poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BOGNA BŁAŻEWICZ
Na przekór nawykom
Dekada Literacka 2011, nr 1-2 (224-225)
Anka Ptaszkowska
Wierzę w wolność, ale nie nazywam się Beethoven
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria,
Gdańsk 2010

Anka Ptaszkowska to postać niezwykła – wyrazista, energiczna, twórcza. Aktywnie uczestniczyła w ważnych dla kultury polskiej i francuskiej (od 1970 roku mieszka w Paryżu) wydarzeniach, pracowała z wybitnymi artystami: Tadeuszem Kantorem, Henrykiem Stażewskim, Edwardem Krasińskim… Jest współzałożycielką Galerii Foksal w Warszawie oraz galerii numerowanej (Galeria od 1 do 36) i Vitrine pour l’Art Actuel w Paryżu. Nigdy nie chciała być artystką i nie jest nią, a jednak jej nazwisko wymienia się wśród najbardziej znanych postaci polskiej awangardy. Studiowała historię sztuki na KUL, wykładała sztukę nowoczesną w Szkole Sztuk Pięknych w Caen, ale nie czuje się również historykiem sztuki. Kim jest? Z jej książki dowiedzieć się można nie tylko tego, że wierzy w wolność… Można poznać Ptaszkowską jako zapaloną orędowniczkę awangardy, krytyka sztuki o polemicznym temperamencie, autorkę tekstów programowych, pisanych z rewolucyjnym zacięciem, interesującą rozmówczynię… I przede wszystkim jako osobę burzącą zastane schematy, podważającą utarte sądy i najbardziej fundamentalne pojęcia.

Anka Ptaszkowska od lat obecna jest w życiu artystycznym i szerzej – intelektualnym. W październiku 2010 roku ukazała się jej książka Wierzę w wolność, ale nie nazywam się Beethoven, będąca zbiorem bardzo różnych tekstów (nie tylko jej autorstwa): wywiadów, manifestów, publikowanych i niepublikowanych esejów, również rozmów, w których nie uczestniczyła (np. Rozmowa Joanny Mytkowskiej z Mariuszem Tchorkiem).

Jestem przekonana, że ta pozycja wydawnicza jest trudnym do przecenienia źródłem wiedzy o polskiej awangardzie lat 60., ale nie tylko – również o późniejszych przemianach w tzw. sztukach wizualnych i działaniach artystów. Dla mnie, jako czytelnika, jest również barwną opowieścią o minionych czasach, które znajdują swą kontynuację we współczesności dzięki postaci autorki oraz wciąż aktualnym zagadnieniom z obszaru sztuki.

Zasada chronologii nie jest w układzie tekstów przestrzegana, co sprawia, że książki nie trzeba czytać zgodnie z prawem narastania stron. Sporo w niej czarno‑białych fotografii Eustachego Kossakowskiego (drugiego męża Ptaszkowskiej), dokumentujących ważne artystyczne wydarzenia, portretujących ciekawe postaci, oddających również atmosferę czasów, które minęły. Kossakowskiemu udawało się uchwycić i „zatrzymać” klimat artystycznych działań ówczesnej awangardy. Czytelnik otrzymuje więc w tej książce fotograficzny portret czasów wielkiego zaangażowania w sztukę, portret epoki wiary – może i naiwnej, ale twórczej – w możliwość zmieniania świata. W Wierzę w wolność… znajdujemy zatrzymane w kadrze znane postaci i zachowane w słowach teorie, programy, rozmowy.

Wszystko to sprawia, że ten wybór tekstów można traktować jako niekonwencjonalny zapis historii sztuki, pełen anegdot, cytatów, manifestów. To szczególny dokument, ale i album ze zdjęciami, zbiór wspomnień i odniesień do przeszłości. Co jednak szczególnie cenne w postawie autorki, to dystans, z jakim do swoich dawnych, gniewnie wygłaszanych teorii po latach się odnosi. Nierzadko zamieszcza bowiem współczesne adnotacje pod tekstami pisanymi kilkadziesiąt lat temu. I ten spokojny dystans nabyty z wiekiem nadaje młodzieńczym odezwom właściwy wymiar. Wcale ich nie neguje, ale podkreśla, że były w jakimś stopniu produktem swego czasu, owocem emocji i żaru, który wygasając, obnaża słabe punkty, zbędną zapalczywość, przesadę. Ptaszkowska potrafi się do nich przyznać.

Kompozycja Wierzę w wolność… jest przejrzysta. Na początku umieszczone zostały bardzo istotne, pełniące wręcz funkcję swego rodzaju przewodnika, Rozmowy Emanuela Zwenglera z Anką Ptaszkowską. W trakcie tego wywiadu‑rzeki padają ważne stwierdzenia, następuje uporządkowanie biografii na tyle, na ile jest to możliwe. Kolejne teksty odnoszą się do spraw poruszanych w tych rozmowach, a ujęte są w rozdziały poświęcone: Galerii Foksal, znaczącym postaciom (jak np. Stażewski, Kantor, Niemczyk, Tchorek, Borowski), przełomowym działaniom (ARTYŚCI – WYDARZENIA – MIEJSCA), rozpadowi Galerii Foksal, Galerii numerowanej, są też rozmowy, przedruki ulotek, listów (Przekłady, aneksy, komentarze). To oczywiście nie wszystko, ale wspominam o poszczególnych działach, by podkreślić dokumentacyjny charakter tej książki. To swego rodzaju archiwum włożone pomiędzy książkowe okładki, to również atrakcyjny, świetnie
wydany „podręcznik” dla obecnych  historyków sztuki…

Powrócę jednak do głównej postaci, czyli Anki Ptaszkowskiej, która snuje nostalgiczną opowieść o ludziach, którzy już odeszli, mówi też wiele o sobie i jest w swych wypowiedziach szczera, przyznaje się do swoich fascynacji i próbuje również znaleźć dla siebie samej kiedyś i dziś jakiś wspólny mianownik. Ptaszkowska tak mówi o sobie wobec artystów, w kręgu których spędziła wiele lat: „Widok kogoś odrzuconego przez większość (z tej lub innej przyczyny), wywołuje u mnie olbrzymią emocję i gwałtowne poczucie solidarności. Nie mogę nie wierzyć, że to on – wbrew wszystkim – »ma rację«, że to on »jest sprawiedliwy«. Oczywiście często się mylę, ale zapewniam was, moi przyjaciele, że również się nie mylę.

Sprzeczności tak mnie pociągają, że logika mojego życia (o ile istnieje) staje się czytelna jedynie w swego rodzaju dekonstrukcji. Moje, często nieumiarkowane, zaangażowanie w artystów – zmierza w przeciwstawnych na pozór kierunkach i sytuuje się na różnych planach: między Stażewskim i Kantorem, Edziem Krasińskim, Niemczykiem, Eustachym Kossakowskim, Danielem Burenem, André du Colombierem, Rachel Poignant i Raymondem Hainsem. Pomimo różnic, wydawałoby się nieprzekraczalnych między tymi artystami, jestem przekonana, że istnieje między nimi obiektywny związek. W planie osobistym mój związek z nimi nazywam odważnie miłością”.

I rzeczywiście we wspomnieniach dotyczących na przykład Stażewskiego jest tyle ciepła, szacunku i niegasnącego nawet po latach podziwu dla tej postaci, że słowa Ptaszkowskiej w kwestii jej emocji nie wydają się przesadzone. Emocjonalność autorki nadaje całej książce bardzo osobisty charakter. Dzięki temu zresztą jej lektura jest nie tylko interesująca, ale i przyjemna. Zdaję sobie sprawę z tego, że przyjemność to mało profesjonalne kryterium oceny, ale czy potoczystość, zrozumiały język i wreszcie przyjazna temperatura tekstu nie są ważne? Teksty programowe zwykle obciążane są powagą metajęzyka i czytanie ich – w nagromadzeniu – bywa trudne, czasem nawet nieznośne. Autorka przeplata manifesty rozmowami, wspomnieniami… Dają one kontekst programom artystycznym, ale i oddech czytelnikowi. Chwilami odnosiłam wrażenie, że – mówiąc metaforycznie – przez Wierzę w wolność… się „płynie”, że żywy nurt książki jest w stanie porwać czytelnika… Czasem mówi się o takich lekturach, że są wciągające.

W programowych tekstach, których Anka Ptaszkowska jest współautorką, wyczuwalna jest szczególna zadziorność, która objawia się przewrotną chęcią podważania tego, co pozornie oczywiste. Pytając o to, po co nam wystawy – można dojść do nowych i wcale nie absurdalnych orzeczeń teoretycznych, a idąc jeszcze dalej – można podać w wątpliwość sens istnienia galerii… I tak się właśnie stało, gdy Ptaszkowska z przyjaciółmi – Wiesławem Borowskim i Mariuszem Tchorkiem (kształt tekstu był wynikiem rozmowy Anki Ptaszkowskiej z Mariuszem Tchorkiem), będącymi tak samo jak ona zapaleńcami gotowymi burzyć zastany porządek, doszła do stworzenia przewrotnej Teorii Miejsca… Udowodnili oni wówczas, że podważając utarte sądy, można wykazać, iż działamy pod wpływem przyzwyczajenia a nie logiki. Prowokacyjny styl i kategoryczność stwierdzeń mogą drażnić, ale choć tezy zostały przesadnie wyostrzone, nie są przecież pozbawione sensu. We Wprowadzeniu do ogólnej Teorii Miejsca (1966), negując ideę wystawy, autorzy stwierdzili: „Artysta na wystawie nie ma już nic do roboty poza trzymaniem kwiatów. Jest teraz widzem znudzonym lub galwanizowanym wtórnymi przeżyciami bądź ambasadorem swoich przyszłych poczynań; murzynem, któremu nie wiadomo dlaczego nie pozwalają odejść”.

Za najciekawszy rys postaci – zarazem autorki i głównej bohaterki Wierzę w wolność… – uważam indywidualne, nieobciążone powszechnym nawykiem rozumienie pojęć oraz własną, odrębną hierarchię wartości i ważności spraw. Nie znaczy to, że Ptaszkowska jest anarchistką, ale że ma odwagę głosić idealistyczne, więc dla wielu niepopularne (niewykluczone, że w rozumieniu niektórych wręcz naiwne) tezy. Zwykło się sądzić, że bezkompromisowość jest cechą młodości. Być może jest również warunkiem koniecznym do tworzenia nowych jakości. Tak jak konieczna jest do tego wolność lub chociaż wiara w jej wartość i moc. Portret Ptaszkowskiej, jaki zarysowuje się na kartach tej książki, jest portretem osoby wolnej. Wolnej w socjalistycznej Polsce, wolnej we Francji i dzisiaj po latach w zupełnie innej rzeczywistości. Jak mogła zachować ową wolność w totalitarnym ustroju? Zarówno ona jak i jej krąg przyjaciół – artystów i teoretyków – miał na to swój sposób. Kontrowersyjny, ale skuteczny, a była nim zabawa. Zabawa przeciwstawiona reżimowi, żart zamiast martyrologii. Sztandarowym przykładem był sławny bal w Zalesiu pod wiele mówiącym hasłem „Pożegnanie wiosny”, którego rekonstrukcję w 2006 roku zrealizował Paweł Althamer. Tuż po stłumieniu wydarzeń 1968 roku Ptaszkowska z przyjaciółmi wydała bal, który stanowił szczególną formę oporu, prawdopodobnie dla ówczesnej opozycji politycznej mało przekonującą lub nawet aspołeczną. Bal był happeningiem, protestem, prowokacją, ale nadal zgodnie z podstawowym założeniem tego typu imprezy był… zabawą. Oburzające? Śmiech potrafi rozsadzić najtwardsze struktury… Być może bawiący się w Zalesiu po trosze na to liczyli… Grupie udało się uniknąć konsekwencji, ale już niedługo, bo w 1970 roku, nastąpił rozłam w ramach Galerii Foksal. Ptaszkowska orientuje się wtedy, że dalej nic już nowego zrobić nie zdoła. Dopóki mogła działać, żyła w swojej ojczyźnie, a gdy stało się to niemożliwe, po prostu wyjechała, by nic nie mogło jej bezcennej i niezbędnej wolności ograniczać czy odbierać. Tak tłumaczy swoją decyzję o emigracji: „Było dla mnie wręcz niemożliwe zostać w Polsce, w nieprzyjaznym świecie, w którym przypuszczalnie nie miałabym możliwości robienia czegokolwiek”.

Wolność okazała się wartością – w sztuce i życiu – niezbędną. Innym kluczowym dla Ptaszkowskiej pojęciem jest bezinteresowność – pojmowana zresztą w skrajnie idealistyczny sposób, a przeciwstawiona pojęciu obecnie uważanemu za ściśle pozytywne – profesjonalizmowi. Tak stwierdza w rozmowie z Emmanuelem Zwenglerem: „Profesjonalizm zainstalował się w sztuce obecnej jako jedyny sposób bycia, a ja wolę żyć w poczuciu bezinteresowności. To jest luksus, którego potrzebuję. Ciężko i nudno postępować, kierując się interesem, i żyć według kalkulacji. Uważam jednak tę moją postawę za moralnie podejrzaną, ponieważ w ogromnej mierze ma ona na celu przyjemność dziwnie, trzeba przyznać, pożenioną z zasadami”.

Profesjonalizm, spopularyzowany dzięki swej neopragmatycznej karierze – przez Ankę Ptaszkowską postrzegany jest negatywnie. Oznacza nudę, kalkulację… W napisanej w 1998 roku przedmowie do swojej wydanej niedawno książki tak to ujęła: „W jakim więc planie sytuuje się mój integralny – jakkolwiek przerywany, bo przecież co jakiś czas porzucałam ją »na zawsze« – związek ze sztuką? Jedyna pewność, jaką mam w tym względzie, to, że nie ma on charakteru profesjonalnego. Profesjonalizm był i jest moim wrogiem”.

Innym słowem‑kluczem, dającym się wyłonić z omawianej książki, jest „nawyk”. Działania Anki Ptaszkowskiej i jej przyjaciół‑artystów oraz teoretyków sztuki łamały przyzwyczajenia, były to często akcje wymierzone przeciw życiu w niewoli nawyków. Tak Ptaszkowska wraz z Wiesławem Borowskim i Mariuszem Tchorkiem zaczynali swój programowy tekst Co nam się nie podoba w Galerii Foksal PSP? (1966):

Zdać sobie sprawę, że działa się w ramach NAWYKU!
Wykryć i ujawnić to, co we własnym postępowaniu jest NAWYKIEM!

Nawyk oznaczał więc konwencję, skostnienie i pośrednio rodzaj bezmyślności, bezrefleksyjnego przyjmowania zastanej sytuacji. Działanie w ramach nawyku było zapewne dla ówczesnych „buntowników” równoznaczne z podleganiem rutynie. Jeśli przyjrzeć się działaniom polskiej awangardy lat 60. i przeczytać ówcześnie ogłaszane manifesty artystyczne, to można zaryzykować twierdzenie, że najważniejsze było obalanie władzy NAWYKU i ośmieszanie rutynowych mechanizmów.

Anka Ptaszkowska, pisząc o sztuce, czyniła to i czyni w sposób – powiedziałabym – autorski. Jej analizy prac na przykład Edwarda Krasińskiego (Mały traktat o lenistwie, 1994) wyróżniają się literackim stylem i precyzyjnym przechodzeniem od pozornie lekkich spostrzeżeń do fundamentalnych zagadnień. Autorka nie stroni przy tym od paradoksalnych zestawień i konsekwentnego podważania utartych sądów. Ptaszkowska w tekstach o sztuce bawi się słowem, uważnie dobiera wyrazy, tworząc konstrukcje nie tylko intelektualne, ale też w jakiejś mierze poetyckie (zresztą tę skłonność wykazywali też inni teoretycy sztuki z jej otoczenia). Ówczesne manifesty miały literacki kształt, pisane były ze świadomością słowa – jego znaczenia, brzmienia i budzonych skojarzeń. To były teksty, które warto poznać niezależnie od głoszonych w nich tez, bo są po prostu dokumentami epoki, etapu rozwoju sztuki współczesnej i myśli teoretycznej. Są też zapisem intelektualnej temperatury, która panowała w środowisku sztuki, zapisem problemów, nad jakimi dyskutowano, i jeśli dzisiaj już takich dyskusji jest znacznie mniej, to można jedynie żałować, że sztuka (poza skandalizującą sztuką krytyczną) przestała być tak gorącym tematem. Dzisiaj na happeningi zaprasza się, rozsyłając papierowe i elektroniczne zaproszenia, ogłasza się wydarzenia w mediach… W 1967 roku Tadeusz Kantor zorganizował Panoramiczny Happening Morski, na który przyszło około 2 tysięcy osób. Tłumy zaciekawionych ludzi zjawiły się na plaży, choć nikt nie zawiadamiał o tym wydarzeniu… Bez reklamy, działu marketingu i tym podobnych niezbędnych obecnie dla obiegu sztuki elementów toczyło się życie artystyczne. O zagadnienia estetyczne kłócono się, toczono zaciekłe spory. W tym klimacie działała Anka Ptaszkowska. Zresztą zaangażowanie w sprawy sztuki, jakie wyraźne jest w całym dotychczasowym życiu Anki Ptaszkowskiej, jest godne szacunku także dlatego, że przetrwało. Dokumentują je późniejsze i współczesne teksty. Nie był to więc tylko znak czasów, ale również indywidualna cecha charakteru.

Wierzę w wolność, ale nie nazywam się Beethoven jest wielowątkową, złożoną opowieścią o tym, że przez sztukę można tworzyć własną, w pewien sposób odrębną od zewnętrznej, rzeczywistość, nie tracąc przy tym jednak kontaktu z realnym światem. Jest to również rodzaj traktatu o szczerym zaangażowaniu w ideę, zaangażowaniu, które pozwala człowiekowi być wolnym, i żyć teraźniejszością…

Bogna Błażewicz

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas