poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAŁGORZATA SZUMNA
Godna podziwu monotonia
Dekada Literacka 2011, nr 1-2 (224-225)
Czesław Miłosz
Rosja: Widzenia transoceaniczne,
tom I: Dostojewski – nasz współczesny
wybór Barbara Toruńczyk i Monika Wójciak,
opracowanie Barbara Toruńczyk,
wstęp Clare Cavanagh
Zeszyty  Literackie, Warszawa 2010

1
Cztery części. Starannie skomponowane. Pierwsza z nich ma charakter wprowadzenia, tłumaczy, jakie mogło być podłoże Miłoszowskiego zainteresowania Rosją, jakimi okolicznościami biograficznymi było warunkowane, pokazuje także proces wypracowywania języka. Druga część stanowi trzon: gromadzi eseje i rozmowy poświęcone Dostojewskiemu, teksty uświadamiające, jak w przeciągu lat zmieniało się podejście Miłosza do tematu. Trzecia jest dopowiedzeniem: zbiera szkice o Szestowie, Rozanowie i Sołowjowie, wskazując, w jaki sposób naturalnie wypływają one z uwagi poświęconej wcześniej Dostojewskiemu i jak ją – na zasadzie kontrapunktu – dopełniają. Nawiązaniem do tych samych problemów są teksty o Zdziechowskim i Witkacym – jako tych, którzy potrafili wyciągnąć konsekwencje z procesów diagnozowanych przez autora Biesów. Czwarta część – to wywiad przeprowadzony przez Sylwię Frołow, precyzyjnie dobrana koda.

Do całości dołączone zostały dwa komentarze: inteligentny, przejrzysty wstęp pióra Clare Cavanagh – rozsądna, rozważnie poprowadzona sugestia interpretacji, mogąca być użytecznym wprowadzeniem w temat, oraz obszerna Nota Wydawcy – będąca nie tylko zapisem technicznych uwag dotyczących wydania, ale i objaśnieniem podstaw dokonanego wyboru.

Wychodząc z założenia, że czytelnik tej książki więcej będzie miał pożytku ze wspomnianego wyżej wstępu, a i więcej przyjemności z własnego odkrywania myśli Miłosza, rezygnuję z dokładnej prezentacji jego esejów. Mój tekst ma raczej charakter notatek robionych na marginesie. Chciałabym więc skoncentrować się na czymś odmiennym niż w tradycyjnej recenzji: zastanowić się nad mechanizmami konstruowania antologii tego typu oraz nad tym, z jakiego – alternatywnego, czy tylko dopełniającego – punktu widzenia można spojrzeć na uwagi, którymi została ona obudowana.

2
„Nie mam zamiaru – pisał Miłosz w szkicu o autorze Aten i Jerozolimy – utrzymywać, że przeczytałem Szestowa. Kiedy nas pytają, czy czytaliśmy Pascala, odpowiedź zawsze musi być negatywna, niezależnie od tego, ile razy pochylaliśmy się nad jego stronicami. W wypadku Szestowa pojawiają się jednak również przeszkody inne niż gęstość tekstu. Dziełu jego jest właściwa, jak to powiedział Camus, »godna podziwu monotonia«. Szestow raz po raz atakuje ten sam temat i przyzwyczajamy się oczekiwać, że pojawi się on w każdym jego eseju; wiemy również, że kiedy ten temat się pojawi, głos autora nabierze sarkastycznych tonów, które będą towarzyszyć jego wywodom aż do z góry znanej konkluzji”. Przewidywalny w puentach – rozwińmy te wnioski Miłosza – pozostaje Szestow meandryczny w dowodach, bawi się i gra – choć to, rzecz jasna, gra bardzo serio – z myślą filozofów, z którymi polemizuje, jego intelektualne pojedynki to niekończąca się seria zbliżeń i oddaleń, pokazywania coraz to nowych punktów widzenia, które – wzmacniając tezę nadrzędną, wielokrotnie powtarzaną – pozwalają jednocześnie na oświetlenie jej z nieco innej perspektywy, domagają się też od czytelnika uczestnictwa i uwagi. Nie pierwszy to raz, gdy Miłosz – kreśląc finezyjny nieraz portret – daje mimochodem swoją autocharakterystykę. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że pisząc o sprawach rosyjskich, ucieka się do tego zabiegu częściej niż zazwyczaj. Opis strategii Szestowa wolno by bez mała uznać za wykładnię metody samego Miłosza, uwagi zanotowane przy okazji Zdziechowskiego – wskazujące na konieczność przepracowania tematów rosyjskich tak, by stały się one częścią naszej własnej myśli – to najkrótsza może diagnoza i uzasadnienie Miłoszowskiego zaangażowania w tę problematykę. Sądzę, że żaden inny termin równie dobrze nie przystaje do nazwania podejścia Miłosza do tego tematu jak ta lapidarna charakterystyka Camusa. Problem w tym, że z tej antologii nie do końca to wynika.

Specjalista przeczyta Miłosza uważnie, wyczulony będzie na drobne zmiany i fluktuacje, z ciekawością prześledzi subtelną ewolucję poglądów. Bez trudu mogę sobie jednak wyobrazić, że odbiorca nieszukający w lekturze pożytków ściśle profesjonalnych czyta te eseje, poziewując, zniechęcony przerzuca strony, kartkuje raczej, niż analizuje wnikliwie. Monotonia? Bez wątpienia. Ale czy godna podziwu?

Jest coś niepokojącego w tym znużeniu i warto się bliżej przyjrzeć jego przyczynom. Refleksja na tematy rosyjskie u Miłosza jest oryginalna, czyta on autorów, którym poświęca uwagę, nieco pod włos tradycyjnym interpretacjom, układa swoje myślenie o Rosjanach w całość nieoczywistą. Nie wolno Miłoszowi wierzyć, choć przez lata zwodził swoich komentatorów, podkreślając w wywiadach, że literaturą rosyjską zajął się właściwie przypadkiem, a slawistą – wykładowcą uniwersyteckim, któremu z braku zainteresowania studentów amerykańskich dla literatury polskiej przyszło się parać opowiadaniem o Rosjanach – został prawie mimo woli. O tych tematach pisze specjalista, doskonale znający język toczących się debat i literaturę przedmiotu. Pisze jednak nie historyk literatury, ale eseista. Pozwalający sobie na uprzywilejowanie pewnych myśli, powracający wielokrotnie do najważniejszych dla niego passusów z czytanych tekstów, cytujący raz po raz te słowa, które wydają mu się najcelniejszym oddaniem istoty rzeczy.

Eseistyczność tego wywodu ma znaczenie decydujące. Niebezpieczeństwo dowolnego przetasowywania tych szkiców i ułożenia ich w nowe konfiguracje tkwi przede wszystkim w potraktowaniu eseju głównie jako nośnika idei, bez zwrócenia uwagi na formę literacką, w której zostały one wyrażone. Miłosz swoje książki konstruował, komponował w określone całości, w których poszczególnym elementom przeznaczone było ściśle określone miejsce. Jest raczej świadectwem jego przekory dobrotliwe przekonywanie czytelnika we wstępach, że może nadać im dowolny własny porządek – brzmią bowiem te teksty zupełnie inaczej, gdy trzymać się układu wyznaczonego przez autora. Chodzi tu przy tym o problem o wiele bardziej podstawowy niż grząskie roztrząsanie autorskich intencji. Tak głębokie przemyślenie układu ma wszakże pewne konsekwencje dla samej materii tekstu: te eseje nie są równorzędne, niektóre z nich z założenia pomyślane są jako byty na poły tylko samodzielne, domagające się uzupełnienia o to, co zostało powiedziane w szkicu wcześniejszym bądź dopowiedziane zostanie w kolejnym.

Nigdy nie zdecydował się Miłosz na wydanie książki poświęconej tylko i wyłącznie problematyce rosyjskiej. Miał po temu powód – temat ten nie istnieje u niego samoistnie. W efekcie sytuację mamy zaskakującą: eseje te bronią się z osobna (i błyskotliwością argumentacji, i siłą obrazowania), ale tom ten jako całość – ważny jako zapis pewnej drogi myśli – nuży i męczy jako tekst literacki: osłabiony powtórzeniami, kliszami, przywoływaniem raz po raz tych samych faktów, czasem obudowanych niepokojąco podobnym do wcześniejszych fragmentów komentarzem. Waga tych tekstów nie ma – moim zdaniem – większego związku z ich objętością, ani też z regularnością powrotów do tematu. Znaczenie rosyjskich esejów Miłosza widoczne jest dopiero wtedy, gdy pokażemy je w dialogu z innymi zasadniczymi liniami jego eseistyki, gdy nie będziemy czytać ich w oderwaniu. Gdy więc – dla przykładu – zrozumiemy, że pytając o Rosję Miłosza, jednocześnie automatycznie dotykamy problemu jego stosunku do Francji i Stanów Zjednoczonych; gdy przyjmiemy, że uczynienie Sartre’a potencjalnym bohatera Dostojewskiego nie jest tylko efektownym zabiegiem literackim, lecz właśnie świadectwem przenikania się myśli; gdy zaakceptujemy, że refleksję nad zawiłościami rosyjskiej kultury oświetlać może rozważanie polskiego romantyzmu. Czy znikną wtedy powtórzenia, klisze, wielokrotnie przywoływane anegdoty? Nie, ale wrócą one na właściwe miejsce, odnajdą z powrotem swoje uzasadnienie. Będą tym, czym są w istocie: świadomym zabiegiem konstrukcyjnym, świadectwem myśli uporczywie krążącej wokół zagadnień najbardziej bolesnych i próbującej raz po raz zmierzyć się z nimi w nieco innym języku, w którym nawiązania do kultury i literatury rosyjskiej są tylko jednym – nie najważniejszym – z możliwych punktów odniesienia.

Wyjęcie tych szkiców z ich macierzystego kontekstu oznacza więc swego rodzaju amputację, jest zniekształceniem, bez którego jednak oczywiście antologia taka nie mogłaby w ogóle zostać zestawiona. Książka odsłania Miłosza, który konsekwentnie do kwestii rosyjskich wracał, i próbuje kompleksowo uchwycić zasadę tych powrotów. Powiedzmy to jednak jasno: Rosja Miłosza wyjęta z całokształtu jego eseistyki jest pewnym konstruktem myślowym, nad którym możemy się zastanawiać, ale pełniejszy obraz uzyskamy dopiero wtedy, gdy zrozumiemy zasady rządzące tym doborem. Dlatego warto jednak nie tylko pytać o to, jaki obraz Miłosza ta antologia proponuje, ale i – nie odbierając tej książce autonomii – spróbować potraktować ją jako dzieło otwarte, wychylające się w naturalny sposób ku tekstom, które pierwotnie te eseje otaczały, i zachęcające do takiej lektury, o wiele lepiej sprawdzającej się przy czytaniu tego typu eseistyki jak Miłoszowska.

3
„Ze szczególnych powodów historycznych – pisał Miłosz w jednym z esejów o Dostojewskim – inteligencja rosyjska odkryła myśl nowoczesną nagle, i co na Zachodzie trwało kilka wieków […], tam było przyswajane w zbitkach czasowych paru dziesięcioleci. Rzec można, że względna powolność w przyswajaniu światopoglądu naukowego immunizowała na zawarte tam jady, toteż
zachodnia Europa nie wyciągnęła z niego wniosków radykalnych – aż zjawił się Fryderyk Nietzsche. Natomiast w Rosji zaszło coś, co można porównać z reakcją organizmu mało odpornego na nieznane mu bakterie. Tak podobno niektóre wioski huculskie oswoiły syfilis i choć wszyscy go mieli, wcale im nie szkodził, natomiast okazywał się zabójczy, jeżeli zaraził się nim obcy.

Dostojewski był obserwatorem i kronikarzem rosyjskiej inteligencji. Przenikliwy i udręczony, bo sam wszystko, co jego postacie czują i myślą, najpierw przeżył, wystąpił do boju w obronie chrześcijaństwa i swojej wiary w Chrystusa i, zaiste, nikt dotychczas na świecie nie odważył się tak jak on użyć powieści jako instrumentu wielkiej teologicznej i filozoficznej dysputy. Był przekonany, że pracuje przy końcu czasów, że jeszcze chwila, a spełni się Apokalipsa, że jego obowiązkiem jest krzyczeć i ostrzegać Rosję, zanim inteligencja pogrąży ją w krwawym chaosie. […]

Dostojewski stawiał więc diagnozę, namiętną, bo dyktowaną przez miłość do Rosji, ale też ważną dla całej ludzkości w erze naukowego przełomu. Zapewne, trzeba było być Rosjaninem, żeby domyślać do końca skutki obalenia duchowej hierarchii i zapytywać: »Jeśli Boga nie ma, to jaki ja kapitan?«. Niemniej i nierosyjscy czytelnicy mogli znaleźć u tych rezonerów własne myślowe niepokoje, jedynie zdumiewająco wyjaskrawione.

Wykładać Dostojewskiego, kiedy to, co zapowiadał, dokonało się na Sołowkach, w Workucie i na Kołymie, w Oświęcimiu i Treblince. Może moi słuchacze nie chwytali związku między ideami a ich następstwami w praktyce, ale ja dostatecznie wiedziałem, że istnieje”.

Cytuję obszernie, gdyż warto tu zwrócić uwagę na niuanse. Miłosz w innych tekstach obudowuje wyrażone tutaj pomysły komentarzem, rozwija każdą właściwie z zaprezentowanych tu myśli, pozwalając sobie bądź na zdyscyplinowany wykład, bądź też na kluczenie dokoła, pokrętnymi drogami prowadząc do celu. Sięga przy tym po różne środki: na marginesie refleksji o Dostojewskim rozprawiać się będzie z namiętnym zamiłowaniem do aplikowania freudyzmu w badaniach literaturoznawczych, z gorzką ironią zaatakuje brak zmysłu historycznego u Amerykanów, wykorzysta odwołania do tego pisarza w publicystycznych raczej niż eseistycznych rozgrywkach wokół Zniewolonego umysłu, posłużą mu one wreszcie i niekiedy do wypowiedzi o charakterze bardziej politycznym niż literackim. W żadnym może jednak innym miejscu nie da tak skondensowanej wykładni tłumaczącej jego zainteresowanie tym autorem.

Spróbujmy więc na marginesie tego fragmentu wskazać najważniejsze linie tej refleksji.

Pisząc o Rosji, Miłosz szuka przede wszystkim przyczyn i źródeł kryzysu kultury europejskiej – kryzysu przeciągłego, z którego konsekwencjami przychodzi się nam – jego współczesnym – nieustannie zmagać i do którego zdaniem Miłosza klucz może stanowić Dostojewski. Autor Biesów jak nikt inny potrafił sportretować grupę, która zachodnie idee przyswajała łapczywie, nie mając być może świadomości konsekwencji tej żarłoczności. Bardzo jasno przy tym Miłosz kryzys ten charakteryzuje: jest on rezultatem hegemonii światopoglądu naukowego przy jednoczesnej postępującej erozji wyobraźni religijnej, a co za tym idzie – i co kluczowe – przy kryzysie powiązanych z nią hierarchii wartości. Przyjrzenie się XIX‑wiecznej Rosji odzwierciedlonej u Dostojewskiego przypomina pochylenie się nad preparatem anatomicznym: ot, tu widzimy to wszystko, co starą dobrą Europą wstrząśnie nieco później. Zainteresowanie Rosjanami ma jeszcze i drugie, wyraźnie podkreślane dno: to oni w dużej mierze odpowiedzialni są za ekspansję i wynaturzenie tych idei, które z kart książek przeciekły do politycznej praktyki.

Nieustannie przeświadczony o tym, że odpowiedzialni i zobowiązani jesteśmy do wiedzy i pamięci o tym, co było, i że trud to zarazem daremny, gdyż materia rzeczywistości ucieka przed absolutystycznym próbami jej ogarnięcia – rozpina Miłosz swoją refleksję między dwoma biegunami, wzajemnie się oświetlającymi. Między przeszłością, która może wyjaśnić genezę współczesnych problemów a teraźniejszością, która domaga się tego języka opisu. Płaszczyzny te są nierozerwalnie ze sobą związane, obie też są równie istotne. Wyczulony na ahistoryczne myślenie coraz bardziej właściwe współczesności, Miłosz broni się przed nim i przeciwstawia mu przekonanie, że bez próby uczciwego oglądu wydarzeń dawno już minionych nigdy nie zrozumiemy tego, co się dzieje na naszych oczach. Spoglądając tylko na konsekwencje, nie będziemy w stanie wypracować żadnego antidotum. Na tym wszakże opiera się Miłoszowa lektura Rosjan: w Dostojewskim szuka przenikliwego diagnosty, by jednak u takich myślicieli jak Szestow czy Rozanow spróbować znaleźć choć cień odpowiedzi na pytanie o to, jakie są możliwe drogi wyjścia. Dla Miłosza, jak się wydaje, to myślenie tak głęboko historyczne, będące jednym z fundamentów jego światopoglądu w ogóle, jest rodzajem owej szczepionki, która jeśli nie uodpornia, to minimalizuje ryzyko zapadnięcia na najbardziej zaraźliwe choroby wieku.

Miłosz chce przy tym uchwycić mechanizm przełożenia idei na działanie. Nie przymyka oczu na wielką politykę, ale bardziej interesuje go jednostkowe ludzkie doświadczenie, i to ono zawsze pozostaje w centrum jego uwagi. Myśli tym samym o Dostojewskim dwutorowo. Pochodzi jeszcze z tego pokolenia, które miało odwagę z absolutną powagą pisać i o historii, i o metafizyce, podkreślając, że tak historyczność, jak i łaknienie, potrzeba wiary warunkują istnienie człowieka. Będąc świadkiem – jak ją nazwał Stempowski – historii spuszczonej z łańcucha, Miłosz nie staje się tylko kronikarzem zdarzeń, buduje raczej samodzielny projekt historiozoficzny. Dostojewski pozostaje dla niego czułym obserwatorem przemian zachodzących w mentalności rosyjskiej inteligencji oraz świadkiem narodzin pokolenia rewolucjonistów, którzy najdalej idące konsekwencje wyciągali z nihilistycznego światopoglądu; równocześnie jednak jest tym, kto nieustannie próbuje – na własną rękę i narażając się na niebezpieczeństwo herezji – rozwikłać tajemnice Ewangelii. Nie bez powodu tak ważne są w myśleniu Miłosza najostrzejsze z wizji i pytań Dostojewskiego: owo „Jeśli Boga nie ma, to jaki ja kapitan?”, dramat Iwana Karamazowa czy wreszcie wyrywek z listu do Natalii Fonwiziny: „Gdyby ktoś mi udowodnił, że Chrystus jest poza prawdą i rzeczywiście byłoby tak, iż prawda jest poza Chrystusem, to wolałbym pozostać z Chrystusem, niż z prawdą”. Kryzys chrześcijaństwa oraz narastający kłopot, jaki przede wszystkim zachodnia myśl ma z Absolutem, analizowany jest tu równolegle do namysłu nad mechanizmami tak historii, jak i przede wszystkim kariery historycyzmu. Trzeba pamiętać, że czytając Biesy, wspomina Miłosz Legendę o Wielkim Inkwizytorze, a analizując Legendę…, ma zawsze w pamięci Biesy.

4
Wstęp Clare Cavanagh jest przystępną i kompetentną próbą wprowadzenia w problematykę rosyjską u Miłosza. Bardzo przejrzyście pokazuje ona metamorfozy jego myśli, sprawnie odsłania przejścia pomiędzy kolejnymi szkicami, klarownie prezentuje problemy, które zostawiłam tu na boku, w tym na przykład napięcie między Miłoszem‑eseistą a Miłoszem‑specjalistą od Dostojewskiego, oczytanym w literaturze przedmiotu i odnoszącym się do niej czasem polemicznie. I jeśli coś wydaje mi się zabiegiem ryzykownym, to przede wszystkim niemogąca się chyba udać próba odnalezienia jednego klucza do całości tej niejednorodnej eseistyki. Tym wytrychem stać się ma Zniewolony umysł – zaskakująco tu absolutyzowany. Późniejsze eseje są w takim przypadku tylko komentarzem do niego, podstawowe kierunki myśli w nim już miały zostać nakreślone, inne teksty to zestaw glos i dopowiedzeń: pozwalają na zróżnicowanie i uzupełnienie tego, co w latach 50. albo nie jawiło się jeszcze z wystarczającą jasnością, albo też nie mogło podówczas zostać poddane opisowi. Tym samym Zniewolony umysł – interpretowany tu, rzecz jasna, szeroko i rozumiany jako świadectwo kondycji intelektualisty miażdżonego jednocześnie i uwodzonego przez (nie tylko totalitarną) ideologię, zmuszonego także do tego, by się w jakiś sposób do niej odnieść – jest w szkicu amerykańskiej badaczki absolutnym spełnieniem i punktem dojścia. Taka perspektywa ma warunkować lekturę esejów o Dostojewskim: Biesy stają się przy takim odczytaniu – zdaniem Clare Cavanagh – „swoistą prehistorią Zniewolonego umysłu, rozdziałem w intelektualnej genesis samego Miłosza, jak i XX wieku w ogóle”. Sam Dostojewski zaś oraz traktowani jako jego następcy Rozanow i Szestow są znakiem przeciwstawienia się ukształtowanej przez rosyjską inteligencję niebezpiecznej „religii człowieczeństwa”. Cavanagh idzie tu tropem Miłosza, powtarzając, że to samo środowisko, które jad wyprodukowało, równocześnie wypracowało najskuteczniejsze metody obrony przeciwko niemu.

Ostatecznie więc Zniewolony umysł. To ładny chwyt retoryczny, efektowny obraz, skrót, przy pomocy którego moglibyśmy zapamiętać, na czym polega Miłoszowskie czytanie Rosji. Obraz, z którym trudno zresztą polemizować: bez wątpienia częściowo przynajmniej – i nie jest to objętościowo część mała – refleksja Miłosza na tematy rosyjskie rozwija problemy zarysowane w tej wczesnej jego książce, czasem – zwłaszcza w szkicach napisanych w niewiele lat później – jest do nich bezpośrednim nawiązaniem. Jak dopowiada Barbara Toruńczyk, jednym z najważniejszych przedmiotów zainteresowania wydawców był problem mechanizmów i konsekwencji ukąszenia heglowskiego. W związku z tym teksty najściślej (jak esej o Bielińskim) nawiązujące do Zniewolonego umysłu zostały tu szczególnie wyeksponowane. Otwarte jednak pozostaje pytanie o ich wartość.

Osobiście sądzę, że to mniej interesująca część propozycji Miłosza, mająca charakter bardziej doraźny. W konsekwencji ciekawsze wydaje mi się odmienne postawienie sprawy: czytanie jego rosyjskiej eseistyki tak, jakby była ona przezwyciężeniem ograniczeń Zniewolonego umysłu, wskazaniem innych ścieżek, które w nim jeszcze się nie pojawiały. Przy takim postawieniu sprawy trzeba raz jeszcze zapytać: czy istnieje sposób na rozdzielenie refleksji poświęconej komunizmowi oraz Rosji jako takiej? W przyjęciu Zniewolonego umysłu za centralny punkt odniesienia najbardziej niebezpieczne wydaje mi się właśnie zatarcie tej granicy. Już Gombrowicz, komentując tę książkę bezpośrednio po jej ukazaniu się, podkreślał, że najnudniejsze – i najbardziej skazane na zestarzenie – są partie będące bezpośrednim rozliczeniem z komunizmem. Ten zaś – dodawał – jest stanem raczej wyjątkowym, bez względu na to, co o tym myślą poświęcający czas i energię na jego analizę intelektualiści wschodnioeuropejscy. Skoncentrować się raczej warto na tym, jak z bagażem takich doświadczeń opowiedzieć się możemy wobec Zachodu. Miłosz‑sowietolog (nawet tam, gdzie poza granice sowietologii wykracza, obudowując swoje uwagi o wiele głębszym niż zazwyczaj komentarzem) nie do końca jest tożsamy z Miłoszem piszącym o myśli rosyjskiej. Czytałabym Miłosza raczej właśnie przez tę sugestię Gombrowicza: jako kogoś, kto podejmując namysł nad kulturą rosyjską, próbuje dotknąć sedna przemian mających miejsce na Zachodzie. Tam też wydaje mi się najciekawszy.

Brakuje mi w tym tomie zwrócenia uwagi na fakt, że Miłosz pozostaje bardzo często po prostu myślicielem religijnym. Wymiar ten jednak bardziej jest dojmujący właśnie wtedy, gdy czytamy go w całości; odłożenie na bok tego kontekstu faktycznie może sprawiać (mylące, jak sądzę) wrażenie, że podstawowa jest tu historyczna dominanta. Myślę, że można poprzez Miłoszową próbę lektury Rosjan pokazać, jak się ten metafizyczny temat usamodzielnia. Z początku rozpatrywany jako element duchowego kryzysu prowadzącego do zjawisk opisywanych w Zniewolonym umyśle, później zyskuje swego rodzaju autonomię, stając się jednym z centralnych problemów Miłosza, który tyleż próbuje nadal uchwycić sedno kondycji współczesnego człowieka, co odpowiedzieć samemu sobie na zupełnie prywatne pytanie o teodyceę.

Clare Cavanagh jest oczywiście zbyt wytrawną badaczką, by zlekceważyć tematy niewątpliwie w tych esejach występujące: przypominając jednak zastosowane w odniesieniu do Miłosza określenie Walentyny Połuchiny „apokaliptyczna umysłowość”, jednocześnie zdaje się tę apokaliptyczność łagodzić. Nie usuwa ona ani ze swojego pola widzenia, ani tym bardziej z pola widzenia czytelnika, i tego aspektu jego myśli, tak jednak rozkłada akcenty, że namysł nad problematyką religijną sensu stricto zdaje się jeśli nie drugorzędny, to podporządkowany swoistej pracy archeologa szukającego korzeni kryzysu nowoczesności. Miłosz przeczytany zgodnie z taką wykładnią powinien się okazywać przede wszystkim głębokim umysłem historycznym, podejmującym zrównoważoną refleksję zarówno nad bieżącą polityką, którą potrafi usytuować w odniesieniu do zachodzących w Rosji co najmniej od połowy XIX wieku przemian, rzutujących w efekcie w 100 lat później na sytuację geopolityczną całego świata, jak i nad postawą współczesnych intelektualistów będących duchowymi dziedzicami dylematów rosyjskiej inteligencji drugiej połowy XIX wieku.

Gdzie jednak zgubiliśmy metafizykę? Mówiąc obrazowo, w takim odczytaniu mieści się wiara – zwłaszcza Nowa Wiara, sytuowana i rozpatrywana w kontekście „religii człowieczeństwa” – brak jednak miejsca na prawdziwe pytanie o (nie) obecność Boga. A przecież jeżeli już szukać dogodnych kluczy do tych tekstów, nie sposób nie zauważyć, że odniesieniem co najmniej równie istotnym jak Zniewolony umysł musi być Ziemia Ulro.

5
Z pewną przesadą można by powiedzieć, że zgadzając się na taką interpretację, wybieramy
Biesy przeciwko Legendzie o Wielkim Inkwizytorze. Takie rozłożenie akcentów ma jednak określone konsekwencje. Wydawcy starają się pokazać osobność Miłosza i nietypowość jego podejścia do lektury Rosjan. Zostawiając nawet na boku kwestię poprzedników, przypomnieć jednak warto, że Miłosz nie był w tych próbach nawiązania do myśli rosyjskiej aż tak odosobniony. Tak aktualna sytuacja polityczna w ZSRR, jak i kultura rosyjska – zarówno w jej wymiarze historycznym, jak i współczesnym – stały się przedmiotem zainteresowania licznych autorów (siłą rzeczy przede wszystkim emigracyjnych), spośród których należy tu wspomnieć choćby tylko o Gustawie Herlingu‑Grudzińskim, Józefie Czapskim czy Aleksandrze Wacie. Różnili się oni od siebie i temperamentami, i zainteresowaniami. Mająca wyraźny wymiar polityczny, chłodna i analityczna refleksja Herlinga, przekładająca się na ostre komentarze w dziennikach i drobiazgowe recenzje wielu pozycji zza żelaznej kurtyny na łamach przede wszystkim paryskiej „Kultury”, trudna jest do uzgodnienia z niespokojną refleksją skoncentrowanego raczej na filozofach i myślicielach religijnych Czapskiego; inną jeszcze metodę wybierał Wat, gdy próbował w dziesiątkach krótkich zbliżeń i przebłysków rozpisać reguły rządzące jego projektem sowietologicznym, będącym jednocześnie bolesnym rozliczeniem z dawnym własnym zaangażowaniem w komunizm. Każdy z nich tym samym oświetlał trochę inne rejony. Mamy jednak, pisząc o tym problemie – jak sądzę – nadal skłonność do przyznawania słuszności przede wszystkim jednemu z tych języków opisu: temu, który zabrzmiał najmocniej – to jest reprezentowanemu przez Herlinga‑Grudzińskiego. Potrafił on pogodzić dwa wymiary: żelazny antykomunizm oraz autentyczne zainteresowanie odrodzeniem rosyjskiej kultury, którego ślady nawet najdrobniejsze tropił, obserwował i z uwagą komentował na bieżąco. To podejście dominuje w większości jego tekstów poświęconych literaturze rosyjskiej – przede wszystkim oczywiście w szkicach zebranych potem w Upiorach rewolucji – choć można by je zniuansować, sięgając po zapiski z Dziennika pisanego nocą. Tym niemniej to ono właśnie stało się swego rodzaju paradygmatem przy próbach opisu tej tematyki i wciąż swoiście próbujemy innych do tego wzoru przymierzyć, jeśli zaś nie do końca pasują – to i przykroić. Mieścić się oni winni między dwoma biegunami: antykomunizmem z jednej a zainteresowaniem dla aktualnych przemian w ZSRR z drugiej strony.

Ślad tej – nie do końca chyba uświadomionej – praktyki czytania widzę właśnie w omawianym tomie. Nie oznacza ona, oczywiście, imputowania Miłoszowi rzeczy u niego nieobecnych, sprowadza się raczej do kwestii rozłożenia akcentów. Myślę, że zbyt mocno jednak podkreślono tutaj ten wymiaru refleksji Miłosza, który wiązał się z jego rolą (choć pogłębioną, powtórzmy, w zestawieniu z innymi) sowietologa – tym razem naprawdę w dużej mierze wbrew jego woli – przy jednoczesnym niedocenianiu jej części bardziej uniwersalnej. Zapisując tę uwagę, mam świadomość, że powinnam zrobić jedno przynajmniej zastrzeżenie: o ile – moim zdaniem – taki obraz Miłosza jest uproszczeniem w odniesieniu do tych esejów, które pomieszczono w tomie pierwszym Rosji: Widzeń transocenanicznych, o tyle nadal nie wiemy, na ile zniuansuje i zmieni ten wizerunek zapowiadany tom drugi.

Isaiah Berlin w znanym szkicu Jeż i lis: Esej o pojmowaniu historii u Tołstoja wprowadzał podstawowe rozróżnienie ludzi na dwa typy: na lisy i jeże. Żywiołem tych pierwszych jest rozproszenie myśli, mnogość niepowiązanych ze sobą zainteresowań, którym oddają się z pasją i zaciekawieniem. Naturalną skłonnością tych drugich pozostaje zaś dążenie do syntezy, znalezienia idei nadrzędnej, uspójniającej to, co dotychczas się temu uspójnieniu nie poddawało. Berlin budował swój esej na podstawowym paradoksie: starał się pokazać, jak Tołstoj – lis z usposobienia – przez całe życie próbował zostać jeżem. Miłosz Tołstoja nie lubił i – wbrew sugestii Clare Cavanagh – nie sądzę, by się z nim identyfikował. Jeśli by do niego zastosować tę typologię, można by go uznać raczej za chytrego lisa. Pokazanie, że w rosyjskich tekstach dążył on przede wszystkim do spuentowania idei sformułowanych w Zniewolonym umyśle, jest dla mnie próbą zaprezentowania go jako jeża mimo woli, uparcie podejmującego wysiłek ujednolicenia.

U Miłosza zaś jest i doraźny komentarz, i daleko wykraczająca poza jakiekolwiek odniesienia rosyjskie refleksja metafizyczna: błyskotliwość tych esejów tkwi właśnie w łatwości przechodzenia od jednego z tych rejestrów do drugiego. Raz bliższy Herlingowi (zwłaszcza może w tekstach pisanych na zamówienie bądź z inspiracji Jerzego Giedroycia), ucieka po chwili w regiony spokrewniające go raczej z Czapskim, by w następnym przeskoku myśli kreślić uwagi o ewolucji rosyjskiej XIX‑wiecznej prozy zbliżające go do Wata. W efekcie wypracowuje indywidualny i zupełnie osobny sposób myślenia o Rosji. Osobny właśnie dlatego, że tak nierozerwalnie powiązany z całością jego myślenia.

Więc jednak godna podziwu monotonia? Niewątpliwie. Choć czytelnik odkryje ją naprawdę dopiero wtedy, gdy tę antologię potraktuje jako zaproszenie do przyjrzenia się każdemu z tomów eseistyki Miłosza z osobna, gdy odkryje jej (eseistyki) wewnętrzną dynamikę i sam spróbuje rozstrzygnąć, która z tych dwóch osi – historyczna czy metafizyczna – wydaje mu się dominująca. Moim zdaniem są one absolutnie równoważne, ale to właśnie ciągłe napięcie między nimi jest dla mnie tym, co unerwia te eseje i każe do nich wracać. Choć często wiemy, że tematy rosyjskie znowu się pojawią, i choć często znamy z góry konkluzje.

Małgorzata Szumna

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas