poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
KRZYSZTOF BIEDRZYCKI
Niepewność, życie i literatura. O dziennikach Jarosława Iwaszkiewicza
Dekada Literacka 2011, nr 1-2 (224-225)
Jarosław Iwaszkiewicz

Dzienniki 1911-1955
t. 1, oprac. i przypisy Agnieszka i Robert Papiescy,
wstęp Andrzej Gronczewski
Czytelnik, Warszawa 2007

Dzienniki 1956-1963
t. 2, oprac. i przypisy Agnieszka i Robert Papiescy, Radosław Romaniuk,
wstęp Andrzej Gronczewski
Czytelnik, Warszawa 2010


Dziennik to gatunek literacki do gruntu podszyty dwuznacznością. Wyrastający z autorskiego bezwstydu, bez mała ekshibicjonizmu, może narcyzmu. Czytelnikowi dający szczególną przyjemność – podglądactwa, plotkarstwa, zaspokojenia nie tylko ciekawości, ale i ciekawskości.

Powyższe zdania brzmią mocno i może niesprawiedliwie. Bo przecież wszystkie te kwalifikacje można zmienić. Po stronie autora wstawić szczerość, po stronie czytelnika – potrzebę poznania drugiego człowieka. Dziennik nie byłby zatem perwersją, ale miejscem bardzo intymnego spotkania.

Nie ma tu sprzeczności. Szczerość jest podszyta bezwstydem (i na odwrót), a ciekawość równocześnie może mieć rozmaite odcienie. Ocena jest sprawą wtórną. Fakt, że lubimy czytać dzienniki (jak również pamiętniki, listy i inne dokumenty), a wielu lubi je pisać, można różnie interpretować, na pewno jednak powinien on skłaniać do refleksji, która wyjdzie poza powierzchowną lekturę wyznaczoną przez plotkarską ciekawskość.

Otóż tak: jest dziennik już u swojego poczęcia naznaczony niejednoznacznością. A sięga owa niejednoznaczność głęboko. Przede wszystkim, jakkolwiek byłby on szczery, a nawet bezwstydny, jest on dyskursem, a jako taki poddaje się wyraźnemu prawu – nie istnieje poza literacką konwencją. Nie jest zatem obojętne, jak jest napisany, jakim językiem się w nim mówi, co jest rządzącą zasadą kompozycyjną. Szczerość autorska zostaje okiełznana przez formę. Paradoksalnie więc – nie życie autora jest wyłącznym tematem dziennika, ale i mutacja, jakiej zostaje poddany gatunek w swojej szczególnej postaci (dziennik intymny, dziennik intelektualny itd.). To, co prawdziwe, przemienia się w literaturę i w ten sposób – choćby wbrew intencji – zyskuje znamię sztuki (a więc czegoś sztucznego). Tak się dzieje w każdym dzienniku, zaznacza się jednak różnica między dziełem amatorskim a dziełem świadomego swojego warsztatu pisarza. Amator poddaje się konwencji mimowolnie, dlatego ona bardziej go zdradza, niżby zapewne sam chciał. Dla pisarza dziennik jest alternatywną formą twórczości, z wszystkimi tego konsekwencjami – to próba innego gatunku, sprawdzania pióra, badania granic między prawdą a fikcją; jednym słowem – szkicownik do innych dzieł, zmierzenie się z samym sobą jako bohaterem.

Oczywiście, za tym wszystkim stoi podstawowa potrzeba wyrzucenia z siebie tego, co człowiek odczuwa, przeżywa, co tłumi, do czego nie chce się publicznie przyznawać. Dlatego gatunek ten w znacznie większym stopniu niż inne formy służy auto‑psychoterapii. I podlega tym samym prawom, co każda psychoterapia – stanowi interpretację własnego życia. A w interpretacji równie ważne jest to, co nie zostało powiedziane, jak to, co autor wyrzucił z siebie na papier. Czy inaczej, lekturze musi podlegać nie tylko to, co wyeksplikowane, lecz także to, co w tej spowiedzi zostało zatajone, a także co sprawiło, że tematem wypowiedzi stało się właśnie to, co nim się stało. Lektura dziennika powinna zatem toczyć się dwoma, a może nawet wieloma torami. Najpierw tory równoległe i nieodłączne jak światło i cień: to, co powiedziane, oraz to, co pominięte. Dalej tor stylu, tor narracji, tor gry z czytelnikiem…

Na czym polega mechanizm wyboru, selekcji, a także mechanizm pominięć? Najprostsza jest świadoma autocenzura, decyzja o wyeksponowaniu jednych faktów, a wyeliminowaniu innych. Przy czym nie zawsze trzeba ją demonizować, wybór i selekcja są konieczne, zawsze coś wydaje się ważniejsze niż coś innego. Ciekawe jest jednak przyjrzenie się temu, co sprawia, że hierarchia ważności przyjmuje taki, a nie inny wymiar. Z tym wiąże się kwestia prawdy: wiemy, że nie zawsze autorzy bywają jej wierni. Niekiedy wprost kłamią, wybielają się lub (rzadziej) masochistycznie przyczerniają, konfabulują, tworzą ubrane w pozór faktów fikcje. Bywa jednak i tak, że tylko koloryzują, wyolbrzymiają lub pomniejszają zdarzenia, zmieniają ich kontekst. To ciekawy przedmiot do badania, bo taki mechanizm sporo mówi o piszącym. Warto się przyglądać autorskim założeniom (przed‑sądom), zwłaszcza tym niewypowiedzianym, zawartym czy to w języku, czy w strategii narracyjnej. One w dużej mierze demaskują. Trzeba jednak zachować ostrożność w ich tropieniu, gdyż lektura podejrzliwa, skierowana na to, co skryte, może więcej mówić o czytającym i jego obsesjach lub fobiach.

Bywa jednak często i tak, że rozmijanie się z prawdą, pomijanie jakichś faktów, nadawanie im osobistych znaczeń jest wynikiem pracy podświadomości, nie ma w tych zabiegach dającej się dostrzec intencji, po prostu działa psychologiczny mechanizm wypierania, zapominania, pomniejszania (lub wyolbrzymiania) itd. To mechanizm skomplikowany, przedmiot rozważań dla psychoanalityka.

Może być jednak także i tak (a może nawet tak jest zawsze), że dziennik wiedzie żywot autonomicznego dzieła literackiego, że rządzą nim prawa konstrukcji, realizacji lub przełamywania jakiegoś wzorca. Autor (bohater) kreuje się na postać literacką, w większym stopniu jest więc protagonistą fikcji (choćby mocno zakorzenionej w rzeczywistości) niż człowiekiem z krwi i kości.

Co w takiej sytuacji z prawdą? Co z perwersją podglądacza?

Lektura dziennika każe czytelnikowi czytać samego siebie – do jakiego stopnia ufam piszącemu (przystałem na jego pakt autobiograficzny), do jakiego zaś stopnia traktuję trzymaną w ręku książkę jako twór literacki, jak każdy inny twór literacki? Bądźmy szczerzy – w trakcie lektury raczej ulegamy hipnozie i wierzymy w to, co napisane, podejrzliwość otwiera się okazjonalnie. Raczej wchodzimy w rolę podglądacza i plotkarza (no, powiedzmy – kogoś otwartego na Innego i pragnącego go poznać) niż nieufnego czytelnika, interpretatora wielowarstwowego i nie tak jednoznacznego, jakby się wydawało, dzieła.

*

Te ogólne refleksje nasuwają się przy lekturze Dzienników Jarosława Iwaszkiewicza. Wydobyte z rękopisów i skrupulatnie odtworzone (benedyktyński charakter miało samo odczytanie i przepisanie czynionych ręcznie notatek, do tego trzeba dodać precyzyjne przypisy – podziw należy się wydawcom: Agnieszce i Robertowi Papieskim oraz Radosławowi Romaniukowi), okazały się ważnym dziełem ich autora, które uzupełnia jego twórczość o bardzo ważny element.

Dzienniki Iwaszkiewicza są bowiem nieodłącznym fragmentem jego twórczości. To literatura! Nie tylko dlatego, że miejscami mają charakter prawdziwie literacki (przeważnie jednak to zwykłe zapiski, co najwyżej szkice przyszłych utworów), ale z tej racji, że nie sposób ich czytać poza kontekstem dzieła autora Dionizji.

Możliwe są tu różne lektury, właściwie jednak przenikają się dwie najważniejsze. Z jednej strony, w naturalny sposób przez gatunek generowana – lektura z ciekawości, podszyta oczekiwaniem na sensację, intymne szczegóły, plotkarska. Z drugiej jednak strony, czytanie nowego utworu, specyficznego, dodającego wiele do interpretacji tej twórczości, którą już znamy. Obie lektury toczą się równolegle, nie są sprzeczne. Ciekawość Iwaszkiewicza bierze się z jego dzieła – po części ono samo kieruje uwagę ku biografii (nawet wtedy, gdy pisarz zamazywał tropy, w jego utworach objawiały się motywy wprost wywiedzione z jego własnego życia, co komentatorzy – gdy tylko byli w stanie to stwierdzić – w swoich interpretacjach eksponowali, teraz dostali w ręce mocne argumenty), po części pisarz przykuwa uwagę z tej racji, że był postacią publiczną, budzącą kontrowersje, obecną w środowiskowej plotce, ale jego pozycja zbudowana była właśnie przez to, że był twórcą ważnym dla polskiej literatury. Tak więc czytanie Dzienników poza literaturą oznaczałoby lekturę nie tylko niepełną, ale zafałszowaną. Z drugiej jednak strony – przecież wchodzimy w intymny świat człowieka, nie pisarza, to znaczy kogoś, kto pisarzem jest w jednej ze swych ról, ale równie ważne są jego inne role: męża, ojca, kochanka, posła, prezesa, intelektualisty, człowieka wadzącego się z Bogiem, tego, który próbował przechytrzyć szatanów swojej epoki, Polaka, świadka historii, Europejczyka, melancholika, bywalca salonów, gospodarza itd. Te wszystkie role, różne kostiumy i maski, kryły schowaną głęboko osobowość. W Dziennikach ona po części się objawia, ale tylko po części – nie jesteśmy w stanie zbadać, ile tu autokreacji – mimowolnego wejścia w nową rolę odsłaniającego swoją intymność diarysty, która to rola też jest przecież wyznaczona kulturowo, a ile szczerości. Nie to jest jednak najważniejsze. Ważne jest wyjście poza perspektywę plotki, jak również naiwnej wiary, czytanie natomiast poprzez formę, jaką otwarcie intymności przyjmuje w tekście, w prowadzonej narracji, w języku i literackości.

Dziennik to dla Iwaszkiewicza alternatywna twórczość. Alternatywna z kilku powodów. Przede wszystkim nieoficjalna, odłożona do szuflady – jej publikacja została przesunięta w czasie (z perspektywy autorskiej przecież istniało ryzyko, że te zapiski zaginą i nigdy nie zostaną przeczytane przez kogokolwiek). To twórczość prywatna, najpierw dla samego siebie, potem dla ewentualnego „późnego wnuka” (choć musiał być założony i projektowany inny nieoczekiwany czytelnik, o tym za chwilę). Z tego wynikają ważne konsekwencje. Zmieniają się proporcje między literackością a świadectwem, o ile literackość wcale nie znika, o tyle nie ona jest najważniejsza. Pojawia się intymność, nieoficjalny wariant autokreacji, tworzenie swojego wizerunku na własny użytek, budowanie tożsamości poprzez narrację odmienną od tej, którą obdarzał innych – rodzinę, przyjaciół, czytelników, władze.

Przy czym zepchnięcie literackości w tło nie oznacza jej braku. Dziennik staje się dla pisarza dziełem alternatywnym, brulionowym, szkicem do właściwej twórczości – niektóre fragmenty, przetworzone, znajdą się we „właściwej” literaturze, inne same przecież zyskają charakter w pełni literacki. Zresztą gra z literackością, która (nawet wbrew intencji piszącego, niekoniecznie przecież mającego świadomość gry) w dzienniku się zawiązuje, jest nieunikniona, bo sam gatunek sytuuje się w przestrzeni pozagatunkowej, na której sprawdzana jest zdolność tekstu do przesuwania granic literackości. To modernistyczny dylemat: gdzie kończy się sztuka? Może z niego bierze się jedna z przyczyn popularności dziennika u pisarzy XX‑wiecznych, bo w nim właśnie sprawdzane jest, jak daleko można się posunąć nie przestając być pisarzem, jak duży obszar może zagarnąć literatura.

U Iwaszkiewicza zmaganie się formy zapisywania życia z literaturą objawia się w wielu miejscach. Jest oczywiste, że świadomość pisarska nigdy autora nie opuszcza. Niemniej bywa tak, że z czynionych zapisków rodzi się zawiązek prawdziwego dzieła. Z jego dramaturgią, rosnącym napięciem, intensywnym opisem uczuć.

Przykładem może być historia miłosna, jaką jest opowieść o związku z Jerzym Błeszyńskim. Zaczyna się w samym środku wydarzeń, bo pierwsze poświęcone mu zdanie (z 4 grudnia 1955 r.) pada jakby mimochodem, może przejść niezauważone, włączone jest w długi, oparty na enumeracji, poetycki opis miejsca idealnego, a nieistniejącego lub wręcz niemożliwego poza sztuką: „Jest gdzieś kraina, musi być, […] gdzie Jurek Błeszyński piękny jak anioł nie ma gruźlicy […] ” (t. 1, s. 529). Potem w zapiskach Jurek będzie się pojawiał sporadycznie, choć one świadczą o tym, że w życiu ta erotyczna przyjaźń musiała mieć etapy intensywnego rozwoju. Znaczące są tu pominięcia (w ogóle ciekawe jest dojrzewanie diarysty do otwartego pisania o swojej intymności, pominięcia, nagła szczerość, wycofywanie się, milczenie, znów intensywna narracja). Ale już opis podróży z Jurkiem do Kopenhagi w sierpniu 1957 roku staje się właściwie autonomicznym opowiadaniem, w którym Iwaszkiewiczowski motyw przenikania się zmysłowej miłości i umierania zostaje mocno i jawnie rozegrany. Życie przemienia się w literaturę. Można nawet zadać pytanie, na ile obecny w tym tekście eros jest naprawdę erotyczny, na ile jest literacki… Nie po to, żeby wnikać w szczerość opowieści i ją podważać, a tym bardziej – wnikać w głębię ludzkiego przeżycia, bo nie nam – czytelnikom – o nim sądzić, ale po to, by poddać refleksji to poromantyczne zespolenie życia ze sztuką, które skutkuje zwycięstwem sztuki, co przecież nie jest neutralne etycznie…

Potem Błeszyński będzie się już pojawiał wielokrotnie. Opisy będą coraz bardziej zmysłowe, cielesne – przy czym cielesność dotyczyć będzie tak piękna, jak choroby. Wreszcie pojawi się sucha, a przez swoją lakoniczność uderzająca notatka z 28 maja 1959 roku: „Umarł dziś o godzinie dziewiątej i pół wieczorem” (t. 2, s. 290). Wcześniej były relacje pisarza z wizyty w Moskwie, opisana została rozmowa z Chruszczowem. Tamte zapiski przeplatały się z pełnymi niepokoju i zgrozy uwagami o umieraniu. Po tym krótkim, ascetycznym stwierdzeniu nastąpi cisza, kilka dni milczenia, dopiero potem zaczną się wspomnienia, ale zrazu zdawkowe, znów przeplatane bieżącymi zapiskami (np. o wizycie Erenburga na Stawisku), by z całą mocą wybuchnąć 24 października w długiej opowieści Śmierć Jurka (t. 2, s. 320–334).

Zwracam uwagę na dramaturgię i sposób prowadzenia tego wątku w dzienniku, żeby pokazać, jak w tekście rodzi się literackość. Po części w pełni świadoma – przecież pisarz nie mógł zapomnieć o formie. Po części jednak mimowolna, bo wyznaczona biegiem wydarzeń i wahaniem emocji: jest przecież przypadkiem czasowa sekwencja wydarzeń, jak rozmowy z Chruszczowem i doświadczenie śmierci bliskiego człowieka, a układa się to w opartą na kontrapunktach opowieść.

Natomiast opis śmierci Jurka (jak cała jego historia) włącza się w ciąg utworów od Brzeziny po Kochanków z Marony. Zmysłowe przedstawienie ciała z uwagą skupioną na szczególe, napięcie między klasycznym (posągowym) pięknem a przerażającą grozą śmierci („[…] patrzyłem na to nieruchome, bardzo piękne ciało, podobne do krucyfiksu ze słoniowej kości. Zbliżyłem się tuż do niego, powtarzając »Jurek, Jurek« – i palcem poskrobałem owłosioną nogę. Był bardzo, okrutnie zimny – jak lód” – t. 2, s. 332). Zwróćmy uwagę na przemyślne i dwuznaczne zestawienia figury i lodu, kości i ciała, piękna i zimna. To czysty estetyzm, zamiana doświadczenia w sztukę.

Dziennik jest więc drugim, równoległym dziełem. Po części tylko brulionem, szkicem dla nowych utworów. Bo w dużej mierze jest tym, co inaczej nie zostało napisane, gdyż nie mogło być inaczej napisane. Autor tak świadomy skończoności formy jak Iwaszkiewicz, posługuje się obcą mu w „oficjalnej” twórczości poetyką fragmentu. Tyle że z fragmentów i tak wyłania się całość – inna, odmiennie niż w podawanych do druku dziełach się objawiająca. Właśnie objawiająca, bo
nie skonstruowana, ani poddana konceptualizacji. To jest całość przepływającego, nieuchwytnego, a przecież ulegającego zapisowi życia.

Zapis życia jest jednak narracją, on je sobie podporządkowuje. W dwojaki sposób. Najpierw przemieniając je w opowieść. A następnie wciągając je w prawidła tej opowieści – czego przykładem właśnie historia Jurka Błeszyńskiego, która w życie weszła jak gdyby wprost z dzieł Iwaszkiewicza. To zadziwiająca dialektyka, może nawet przerażająca, bo jawnie pokazująca, jak bardzo snucie opowieści nie jest niewinne i jak silne jest sprzężenie zwrotne między tym, co przeżywamy, a tym, jak o sobie (choćby sami sobie w skrytości) opowiadamy.

Dziennik jeszcze w innym wymiarze stanowi alternatywę dla Iwaszkiewicza. To narracja, w której on opowiada siebie, nie kryjąc się za fabułą, fikcyjnymi postaciami czy liryczną umownością. Nie sposób ująć wszystkich aspektów prezentowanej w dziennikach osobowości, dlatego zwróćmy uwagę na cztery, zresztą pierwszoplanowe.

Najpierw Iwaszkiewicz osobisty, rodzinny. Niewątpliwie dziennik jest dla niego okazją do dokonania rozrachunku z prywatnością. W swoich zapiskach ujawnia liczne pretensje, żale, niechęci wobec bliskich i przyjaciół. Może upuszcza tu żółć, wyraża to, co na co dzień tłumione. Może. Dzienniki pełniłyby zatem rolę swoistego aktu autoterapeutycznego. Zarazem przecież są one jednak pewnego rodzaju listem do bliskich, w którym wyrażone jest to, co boli. Pisząc, autor musiał brać pod uwagę, że kiedyś ktoś z rodziny lub przyjaciół do tych zeszytów zajrzy. Tak więc to rodzaj dialogu, w którym odbiorca jest obecny, choć wydaje się odsunięty w dal, a raczej w przyszłość.

Pisarz, tyle miejsca poświęcając emocjom złym, opowiada nie tyle nawet o swoich pretensjach (owszem, wyraża je wprost, ale istotniejsze jest to, co je motywuje), ile o lękach, niepewności, nawet swego rodzaju zagubieniu. Powiedziałbym tak: czeka na uczucie, akceptację, może nawet na rekompensujący rozchwianie duchowe podziw, ale – w swoim odczuciu – nie dostaje ich. W domu jest – zaskakująco zwyczajny. A jeśli nie, to tylko w jednym wymiarze, jako opiekun. I to jest kolejna bolesna dla niego sprawa. Przytłacza go nadmiar obowiązków, równocześnie nie potrafi, nie chce, nie może się od nich uwolnić. I tutaj ujawnia się szczególny rys sytuacji życiowej Iwaszkiewicza. Otóż wszedł on w rolę gospodarza i patriarchy. Rolę, w której – z jednej strony – czuł się bardzo dobrze, zresztą w pewien sposób przeniósł ją do życia publicznego, bo gospodarzem i patriarchą czuł się, gdy był redaktorem czy prezesem. Z drugiej jednak strony – ona mu ciążyła. Wiele spraw przyziemnych, podejmowanie mnóstwa decyzji, odpowiedzialność. I władza – zawsze (w jego odczuciu) kontestowana – nad niemal samymi kobietami!

W tym kontekście erotyka jest podwójnie intymna, wstydliwa i niejawna. Po prostu jako erotyka – patriarcha i gospodarz o łożu nie opowiada. W przypadku Iwaszkiewicza sprawa jest jednak dodatkowo skomplikowana, bo erotyka w większej mierze ma charakter homoseksualny. Wspomniałem o powolnym, stopniowym otwieraniu się narracji na historię związku z Błeszyńskim. To przecież nie znaczy, że erotyka w dziennikach jest wstydliwie schowana. Ona – zrazu tylko przez sugestie, niekiedy przez niedopowiedzenia lub pobudzające domysły sygnały – jest od początku. Można czytać ten tekst, szukając w nim śladów przeżyć erotycznych. Istotniejsze od dopowiedzeń i jakichś rzekomo pewnych ustaleń jest jednak dostrzeżenie wyraźnej gry, jaka się tu toczy. Gry w ekshibicjonizm i wstyd, jawność i stłumienie, mówienie wprost i operowanie aluzją lub zgoła znaczącym przemilczeniem. Skoro dziennik jest tekstem alternatywnym, to po części przecież powinien pełnić funkcję terapeutyczną, powinien pozwalać wyrzucić na zewnątrz to, co najgłębiej skrywane. Tymczasem tak nie jest – okazuje się, że pisanie o intymności wcale nie bywa łatwe. Nie ma odpowiedniego języka? Właściwej formy? (Nieodmiennie grozi wulgaryzacja przeżycia, o czym autor wielokrotnie napomyka). A może paraliżuje wstyd przed sobą samym? Lub strach przed czyjąś niepowołaną lekturą?

Dlatego tak ważna wydaje się tu opowieść o uczuciu do Jurka Błeszyńskiego. Iwaszkiewicz zarówno przełamuje tu swój lęk przed mówieniem o przeżywanej przez siebie erotyce, jak odnajduje właściwy język. Tyle że robi to, wykorzystując swoje własne doświadczenie literackie – estetyzuje przeżycie.

Bo estetyka stanowi dla niego równie ważną co erotyka przestrzeń intensywnego przeżycia (a właściwie obie się na siebie nakładają i w istocie nie sposób ich od siebie oddzielić). To trzeci mocno w dziennikach eksponowany aspekt osobowości pisarza. Poniekąd oficjalny, publiczny, bo – poprzez swoją twórczość – w świadomości czytelników funkcjonował (i funkcjonuje) głównie jako ktoś, kto zdaje relację z piękna. Piękna sztuki, natury, życia. Choć to chore piękno, jak to w estetyce modernistycznej. Naznaczone skazą lęku, cierpienia, śmierci, niedoskonałości, zła.

Iwaszkiewicz w dziennikach opisuje swoje fascynacje malarstwem, poezją, muzyką. Ale też pejzażem, drzewami, rozgwieżdżonym niebem. To jest ta sfera intymności, która dzięki twórczości znajdowała swój publiczny wyraz. Tutaj jest ona może intensywniej, czy bardziej na gorąco, bezpośrednio pod wpływem wrażeń zapisywana. Pod tym względem dzienniki to szkicownik. To laboratorium języka opisującego piękno. Iwaszkiewicz całym sobą wchodzi w rolę artysty, estety, pięknoducha. To jego główna rola publiczna.

Czwarty aspekt jego osobowości również dotyczy sfery publicznej, ale w innym wymiarze: Iwaszkiewicz uwikłany w politykę. Dotyczące tych spraw fragmenty mogą najbardziej zastanawiać, bo… zaskakują przez to, że nie mają czym zaskakiwać. Często po lekturze prywatnych zapisków osób publicznych oczekuje się plotek, ujawnienia drugiego dna polityki, gier zakulisowych, a zwłaszcza „prawdziwego” (czyli odmiennego od tego, który znany był z oficjalnych przekazów) tych osób wizerunku. W tym wypadku okazuje się, że Iwaszkiewicz prywatny nie tak bardzo się różni od Iwaszkiewicza oficjalnego. Owszem, pisarz przedstawia barwne portrety niektórych postaci z pierwszej politycznej linii (np. Chruszczowa), ale nie ujawnia siebie jako kogoś myślącego w sposób zasadniczo odmienny, niż to prezentował publicznie. Szczególnie ciekawe wydają się dwie sprawy. Najpierw jego stosunek do emigracji. W latach 50., w samym apogeum stalinizmu, nie miał najmniejszych wątpliwości co do słuszności dokonanego wyboru pozostania w kraju, co przecież łączyło się z uległością wobec ówczesnej władzy; mało powiedzieć uległością – przecież to była świadoma współpraca. Zaskakuje, że nic nie zaskakuje: pod tym względem u Iwaszkiewicza nie ma dwójmyślenia, nie ma strategii Ketmanu, ale nie ma też naiwnego zauroczenia ideologią. Jest chłodny pragmatyzm: miejsce polskiego pisarza to kraj, a jego zadanie to chronienie i rozwijanie kultury. Nie ma u autora dzienników wątpliwości ani natury politycznej, ani moralnej. Jest za to usilne (w dzienniku intymnym!) przekonywanie samego siebie do słuszności wybranej drogi politycznej. Może w tym właśnie zawiera się jednak jakieś pęknięcie.

Przecież z im większą siłą, odczuwając natręctwo, a może nawet obsesję, wracamy do jakiegoś tematu, tym bardziej te powroty świadczą o naszej niepewności. Niepewność (co do własnej osoby, swoich uczuć, twórczości) wydaje się szczególnie istotnym rysem osobowości pisarza. Może zatem i poprzez nią można czytać jego zaangażowanie polityczne. Nie tylko niepewność dotycząca sensu dokonywanych wyborów, ale i wieloraki lęk – tak przed grozą historii, cierpieniem, które może przynieść wojna (stąd chyba szczere, ale jakże naiwne zaangażowanie w sterowany przez Moskwę ruch pokoju), jak i przed utratą zyskanych od władz komunistycznych przywilejów (z najważniejszym – przywilejem podróży).

Spotkania z emigrantami, korespondencja z nimi uwierają. Może poruszają jego sumienie, a może na odwrót (to akurat jest wprost wyrażane, choć możemy być nieufni wobec takich deklaracji) irytują go, bo nie potrafi lub nie chce przyjąć ich punktu widzenia. Niepewność, jak często, skutkuje nadmiarem eksponowanej pewności, a może nawet niekiedy arogancją. I szczególnego rodzaju konsekwencją, gdyż z trudem przychodzi człowiekowi weryfikacja przyjętych założeń, ich podważenie mogłoby oznaczać upadek całej konstrukcji, na której opiera się postawa życiowa. Nie inaczej u Iwaszkiewicza. Z trudem mu przychodzi zmiana perspektywy patrzenia na politykę. Rok 1956 – to jest druga ciekawa sprawa – przejmuje go niesmakiem, bo u tych, którzy krytycznie oceniali lata stalinowskie, dostrzega właśnie niekonsekwencję, koniunkturalizm, nieumiejętność dokonania oceny sytuacji. W swoich intymnych zapiskach broni nawet Bieruta! (Skądinąd nie jest w tym odosobniony, bo w tym samym czasie z pewną sympatią, choć oczywiście nie bez rezerwy, o Bierucie prywatnie pisze też… kardynał Wyszyński).

O wyborach politycznych Iwaszkiewicza sporo pisano, trudno o jednoznaczną ich ocenę. Dzienniki pokazują, że były one mocno przeżyte. Pewnie oprócz emocji i przemyśleń dużą rolę odegrały w nich wspomniane wyżej inne aspekty osobowości pisarza. Po części potrzeba patriarchalnej opieki nad dziedzictwem kultury, po części konieczność kompensacji niepewności i lęków (dodajmy jeszcze kompleks przybyłego do stolicy prowincjusza, upokorzenie jako tego spośród skamandrytów, który jakoby uważany był za gorszego), w jakiejś mierze uwikłanie w związki homoerotyczne, które przecież w tamtej epoce budziły podejrzenia, a wiedza o nich dla władz była mocną kartą w rozgrywanym przez nie pokerze, wreszcie estetyzm, który domagał się obrony przed barbarzyństwem, a któż lepiej przed nim obroni jak nie władza (cóż że sama barbarzyńska).

Można szukać różnych przyczyn. Bo skoro najmniej przekonujące są te wprost nazwane i w dzienniku wyeksplikowane… Może pisane po to, żeby siebie samego przekonać, a może – kto to wie – pisane dla ewentualnego niepowołanego czytelnika z tajnej służby, który zechciałby przejrzeć duszę i umysł pisarza, gdyby ten jednak wpadł w niełaskę. Przy czym ta ostatnia motywacja niekoniecznie musiała być uświadomiona. Przecież każdy dziennik jest elementem gry z wewnętrznym cenzorem, a jaki ten cenzor, zależy od czasów, osobowości piszącego, przyjmowanych konwencji.

*

Dzienniki Iwaszkiewicza pokazują dramat pisarza modernistycznego. Rozdartego między życiem a twórczością (więcej: między afirmacją jednego i drugiej), pogrążonego w niepewności co do własnej podmiotowości, a zarazem maskującego tę niepewność przyjmowanymi rolami (wielkiego pisarza, pisarza pełniącego misję, estety itd.), kreującego siebie, a równocześnie będącego wytworem konwencji, broniącego niezależności i uwikłanego w życie publiczne…

Bezwstyd autora wydaje się błogosławiony, bo dzięki niemu mamy wgląd w intymność człowieka nowoczesnego.

Krzysztof Biedrzycki

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas