poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARCIN WILK
Rzeczy o ludziach
Dekada Literacka 2011, nr 1-2 (224-225)
Mikołaj Łoziński
Książka
Wydawnictwo Literackie
Kraków 2011

Mikołaj Łoziński pisał swoją najnowszą książkę ponoć prawie pięć lat. Zważywszy na trudną materię fabularną, jestem w stanie w to uwierzyć. Być może jednak czas, w którym fermentował ostatecznie ów tekst, zdziałał jeszcze coś. Coś bardzo dobrego.

Po nagrodzonej i bardzo dobrze przyjętej przez krytykę oraz publiczność powieści Reisefieber (2006) Łoziński postawił sobie i oczekującym na jego kolejne pisarskie dokonania wysoką poprzeczkę. Klarowność języka, elegancja formy, a przede wszystkim psychologicznie dojrzały rys postaci sprawiły, że Łoziński nie tylko spotkał się z zainteresowaniem czytelników poszukujących oddechu, ale również został uhonorowany Nagrodą Kościelskich. Wszyscy zastanawiali się wtedy, skąd u 25‑letniego zaledwie człowieka taki dar opowieści i wglądu w ludzki charakter (w prozę przekuty). Talent, to proste i jednocześnie wymowne słowo, okazywało się wtedy etykietą najlepiej przylegającą do tego fenomenu. Tymczasem minęło kilka lat, Łoziński spędził je m.in. na literackich stypendiach i… przygotował w tym czasie książkę potężną, choć tak niewielkich – jeśli o liczbie zadrukowanych stron mowa – rozmiarów.

Punktem wyjścia dla Łozińskiego było opisanie świata poprzez rzeczy. Szuflada, telefon, zeszyt, maszynka do włosów, ekspres, klucze, znak itd. organizują kolejne części książki. Wartość tych przedmiotów jest określana przez związki, tajemnice i relacje rodzinne – jeden z głównych tematów tekstu. Uwaga narratora, a zarazem nasza, krąży wokół konkretnej i szczególnej materii. Chodziło zapewne o lekkie przesunięcie – ze spraw bolesnych, rozmowy istotnej i ciężkiej na kwestie przyziemne, codzienne, materialne. Przesunięcie to – zaprawione humorem i ironią, o czym trzeba jeszcze później osobno napisać – oczywiście jest pozornie mocne, bo przewrotność tego zabiegu polega na tym, że rzeczy w swej błahości – przez kontekst, w jakim występują – stają się uwznioślone, usymbolizowane, czasem wręcz obleczone nostalgią.

Ale przedmioty przecież (czy Książka nie powinna nazywać się „Przedmioty” właśnie? Albo „Rzeczy”?), nic innego czasem bardziej, potrafią wywołać falę emocji, do której nie mamy dostępu w pamięci rwanej nieustannymi zmianami w życiu. Wartość owych rzeczy się zwiększa, zwłaszcza gdy są one wydobywane po latach i oglądane z dystansu – a tak właśnie czyni narrator tej książki, odkrywając często historie rodzinnych przedmiotow-bohaterów na nowo.

Rzeczy jednak to tylko pretekst, poręczny – jak się okazuje – ale wciąż pretekst. Wydaje się, że kamera narratorska najostrzej prowadzi nas ku sprawom rodzinnym. Podłości, niegodziwości, stracone złudzenia, tragiczne miłości, drobne oznaki serdeczności i niespodziewanej czułości – oto jak należałoby zapewne rozpisać poszczególne wątki tej książki. Bardzo niebezpieczne i, co tu dużo mówić, bardzo niewygodne wątki. Łoziński podejmuje kolejną grę, prowokując czytelników nie tylko przez użycie słów „babcia”, „mama”, „tata”, „starszy brat” itd. Rzecz jest o wiele bardziej skomplikowana. Łoziński wszak pisze na okładce: „Próbowałem w delikatny sposób wpisać małą historię rodziny w dużo większą. Jednocześnie starałem się, żeby empatia i zrozumienie życiowych wyborów bohaterów nie przysłoniły mi ostrości widzenia”. „Historia rodzinna” narratora staje się tym samym historią rodzinną Łozińskiego (o czym wiemy z różnorakich poszlak). W rezultacie narrator ślizga się po cienkim lodzie utożsamiania się z autorem – Mikołajem Łozińskim, synem Marcela (aczkolwiek o Marcelu w tej książce niewiele!), uwikłanym przez rodzinne relacje w skomplikowaną historię społeczności żydowskiej, komunizmu i całej tej obarczonej wyrokami przeznaczenia przestrzeni wspólnotowej pamięci.

Zdaje się, że emocjonalna relacja autora z narratorem (i bohaterami), a także gęstość, by tak rzec, historii, stanowiły największe wyzwania przy decyzji o formie Książki. Łoziński wybrał minimalizm i oszczędność. W rezultacie bogactwo wszystkich tych historii zamyka się w kilku kadrach – rozpisane jest niemal filmowo. Trzeba zresztą tu dodać, że autor dba o to, by nie zagadywać. Rozdziały są raczej krótkie, podzielone jeszcze dodatkowo na ponumerowane podrozdziały. W klasyczny i proporcjonalny sposób zostały rozmieszczone także fabularne napięcia. Najdłuższa spośród wszystkich części tej KsiążkiKlucze – została umieszczona niemal w samym środku, niejako w centrum opowiadanych historii. Tu też został ulokowany najpotężniejszy, jak się zdaje, ładunek emocjonalny. Związek babci narratora z wojskowym – człowiekiem okrutnym, zakompleksionym i wiecznie niezaspokojonym – stał się kanwą dla ponurej i momentami pełnej grozy opowieści o rozpadzie relacji, trwaniu w niemocy, rezygnacji, pogrzebanej nadziei i złudzeniach, z których nie umiemy się uwolnić. Łoziński wspina się tu na szczyty psychologicznego opisu, oddając zasadnicze cechy charakteru opisywanych bohaterów, a jednocześnie nie podejmując ocen i pozostawiając szerokie pole do interpretacji.

Ale Klucze to wyjątek. Łoziński chętniej bowiem zamyka się w miniaturach, fleszach, obrazkach, które migają nam w pamięci; do których dostęp mamy często ograniczony, choć tak mocno chcielibyśmy go czasem poszerzyć. Książka jest w ten sposób także opowieścią o pokruszonej historii i jej odtwarzaniu. Pokawałkowane opowieści mogą stanowić z tej perspektywy próbę poradzenia sobie z niepamięcią. Rozwidlenia, niespójności, niedopowiedzenia to przecież nie tylko narzędzia opisu, lecz także obraz stanu rzeczy charakterystycznego dla rzeczywistości rekonstruowanej. Łoziński zachowuje się więc tak, jakby i nas wciągał w pisanie swojej książki. A zatem Książka jest niejako opowieścią o jej pisaniu.

Narrator – najmłodszy pośród wszystkich opisywanych w rodzinie – używa zresztą jeszcze wielu innych środków, by poniekąd zyskać dystans do tematów najważniejszych – relacji, więzi, utraty wiary, która przychodzi wraz z doświadczeniem i dorosłością. Rekonstrukcja obrazków (czasem miniatur, czasem reportaży, czasem wspomnień – nie ma tu jednolitej formy) jest przeplatana przywoływaniem krótkich dialogów narratora (autora?) z członkami przedstawianej rodziny. Ci już najwyraźniej wiedzą, że uwaga narratora tylko pozornie kieruje się ku przedmiotom. Rozumieją oni doskonale, że przedmioty to ilustracja do opowiedzenia o czymś więcej niż szuflada czy klucze, o których pamięć jest przecież tak emblematyczna. Narrator fotografuje te przedmioty (na marginesie: Mikołaj Łoziński, zanim objawił się jako autor książek, publikował swoje fotografie m.in. w „Rzeczpospolitej” i „Przekroju”), ale najważniejszy staje się tu kontekst, rama, opowieść, która je otacza. Rodzina narratora usiłuje na niego wpłynąć, powstrzymać przed pokazaniem rzeczywistości nagiej, a więc odsłaniającej także ich słabości. Co zabawne – ich uwagi, skrzętnie oczywiście przez narratora spisywane – już same w sobie ich odsłaniają.

Właśnie, zabawne. Bo też książka Łozińskiego jest wreszcie opowieścią momentami przepełnioną humorem. Jest to, dodajmy, humor klasyczny, polegający na zaskoczeniu i napięciu; na tym na przykład, że narrator zastrzega, że nie napiszę o tym czy o tamtym, po czym pisze o tym, że nie napisze. Jest tu momentami także ironia, ciepła oczywiście, choć czasem też cierpka. Łoziński dba o to, by dystans nie uprzedmiotawiał, ale też skupia się na tym, by czułość nie obezwładniała – co sam podkreśla na okładce książki – ostrości widzenia.

To, co jest największą zaletą tej książki – elegancja – może jednak momentami być odebrane jako najbardziej sporna kwestia. Wydaje się bowiem, że Łoziński wydestylował siebie z całej rodzinnej i intymnej opowieści – odsłonił się i swoich najbliższych, ale nie do końca, uciekając się do forteli, chwytów, uzasadnień, formuł, reguł i całego tego kompleksu cech i narzędzi dobrze uformowanego i grzecznego świata kultury powściągliwości. Stąd ironia – jeśli jest – lekka, dystans nie uprzedmiotawia, opowieści są porwane, domysłów brak. Jak powiadam, to jest najbardziej sporna kwestia, a zarazem największa zaleta tej książki. Łoziński zachowuje się tak, jakby chciał nas wpuścić do rodzinnego piekiełka niedopowiedzeń, a jednocześnie sam – czego dowodem ostatnia z czarnych stron tej książki – nie czyni tego, strzegąc granic intymnych. Słusznie, że ich broni. Gorzej, że całość pobrzmiewa momentami jako wytrawna i wyrafinowana gra. A właściwie gierka, rozgryweczka, zabawa – bo Łoziński stara się o to, by zbytnio nie bolało. Mimo że temat tak przecież dotkliwy. Pytanie tylko, czy to źle?

Ano właśnie.

Mikołaj Łoziński pisał swoją najnowszą książkę ponoć prawie pięć lat. Jestem w stanie w to uwierzyć. Choćby z tego względu, że każda kolejna lektura sprawia, że dostrzegam w Książce coś nowego i wartościowego. Coś naprawdę bardzo dobrego.

Marcin Wilk



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas