poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MICHAŁ PIĘTNIEWICZ
Podróż do kresu rozpadu
Dekada Literacka 2011, nr 1-2 (224-225)
Andrzej Stasiuk
Dziennik pisany później
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2010

Andrzej Stasiuk wydał kolejną książkę. Po Taksimie, który miałem przyjemność recenzować w „Arcanach” (nr 95), przyszedł czas na książkę bardziej „intymną”, osobistą. Taksim był powieścią drogi, moim zdaniem – nieudaną. Andrzej Stasiuk zdaje się sprawdzać w formach, które łączą w ciekawy sposób rodzaj autobiografii wewnętrznej ze specyficznym, oryginalnym i niepowtarzalnym widzeniem świata. Stasiuk jest pisarzem, który (tak, to prawda), usilnie zdaje relację z własnych przeżyć, pisze o tym, co mu się przydarzyło, ale uruchamia przy tym istotny kontekst, jakim jest liryczne, poetyckie widzenie świata.

Takim pisarzem był w Jadąc do Babadag (książka otrzymała Nagrodę Nike), takim pisarzem był w Fado. Z kolei Dukla, najlepsza chyba proza Stasiuka, zdaje relację z „czarnego świata”, w którym cień – głębokiej czarnej nocy – miesza się niekiedy z nielicznymi przebłyskami światła. Dukla jest piękną, poetycką opowieścią o próbie utrwalenia świata, który się rozpada, który w zasadzie niemożliwy jest do scalenia przy pomocy narracji – stąd właśnie przebłyski światła w nocy, która jednak ostatecznie wszystko pochłania i nie daje nadziei na utrwalenie i zapamiętanie.

W Dzienniku pisanym później pisarz pozostaje wierny swojej najlepszej cesze – to jest zapisywaniu świata, zdawaniu relacji z jego widzenia. Stasiuk pozostaje także tym Stasiukiem z Jadąc do Babadag – to znaczy pisarzem, który jest wierny miejscu. Znowu podróżuje – tym razem przez Albanię, kraje bałkańskie, Kosowo, Serbię, kraje byłej Jugosławii; ostatnią, trzecią część, poświęca Polsce.

Pierwsze słowa tej książki ze strony 7 brzmią: „I znowu tu przyjechałem. Znowu czuję smród ścieków i płonących śmieci. W nocy spadł wielki deszcz i o świcie między domami stoi żółtawa, mulista woda. W ulicznych rozlewiskach bawią się dzieci. O siódmej rano zaczyna się upał. Właściciele knajp i sklepów spłukują syf z chodników na jezdnie. Wszędzie stoją krzesła i zaraz przyjdą faceci, żeby przesiedzieć cały dzień. Obejmują się i całują, jakby nie widzieli się Bóg wie jak długo, ale przecież siedzieli tutaj w tym samym składzie minionego wieczoru. Nic się nie zmienia”. Nic się nie zmienia w krajobrazie, który Stasiuk ogląda, doświadcza. Wciąż trwa on w stanie nieustającej atrofii, rozpadu. Autora Dziennika… nie interesuje świat, który jest „silnie obecny”, monumentalny, który potrafi szczycić się swoją hieratyczną pomnikowością i majestatem przeszłości. W tego typu miejscach bowiem – w miejscach okazałych, za którymi stoi prężność pracy pokoleń, rzeźbiona w monumentalnym trudzie historia, w miejscach takich jak Rzym czy Nowy Jork – nie ma miejsca na tajemnicę. A Stasiuk usilnie szuka w miejscach, które wciąż uparcie odwiedza, czegoś, co może ujawnić się jako peryferyjne, marginesowe, wyklęte przez oficjalny nurt historii, bytujące pokątnie (trochę jak w świecie Brunona Schulza). Szuka zatem tego, co ułomne, co zawieszone pomiędzy bytem a nicością. Szuka rzeczywistości, której status ontologiczny jest niejasny, dwuznaczny, kaleki (blisko tu zatem do obsesji Bolesława Leśmiana): „Nie miałem innych snów, tylko Sarajewo, Bajram Curri albo spalone domy gdzieś na bośniackiej granicy. I nawet jak gdzieś w ogóle nie było wojny, to i tak w snach czułem niepokój. Przywoziłem go ze sobą. Po prostu przesiąkałem nim. Bo niepokój wypełnia tamte strony, snuje się w powietrzu, można się nim zaciągnąć jak dymem z papierosa. Tam wszystko jest kruche. Zaraz się rozpadnie.

Bo nawet jeśli nie wojna albo kolejna secesja, kolejny podział, kolejna wolność i niepodległość, to po prostu czas, paranoja zmian i obłęd tego, żeby było jak wszędzie – podłożą dynamit i wypierdolą w powietrze całą przeszłość i teraźniejszość”.

Inną cechą, która przybliża Stasiuka do Schulza – przy całej oczywiście różnicy obu poetyk – jest zamiłowanie do „regionów wielkiej herezji”. Autor Dziennika… również szuka tego, co spoczywa na obrzeżach kultury, co jest wyklęte, niejako odszczepione i odklejone od poprawnej tkanki świata. Nie jeździ tam, gdzie jeździ większość Europejczyków – do kolebek cywilizacji, do centrów kultury. Stasiuk podróżuje do takich miejsc, w których pracuje jego wyobraźnia. Tak upodobania tłumaczy sam pisarz: „Całe te Bałkany były heretyckie. Jak jakaś sekta. Europejska jedność to tylko gadanina. Na Wschodzie schizma, na Południu herezja. Tylko na Zachodzie europejska ortodoksja. Tak to wygląda. Możecie sobie uważać, że jeżdżę na safari, że uprawiam »orientalizm«. Jeżdżę, ale nikogo nie pouczam. Nie odczuwam żadnej wyższości. Czasami mnie tylko wkurwiają. Tak samo jak Polacy, Niemcy, jak bladzi Holendrzy podobni do tamtych na promie. Po prostu. Ale nigdy nie ciągnęło mnie do Holandii. Chociaż wielu uważa, że powinno. Że jak barany powinniśmy tam jeździć i się z tęsknym podziwem przyglądać. Albo kontemplować jako część wspólnego dziedzictwa. Akurat. Nic tam nie czuję. Oglądam kształty. Porównuję ceny w knajpach. Podobają mi się samochody. Lecz gdy próbuję sobie wyobrazić jakąś historię, jakąś opowieść, która mogłaby się tam zdarzyć, nic nie przychodzi mi do głowy. Ponieważ jestem kundlem, ponieważ jestem z innych stron, ponieważ nie chcę niczego udawać. Ponieważ jestem mieszkańcem Wschodu i Zachodu. Dlatego wybieram te heretyckie kraje. Tych odszczepieńców, którzy od czasu do czasu wabią światowe telewizje zapachem krwi”.

Za tego rodzaju sposobem podróżowania, za tego rodzaju optyką stoi pewna filozofia. Stasiuk rozpisywał ją w swoich licznych książkach, unikając jednak spoistego wykładu. Nie jest bowiem pisarzem, któremu zależałoby – jak Leśmianowi czy Schulzowi – na dyskursywnym wyłożeniu filozoficznych poglądów. Stasiuk filozofuje na swój własny, artystyczny sposób – może intuicyjnie czuje, że jego wyobraźnia powinna być niekiedy poparta jakimś zdaniem wyjaśniającym, usprawiedliwiającym taki, a nie inny typ widzenia. Dlatego przyznaje się do swojej linii manichejskiej, heretyckiej, umożliwiając tym samym nieudolnemu krytykowi opisanie zasadniczych rysów tej filozofii: „Czasem wydawało mi się, że manichejska herezja powinna być religią całych Bałkanów. Bałkany i tak nie uznawały rzeczywistości. Wolały sobie wyobrażać, jak powinno być [ … ]. Tutaj wszystko pachniało herezją. Manicheizm byłby wyjściem. Byłby czwartą, wielką religią kontynentu. Od Tirany, albo nawet Sołunia aż, powiedzmy, po Warszawę. Ta myśl nie daje mi spokoju”.

Czy Stasiuk jest zatem pisarzem także religijnym? Tak. W Dzienniku pisanym później religijność ta staje się bardziej tropem społecznym, ale nie pozbawionym również indywidualnych rysów. Stasiuk jest religijny w tym sensie, że szuka usprawiedliwienia i sankcji dla swojej wizji. Jego religijność musi więc być ściśle powiązana z jego wrażliwością, wyobraźnią, sposobem widzenia świata – powinna pozostać wierna doświadczeniu dziwności, peryferii, marginesów.

W trzeciej części Dziennika…, która jest poświęcona w całości Polsce (zaopatrzona została w motto z pism Emila Ciorana: „Trzeba mi chyba całego życia, bym przywykł do myśli, że jestem Rumunem”), Stasiuk pisze między innymi tak: „Stałem maleńki w głębi nawy. Wszystko było większe. Stałem i zastanawiałem się, co Matka Boska ma pod biało‑niebieską sukienką. Dzięki temu mogłem przetrwać te wszystkie godziny. Myślę, że wszyscy się zastanawiali. Myślę, że najbardziej zastanawiali się księża. Przecież nie dało się inaczej. Nie dało się żyć wśród kobiecych wizerunków, wśród matriarchalnych bóstw, nie zastanawiając się, co mają pod spodem. Tak. Matka Boska w zupełności wystarczała. Wcieliła się w mój kraj, a mój kraj wcielił się w nią. Cały ten udawany monoteizm to było tylko zawracanie głowy. Tak naprawdę wystarczała ona sama, święci i błogosławieni. Żaden Bóg nigdy tu nie był potrzebny, tylko dziesiątki, setki świętych unoszących się w powietrzu jak duchy, plus ich bogini. Kości pod ziemią, duchy w powietrzu. Królowa Polski. Żydówka”.

Pozwalam sobie ponownie na dłuższy cytat, by wskazać, jak silne jest Stasiukowe poszukiwanie swoistego nieoficjalnego nurtu w kulturze. Interesuje go to, co pod spodem, co pod skórą świata – jego narrator pragnie zbliżyć się do tajemnicy (heretyckiej, wyklętej). Cytowany fragment można by zestawić zasadnie z fragmentem recenzji Schulza poświęconej Ferdydurke, w której pisał między innymi: „Podczas gdy pod powłoką dorosłych, o f i c j a l n y c h   form oddajemy cześć wyższym, wysublimowanym wartościom, nasze istotne życie odbywa się pokątnie i bez wyższych sankcyj w tej brudnej rodzimej sferze, a ulokowane w niej energie emocjonalne są stokroć potężniejsze, niż te, którymi rozporządza chuda  w a r s t e w k a   o f  i c j a l n o ś c i ”. Tym samym nieudolny krytyk może ponownie usłyszeć w cudzym słowie podpowiedź, na jakich zasadach i w jakich rejonach powinno odbywać się czytanie Dziennika…

Wreszcie, powien już bardzo prosto – Stasiuk jest także pisarzem, który szuka Boga, jakiejś Obecności w krajobrazie, który wybrał na pracę swojej wyobraźni – a więc przypomnijmy: krajobrazie rozpadu trwałych form, fragmentacji materii, jej atrofii i rozproszenia, krajobrazie, któremu blisko wciąż do niebytu. W tych właśnie pustych krajobrazach narrator Stasiuka wyraża jasno pragnienie Jego obecności: „Czerwone słoneczko znikało za wysokim horyzontem wzgórz i opuszczało te strony, by świecić na inne kraje przylepione do ziemskiej krzywizny. Tam też stawiano jakieś znaki i oświetlała je elektryczność. Tak wielkie, że widziane z kosmosu. Ponieważ nie wiemy, czy Jego wzrok kiedykolwiek dotknie tych stron. Wracałem do domu tysięczny raz z tym samym uczuciem, że jadę przez coś w rodzaju pustyni i muszę opowiadać historie, muszę przywoływać obrazy, by nie zbłądzić, by dotrzeć do celu. Pod wielkim niebem, z tymi opowieściami, które są jak wątłe ognie w nocy na równinie, gdy wieje wiatr. Nic więcej nie mogłem zrobić. Nic”. Stasiuk wydał kiedyś książkę Jak zostałem pisarzem. Próba autobiografii intelektualnej. Była to chuda książeczka opowiadająca o życiorysie początkującego pisarza, trampa, zawadiaki, trochę wałkonia, który specjalnie nie uczył się i miał inne, ciekawsze rzeczy do roboty. Przekorny tytuł wskazywał na zabawę z czytelnikiem. Dziennik pisany później wydaje się w pewnym stopniu nawiązaniem do tej książki sprzed kilkunastu lat, ale ‑ co właśnie istotne – jest pisany „później”, przez pisarza dojrzalszego, z ukształtowaną wizją świata i artystycznym światopoglądem, który w sposób o wiele bardziej zasadniczy, poważny szuka swojego miejsca w świecie, nie bojąc się przy tym pytać o sprawy najważniejsze. Geografia świata jest tutaj
istotnym przyczynkiem do geografii duchowej, a więc o wiele poważniejszej „zabawy” i gry. Z gry tej, dodajmy, Andrzej Stasiuk wychodzi tym razem zwycięsko.

Michał Piętniewicz

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas