poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAGDALENA RABIZO-BIREK
Świetliste gry miłości i śmierci
Dekada Literacka 2011, nr 1-2 (224-225)
Ewa Lipska
Pogłos
Wydawnictwo Literackie
Kraków 2010

Obszerny „sekwens” literackich dokonań Ewy Lipskiej z pierwszej dekady XXI wieku puentuje wydany w połowie 2010 roku tomik Pogłos. Pojawił się po bardzo dobrze przez krytyków przyjętym zbiorze Pomarańcza Newtona, w którym poetka wyraziła zaniepokojenie przyszłością cywilizacji, krytykowała kierunek jej rozwoju, zubożenie duchowe ludzkości, manifestujące się w upadku sztuki i malejącym znaczeniu dorobku kultury, zwracała uwagę na degradację przyrody, pisała o niekończących się wojnach i gigantycznych katastrofach naturalnych. Wszystkie te, ukazywane przez nią z werwą biblijnych proroków plagi XXI wieku nasuwały skojarzenia z obrazami z apokaliptycznych ksiąg, zapowiadającymi kres dziejów i rychłe nadejście Mesjasza. Katastroficzne przesłania wyłaniały się z wierszy, jak zawsze w poezji Lipskiej, bogatych w wieloznaczne metafory, ironicznych, pisanych w postawie dystansu – bez rozdzierania szat i szafowania emocjami, celnie, ostro i przenikliwie. Swe diagnozy poetka podawała czytelnikom „bez znieczulenia”, być może po to, by obudzić z letargu, skłonić do refleksji, zainspirować do przedsięwzięcia działań ratunkowych.

Wydarzenia ostatnich dwóch lat zdawały się potwierdzać intuicje zawarte w Pomarańczy Newtona. Rozmaite katastrofy następowały jedne po drugich, ba – wydarzały się w tym samym czasie w różnych miejscach globu i nie omijały Polski, jakby ktoś ponad nami (Bóg, los, anonimowe siły wyższe) postanowił zakpić sobie z ludzkich snów o potędze, panowaniu nad naturą, mocy naszych wynalazków, nadziei na zbudowanie lepszego, bardziej humanistycznego porządku świata. Z ciekawością, ale i pewnym niepokojem oczekiwałam na nowy tomik poetki. Jakie wiersze powstaną po „saturnicznym”, pesymistycznym zbiorze? Ewa Lipska zaskoczyła mnie – aura emocjonalna Pogłosu okazała się zadziwiająco jasna, wręcz optymistyczna. Choć ramę precyzyjnie skonstruowanego tomiku tworzą dwa krytyczne wiersze o współczesnej Polsce: Mówię do mojego kraju i Mój kraj, dominują w nim utwory miłosne. To właśnie od tych kilkunastu utworów, w których w różnych kontekstach  pojawia się słowo „miłość”, zdaje się bić ta odczuwana przeze mnie podczas lektury tomu jasność. Ciepłe światło, echo lub „pogłos” pozytywnej akceptacji tej wartości istnienia promieniuje także na inne, zdecydowanie mniej optymistyczne wiersze tomu.

Ewa Lipska jest poetką miłości dojrzałej, która przeszła próbę czasu, otrząsnęła się z burzy zmysłów, dawno wyrosła ze stanu zakochania i zmieniła w czułą przyjaźń, przyjemność przebywania we własnym towarzystwie, „dobre” przyzwyczajenie, w którym kochankowie są sobie niezbędni i przy naturalnej odmienności, wynikającej z różnicy płci i osobowości, tworzą jednak coś na kształt platońskiej, choć dalece niedoskonałej Jedni. Poetka chętnie przyznaje, że dla opisania tej odmiany miłości nawet doświadczonej mistrzyni poezji brakuje odpowiednich słów. W żartobliwym portrecie pary o długim stażu, której bycie razem wyjaśnia „wadami wzroku”, napisała: „W krótkowzrocznych objęciach / on i ona. Każde w swoim stylu. / / On: trener uczuć [ … ] Kocha jej wadę wzroku [ … ] Ona: głosuje na partię gołębi. / [ … ] Kocha trenera uczuć. / / Patrzę jak wychodzą / z miłosnej piekarni / Spuszczam ze smyczy poezję. / Nic tu po niej”. Oczywiście to stwierdzenie bezsilności poezji wobec fenomenu miłości jest nieco kokieteryjne; wszak pojawia się w puencie wiersza i jak wspomniałam – w tomiku dominują wiersze o miłości.

Późna, dojrzała miłość ma swoje niepokoje i zagrożenia. Kochankowie nie boją się już zdrady i wygaśnięcia uczuć, natomiast lękają nadciągającej nieuchronnie śmierci. Ewa Lipska od czasu poetyckiego debiutu konsekwentnie ukazuje ludzkie istnienie po Heideggerowsku – jako Bycie‑ku‑Śmierci. Zatem także wyłaniający się z liryków Pogłosu wizerunek miłości jest, parafrazując metafory poetki, „podszyty” eschatologicznymi niepokojami, niekiedy kontrastowo zderzony z obrazami zaświatów. Tak dzieje się w pierwszych strofach wiersza Co jakiś czas:

Co jakiś czas wraca miłość i
niewidome noce podczas których
możemy liczyć jedynie na dotyk.

Co jakiś czas ta sama hotelowa restauracja.
Stół nakryty pościelą. Zbiegły z zaświatów
Oddech na twarzy kelnera.

Co jakiś czas ktoś grzebie w kieszeniach
naszej śmierci. W lęku który
drze się jak ptak na ostrym dyżurze.

W innych wierszach tomu Pogłos przeczytamy: „Tyle lat razem. Nawet po godzinach życia”, „Umierali na te same pytania”, „czterolistna blizna po szczęśliwym życiu”, „Czas będzie się zdarzał coraz rzadziej. / Będzie coraz krócej. Coraz mniej. / / Więc wyjmij z torebki naszą miłość. / I pospiesz się. / Strzęp ultramaryny / zapowiada że zdążymy na uśmiech” (Razem, Martwa natura). Całująca się w parku para zakochanych, uwieczniona na zdjęciu w albumie, upodabnia się w oczach poetki do nagrobnej rzeźby, park – typowa sceneria miłości – przypomina cmentarz: „Oni w bezruchu. Kamienny pocałunek. / Jak słowa to w języku cyprysów” (Album). W wierszu Balkon pojawia się aforyzm, który jak gdyby podsumowuje refleksje poetki na temat tajemniczych, mocnych i czasami „niebezpiecznych” związków między poezją, śmiercią i miłością: „Wierzyliśmy w dobroczynność języka / i w śmierć która była / tylko innym rodzajem miłości”.

Zatem także w tym „jasnym” tomie Ewa Lipska nie zapomina o przemijaniu i eschatologii. Choć jednak słowo „śmierć” i związane z nim etymologicznie obrazy, sformułowania i pojęcia są w Pogłosie wszechobecne, odnoszę wrażenie, że tym razem nie dominują i nie mają ostatniego słowa. Poetka dziś wydaje się mówić o śmierci tak, jak jej mistrzyni i przyjaciółka Wisława Szymborska, czyli… „bez przesady”. Lekami na lęki i niepokoje, a także remedium zabezpieczającym przed sentymentalizmem i banałem, zagrażającym zwłaszcza wierszom miłosnym, są w tomie: poczucie humoru, ironia oraz błyskotliwe koncepty. Miłosne wiersze tomu można by także nazwać satyrami na miłość. Weźmy jako przykład programowy utwór Miłość, a w nim zestaw nowatorskich
i zabawnych pomysłów na definicje tytułowego fenomenu:

Jest z narodu wybranego
I posługuje się językiem
Wysokiego napięcia.

W Bibliotece Narodowej
powala nawet
nieoczytane książki
[ … ]
A kiedy cię dopadnie
staraj się być w domu.
Albo coś w tym rodzaju.
Byleby się spotkać.

Można, jak mi się wydaje, powiedzieć, że Ewa Lipska odkrywa w miłości jej aspekty ludyczne, ukazuje poczucie humoru jako integralny i niezbędny składnik miłości dojrzałej, że – innymi słowy – mówi nam swymi miłosnymi lirykami: „kto kocha dojrzale, ten śmieje się w miłości i z miłości”.

W Pogłosie zwraca uwagę powrót po kilkunastu latach nieobecności dwojga bohaterów, których poetka powołała do istnienia w cyklu próz poetyckich włączonych do tomu Ludzie dla początkujących (1997). Pan Schmetterling i Pani Schubert to związana odwiecznym uczuciem para Austriaków należących do starszego pokolenia. Postacie te pojawiły się w austriackim okresie życia Ewy Lipskiej, kiedy w ostatniej dekadzie XX wieku mieszkała i pracowała w Wiedniu. Zawiązała tam przyjaźnie, polubiła miasto i kraj, do którego, jak mi kiedyś powiedziała, często „ucieka” z Krakowa, zwłaszcza wtedy, gdy zmęczy ją nasze piekiełko: bałagan w życiu codziennym, gospodarce i w ludzkich głowach, niekończące się polityczne waśnie, spory i konflikty. Emocjonalny, często krytyczny stosunek do polskich spraw zawsze wyrażała w poezji i właściwie w każdym jej tomie są wiersze o „moim kraju”, jak konsekwentnie nazywa Polskę, unikając zarówno wielkiego i niekiedy nadużywanego w polskiej literaturze słowa „ojczyzna”, jak i tak często pojawiającego się w narzekaniach Polaków sformułowania: „ten kraj”. Fraza „mój kraj” (przyswojona być może za pośrednictwem Mojej piosnki II Norwida, tak bliskiego pokoleniu Nowej Fali, do którego poetka należy) wyraża jej osobisty stosunek do Polski – serdeczny i rodzinny, mówi bowiem o niej jak o kimś bliskim, unika zaś bezkrytycznej, idealizującej czołobitności, jaka cechuje wyznawców „religii” ojczyzny.

Nie jest też tak, że krytykuje Polaków i jako przykład dla nich podaje doskonałe „austriackie porządki”. Wręcz przeciwnie – za Thomasem Bernhardem, którego prozę „czyta” (bez zrozumienia) Pan Schmetterling – odsłania miejsca ciemne w charakterze narodowym Austriaków oraz w ich historii. Sympatyczny Pan Schmetterling (jego nazwisko znaczy Motyl), który kocha operę i Panią Schubert, jest synem hitlerowskiego oficera i w obliczu procesu jednoczenia się Europy z trudem ukrywa swoje poczucie wyższości oraz obawę przed słowiańskimi sąsiadami (Pan Schmetterling zastanawia się nad zjednoczoną Europą). Poetka podsumowała stosunek Bernharda do Austrii retorycznym pytaniem: „Z jaką miłością można nienawidzić ten kraj [ … ] ?” (Pan Schmetterling czyta Thomasa Bernharda). I choć skrajnie niebezpieczne, niszczące uczucie nienawiści jest jej postawie zupełnie obce, to zwłaszcza w powieści Sefer ukazuje i piętnuje cały szereg zjawisk, których w Polsce i w Polakach „nie lubi”. W otwierającym Pogłos wierszu doradza zatem „swojemu krajowi”: „wyprowadź się / wyjedź. / Bądź przez moment / cudzoziemcem”. Między wierszami z ostatniego tomiku a ukazującą Polskę z perspektywy austriackiego psychoanalityka powieścią Sefer odnajduję wiele zbieżności.

Ewa Lipska podkreśla, że polskim pisarzom, czy szerzej – polskim intelektualistom – bardzo jest potrzebne przyjęcie perspektywy „cudzoziemca”, która nie tyle uczy obiektywizmu, ile zachęca do porównań, odświeżającej odmienności spojrzenia, bezinteresownej ciekawości, pozwalającej dostrzec we własnym kraju to, co „dziwne”, „odmienne”, „piękne”, „dobre”, ale też – „brzydkie”, „naganne”, „gorsze” lub „gorszące”. Wpisany w Pogłos cykl poetyckich listów Pana Schmetterlinga do Pani Schubert jest ważny także dlatego, że to właśnie z jednego z nich pochodzi intrygujący tytuł tomiku. Kiedy jeszcze nie znałam wierszy z tomu, a jedynie tytuł, wydawało mi się, że to metaforyczne określenie może odnosić się do poezji, literatury czy sztuki, która zawsze stanowi „pogłos” bytu, jest to zatem jakby ironicznie zabarwiona, poetycka nazwa dla kategorii mimesis. Po lekturze tomu metaforyczne znaczenia tego słowa zmodyfikowały się w moim odbierze i ukonkretniły.

W poetyckim liście do Pani Schubert, który dał tytuł zbiorowi, Pan Schmetterling wyznaje, że cierpi na „nie leczony, chroniczny pogłos” i nie może „wytłumić powracającej przeszłości”. Kreując metaforę „pogłosu”, Ewa Lipska wskazuje na głębokie źródła sztuki: indywidualną i gatunkową pamięć, której patronuje grecka bogini Mnemosyne. Diagnozuje także kondycję współczesnej kultury, która wydaje się zaledwie „pogłosem” jej dawnej mocy oczarowywania i wpływania na ludzi – zmierzającym ku ciszy, głuchym oddźwiękiem mechanicznych urządzeń. Natomiast artysta, któremu dokucza „nadmiar ludzkości”, jak dzieje się to w wizji Pana Schmetterlinga, jest „błaznem Rigoletto”, śpiewającym samotnie, przy pustej operowej widowni. Nie tyle nawet śpiewającym, ile udającym śpiewanie, jak w tak zwanym playbacku: „Otwieram usta / i przekręcam w gardle kontakt”.

Oczywiście, jak zawsze w poezji Ewy Lipskiej to ostatnie zdanie jest wieloznaczne – bo przecież Pan Schmeterling jako błazen Rigoletto nie naciska guzika z napisem „play”, ale przekręca kontakt, czyli zapala lub gasi światło. Na zakończenie swoich uwag o tomiku Pogłos wracam zatem do wyjściowej refleksji i z kilku możliwości interpretacji, jakie proponuje mi poetka, wybieram tę, która wspiera wrażenie pogodnej jasności, jakie powstało we mnie podczas lektury tomiku. Sztuka, a zwłaszcza poezja bywa źródłem światła – w wielu znaczeniach, które w tradycji kultury konotuje to piękne słowo.

Magdalena Rabizo‑Birek



 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas