poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANNA CZABANOWSKA-WRÓBEL
Zawrót głowy
Dekada Literacka 2011, nr 1-2 (224-225)

Tomasz Różycki
Księga obrotów
Wydawnictwo Znak
Kraków 2010

„Teraz się wyjaśnia, czemu to robił” – słowa z wiersza zatytułowanego Księga obrotów i zaszłości, pochodzącego z nowego tomu Różyckiego, niczego nie wytłumaczą. Mechanizm poetyckiej fugi został puszczony w ruch i nie zatrzyma się, dopóki nie wybrzmią ostatnie słowa.

Kiedy włączyła mu się ta maszynka,
która się kręci w głowie każdej nocy
i nie daje mu spać? [ … ]
    (60. Kiedy włączyła mu się)

Najbardziej zewnętrznym tematem jest tu podróż „dookoła świata”, mniej oczywistymi są metamorfozy czasu, przemiany poezji i wędrówka w głąb siebie. Ruch wirowy ziemi i transowy wir, w jaki za sprawą magicznych praktyk poetyckich wpada podróżujący bohater, łączą się tu w jedno. Upojenie, rytm krwi, ruch po torze ósemki, muzyczność i powtórzenia – wszystko to wywołuje stan vertigo. Bohater wielokrotnie odczuwa „zawrót głowy”: „szedł do szkoły / i zasnął, i nie upadł” (60. Kiedy włączyła mu się).

Polifoniczna struktura Księgi obrotów, cyklu tytułowanych i numerowanych wierszy, każe przypomnieć o poprzednim zbiorze, Koloniach. Podobna jest tu zwłaszcza technika cyklizacji, sposób, w jaki Różycki łączy w całość publikowane wcześniej osobno wiersze, by zbudować wielowarstwową konstrukcję z persewerującymi motywami. Zupełnie inna jest tonacja emocjonalna i etap, na którym znalazł się bohater liryczny. Dziecięcość i „chłopięcość” mitycznych kolonii (choćby najbardziej umowna i fingowana) ustępuje miejsca goryczy „wieku męskiego”. Drwina i sarkazm ma oswoić z procesami przemijania „Cóż się stało od tej pory z tamtym pięknym młodzieńcem? / Dlaczego przytył?” (81. Żadnej szafy w pokoju).

Szaleństwem byłoby poszukiwanie alchemicznego przepisu na Księgę, próba odkrycia wzoru, według którego nowy tom został skomponowany. Choćby czytelnikowi zdawało się, że jest blisko takiego odkrycia, znajdzie się w pułapce, zastawionej przez panującego nad całością demiurga. Podobnie bohater jednego z wierszy dostrzega rytm, jaki tworzą cienie chmur, przesuwając się po ziemi, ale nie może uchwycić rządzącej tym ruchem zasady, ponieważ ta go przerasta:

Szachownica na łące, idą cienie chmur.
Skacząc jak konik, wciąż próbuje minąć
Te czarne mknące pola, ale to wzór
Jest szybszy. Jest maszyna, co o milion
Ruchów wyprzedza go, więc stoi. [ … ]
    (11. Idą cienie chmur)

Księgę obrotów konstytuuje i naznacza stale podtrzymywana opozycja między chaosem a narzuconym przez kompozycję ładem. Szaleństwu porządkowania (wierszy, cykli, motywów) odpowiada symetryczne szaleństwo rozprzężenia i zwielokrotnienia. Różycki podtrzymuje napięcie między ruchem i bezruchem, tym, co dalekie i nieznane, a tym, co z pozoru znane, a w istocie nie mniej niepokojące i tajemnicze, między światłem i ciemnością; opozycje wciąż są przezwyciężane i rodzą się na nowo.

Tom skomponowany przemyślnie z 88 „ósemek” powtarza, ze znamienną różnicą, gest Kolonii, w których w precyzyjne zaplanowany cykl ułożonych zostało 77 tytułowanych wierszy. Ósemka – symbol nieskończoności – to w Księdze obrotów zarówno forma wiersza, nuta, jak i kształt odnajdowany w różnych wymiarach („ćwiczę zakręty, / ósemki”, „dłoń skręca z mroku koślawą ósemkę”). Numerologiczne procedury współgrają z praktykami alchemicznymi, „grzesznymi manipulacjami”, którym oddaje się bohater Różyckiego. Cykliczność Księgi… jest mocno zaznaczona na wielu poziomach – tak mocno, że poszczególne wiersze trudno byłoby teraz na powrót wyrwać z zaprojektowanej całości. Poetycka cykliczność wzmacniana jest przez akcentowanie innego rodzaju cykli – pór roku czy doby. Zima ustępuje wiośnie, a noc – dniowi. Pieśni poranne (alby) przeplatają się z wieczornymi (sereny) jak u trubadurów prowansalskich. Rytmy ciała, seksualności, wtapiają się w struktury symboliczne, pozostając konkretne i dosłowne. Najważniejszym wymiarem „obrotów” nie jest przemierzana w podróżach przestrzeń, ale czas. Sprzeciw wobec jego niszczącej mocy jest daremny, a mimo to wciąż ponawiany.

Mimo nieustannych metamorfoz strukturą Księgi obrotów rządzi repetycja. Cantus firmus tomu stanowi powtarzana z wariacjami fraza „facet który kupił świat”. Bohater, rozdwojony na poetyckie „ja” i na trzecioosobowe „on”, to ten, „który kupił świat” (w podobny sposób autotematyczny leitmotiv „kiedy zacząłem pisać, nie wiedziałem…” powracał w Koloniach), „Facet, który kupił świat, tyle się pętał / po obcych podwórkach, niby makabunda” (65. Tyle się pętał), a słowo to w gwarze lwowskiej jest synonimem włóczęgi, wagabundy. Korzystam z wierszowanego objaśnienia Witolda Szolgini:

„Makabunda” – batiar, co włóczyć si lubi
I co lubi tagży pchać si w awantury:
Czasym to łachmaniarz, co swy portki gubi
W chtórych samy łaty, abu samy dziury.

Ta nazwa przenosi w inne rejestry języka, wymusza obniżenie tonu. Poeta, jak ulicznik z podwórkowych ballad, ujęty w podwójny cudzysłów umowności i językowej stylizacji – na prawach, które wyznaczył właśnie język – poszukuje „draki”:

I komu dzwonią, temu dzwonią
w bagażniku nieznane alkohole
[ … ] on archetypowo
dzisiaj szuka draki.
    (51. Komu dzwonią)

To słowa pomagają ożywić spetryfikowane mitologie męskości związane z ryzykiem, autodestrukcyjnymi i niebezpiecznymi zachowaniami, alkoholem i „ranami symbolicznymi”, które są zarazem stygmatami – przy każdym dotknięciu materialnego świata krwawią palce, jakby ucieleśniając Nietzscheańskie zawołanie „pisz krwią” i modernistyczne marzenia o cierpiącym artyście. Różycki naraża swojego bohatera na porażkę, czyni go przedmiotem drwin, sprawując przy tym pełną władzę nad wykreowaną rzeczywistością. Wydaje go na przeróżne tęsknoty i głody, odsłania rytmy jego ciała, intymność tego, co seksualne. Równocześnie bocznymi drzwiami wpuszcza to, co wzniosłe. Nabywca świata to zarazem ktoś wydziedziczony i prawy spadkobierca.

W papierach, które odziedziczył, plany
miasteczka, krzywa droga, zapisane
chmury i drzewa owocowe [ … ]
    (3.Tuba mirum)

Jego dziedzictwo jest niematerialnym spadkiem po stuleciu wypędzeń i przymusowych wędrówek, po XX wieku, który „płacze, huczy, ginie”.

Bohater Różyckiego zabiera te same lęki i obsesje w podróż na drugą półkulę albo do Prudnika i Kluczborka. Odwiedza przeróżne miejsca i miasta Stanów Zjednoczonych, Włoch, Szwajcarii czy Francji. Kontrastuje z nimi pejzaże „kompleksu polskiego”, gorszości, bylejakości, rzeczywistości zdegradowanej, niepokojącej (bo z Schulza wywiedzionej)  tandety. W podróży bohater Różyckiego przybiera postać wędrowca i włóczęgi, nie starając się udawać przy tym ani XIX‑wiecznego flâneura, ani ponowoczesnego turysty, ani nawet „stypendysty”, jak w jednej z fraz z Kolonii.

Ale twórca, demiurg cyklicznego poematu, jest także wędrowcem. Jak Sebald w swojej fascynującej książce Czuję. Zawrót głowy wyruszał śladem Kafki i Stendhala, tak Tomasz Różycki podróżuje śladem swoich poprzedników – poetów. Zabiera z sobą ich wiersze – dzięki temu znaleźli się „zmarli poeci na moment w podróży” (1. Strzela Aurora). Itinerarium Różyckiego obejmuje trasy, którymi wędrowała polska i światowa poezja. Uwzględnia też szlaki filozofów, Wittgensteina, Husserla czy Nietzschego, ważnego w „obrotowym” tomie ze względu na ideę wiecznego powrotu. Nie chcę tu pedantycznie odszyfrowywać kolejnych aluzji, parafraz i kryptocytatów – „obroty” w tytule i wyprawa do Ameryki przypominają na przykład o Białoszewskim: „Zlepy, cięcia, ranki, / ale w całości”. Jako zasadę lektury tomu przyjmuję stwierdzenie samego autora z jego opublikowanych w „Zeszytach Literackich” z 2010 roku uwag o poemacie Marcina Kurka i odnoszę je do twórczości jego samego: „Czytelnik może zagrać w intertekstualną zabawę w odgadywanie cytatów, aluzji i komentarzy, od których roi się w tekście. Te cytaty zacieśnią pole ostrzału, ale niczego nie wytłumaczą [ … ]”. To prawda – mnożenie kontekstów nic tu nie da, najwyżej zawęzi przestrzeń poszukiwań do kilku literatur i paru stuleci.

Można wskazać najbardziej znaczące i wyraziste wzorce tradycji, które Różycki wprawił w ruch – podróże Odyseusza, metamorfozy rodzącego się i umierającego Dionizosa, piekielną wędrówkę Dantego, obrazy Sądu Ostatecznego zaakcentowane w mikrocytatach z Dies irae (przykładem wiersz Tuba mirum), motywy pasyjne. Te najbardziej wyraziste wątki kulturowe osłaniają niejako najgłębsze, archaiczne pokłady myślenia, zapisane w języku, wydobywane z poezji różnych czasów. Trzy powiązane ze sobą składniki tej pierwotnej, „nieoswojonej” myśli to lęk przed śmiercią, kult zmarłych i wiara w magiczną moc słowa pozwalającego na ich symboliczny powrót – i, chociażby tymczasowe, zażegnanie lęku.

Szczególnie ważni jako postacie i twórcy są dla Tomasza Różyckiego już od pierwszych tomów Mickiewicz i Miłosz, Schulz i Brodski. „Strona Lemanu”, którą kiedyś opisał w poezji polskiej Marian Stala, wzbogaciła się w Księdze obrotów o znaczące wiersze:

Tak jak wtedy nad Lemanem,
kiedy go góry obstąpiły i spać
mu nie dawał ten czarny atrament,
Który się sączył stamtąd niby znak
    (67. Jaki tam pakt)

Imię jednego ze swoich współwędrowców podpowiada sam twórca jako tłumacz i autor eseju poświęconego losom tej właśnie postaci. Bele to Joachim du Bellay, którego wiersze Różycki przekładał.

Przyjechałem tu twoim śladem, Bele.
i piłem wino tam, gdzie ty płakałeś,
i jadłem, gdzie było twoje więzienie,
    (71. Twoim śladem)

W eseju rzymski ślad poprzednika zostaje tak opisany: „W Rzymie nikt nie zna du Bellaya poety, mają go tu za nic. Noc w noc więc, wciąż bardziej chory z tęsknoty, żalu, złości i nudy, pisze sonety, które później nazwie Regrets [ … ]. O paradoksie – Rzym staje się dla niego miejscem wygnania. Rzym, stolica kultury, staje się dla du Bellaya pustynią, więzieniem [ … ]” (Tomasz Różycki, Śmierć poety, „Zeszyty Literackie” 2007, nr 3, s. 68).

Różycki zastanawia się nad skierowanym do niego jako czytelnika apelem poety z przeszłości: „Czego chce ode mnie du Bellay? Bo to, że czegoś chce, jest pewne. Większość jego sonetów ma charakter dialogu, incipity adresowane są do kogoś i są bardzo często konkretnymi pytaniami. »Cóż mam robić, Morel, powiedz, jeśli to słyszysz…«” (tamże, s. 71).

W Księdze obrotów parafraza du Bellaya przybiera kształt pytania:

I co mam robić, Bele, powiedz mi, co robić?
Wyjechać, czy zostawać?
    (32. I co mam robić, Bele)

„Kiedyś, pamiętam, czytałem te wiersze w samolocie, w nocy. Pilot krążył przez dwie godziny w czasie zadymki śnieżnej nad Warszawą, prosząc o pozwolenie na lądowanie. Być może zresztą nie była to Warszawa, ale Rumunia albo Morze Czarne? Takie miałem wrażenie, patrząc przez okno w nieprzeniknioną ciemność. Znalazłem się wówczas w nigdzie, w idealnym miejscu dla tych wierszy, zawieszony gdzieś w próżni, w eterze, w którym podobno giną głosy zmarłych, fale radiowe i wiersze” (tamże, s. 71).

Mityzacja podróży jako wstąpienia w pozaczasową pustkę dokonała się już w tym szkicu.

Szczególny, bo ujęty w ironiczny cudzysłów, patronat nad poetycką podróżą Różyckiego sprawuje Freud – już w Koloniach był swego rodzaju „odkrywcą Ameryki” w podwójnym znaczeniu, Ameryki, do której na przełomie wieków trafiali przybysze z Europy Środkowej, i odkrywcą nocnego, młodszego kontynentu, położonego, jak mówi się teraz o tym w Księdze obrotów, „na freudowskiej półkuli”. Ten dialog z Freudem („słusznie panie Freud?”) jest, mimo ironii, niezwykle znaczącym tropem – Różycki wprowadza do Księgi obrotów wywiedzione z Freuda napięcie między żałobą i melancholią – i nie jest wcale pewne, że zwycięża ta ostatnia. W całym tomie sprawuje też władzę powtórzenie z jego ambiwalentną rolą – symptomatycznie osłania ono i od‑słania to, co ukryte. Freudowski przymus powtórzeń nie tłumi przesądnego lęku przed podróżą – i losem.

Obrazy tyle razy powtarzane
w snach się parodiują i tak łatwo
wychodzi koszmar.
    (34. Za długa zima)

W Księdze obrotów bardzo istotne jest napięcie między harmonią, nieprzerwanym przepływem kolejnych fraz a dysonansem, który wciąż przełamuje melodię wierszy. Harmonia mundi nie jest możliwa, jest nieustannie rozbijana i podważana. Momenty krótkotrwałego scalenia i całkowitego rozpadu pojawiają się tu naprzemiennie w nieregularnym rytmie. Dysonansowe, przenikliwe, przykre dźwięki wdzierają się w płynną melodię, uniemożliwiając zarówno śpiew, jak i krzyk:

Jaki tam pakt z językiem? Kiedy chciałby
Przemówić od otwartej nocy, wyleźć
z betów i ryknąć, wychodzi wciąż czkawka
pu‑pi‑du, coś jak psi płacz, jakby miłość
kotów na dachu. [ … ]
    (67. Jaki tam pakt)

Różycki zderza z sobą różne rejestry języka i różne języki; wśród nich szczególną rolę pełnią niemiecki i jidysz (historia Europy w XX wieku, zarówno Lwowa, jak i Opola, wyjaśnia ten wybór). Z kolei w wierszu Jechać do Nowego Jorku aluzji do tytułu wiersza Zagajewskiego domyślić się można, gdy do głosu dochodzi lwowski bałak. A więc jechać… ale tylko razem z umarłymi przebywającymi w języku:

A jechać do Nowego Jorku? Się katulać
pod koniec świata, gdzie czarna ferajna
się szwenda po ulicy poszukując hecy?

Gwara lwowska, której obecność w tomie autora Dwunastu stacji nie dziwi, pozwala na zadanie na poły tylko kpiącego pytania,: „i do nikogo / ten bałak, do powietrza?” (70. Nareszcie zapomniał). Drwina ratuje przed patosem. Możliwe stają się obrzędy przywoływania zmarłych, jakie odprawia ponowoczesny Odyseusz w podziemiach nowojorskiego metra:

zrobić jamkę w ziemi, i mleka z puszki zadać
i pokropić winem? I potem to wytrzymać,
kiedy podejdą blisko poczerniali, zżółkli, piegowaci,
odmienieni, lecz moi. Jakoś to wytrzymać.
    (27. Jechać do Nowego Jorku)

Nagromadzenie języków i cytatów rodzi estetyczny zgrzyt – i znaczące zderzenia znaczeń:

[ … ] szuka, dies ille? Lang ist
die Kunst a życie kurz i nasermater?
    (52. A życie kurz)

W dziecięce przekomarzanie „Która godzina?” wkrada się fraza Dantego: „Już wpół do czwartej na kominie, mezuzo / Del cammin” (37), by w tym zagęszczeniu wydobyć sens „nel mezzo del cammin di nostra vita”, „w połowie drogi naszego żywota”…

Bohater Różyckiego odbył podróż na krańce zewnętrznego i wewnętrznego doświadczenia: „Nie ma końca świata – sprawdziłem i wiem: / Za oceanem nowy ląd i ludzie [ … ] / Jest koniec świata – sprawdziłem to i wiem” (86. Nie ma końca):

Spał, a teraz wstaje. Całe sześć godzin
Darowano mu w nocy na obroty
W kierunku wschodu wokół własnej osi,
Która wskazuje słońce, kiedy się unosi,
I ziemię, gdy opada.
    (43. Spał a teraz nie (Gibon River))

Poeta z wierszy Różyckiego przybiera postać na przemian alchemika i batiara, do którego, by dodać mu odwagi w jego błądzeniu, chciałoby się zawołać „szpanuj graby, kryj pazury”. Stopniowo odsłania on też mesjańskie rysy. Zarazem podmiot tomu wciąż szuka śladów tego, kto nie tyle kupił, co odkupił świat, kogoś, z kim łączy go przynajmniej jeden aspekt jego ocalających poetyckich praktyk – zrobił to „z miłości”:

Ponieważ zrobił to z miłości, wierzy,
że nigdy się nie skończy, że są chwile,
które będą się świecić, się rozszerzać
tak bardzo, aż wypełnią sobą nicość.
    (43. Który kupił świat, nie może)

Mesjański sens działania poety nie pozwala zapomnieć o cierpieniu, o Męce:

Wczoraj ktoś stłukł butelkę octu w korytarzu
I wytarł schody gąbką nabitą na kij.
    (47. Co mówią na mieście)

Pisanie, które jawiło się jako (daremna) próba zażegnania lęku i jako zawrót głowy aż do utraty świadomości, okazuje się także aktem naprawy świata. Umożliwia krążenie sensu – chwilowe scalanie się i rozpad w narzuconych zarazem przez ciało i ducha rytmach euforii oraz melancholii. Poezja Różyckiego staje się zaklinaniem istnienia i sensu. Skoro świat zbudowany jest na słowie, poezja przeciwstawia się nicości.

Wielotematyczna fuga, którą stanowi cykl Różyckiego, wybrzmiewa po osiemdziesięciu ośmiu obrotach. Ostatnie słowa przyzywają światło wydobywające się z mroku, nieoczywiste, nazwane wysiłkiem i ofiarą – przeciwstawione nocy, martwocie, pustce. Cicha prośba zamykająca tom: „więc jeśli jesteś, świeć jeszcze” zwrócona jest do poezji? – Boga? – czy może do samego życia.

Anna Czabanowska‑Wróbel




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas