poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
SŁAWOMIR KUŹNICKI
Ekologiczny koniec świata, czyli ciąg symultaniczny
Dekada Literacka 2011, nr 1-2 (224-225)
Margaret Atwood
Rok Potopu
Przeł. Marcin Michalski
Wydawnictwo Znak
Kraków 2010

Powieści z motywem końca świata powstało już sporo, a jednak tylko nielicznym autorom udaje się w nich osiągnąć wysoki poziom artystyczny. Do owej elity pisarskiej z całą pewnością należy Margaret Atwood, która już po raz drugi podejmuje wątek apokaliptyczny. Mało tego, jej najnowsza powieść, Rok Potopu, bezpośrednio nawiązuje do wydanej w 2003 r. książki Oryks i Derkacz, w której po raz pierwszy pojawia się nie tylko sam ten temat, lecz także jego konkretna realizacja. Powieści łączy więc coś więcej niż ogólna tematyka: obie dotyczą tego samego zbioru wątków fabularnych, czasu i miejsca akcji, w obu pojawia się wiele tych samych postaci. Spieszę jednak uspokoić wszystkich, którzy utworu Oryks i Derkacz wcześniej nie mieli okazji czytać: Rok Potopu to tekst jak najbardziej autonomiczny, którym można się rozkoszować bez znajomości poprzednika, nie tracąc przy tym nic z jego arcyciekawej treści i formy.

W Roku Potopu zaskakuje to, że sama zagłada świata stanowi dla Atwood sprawę drugorzędną: tu zdecydowanie ważniejsza jest wizja cywilizacji, która do owego końca doprowadza. Nie może być inaczej, skoro to teraźniejszość, a nie przyszłość, jest głównym celem krytyki kanadyjskiej pisarki. Stąd jakże pojemna kategoria fikcji spekulatywnej, którą autorka zdecydowanie przedkłada nad zupełnie nieadekwatne w jej przypadku określenie science fiction. I faktycznie, książkowa wizja bliskiej przyszłości nosi w sobie bardzo wiele cech dobrze nam znanej sytuacji obecnej, a jej inność podkreślają głównie ironiczne przerysowania i sardoniczne hiperbolizacje. Oto mamy świat już całkowicie zarządzany przez kapitalistyczne Korporacje, które opanowały absolutnie wszystkie obszary jak najszerzej rozumianego rynku zbytu, zastępując również tradycyjną policję swoją własną – KorpuSOKorpem. Nazwa tego tworu to nie tylko gra językowa ze słowem „korporacja”, ale również z angielskim corpse oznaczającym zwłoki; bo też KorpuSOKorp to policja polityczna rodem z Roku 1984 Orwella: brutalna, wszechobecna, niepozostawiająca ani śladów, ani świadków. Inne odgałęzienia Korporacji to m.in. SekretBurger, który reklamuje się hasłem Bo Wszyscy Lubimy Sekrety!, gdyż według plotek można w jego produktach znaleźć białko najróżniejszego, w tym ludzkiego, pochodzenia, czy też EroTarg – usankcjonowana i zalegalizowana prostytucja.

Świat Atwood to również świat podziałów społecznych, mających oczywiście swoje źródło w statusie finansowym. Elita, składająca się głównie z naukowców, mieszka w sterylnych, nowoczesnych Kompleksach; cała reszta zajmuje to, co pozostało z wielkich XX‑wiecznych metropolii – niemożliwie wręcz zanieczyszczone, ogarnięte gorączką ślepej przemocy plebsopolie. Tu nie ma żadnych perspektyw; tu ludzie, niezależnie od wieku, gromadzą się w gangi przeczesujące ulice w poszukiwaniu wszelkich używek i okazji do aktów bestialstwa. I to właśnie w jednej z takich plebsopolii, zwanej obrazowo Zapadliskiem, żyją dwie główne bohaterki i narratorki powieści: Toby i Ren. Jest jednak coś, co odróżnia je od „ulicznych gangów plebsoszczurów” – obie mniej lub bardziej świadomie (trzeba przyznać, że raczej mniej) przynależą do sekty Bożych Ogrodników, grupy „[ … ] pokręconych fanatyków, którzy łączą w sobie fanatyzm żywieniowy, kiepskie rozeznanie w modzie i purytańskie nastawienie do zakupów”, jak charakteryzuje ją ich przywódca – Adam Pierwszy. Opis ten jest w zasadzie trafny, choć równie dobrze można by określić Bożych Ogrodników mianem „zielonych” chrześcijan, i to nie tyle fanatycznych, ile w swym (jednak) dogmatyzmie zaskakująco pragmatycznych.

Boży Ogrodnicy to sekta radykalnych wegetarian, którzy oprócz mięsa odrzucają również wszelkie dobrodziejstwa współczesnej im cywilizacji, od gadżetów elektronicznych, poprzez leki i kosmetyki, po wytwarzane masowo ubrania. Oczywiście w ich oczach dobrodziejstwami one nie są; tak na przykład, ich zdaniem, leki produkowane przez korporację ZdrowoTech zawierają wirusy i bakterie, ażeby leczenie wywołanych przez nie chorób nigdy się nie kończyło i zawsze przynosiło zyski: nigdy i zawsze, czyli aż do śmierci pacjenta. Żywią się więc jedzeniem, które sami uprawiają na dachach opuszczonych wieżowców, oraz do perfekcji opanowują sztukę wykorzystywania materiałów z odzysku. Wyrażają tym samym podstawowy zamysł filozoficzny Atwood dotyczący postawy ekologicznej, czy też ekocentrycznej; jak retorycznie pyta Adam Pierwszy: „[ … ] jakim prawem uważamy, że wszystko, co jest na Ziemi, należy do nas, gdy w rzeczywistości to my należymy do Wszystkiego?”. Trzeba tu szczerze przyznać, że ów ekumeniczny wręcz ekologizm Roku Potopu, główny i w zasadzie jedyny zarzut anglosaskich recenzentów w stosunku do książki, jest tym, co jakkolwiek słuszne i logiczne, stanowi pewną płyciznę powieści: wszak nie o moralizowanie w wielkiej literaturze chodzi. Na szczęście sama Atwood zdaje się czasami uzmysławiać sobie powyższy pogląd, bo jej opisy Bożych Ogrodników, z ich niejednokrotnie dziwacznymi poczynaniami i obrządkami, oscylują pomiędzy niekłamaną fascynacją a nastawieniem zdecydowanie ironicznym.

Pewna fascynacja zieloną sektą jest tu jednak czymś oczywistym i zrozumiałym. Niejako poza sprawami doktrynalnymi osobną jakość powieści stanowią kazania Adama Pierwszego i, przede wszystkim, specjalnie stworzone dla nich przez Atwood – przecież również wziętej poetki – hymny. Te drugie stanowią absolutne wyżyny artystyczne powieści: odwołując się bezpośrednio do biblijnych psalmów, noszą też w sobie znamiona wizyjnej poezji Williama Blake’a połączonej z wieloznacznością twórczości Emily Dickinson. Zdecydowanie przypominają Czytelnikowi Roku Potopu, z jak wielowymiarową autorką ma do czynienia. W kazaniach z kolei odnaleźć można zdecydowanie więcej pastiszu, jak w takim oto proekologicznym odczytaniu Biblii: „[ … ] na swoich apostołów Jezus powołał dwóch rybaków – bez wątpienia wybrał ich po to, by pomogli mu uratować populację Ryb. Polecił im, żeby  z a m i a s t  pozostawać rybakami Ryb, stali się rybakami ludzi, i ten sposób unieszkodliwił dwóch rybich niszczycieli!”. Obraz Bożych Ogrodników staje się jednak pełny dopiero wtedy, gdy uzmysłowimy sobie, że Adam Pierwszy jest zagorzałym ewolucjonistą, że starszyznę grupy stanowią inni zbiegli z korporacyjnych Kompleksów naukowcy, a teoria przetrwania sekty dominuje nad wieloma jej dogmatami, w tym nad rygorystycznym wegetarianizmem.

Ironia ironią, ale to jednak Bożym Ogrodnikom Atwood daje wiedzę (bo czy można tu mówić po prostu o przeczuciu?) dotyczącą zbliżającego się końca świata, tu nazywanego Bezwodnym Potopem. To również w większości odizolowani od dóbr konsumpcyjnych reszty społeczeństwa Boży Ogrodnicy apokalipsę tę przeżywają. Wśród owych ocalałych są i nasze dwie główne bohaterki: ukrywająca się pod przybraną tożsamością w korporacyjnym świecie pragmatyczna Toby oraz zdecydowanie bardziej krucha Ren, obecnie ekskluzywna tancerka i prostytutka w należącym do EroTargu klubie nocnym Łuski. Choć już od dawna z różnych względów niezwiązane bezpośrednio z Bożymi Ogrodnikami, obie nadal mniej lub bardziej rygorystycznie kultywują założenia grupy, w której spędziły wiele wcześniejszych lat (w przypadku Ren był to okres najistotniejszy – wczesna młodość). Z dwu punktów widzenia relacjonują one życie wśród Ogrodników, a także swoje późniejsze losy, często się wzajemnie przeplatające, przy czym Ren robi to w pierwszej osobie i czasie teraźniejszym, a narracja Toby jest nieco bardziej zdystansowana, trzecioosobowa. Technika taka pozwala osiągnąć Atwood jeśli nie pewne pozory obiektywności, to przynajmniej rodzaj równowagi, szczególnie gdy odniesiemy Rok Potopu do powieści Oryks i Derkacz, która przecież opisuje nie tyle wydarzenia wcześniejsze (lub późniejsze), co jednocześnie się dziejące. Po raz kolejny dochodzi tu do głosu zamiłowanie Atwood do gier gatunkowych: bądź co bądź, znak jej pisarstwa. Co ciekawe, dla owej fikcji równoległej, jaką jest Rok Potopu, Atwood ukuła nową kategorię gatunkową: odnosząc się do znanych powszechnie również w Polsce popkulturowych pojęć prequel i sequel, autorka proponuje ironiczną łatkę simultaneouel (od angielskiego przymiotnika simultaneous znaczącego „jednoczesny”). A ponoć Rok Potopu nie jest jej ostatnim słowem w tej historii…

Jak się więc okazuje, omawiając Rok Potopu, trudno uciec od jego wcześniejszego kontekstu, a mianowicie od powieści Oryks i Derkacz. Obie książki, choć całkowicie jednostkowe i autonomiczne, opisują te same zdarzenia, lecz robią to z zupełnie innych perspektyw: ukrytym, trzecioosobowym narratorem powieści z 2003 roku jest, pojawiający się także w Roku Potopu, Jimmy, a więc mężczyzna – w prozie Atwood absolutny ewenement. Być może dlatego w Roku Potopu dopuszcza ona do głosu aż dwie kobiety. Również w kwestii ogólnej problematyki obie powieści, pomimo nadrzędnego przecież tematu wspólnego, znacząco różnią się od siebie, tak jakby Atwood rozmyślnie przesuwała akcenty, w każdej z książek zwracając uwagę Czytelnika na inny aspekt kreowanej przez siebie, pozornie przyszłej teraźniejszości. W pierwszej powieści zasadnicze zdaje się pytanie o naukę, jej etyczne granice i nienasycony apetyt zawiadującego nią przecież człowieka; to dlatego w centrum krytyki pisarki znajdują się takie zjawiska współczesności jak globalne ocieplenie, inżynieria genetyczna czy bioterroryzm. W drugiej dominuje wspominany już wyżej zamysł pro‑ekologiczny jako przeciwwaga dla konsumpcjonistycznego stylu życia mas i wszechobecnej przemocy. Tym samym według Atwood „zielona” droga jest jedyną możliwą opcją uniknięcia dość oczywistego końca, który w obu powieściach znajduje swoje brawurowe, symboliczne odzwierciedlenie m.in. w wirtualnej grze komputerowej o nazwie Wymarotron. Gra polega na wymienianiu nazw wymarłych stworzeń, co w rzeczywistości opisywanej przez Atwood, gdzie panuje rodzaj niezdrowego bumu na produkty i żywność wytwarzane z zagrożonych gatunków, nie jest trudnym zadaniem.

Czy więc wizja Atwood to świat, w którego kierunku zmierzamy? Innymi słowy: czy jest to wizja wystarczająco przekonująca i sugestywna? Niestety tak. Oczywiście, można sprawę bagatelizować i zarzucać Atwood wyolbrzymianie pewnych niepokojących nie tylko ją trendów, stwierdzając jednocześnie, że Kanadyjka przejawia tendencję do pustego przerysowywania. Ale czy aby na pewno tak wiele w jej wizji kreatywnej, fikcyjnej nadbudowy? Nie wydaje mi się, gdyż siła oddziaływania Roku Potopu jest olbrzymia, i to nawet w momencie, gdy uświadomimy sobie, że książka ta jednak ustępuje nieco swojej „symultanicznej” poprzedniczce. Obok zaproponowanej przez Atwood wizji nie sposób więc przejść obojętnie. Nawet jeśli chciałoby się potraktować tę książkę jako futurystyczno‑religijno‑ekologiczny thriller (w kwestii szczegółów fabuły odsyłam do samej książki), to zubożenie jej o aspekt wizyjności byłoby po prostu rzeczą niewykonalną. Cieszy zatem, iż wielowymiarowość projekcji, nieustanne prowokowanie i skłanianie do namysłu to nadal, mimo upływu lat, cecha charakterystyczna twórczości Atwood. Cóż, czekamy na ciąg dalszy.

Sławomir Kuźnicki

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas