrodu, na krople zamieniające się w parę i na ślimaki bez skorupki przygotowujące się do dalszej wędrówki. Powrót do początku.

– Nie wiem, dokąd te ślimaki wciąż podążają, babciu.

– Idą do domu, moje dziecko.

– Tyle razy z jednej strony na drugą?

– Dom jest w wielu miejscach – wzięła powolny oddech, objęła mnie. – To coś, co się odnajduje.

Przełożyła Diana Solnica

PRZYPISY:

(1) Graciliano Ramos – XX-wieczny brazylijski pisarz. Autor opowiadań, wspomnień i utworów dla dzieci. Jego twórczość mieściła się w społeczno-politycznym nurcie tzw. powieści zaangażowanej. Polskiemu czytelnikowi znany dzięki przekładom powieści Fazenda Săo Bernardo (1934, wydanie polskie 1985) i Zwiędłe życie (1938, wydanie polskie 1950) [przyp. tłum.].


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas