poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
hm
Camera obscura
Dekada Literacka 2011, nr 1-2 (224-225)

Najpierw trzy poprawki do poprzedniej „Camery”, które nadesłał mi p. Adam Wierciński. 1. Mariusz Sieniewicz pomylił z Budrysami nie Kiemliczów, lecz Butrymów, słynnych z małomówności, 2. Pisarz Gajdar miał na imię nie Jegor, ale Arkady; 3. Co najgorsze – powieść jego Timur i jego drużyna ukazała się w r. 1940, więc żołnierze radzieccy, którzy tam są na froncie, nie walczą z Niemcami, jak napisałem, lecz zapewne z Finami.

Jak wynika z wiersza Lotnisko, poeta Mirosław Woźniak z początkiem lata br. ukończył prywatne śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej i odpowiedzialność za nią przypisał Rosjanom. W wierszu tym zbiorowy podmiot liryczny oświadcza: „I pójdzie w świat przestroga od słowiańskich braci: chcieliście Katynia? No to macie Katyń”. Tę rusofobiczną rymowankę publikuje ambitne czasopismo „Arcana” (nr 94), którego współredaktorami są trzej profesorowie UJ.

Tomasz Łubieński („Zeszyty Literackie”, nr 110, s. 139) pisze: „Dlatego w Panu Tadeuszu Wajdy (nie Mickiewicza) Telimena, bo to jej, petersburskiej kokietki inicjatywa, oczywiście przesypia się z Tadeuszem”. Co należy chyba w ten sposób rozumieć, że tylko Wajda, nie Mickiewicz, postawił w tej kwestii kropkę nad i. A przecież ze wzmianki o kluczu i kartce w księdze VII poematu oraz z wywodów Sędziego w księdze VIII wynika, że Telimena i Tadeusz mieli ze sobą nocną schadzkę. Sama Telimena w księdze V stwierdza, że Tadeusz jej zawdzięcza „pierwsze miłości słodycze” i ma już wobec niej „obowiązki”. Czy trzeba wyraźniej?

Andrzej Żuławski w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” (2010, z 17 – 18 VII) o zakazie rozpowszechniania jego autobiograficznej książki Nocnik – zadziwia swoją niekonsekwencją, daltonizmem moralnym, tupetem (by nie powiedzieć więcej) i nieznajomością prawa. W jednym zdaniu broni się twierdzeniem, że w jego książce „fikcja nakłada się na rzeczywistość”, w innym – że „w książce nie ma słowa nieprawdy”. Wolność słowa jako wartość nadrzędną absolutnie (?) rozumie w ten sposób, że wolno mu opisywać szczegóły czyjegoś życia intymnego (i to w sposób skandalicznie wulgarny i obraźliwy). Z tym, że jego książka mogła jego byłą partnerkę zranić czy skompromitować, nie liczy się w najmniejszym stopniu. Mniej więcej to samo, z tymi samymi paralogizmami powtarza Żuławski w wywiadach (umieszczonych w nrze 20 [ 2010 ] „Przekroju” i „Dużym Formacie” z 5 VIII [ 2010 ]), kreując się na ofiarę „młodej, bardzo zepsutej osóbki”. Rację ma interlokutor Żuławskiego, Robert Mazurek, mówiąc: „Gdyby ulepił pan Esterkę z mojej córki, to jednak nakładłbym panu po buzi”. Z tym tylko, że w miejsce infantylnej buzi należałoby użyć innego, znacznie mocniejszego słowa.

Opowiadając o triumfach Modrzejewskiej w Anglii, Elżbieta Baniewicz („Twórczość” 2010, nr 7, s. 102) wzmiankuje, że „poeta Henry Longfellow przyjmuje ją we własnym domu i obsypuje pochwałami”. Dziwne to, bo Longfellow to poeta amerykański i mieszkał w amerykańskim Cambridge. Jeszcze dziwniejsza jest dewiza per asperam ad astram, od której Modrzejewska nigdy nie odstępowała. Modrzejewska zapewne łaciny nie znała, ale jej mąż Karol Chłapowski znał i by ją pouczył, że poprawna forma tej dewizy to per aspera ad astra.

Wśród materiałów archiwalnych Wiktora Weintrauba, przekazanych przez wdowę Bibliotece Jagiellońskiej, znajdzie się 20 pocztówek i listów pisanych do niego przez slawistę włoskiego Giovanniego Mavera w latach 1948 – 1968. Korespondencja to dość zdawkowa – i niewiele mówi nam o nadawcy, a jeszcze mniej o adresacie. Dowiadujemy się z niej, że Maver cenił pace Weintrauba, z przekąsem natomiast wyrażał się o książkach ks. Józefa Warszawskiego i Stefanii Skwarczyńskiej, że spóźnił się z przygotowaniem opinii o Weintraubie, gdy ten starał się o profesurę w Harvardzie, że prosił go o protekcję przy staraniach syna Bruna o harvardzkie stypendium, że wreszcie obaj bezskutecznie próbowali wydać wybór prac Stanisława Kota za granicą. W sumie – garść informacji, które w szczegółowej nawet monografii o Maverze (jaka zapewne nigdy nie powstanie) zmieściłaby się w kilku zdaniach. W „Biuletynie Biblioteki Jagiellońskiej” (R LVIII, z datą 2008, ale teraz dopiero opublikowany), przyłączając obficie cytaty, pocztówki oraz listy zreferował i skomentował arcyskrupulatnie na 20 stronach Jan Okoń. W dalszej części „Biuletynu” tych samych 20 listów w opracowaniu tegoż autora zostało przedrukowanych in extenso, co zajęło również 20 stron. Z całym szacunkiem dla Mavera, Weintrauba i edytora – czy nie jest to pietyzm przesadny?

Anna Matuchniak Krasuska w książce Zarys socjologii sztuki Pierre’a Bourdieu (Oficyna Naukowa, Warszawa 2010, s. 41) pisze, że określenie doxa – opinia powszechna – etymologicznie wywodzi się od „ortodoksja”. Akurat jest odwrotnie: wyraz doxa występuje już u Platona, a „ortodoksja” pojawia się dopiero w piśmiennictwie wczesnochrześcijańskim.

Nie sposób zgodzić się z Adamem Pomorskim („Magazyn Literacki” 2010, nr 7), gdy nazywa ks. Adama Sapiehę „przywódcą krakowskiej konserwy niepodległościowej” w latach 70. XIX w. Po pierwsze – Sapieha przebywał głównie we Lwowie, po drugie – zwany „czerwonym księciem”, współpracował wówczas z galicyjskimi demokratami, finansując najpierw krakowski „Kraj”, a potem lwowski „Dziennik Polski”.

W liście do Anieli Mieczysławskiej Andrzej Bobkowski pisze: „Mein Anielchen, was willst Du noch mehr?”. Andrzej Stanisław Kowalczyk, edytor tomu A. Bobkowski, A. Mieczysławska, Listy 1951 – 1961 (Wydawnictwo WIĘŹ, Warszawa 2010) tłumaczy (s. 161), że jest to parafraza satyrycznej piosenki niemieckiej Mein Michel, was willst du noch mehr. Objaśnienie mylne: owa piosenka, mało zresztą komu w Polsce znana, była po części trawestacją wiersza Heinego Mein Liebchen, was willst Du mehr. Zdrobnienie „Anielchen”, analogiczne do „Liebchen”, wskazuje, że Bobkowski nawiązywał wprost do owego słynnego pierwowzoru.

Paweł Gawlik i Adam Robiński („Plus-Minus” 2010, z 7 – 8 VIII) opowiadają w obszernym reportażu, jak to 17 letni Tymek Król zbiera materiały do słownika niemieckiego dialektu, którym posługują się mieszkańcy Wilamowic (koło Bielska Białej). Z całego reportażu wynikałoby, że jest on tu absolutnym pionierem. Tymczasem słownik taki ułożył w okresie międzywojennym Herman Mojmir i w naukowym opracowaniu wydali go w latach 1930 – 1936 Adam Kleczkowski i Henryk Anders.

Piotr Gociek („Plus-Minus” 2010, z 14 – 15 VIII) zastanawia się, co mogło być literacką inspiracją dla Edwarda Ligockiego jako autora „fikcyjnej historii” Gdyby pod Radzyminem (1927) opowiadającej o tym, co by się zdarzyło, gdyby w 1920 r. zwyciężyła Armia Czerwona. Przychodzi mu na myśl nowelka Prusa Zemsta i książka Napoleon Apocryphe Louisa Geoffroya z r. 1836. Można jednak wskazać wzór znacznie bliższy – antyutopię Jeske Choińskiego Po czerwonym zwycięstwie z r. 1909.

W opinii dzisiejszych publicystów ogromnie się dewaluują utwory uważane dotąd za przynależne do kanonu literatury polskiej. Niedawno można było przeczytać, że Zemsta to „ramota”, teraz Rafał A. Ziemkiewicz („Plus-Minus” 2010, z 14 – 15 VIII) usprawiedliwia się, że sięga po dzieło tak „mierne”, jak Nad Niemnem. Agnieszka Holland („Wprost” 2010, nr 34) twierdzi, że nawet najlepsza z polskich powieści, Lalka, to „konstrukcyjnie, strukturalnie bełkot”, którego żaden cudzoziemiec nie przeczyta. W związku z ostatnią uwagą powtarzamy to, co już Camera odnotowała: ostatnio znalazł się taki cudzoziemiec, który Lalkę jednak przeczytał, i to z podziwem. Nazwisko jego jest chyba Agnieszce Holland znane, nazywa się Fredric Jameson.

W artykułach poświęconych rocznicy bitwy warszawskiej 1920 r. ówczesną wojnę nazywa się często „polsko bolszewicką”. Nazwa ta wówczas rzeczywiście była używana, ale równocześnie mówiono i pisano o wojnie „polsko sowieckiej”. To określenie jest na pewno trafniejsze, bo przecież „bolszewicy” to tylko nazwa partii, nie państwa, z którym toczyła się wojna, a które nazywano powszechnie „Sowietami”. Nikomu chyba nie przyszłoby do głowy, żeby wojnę wrześniową 1939 r. nazywać „polsko nazistowską”.

Dawniej mówiono o gwiazdach filmowych, że mają sex appeal. Teraz Jacek Szczerba („Gazeta Wyborcza” 2010, z 10 VIII) mówi, że w filmie Interno Romy Schneider „ocieka seksem”. W podobnej tonacji pisze Janusz Rudnicki („Duży Format” 2010, z 9 IX): „Masłowska Dorota to pomazana spermą Pana Boga istota”. Osobliwy to smak – stylistyczny, i nie tylko.

Bohdan Łazuka („TV Magazyn” „Rzeczypospolitej” 2010, z 13 – 19 VIII) twierdzi, że Stanisława Perzanowska „wychowała Juliusza Osterwę i Stefana Jaracza, a Julian Tuwim nic bez nie napisał”. Absurdalność opinii o Tuwimie nie wymaga uzasadnienia, a jeśli chodzi o Osterwę i Jaracza, to obaj byli dojrzałymi już aktorami, gdy poznali Perzanowską. Można by raczej powiedzieć, że Osterwa wychowywał Perzanowską jako początkującą aktorkę w „Reducie”, którą kierował. Jaracz na pewno wiele jej zawdzięcza jako reżyserowi w Teatrze Ateneum, którego był dyrektorem, ale nastąpiło to dopiero w latach 30. XX w., gdy był już sławnym artystą.

Paulina Petrykus-Woźniak w Słowniku nowych gatunków i zjawisk literackich (Wydawnictwo Szkolne PWN, Warszawa 2010, s. 250) zalicza Pieśń o Hajawacie do pierwszych westernów. Jakże można, i to w słowniku genologicznym, umieszczać ten legendarno fantastyczny epos Longfellowa w jednej kategorii z przygodowymi powieściami i filmami?

Według arcybiskupa Sławoja Leszka Głodzia Lech Kaczyński należy do łańcucha wielkich prezydentów, który rozpoczęli Gabriel Narutowicz i Ignacy Mościcki („Rzeczpospolita” 2010, z 18 VIII). Obaj byli wybitnymi uczonymi, ale żaden z nich wielkim prezydentem nie był. Narutowicz sprawował swą godność zaledwie kilka dni, Mościcki za życia Piłsudskiego był tylko wykonawcą jego dyrektyw. Kiedy grono znakomitych uczonych i polityków na audiencji w marcu 1939 r. postulowało utworzenie Rządu Jedności Narodowej – propozycję tę zdecydowanie odrzucił. Po klęsce wrześniowej powołał na prezydenta Bolesława Wieniawę Długoszowskiego, co było decyzją co najmniej lekkomyślną. Sam wyjechał z Rumunii do Szwajcarii, małodusznie powołując się na otrzymane niegdyś obywatelstwo tego kraju.

W swoim wywiadzie z r. 1992 („Twórczość” 2010, nr 8, s. 78 – 79) Julian Stryjkowski opowiadał, że gdy w ZSRR powstawała armia Andersa, pojechał do sowieckiego „jak to się mówiło potocznie: pozunku”. Słowa „pozunek” nie ma jednak w słowniku języka rosyjskiego. Urząd wojskowy, o którym tu mowa, nosił nazwę wojenkomat – skrót od wojennyj komissariat.

Pieśń o Nibelungach, 2 tomy poematów Wolframa von Eschenbacha, antologia Minnesangu, wiersze Anioła Ślązaka, 2 tomy wierszy Goethego, poezje Hölderlina, Eichendorffa, Rilkego (3 tomy), Heyma, Trakla (2 tomy), Stadlera, nadto całość poezji Horacego – oto część tylko dorobku translatorskiego Andrzeja Lama. Przychylnie oceniają go znawcy w czasopismach fachowych. Na próżno jednak szukalibyśmy najmniejszej o nim wzmianki w czasopismach literackich (poza „Nowymi Książkami”, a i tam ostatnia recenzja ukazała się kilkanaście lat temu). Milczy „Literatura na Świecie”, „Twórczość”, „Odra”, „Kresy”, „Lampa”, „Śląsk”, „Tygodnik Powszechny”, także „Dekada Literacka” (no, ale tu recenzji publikuje się mało). Jak to sobie wytłumaczyć?

Myli się Stefan Chwin („Przegląd” 2010, nr 35), gdy mówi, że „w 20 leciu międzywojennym lista lektur szkolnych kończyła się na pozytywizmie”. Na pewno znajdowało się na niej także Wesele, Ludzie bezdomni. Kamerzysta pamięta, że do lektur tych należały m.in. także Moje pierwsze boje Piłsudskiego (w IV kl. gimnazjum) i Złota wolność Kossak Szczuckiej (w I klasie licealnej).

Wobec trudności z pomieszczeniem w budżecie czasowym uczniów nawet największych arcydzieł literatury polskiej dziwi dezynwoltura, z jaką różne autorytety w tymże artykule cytowane proponują wprowadzenie do kanonu lektur szkolnych utworów o najwyżej drugorzędnej wartości literackiej, jak Wielki strach Stryjkowskiego (Jacek Trznadel), felietony Pilcha (Stefan Chwin), Heroina Tomasza Piątka (Jerzy Bralczyk), powieści Moniki Ali i Kingi Dunin (Kazimiera Szczuka). Autorytety – jak widać – nie wzięły pod uwagę tego, że czym innym jest lista książek interesujących dla młodzieży, czym innym kanon literacki – spis lektur być może mniej atrakcyjnych, ale niezbędnych jako kapitał kulturowy – na całe życie.

Dwa drobiazgi językowe z „Plus-Minus” (2010, z 4 – 5 IX): 1. „PiS otrzymuje złamany drzewiec w postaci dzisiejszego związku zawodowego” – pisze Norbert Maliszewski, cytowany przez Rafała Ziemkiewicza. Słownik języka polskiego Doroszewskiego nie zna wyrazu „drzewiec”; odnotowuje tylko „drzewce” i rzadkie – „drzewco”, „drzewio”. 2. Krzysztof Masłoń przypisuje Paulowi Morandowi powieść pod tytułem Palę Moskwę. W oryginale brzmi on Je brüle Moscou – i tak go też zrozumiał Bruno Jasieński, trawestując go w tytule Palę Paryż. W rzeczywistości jednak tytuł ten znaczył co innego: „Mijam Moskwę” (bez zatrzymywania się). Nie jest to zresztą powieść, lecz nowela z tomu L’Europe galante.

Oto tytuły z jednego (36) numeru „Polityki” z 2010 r.: Sto lat ciężkich robót; Huzia na Sarko; Pełzający bunt; W murowanej stolicy tańcują zbójnicy; Śpiewając w ciemnościach; I ty nie zostaniesz Indianinem; Mięso za seks; Don Kichot w metrze; Pani pobiła pana; Trzech barytonów. Wszystkie te tytuły są przeróbkami wcześniejszych tytułów, cytatów, powiedzeń. Ciekawe, w jakim zakresie te aluzje są widoczne dla czytelnika „Polityki”.

Znowu czytamy, tym razem w felietonie Jana Widackiego w „Przeglądzie” (2010, nr 30), że „nie zgodził się abp Sapieha na pochowanie Sienkiewicza w podziemiach katedry [ wawelskiej ], władze państwowe to uszanowały”. Może Kamerzysta coś przeoczył, ale znane mu biografie Sienkiewicza o tym milczą. No i uwaga o „władzach państwowych” jest bez sensu – Sienkiewicz zmarł w 1916 r., kiedy polskich władz państwowych jeszcze nie było.

Piotr Osęka („Tygodnik Powszechny” 2010, nr 38) mówi, że w okresie stalinowskim bitwa grunwaldzka nie stanowiła elementu propagandowego. „Ot, w podręcznikach szkolnych pojawiała się informacja o wielkim zwycięstwie wojsk ruskich, które przy pomocy Polaków pokonały Krzyżaków”. Kamerzysta nie ma pod ręką materiału dowodowego, ale może zaręczyć, że takich sformułowań w podręcznikach nigdy nie było; owszem, wspominano o roli pułków smoleńskich, ale o niej mówiły także przedwojenne podręczniki szkolne. Niewiarygodna jest też dalsza informacja Osęki, że w r. 1953 przedstawiano wiktorię wiedeńską jako przejaw imperializmu szlacheckiego, choćby dlatego, że w tych czasach obowiązywała terminologia leninowska, według której imperializm oznaczał najwyższe stadium kapitalizmu.

W tymże „Tygodniku” Łukasz Kamiński pisze, że „na przełomie lat 40. i 50. pojawili się [na uniwersytetach] nowi wykładowcy, często absolwenci sławetnego Instytutu Kształcenia Kadr Naukowych przy KC PZPR”. Tymczasem – IKKN zaczął swą działalność dopiero jesienią 1950 r., więc jego absolwenci mogli stać się wykładowcami dopiero w kilka lat później; nota bene były wśród nich tęgie głowy – Leszek Kołakowski, Bronisław Baczko, Jerzy Szacki, Roman Zimand.

To wstyd, że pismo tak ambitne jak „Przekrój” (2010, nr 37) upowszechnia w artykule Małgorzaty Święchowicz i Agaty Jankowskiej wymysł, że dwuwiersz „Tylko pod tym krzyżem, tylko pod tym znakiem, / Polska jest Polska, a Polak Polakiem” to cytat z Mickiewicza. Niczego takiego w tej twórczości nie ma. Autorstwo tego tekstu nie jest znane; prawdopodobnie powstał w okresie międzywojennym, w czasie pielgrzymek młodzieży narodowej na Jasną Górę.

„To, co pisał Broniewski, że czwórkami do nieba szli żołnierze z Westerplatte, to było kłamstwo” – mówi Bogusław Linda (program TV „Rzeczypospolitej” 2010, nr 37). Istotnie, tylko że napisał to nie Broniewski, lecz Gałczyński. W tymże wywiadzie Linda przypisuje Jackowi Soplicy „bandycką przeszłość” i wręcz nazywa go „owoczesnym gangsterem”. Przesadza!

„Gdy na nich patrzę, to mi historykowi przypominają się obrazy z czasów baroku czy średniowiecza” – mówi Tomasz Nałęcz („Rzeczpospolita” 2010, z 26 IX) o obrońcach krzyża z Krakowskiego Przedmieścia. A   m n i e , poloniście, trudno pogodzić się z tym, że profesor uniwersytetu nie wie, kiedy użyć formy ‘mi’, a kiedy ‘mnie’.

Jan Gondowicz („Duży Format” 2010, nr 38), mówiąc o upolitycznieniu nagród literackich w okresie międzywojennym, jako przykład podaje Państwową Nagrodę Literacką dla Rostworowskiego, i dodaje przy tym, że kiedy w r. 1932 ją otrzymał za „grafomański dramat Niespodzianka, podniósł się wrzask. Zrezygnowano z tego eksperymentu”. Znakomity erudyta całkowicie rozmija się tu z faktami. Po pierwsze, wyróżnienie Rostworowskiego jest całkowicie chybionym przykładem upolitycznienia nagród literackich – rządziła wtedy sanacja, a Rostworowski był zdeklarowanym endekiem. Po drugie – Niespodzianki nie uważano za grafomaństwo (Boy na przykład – mimo różnych zastrzeżeń – uważał ją za „utwór niepospolity”, w którym są „efekty niewątpliwie pierwszorzędne”, Irzykowski – za sztukę bardzo dobrą, ze sztuk Rostworowskiego najlepszą pod względem teatralnym, w której jest „bardzo wiele mocnego kunsztu”) i nagroda dla niej żadnego skandalu nie wywołała. Po trzecie – po Niespodziance nie zrezygnowano z Państwowej Nagrody Literackiej – przyznawano ją corocznie aż do wybuchu wojny (otrzymali ją m.in. Dąbrowska, Nałkowska, Wierzyński, Borowy).

Jacek Cieślak („Rzeczpospolita” 2010, z 2 – 3 X) pisze w recenzji z Końca Warlikowskiego: „Mateusz Kościkiewicz gra młodego chłopaka. Wspomina pierwszą dziewczynę, z którą chciał się kochać jak z facetem: wejść do raju przez tylne wrota”. Kamerzysta może myli się, mając tak kosmate myśli, ale jeśli trafnie domyśla się, że chodzi tu o seks analny, czy potrzebna była aż tak wyszukana metaforyka?

Marek Nowakowski („Plus-Minus” 2010, z 2 – 3 X) nazywa Zygmunta Cybichowskiego „znawcą prawa kanonicznego”. Myli się – uczony ten (nota bene gorący zwolennik endecji, a potem ONR) był specjalistą od międzynarodowego prawa prywatnego.

Najprawdopodobniej myli się też Nowakowski („Plus-Minus” 2010, z 23 – 24 X), pisząc, że Rafał Taubenschlag biegle odczytywał hieroglify Egipcjan i pismo klinowe z Mezopotamii. Specjalnością jego była papirologia, ale w tym znaczeniu, że badał prawnicze teksty zapisane w papirusach greckich i rzymskich.

Nie wszyscy mają dar składnego mówienia, bez powtórzeń i wykolejeń składniowych. Nie ma go także Henryk Bereza – w jego wywiadzie rzece pt. Końcówki (Kraków 2010), przeprowadzonym przez Adama Wiedemanna i Piotra Czerniawskiego, skądinąd ciekawym i ważnym – sporo jest takich uchybień. Czy słusznie postąpiono, pozostawiając je w druku? Oto jeden przykład, w związku z utworem Grzegorza Strumyka Widok (s. 115): „Ten jest dosyć tajemniczy, zresztą nie chodzi mi o taki rodzaj urazy, która w opowiadaniu Strumyka jest bardzo czytelna, ale wydaje mi się, że jest to utwór niezupełnie jasny w swoich ambicjach, których by się tam można doszukiwać, chociaż wykorzystał różne opowieści moje autobiograficzne, które dość rzadko opowiadam w klimacie konfesyjnym, to myślę, że ich funkcjonalność jest niewielka albo wręcz błędna, tu chodzi o taką historię, którą opowiadałem o lekcjach na przyrządach gimnastycznych, co w czasie okupacji było czymś niezwykłym, ale po prostu część tych przyrządów ocalała i w tej szkole okupacyjnej, szkole handlowej, o której wspominałem, tam doszło do ćwiczenia, którego ja nie mogłem wykonać i bardzo mnie wzruszyło to, że nauczycielka, myślę, że konspiracyjna uciekinierka z Warszawy przed powstaniem, a potem już po powstaniu wróciła do Warszawy i zginęła, no zachowała się z taka niezwykłą wprost elegancją i powiedziała do mnie, że jestem zwolniony z tych zajęć, ja opowiadałem raczej nie jako opowieść o sobie, bo ja z tego powodu nie miałem żadnych kompleksów, moja fajtłapowatość taka fizyczna była powszechnie, to znaczy w każdorazowym moim otoczeniu, znana, z tego nie dało się zrobić tajemnicy i nie było żadnego powodu, żeby taki kompleks we mnie narastał, chociaż gdyby ta nauczycielka jakoś nie wykazała tej subtelności, jaką wykazała, to mogłoby się to wiązać z jakimiś, powiedzmy, przykrościami, ale ja opowiadałem o subtelności nauczycielki, o tym geście jej właśnie, i pamiętam doskonale, że miałem taki jakiś rodzaj serdeczności dla niej z powodu tego wydarzenia, ale czy opowieść o Marku Oberlaenderze dałoby się wykorzystać przeciwko mnie?”

Małgorzata Smorąg Goldberg, w interpretacji (pomysłowej) Wichury Schulza (Białe plamy Schulzologii, red. Małgorzata Kitowska Łysiak, Lublin 2010, s. 80), zastanawiając się nad tym, w jakim stopniu prześladowania Żydów były obecne w świadomości pisarza, wymienia uchwałę Kongresu Katolickiego w Krakowie z 1893 r. w sprawie bojkotu handlu żydowskiego, kijowski proces Bejlisa z r. 1913, gwałty Armii Czerwonej w r. 1920. Pomija natomiast to, co na pewno w tej świadomości było najsilniejsze, bo czasem i miejscem najbliższe – falę wystąpień antysemickich w całej Małopolsce, ekscesy hallerczyków, wreszcie – pogrom lwowski, w którym zginęło 150 osób.

Nie wiadomo co – ignorancja czy zła wola – sprawiło, że Jarosław Marek Rymkiewicz w liście otwartym do Adama Michnika z października 2010 r. przypisał Róży Luksemburg „straszliwą ideę wynarodowienia Polaków oraz wszystkich innych narodów”. Jest to zupełna brednia. Róża Luksemburg istotnie uważała hasło niepodległości Polski za utopijne i szkodliwe z punktu widzenia walki rewolucyjnej proletariatu, ale zarazem była przekonana, że jej zwycięstwo zapewni wszystkim narodom pełne równouprawnienie. Była między innymi autorką broszury W obronie narodowości (1900), wymierzonej przeciw germanizatorskiej polityce rządu pruskiego. Nie wie też zapewne Rymkiewicz, że swej pracy Die russische Revolution z r. 1918 (wyd. 1922) krytykowała ostro totalitarne tendencje partii bolszewickiej.

Wytykanie gramatycznych błędów w łacińskich wyrażeniach pojawiających się w prasie stało się dla Kamerzysty zajęciem nudnym i bezskutecznym. Niemniej jednak trudno nie przytoczyć zdania Marii Napiontkowej („Teatr” 2010, nr 9): „Teatra polskie. Historie Dariusza Kosińskiego to kolejna opera magna tego autora”. Jak widać, p. Napiontkowa jest przekonana, że opera to czasownik rodzaju żeńskiego w liczbie pojedynczej, podczas gdy w rzeczywistości jest to rzeczownik rodzaju nijakiego w liczbie mnogiej.

Tadeusz Komendant („Twórczość” 2010, nr 9) jako dowód znaczenia barszczu w kulturze polskiej przytacza cytat ze Skotopasek sowizdrzalskich (1904) Nowaczyńskiego: „Sienkiewicz to taki pan [który] patrzy na świat przez rurę od barszczu”. Zabawne, że ten antysienkiewiczowski koncept zapożyczył Nowaczyński od – Sienkiewicza, który w Listach z Afryki (X, 1892) pisał o jednym z recenzentów Bez dogmatu, że wydaje mu się, iż „patrzy na Płoszowskiego przez lupę, podczas gdy patrzy przez rurę od barszczu”.

W tejże „Twórczości” Adam Poprawa zdradza nam, że nazwę wydawnictwa Cultura lubi wymawiać z c „deiktycznym”. Zagadkowa to informacja, bo „deiktyczny” znaczy „wskazujący”, a cóż może być wskazującego w takiej czy innej wymowie spółgłoski c?

„Jak wiemy, Wyka był zawsze człowiekiem wierzącym” – pisze Stanisław Bereś (Wyki i Różewicza dialogi ostatnie, „Odra” 2010, nr 10). Gdyby przeczytał dokładniej książkę Odeszli (Warszawa 1983), którą się w tym artykule zajmuje, przekonałby się, że było inaczej. Wyka wyraźnie tu deklaruje, że jest człowiekiem niewierzącym (s. 45). Błędnie (powtarzając błąd z noty edytorskiej tej książki) Bereś informuje, że Wyka nie napisał planowanych do tej książki szkiców o Goetlu i Szaferze – ukazały się one pt. Nauka jest postacią w „Literaturze” (1973, nr 1).

W tymże numerze „Odry” Wojciech Giełżyński (Prawda mitu, szczypta wstydu) pisze, że w czasie wojny polsko-sowieckiej 1920 r. „powodzenie miała sztuka Asnyka, jak to Moskalom daliśmy bobu… pod Racławicami”. Oczywiście chodzi tu o sztukę Władysława Ludwika Anczyca Kościuszko pod Racławicami. Giełżyński zapewne powtarza ten błąd za Normanem Daviesem (Biały orzeł, czerwona gwiazda, Kraków 2006 – tu: rozdz. IV. Inwazja na Polskę). Ale co można wybaczyć historykowi brytyjskiemu, to nie przystoi publicyście polskiemu. No i dla redakcji miesięcznika literackiego jest to „szczypta wstydu”.

Agnieszka Rybak, omawiając dzieje Polskiego Słownika Biograficznego („Plus-Minus” 2010, z 23 – 24 X), twierdzi, że Kazimierz Wyka w życiorysie Fredry „niewiele miejsca poświęcił jego komediom, ujrzał w nim przede wszystkim ultrakonserwatystę obojętnego na sprawę narodową, ulegającego egoizmowi ziemianina”. Sąd ten powtórzyła autorka za artykułem Henryka Barycza o Słowniku („Biuletyn Biblioteki Jagiellońskiej” 1986). Tymczasem daleki jest on od prawdy. Gdyby Agnieszka Rybak zajrzała do tekstu Wyki, przekonałaby się, że pisał on oczywiście o konserwatyzmie Fredry, ale zaznaczał też, że niekiedy „słuchał [ on ] niewątpliwej odwagi i cywilnej, i sarmackiej i – gdzie tylko mógł ujawnianej słowem i piórem niechęci do biurokracji”, że jako autor Dziennika wygnańca „pozostawił świadectwo uczuciowego i patriotycznego przeżycia powstania” (listopadowego). Wbrew temu, co twierdzi p. Rybak, Wyka komediom Fredry poświęcił wiele uwagi i charakteryzował je z najwyższym entuzjazmem: „najznakomitszy w literaturze polskiej komediopisarz jest zarazem przez skojarzenie wdzięku i humoru z poezją jedynym w tej mierze artystą polskim”; „jego najlepsze komedie są porównywalne tylko z Panem Tadeuszem”.

Według streszczenia Joanny Derkaczew („Gazeta Wyborcza” 2010, z 29 X) w sztuce litewskiego autora Mariusa Ivaškievičiusa Mistrz Mickiewicz i Chopin „usiłują wytłumaczyć francuskim kolegom, dlaczego pogrzeb Napoleona III oglądają jak pogrzeb Polski”, i skąd pomysł Mickiewicza, by „po powstaniu listopadowym ruszyć na pomoc narodowi z własnym 12 osobowym legionem”. A przecież pogrzeb Napoleona III odbył się w r. 1873, w wiele lat po śmierci i Chopina, i Mickiewicza. Legion Mickiewicza powstał w r. 1848, więc znowu w wiele lat po powstaniu listopadowym, a miał na celu nie pomoc narodowi polskiemu, lecz włoskiemu w jego walce z Austriakami. Czyjej inwencji – litewskiego dramatopisarza czy polskiej krytyczki teatralnej, zawdzięczamy te rewelacje?

Ach, jak jesteśmy nieuważni! W „Nowych Książkach” (2010, nr 10, s. 80) prof. Grzegorz Leszczyński, specjalista od literatury, pisząc o „s ł y n n y m   zbiorze baśni” nazywa jego autora Kazimierzem Glińskim. Tymczasem rzeczywisty autor miał imiona „Antoni Józef ”. Kazimierz Gliński to także literat, ale ktoś zupełnie inny.

Z zaciekawieniem i przyjemnością przeczytałem książkę Ewy Zamorskiej Przyłuskiej Przewodnik literacki po Krakowie i województwie małopolskim (Wydawnictwo WAM, Kraków 2011). Książka nie tylko informuje szczegółowo o miejscach, z którymi powiązane są biografie pisarzy XIX i XX wieku, ale i zawiera antologię krakowskich motywów w ich twórczości – przy czym autorka wykazała imponującą znajomość tego ogromnego materiału, również najnowszych pozycji. W zakończeniu pyta: „Może się jeszcze zobaczymy?” – zapewne słusznie spodziewa się, że Przewodnik doczeka się nowego wydania. Z myślą o nim Kamerzysta chciałby zwrócić uwagę na pewne luki i przeoczenia. I tak: nie uwzględniono tu przedwojennej prasy (o koncernie IKC zaledwie jedno zdanie, brak „Czasu”, „Nowej Reformy”, „Naprzodu”). Na uwzględnienie zasługiwały też spotkania profesorskie w kawiarni Grand Hotelu (Klub Okrągłego Stołu w okresie międzywojennym, obecnie „Klub Kopciuszek” – pisze o nim obszernie Irena Homola Skąpska w książce Grand Hotel w Krakowie. Zabrakło tak ważnych nazwisk, jak Aniela Gruszecka Nitschowa (autorka świetnej powieści krakowskiej Przygoda w nieznanym kraju), Jana Wiktora jako autora Zwariowanego miasta, Stanisława Pigonia jako opiekuna bursy uniwersyteckiej przy ul. Garncarskiej, popularnego niegdyś felietonisty Jana Kurczaba. Aż dziw bierze, że nie wspomniano tu o Krowoderskich zuchach Stefana Turskiego (mają w Krakowie dwie ulice – nie tylko Krowoderskich Zuchów, ale i Gzymsików). A jeszcze trudniej się pogodzić z tym, że nie ma w tym Przewodniku najpopularniejszej osobistości przedwojennego Krakowa i najbardziej krakowskiego z ówczesnych pisarzy – Zygmunta Nowakowskiego.

Niewątpliwie Marek Nowakowski („Plus-Minus” 2010, z 6 – 7 XI) wie, kto jest autorem Śmierci w Wenecji, Tonio Krögera oraz Maria i czarodzieja, choć „napisało mu się” przez roztargnienie, że był nim Henryk Mann. (Podobną wpadkę zaliczył niedawno także Kamerzysta, zmieniając Arkademu Gajdarowi imię na Jegor). Chyba jednak Nowakowski nie rozumie wyrazu „resentyment”, gdy pisze, że jego koledze uniwersyteckiemu, Przemkowi, Jacek Kuroń zarzucał „resentyment do kapitalistycznej przeszłości”. Resentyment przecież to uraza, a nie sentyment zwrócony w przeszłość.

Starania o własny pomnik uważane są powszechnie za przejaw pychy i złego smaku. A jednak twórca gigantycznego pomnika w Świebodzinie, ks. Sylwester Zawadzki, twierdzi, że pomysłodawcą był sam Chrystus, który objawił mu się we śnie („Gazeta Wyborcza” 2010, z 8 IX). Burmistrz Świebodzina dodaje trzeźwo: „O Świebodzinie będzie w świecie głośno, turyści czy pielgrzymi zaś oznaczają dla nas przeliczalne na złotówki korzyści, a nawet miejsca pracy” („Rzeczpospolita” 2010, z 8 XI).

Z przygnębieniem przeczytał Kamerzysta opinię Jacka Sieradzkiego („Dialog” 2010, nr 11, s. 171), że Zemsta Fredry do „staroświecka piła, służąca głównie męczeniu młodzieży”. Jeśli na taką ocenę ze strony poważnego krytyka zasługuje najlepsza komedia polska – to powstaje pytanie – po co w ogóle zajmować się naukowo historią literatury polskiej, a tym bardziej – po co uczyć jej w szkołach?

Wierutne bzdury wypisuje Janusz Rudnicki w artykule Szekspir? To nie on („Gazeta Świąteczna” 2010, z 10 XI). Pisze na przykład, że „żaden z ówczesnych pisarzy i luminarzy nie odnotował jego śmierci”. Nie wie więc, że na przykład w wydaniu folio z r. 1623 znajduje się słynny wiersz Ben Jonsona: „To the memory of my beloved, the author Mr. William Shakespeare and what he hath left us…”. Twierdzi dalej, że aż do r. 1920, kiedy pojawiło się nazwisko Edwarda de Vee, „nikt nie kwestionował szekspirowskiego autorstwa. Tymczasem – zakwestionowano je już w połowie XIX w., kiedy pojawiła się tzw. „Baconian heresy” – hipoteza, że rzeczywistym autorem był Francis Bacon. Później pojawiły się także inne nazwiska, między innymi Marlowe’a. Są to fakty powszechnie znane i nieznajomość ich jest kompromitująca – nie tylko autora artykułu, ale i redaktora, który ten tekst zakwalifikował do druku.

Na okładce książki Jarosława Marka Rymkiewicza Samuel Zborowski znajduje się obszerny, najpewniej przez niego akceptowany biogram. Wymieniono tu między innymi nagrody fundacji Kościelskich, im. Stanisława Vincenza, im. Józefa Mackiewicza. Natomiast wśród „m.in.” nie wymienionych znalazła się niebagatelna przecież Nagroda Nike – jakby Rymkiewicz jej się wstydził. Podobna selekcja nagród pojawia się na okładce Wierszy politycznych tegoż autora. Jak to mówią Rosjanie – poeta postarał się „i kapitał sobrat’, i czest’ sochranit”.

W książce Samuel Zborowski Rymkiewicz pisze: „Można się też domniemywać, że gdybyśmy sięgnęli w głąb stuleci (gdyby istniał Słownik polszczyzny XV wieku, XIV wieku, XIII wieku i tak dalej, bo inaczej takie sięgnięcie jest praktycznie niemożliwe), to formacji współrdzennych [ ze słowem „mrzeć” ] znaleźlibyśmy znacznie więcej [ niż w Słowniku polszczyzny XVI w. ]” (Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2010, s. 235). W rzeczywistości – niczego nie trzeba tu domniemywać; sięgnięcie w średniowieczną przeszłość jest nie tylko możliwe, ale zupełnie łatwe. Rymkiewicz najwidoczniej zapomniał (bo nie chce się wierzyć, by nie wiedział), że istnieje znakomity Słownik staropolski, obejmujący całe słownictwo do r. 1500. Wystarczy do niego zajrzeć, by przekonać się, że formacji współrdzennych jest tu – wbrew hipotezie Rymkiewicza – znacznie mniej. A przy okazji, skoro o słownikach mowa – Samuel Linde miał na drugie imię „Bogumił”, a nie „Bogusław”, jak pisze Rymkiewicz (s. 304, 353).

Czytamy w książce Andrzeja Stasiuka Dziennik pisany później (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010,): „Mój kraj, przywykły do łomotu, do dziejowego wpierdolu, do krwiodawstwa, jak kania dżdżu wygląda masakry, czuwania, opłakiwania i funeberiów…”. Być może nie jest to zdanie typowe dla prozy Stasiuka, ale jest typowe dla grzechów dzisiejszej prozy literackiej – rozchwianej między soczystymi wulgaryzmami a niepotrzebnymi barbaryzmami (nota bene wyrazu „funeberia” nie zna łacina; to wynalazek Stasiuka) z banalnymi frazeologizmami pośrodku. Gdzie te czasy, kiedy proza literacka mogła stanowić wzór dla prozy użytkowej?

Bądźmy dokładniejsi. W artykule Polscy komuniści kolaborujący w Sowietami („Księga Kresów Wschodnich”, nr 42) czytamy, że Wanda Wasilewska była dyrektorką Polskiego Teatru Dramatycznego we Lwowie, a Karol Kuryluk publikował swe artykuły w „Nowych Widnokręgach”. Tymczasem Wasilewska była tylko kierownikiem literackim owego teatru, a Kuryluk był zastępcą sekretarza odpowiedzialnego „Nowych Widnokręgów”, ale nie ogłosił tam ani jednego artykułu.

„Przynajmniej od czasów T.S. Eliota wiemy, że nie słowu twórcy należy wierzyć, lecz jego dziełu” – pisze Katarzyna Bojarska („Conrad Festival” – program). Kamerzysta także o tym wie, ale z innego źródła – ze Studies in Classical American Literature D.H. Lawrence’a („Never trust the artist, trust the tale”).

W wydawnictwie Uniwersytetu Wrocławskiego ukazała się książka Eleonory Udalskiej Teatralne silva rerum (Wrocław 2010). Brzmi to niezbyt składnie, bo przecież rzeczownik silva jest rodzaju żeńskiego.

„»Synkowie moi, poszedłem w bój / Jako wasz dziadek a ojciec mój« – pisał u progu pierwszej wojny światowej Juliusz Żuławski” – czytamy w książce Jana Prokopa Progi tożsamości (Kielce 2009, s. 83). Juliusz Żuławski u progu tej wojny miał cztery lata; cytowany wiersz wyszedł spod pióra jego ojca, Jerzego.
    W tejże książce Prokop twierdzi, że już Wokulski wiedział, iż cesarstwo rosyjskie „stanowi znakomity rynek zbytu dla rozwijającego się przemysłu włókienniczego Królestwa” (s. 163). Być może o tym wiedział, ale założona przez niego spółka handlowa nie eksportowała, lecz importowała z Rosji towary włókiennicze. Na stronie 164 czytamy, że Piłsudski urodził się w Zaosiu. W Zaosiu urodził się podobno Mickiewicz. Piłsudski urodził się w Zułowie. Dwie stronice dalej (s. 166) mowa jest o Franciszku Józefie jako o cesarzu Austro Węgier. Tymczasem był on cesarzem Austrii, a na Węgrzech królem.
    Zmyśla też Prokop, gdy pisze, że Pawka Korczagin, bohater socrealistycznej powieści Jak hartowała się stal, „donosi na własnego tatusia” (s. 198); nie ma o tym w tej powieści ani słowa. Omyłką jest twierdzenie, że Bachtin to reprezentant „powojennego nurtu strukturalnego” (s. 234) – nigdy nie był on strukturalistą, większość jego dorobku powstała przed r. 1945.
    Tempus actum to czas miniony, dlaczego więc Zygmunt Bauman, którego uwaga skupiona jest na płynnej ponowoczesności, nazwany został „bystrym obserwatorem temporis acti”? (s. 258).
    W innej książce (Od słowa do skutku, Kielce 2010, s. 76) autor przypisuje Majakowskiemu słowa „rewolucyonnyj dzierżytie szag, nieugomonnyj nie dremlet wrag”, a jest to cytat ze słynnego poematu Błoka Dwunastu. Pojawia się tu znowu Wokulski, który handluje perkalami łódzkimi na terenie imperium (s. 120). O niektórych tych błędach pisała Camera, gdy w „Arcanach” ukazywały się pierwodruki artykułów Prokopa, ale autor widocznie tego nie zauważył. Pochodzą te gafy nie z niewiedzy zapewne, lecz z pośpiechu, roztargnienia, zbytniego zaufania do własnej pamięci. Ale czy to jest usprawiedliwienie?

Maciej Urbanowski („Rzeczpospolita” 2010, z 4 – 5 XII) w apologetycznym artykule o Ferdynandzie Goetlu, wymieniając rzeczywiste krzywdy, jakich on doznał, oburza się, że oskarżano go nawet o faszyzm. A przecież Goetel napisał „książkę faszystowską, [ … ] będącą swego rodzaju manifestem politycznym i wyznaniem wiary, którego zasadniczym przesłaniem był apel o budowie faszyzmu w Polsce”. Tej opinii chyba Urbanowski nie zaprzeczy, bo są to jego własne słowa ze wstępu do Pism politycznych Goetla (Kraków 2006, s. 29).

Prof. Maryla Hopfinger („Gazeta Wyborcza” 2010, z 13 XII) powiada, że „sama jest z kultury druku”, „nawet kino pojawiło się w jej świecie jako nowość”. Biorąc pod uwagę, że początki kinematografii przypadają na koniec XIX wieku, jest to wypowiedź mało prawdopodobna.

W tymże numerze „Gazety Wyborczej” Joanna Derkaczew informuje, że opera Strawińskiego The Rake’s Progress „powstała w czasach, gdy te same motywy i demony doszły do głosu u Oscara Wilde’a (Portret Doriana Graya) czy Balzaka (Jaszczur)”. Jakie to czasy ma na myśli Derkaczew? Bo przecież The Rake’s Progress powstała w r. 1951, Portret Doriana Graya w 1891 r., a Jaszczur w r. 1831.

„Gazeta Wyborcza” (2010, z 18 XII) publikuje test egzaminu gimnazjalnego z przedmiotów humanistycznych przygotowany przez Wydawnictwo Pedagogiczne OPERON. Do uczniowskiej analizy wybrano tu między innymi tekst Wojciecha Kalwata Co na cokoły?, gdzie można przeczytać, że w Polsce Ludowej „na pomnikach rozsiedli się utrwalacze władzy ludowej z Karolem Świerczewskim i Feliksem Dzierżyńskim na czele”. Mniejsza o to, że na cokołach były ich postacie stojące – nikt się tam nie rozsiadał. Istotne jest to, że Feliks Dzierżyński – jak wiadomo – zmarł w ZSRR w r. 1926, a więc blisko 20 lat przed nastaniem władzy ludowej w Polsce, i co bystrzejszy gimnazjalista mógłby obśmiać i p. Kalwata, i Wydawnictwo Pedagogiczne OPERON, i redakcję „Gazety Wyborczej” za tak kompromitujący błąd w teście egzaminacyjnym.

Danuta Ulicka („Twórczość” 2010, nr 12, s. 56) dowodzi, że w polskich przekładach słynnych rosyjskich prac Kak sdiełana „Szynel” (Eichenbauma) i Kak sdiełan „Don Kichot” (Szkłowskiego) powinno być nie: „jak jest zrobiony”, lecz „jak był zrobiony”… Co więcej – wyprowadza ową „sdiełannos’t” z artykułów artysty Pawła Filonowa. Nasuwają się tu dwie uwagi: gdyby owi rosyjscy autorzy chcieli uwypuklić przeszłościowy i procesualny aspekt owej sdiełannosti – w ich tytułach pojawiłoby się chyba sformułowanie „kak   by ł   sdiełan”. A nadto – czytali oni nie tylko artykuły Filonowa, ale i książkę Wilhelma Dibeliusa Englische Romankunst (1910), gdzie we wstępie autor pisał, że nie zadaje sobie pytania, „czy to jest piękne, czy nie”, lecz pytanie skromniejsze „jak to jest zrobione” („wie ist das gemacht?”).

Krzysztof Masłoń („Księga Kresów Wschodnich”, nr 46. Przeciw sowieckiej niewoli) twierdzi, że „w PRL powieści Lama lepiej było nie pamiętać, tym bardziej że przedstawiały – cóż że w krzywym zwierciadle – dawne królestwo Galicji i Lodomerii”. Wbrew temu, co mniema Masłoń, o Lamie w PRL u dobrze pamiętano. Wystarczy zajrzeć do bibliografii, by dowiedzieć się, że Koroniarz w Galicji i Wielki świat Capowic ukazały się wówczas w serii klasyków „Biblioteka Narodowa”. Ponadto wydano (kilkakrotnie) Wielki świat Capowic oraz Wybór kronik i czterotomowe Dzieła literackie Lama.

Pamięć zawodzi Tadeusza Konwickiego, gdy w wywiadzie ogłoszonym w „Tygodniku Powszechnym” (2010, nr 52) mówi, że na polonistyce krakowskiej w latach 1945 – 1947 obok Kazimierza Wyki drugim adiunktem był Wacław Kubacki i „między nimi była taka mała, taka elegancka, koleżeńska rywalizacja”. W pierwszych latach powojennych Kubacki mieszkał w Poznaniu i był zatrudniony na tamtejszym uniwersytecie. Do Krakowa przyjechał, już jako profesor, dopiero w r. 1953, odtąd zaczął narastać jego coraz ostrzejszy i niezbyt elegancki konflikt z Wyką.

Dariusz Nowacki („Nowe Książki” 2010, nr 12, s. 16) pisze, że książka Michała Pawlikowskiego Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego jest niezwykle cenna jako „źródło o wiedzy o świecie” polskiego ziemiaństwa przełomu XIX i XX wieku, „nawet dla tych, którzy czytali – dajmy na to – Szczenięce lata Wańkowicza czy Wspomnienia niebieskiego mundurka Gomulickiego”. Nowacki czytał owe Wspomnienia dawno, ale powinien wiedzieć, że akcja tej powieści rozgrywa się nie w świecie ziemiaństwa, lecz w małomiasteczkowym gimnazjum, i nie na przełomie XIX i XX wieku, lecz przed powstaniem styczniowym.

Piotr Skwieciński („Rzeczpospolita” 2010, z 30 XII), żartując z astrologa Piotra Piotrowskiego, pisze: „może się zdarzyć, że ciemny tłum dopadnie gdzieś mistrza Piotrowskiego i zlinczuje. Jak kiedyś Aspazję”. Felietoniście najwidoczniej pomyliła się Aspazja z Hypatią.

Jacek Marczyński („Rzeczpospolita” 2011, z 3 I) w związku z rock-operą Krzyżacy usprawiedliwia twórców jej libretta, pisząc, że „w ciągu dwóch godzin nie da się przedstawić burzliwych perypetii miłosnych Maćka z Bogdańca”. Marczyński czytał widocznie kiedyś jakieś specjalne wydanie powieści Sienkiewicza, bo w powszechnie dostępnych jej edycjach o żadnych amorach starego szlachcica nie ma mowy.

D l a   p ok r z e p i e n i a   s e r c:
„Mamy dziś w teatrze całe mnóstwo rozmaitych ogryzków, maźnięć i stęknięć, performatywnych czytań, niedokończonych etiud, prezentacji work in progress, warsztatów, które niczemu nie służą poza sobą samym. Eksperymentów mierzących odporność widowni na nudę, bezkształtnych parawidowisk pozbawionych konstrukcji i jasno określonego celu, gryzących własny ogon” (Jacek Sieradzki, Śladem pośladków, „Odra” 2010, nr 4, s. 76).
    Prof. Wiktoria Śliwowska w artykule Znowu myłka. Bardzo się wstydzę…, zamieszczonym w książce Społeczeństwo – kultura – inteligencja (Kraków 2009), przyznaje się do kilkudziesięciu błędów, jakie znalazły się w jej książce wspomnieniowej (pisanej razem z mężem René Śliwowskim) Rosja, nasza miłość. Jeśli to mogło się przydarzyć znakomitej uczonej – może jeden, czy nawet kilka błędów, które wytyka Kamerzysta, nie powinno zanadto martwić autorów, choć – jak pisze Śliwowska – „przykrość pozostaje przykrością” (s. 525).
    Na marginesie rozważań o sztuce interpretacji Czesława Zgorzelskiego (w tomie zbiorowym Czytanie liryki po Zgorzelskim, Wydawnictwo Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Warszawa 2010, s. 29) prof. Teresa Kostkiewiczowa pisze, że należałoby potraktować jako folklor naukowy tezę o swobodnym używaniu tekstów do własnych celów jako podstawowej strategii interpretatora w obcowaniu z utworem.

hm








 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas