poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
DOROTA SIWOR
Przez Bałkany do Polski, do siebie
Dekada Literacka 2011, nr 1-2 (224-225)
Andrzej Stasiuk
Dziennik pisany później
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2010

Narrator nowej książki Stasiuka uprzedza już na wstępie malkontenckie uwagi mniej lub bardziej zawodowych czytelników – będzie o tym samym, co zwykle; mówi: „I znowu tu przyjechałem”, a dalej „Znowu tu jestem”. O tym samym, może nawet tak samo, ale czy to samo? Przyznam, że dłuższy czas w trakcie lektury myślałam, że niewiele się zmieniło. Tak jednak nie jest. Zacznijmy od początku. Przede wszystkim Stasiuk już w tytule zawarł charakterystyczną aluzję literacką. Dziennik pisany później przypomina oczywiście ze względu na układ frazy Dziennik pisany nocą Gustawa Herlinga‑Grudzińskiego. Przez jawne przekroczenie reguł klasycznego dziennika – który, jak wiadomo, pisany ma być na bieżąco, a nie później – nawiązuje do Dziennika Witolda Gombrowicza, łamiącego demonstracyjnie ramy gatunku (1). I wreszcie – w dorobku autora znajdujemy ważny tekst, od którego właściwie rozpoczyna się w pisarstwie Stasiuka wątek dotyczący Europy Środkowej: to Dziennik okrętowy wydany wspólnie z esejem Jurija Andruchowycza Środkowowschodnie rewizje w tomie zatytułowanym Moja Europa (2001). Zarówno Herling‑Grudziński, jak i autor Trans‑Atlantyku zaczynali pisanie swoich tekstów, mając mniej więcej 50 lat (2). Tyle właśnie kończy w tym roku Andrzej Stasiuk. Może i przypadkowe to koincydencje, nie bardzo w to jednak wierzę. Tym samym Dziennik… sugeruje z jednej strony możliwość lektury kontekstualnej, z drugiej zaś interpretacje mocno zakorzenione w biografii autora, choć – rzecz jasna – nadal, jak w poprzednich książkach Stasiuka, jest to  g r a  biografią, a narrator pozostaje przede wszystkim literacką konstrukcją. Wspomniane wyżej nawiązania każą czytać najnowszą prozę autora Dukli w dwóch co najmniej aspektach: jako refleksje ukierunkowane na świat zewnętrzny – komentarz i próbę opisu, ale i jako tekst porządkujący relacje podmiotu z samym sobą, próby odpowiadania na pytanie o własne gry tożsamości, własne, dla podmiotu niełatwe emocje i rozstrzygnięcia. Narrator‑bohater opowiada zatem o odbywanej nieustająco konkretnej podróży, podczas której w świecie jak w zwierciadle odbija się on sam. Tak było już zresztą w Jadąc do Babadag i w Fado.

Narrator ów przemierza Bałkany wielokrotnie, opisuje nie jeden wojaż, ale raczej pewną całość składającą się z wielu wędrówek przez fascynujące go ziemie. Czasy i miejsca tej opowieści są splątane, następstwem poszczególnych epizodów rządzi reguła skojarzeniowo‑tematyczna, a nie przyczynowo‑skutkowa czy chronologiczna. Najczęściej chyba bohater powraca do Albanii, która staje się tu figurą archaicznego dzieciństwa Europy. Nie jest to jednak przeszłość idylli, bowiem Albanię charakteryzuje bezruch („[ … ] od stuleci nie działo się tutaj nic nowego. Teraźniejszość po prostu naśladowała przeszłość i tyle”), zmęczenie wynikające z ciągłego bycia wewnątrz zbiorowości, pustka, udręczenie. Wrażenia te są pogłębiane przez powtarzające się z niezwykłą częstotliwością opisy deszczu, brudu, rozpadu – słowa: „deszcz” i „ciemność” wymieniane są kilkadziesiąt razy. To świat boleśnie prosty i powtarzalny. Podobnie przygnębiające doznania towarzyszą bohaterowi w innych miejscach Bałkanów – w Chorwacji czy Bośni jest może słonecznie, ale to upał turystycznych tłumów („Bałkany to wieczne ocieractwo, więc nie udawaj samotnika”), bez radości i poczucia sensu. To także krajobraz pamiętający nadal nieodległą wojnę, napiętnowany pustką i nudą („[ … ] I jakaś taka nieruchomość, jakby to wszystko było przyczajone, jakby nie wiedziało, co ze sobą zrobić”). A jednak opowieść przesycona jest łatwo wyczuwalnym uczuciem sympatii do tych miejsc, może nawet czymś w rodzaju czułości.

Już na początku narrator powtarza zadane mu pytanie: Po co tu przyjeżdżasz? I odpowiada: Sam nie wiem. Odtąd będzie podążać tropem odpowiedzi, łącząc tym samym dwie wspomniane już perspektywy: zewnętrzną oraz wewnętrzną. (Sens tej odpowiedzi ujawni dopiero zakończenie). Przez opis oglądanych miejsc narrator próbuje dociec istoty tego regionu. Często wybierane przez niego epizody, sytuacje czy utrwalane obrazki przypominają te, które znamy z poprzednich książek Stasiuka. Szuka on zgrzebnej urody miejsc, uroku szarości. Kiedy narrator mówi: „melancholijne krowy, identycznie otynkowane domy”, rozumiemy, że ten dziwny rejestr odkrywa fascynacje ciągle tym faktem zdziwionego podmiotu. Podróż przez Bałkany jest wędrowaniem ontologicznym, ma utrwalić byt mówiącego „ja” i potwierdzić prawdziwość istniejącego wokół świata:

„Znów dopadło mnie poczucie, że od wielu lat po prostu błąkam się po świecie bez żadnego planu i pomysłu. [ … ] Błąkałem się z nadzieją, że pomysł i plan odsłonią się w sposób naturalny. Że sens w końcu się objawi, ponieważ sens istnieje”.

Stopniowo coraz więcej będzie takich uwag, które naprowadzają czytelnika na trop autoanalityczny. Komentarze, ułamki wspomnień z dzieciństwa, oglądanie siebie samego wobec scen i sytuacji, na przykład tych związanych w wojną bałkańską z lat 90., odkrywanie wspólnych punktów – to fragmenty mozaiki, z których narrator mozolnie buduje własny wizerunek udostępniany czytelnikowi. Z wolna też zaczyna udzielać odpowiedzi na pytanie o cel tych peregrynacji: „Lubiłem ten kraj, chociaż wymagał uporu. Nie chciałem niczego w zamian. Przyjeżdżałem, żeby patrzeć”. I dalej: „Ta opowieść jest żmudna. Nie ma w niej bałkańskiego żywiołu ani ostentacji. Przypomina rejestr”, „pociąga mnie bałkański rozkład. Próbuję opisać to przejmujące uczucie. Ale nie należy mi się nic”.

Wędrowanie więc jawi się jako uporczywe poszukiwanie sensu, jako próba definiowania – choć komentarz do wielu epizodów jest na ogół skromny, czasem nie ma go wcale. Charakterystycznym pod tym względem przykładem może być scena wizyty na nowym – powojennym cmentarzu, którą Stasiuk buduje z zaledwie kilku zdań, nie nadając jej żadnego jednoznacznego wydźwięku, żadnego konkretnego znaczenia, a jednak zapada ona w pamięć czytelnika, zmusza do myślenia o historycznych i politycznych komplikacjach tej ziemi, a zarazem o nieodgadnionych motywacjach ludzkich działań. Rola narratora to nie tyle komentowanie, ile ujmowanie w języku własnych wrażeń, widzianych obrazów, momentów uchwyconych wbrew ich ulotności. Przedmiotem tych opisów mogą być rzeczy z pozoru nieważne – jak żółwie ginące pod dębowymi kłodami (3). Czasem przeczucie znaczeń rodzi się z zestawienia dwóch scen, jak tych, w których najpierw znajduje się opis małego jeża wdrapującego się na krawężnik, a później „babin w nylonowych fartuchach” wspinających się ze szczotkami i wiadrami do samolotu. Zabiegi te nie są jednak przede wszystkim szukaniem zasady czy definicji rządzących oglądanym światem. Narrator mówi bowiem wyraźnie, że nie chodzi mu o wspominanie, o zapis pamięci. To, co zostało zobaczone, jest w nim samym, dostępne i scalone w świadomości. Epizody, obrazy, sytuacje budują „ja” doświadczającego podmiotu i wszelka interakcja między tym, co wewnątrz, i tym, co na zewnątrz, jest tu zawsze subiektywna, istotna ze względu na tego, kto patrzy, postrzega, pamięta.

Takie założenie znajduje odbicie w strukturze tekstu. Składa się on – jak wspomniałam – z nieuporządkowanych chronologicznie migawek, fragmentów układających się w jeden, choć niejednorodny obraz. Obserwacje przestrzeni, ludzi, sytuacji – raz typowych i charakterystycznych, raz wyjątkowych – stwarzają mozaikę, z której wyłania się całość istniejąca przez język, ale do końca w tym języku niewyrażona. Zresztą integralną część książki stanowią fotografie autorstwa Dariusza Pawelca, rówieśnika autora. Są to 32 niezwykle sugestywne, czarno-białe portrety, przedstawiające – jak można się domyślać, bowiem zdjęcia nie zostały podpisane – mieszkańców Bałkanów. Ludzie ci, w bardzo różnym wieku, od dzieci po starców, patrzą prosto w obiektyw, a więc prosto na nas. Wielu z nich ma na twarzy nieco melancholijny półuśmiech. Wyrazistość tych portretów, piękno często zniszczonych twarzy, pozwala odczytywać cykl fotograficzny jako pozasłowną część wspomnianej całości, jako kamyki mozaiki.

Taka koncepcja obrazu świata i obrazu podmiotowego „ja” wpisuje się rzecz jasna w znaną już praktykę w twórczości Stasiuka. Jego niefabularna proza miała na ogół właśnie taką fragmentaryczną kompozycję. W Dzienniku pisanym później stosuje autor jeszcze jeden chwyt, bowiem narrator powraca też do raz już opisywanych zdarzeń, używając ich jako punktu odniesienia. Charakterystycznym tego przykładem są zwłaszcza dwie sytuacje – kiedy w jednym z hoteli znajduje przedartą fotografię papieża i kiedy nieznajoma kobieta bez słów wyciąga do bohatera rękę po wodę (później: „to było tam, gdzie znalazłem fotografię; to było wtedy, kiedy kobieta poprosiła mnie o wodę”). Narrator nie tłumaczy tych scen, nie komentuje, ale ich znaczenie sytuuje się w kręgu prób definiowania Bałkanów. Ich powtarzalność dowodzi koncepcji Stasiuka – tekst to zapis tego, co jest w świadomości postrzegającego podmiotu, który w przeciwieństwie do Baumanowskiego turysty wnika w oglądany świat. Całość ta jest płynna i chwiejna, a jednak utrwala byt owego zewnętrznego uniwersum i – co więcej – konstytuuje czy umacnia istnienie opowiadającego. Ludzie i miejsca stają się w pewnym sensie nim samym, wobec nich stwarza on własną tożsamość, choć wprost zdaje się o niej nic nie mówić. Podkreślmy więc: powstający rejestr nie stanowi przecież tylko katalogu upamiętniającego to, co się zdarzyło, nazywającego to, co na zewnątrz, choć zapisywanie ulotnego, momentalnego, zawsze było ważne w twórczości autora Dukli i jest istotne nadal.

Co jednak ostatecznie stanowi cel tych zabiegów i dokąd zmierza opowieść? Odpowiedzi udziela autor w trzeciej – ostatniej – części Dziennika. Poprzedza ją cytat z Ciorana: „Trzeba mi chyba całego życia, bym przywykł do myśli, że jestem Rumunem”. Kolejną wskazówką jest fragment na okładce – nawiasem mówiąc, tak wybrany, że umożliwia znaczącą pomyłkę. Początek brzmi bowiem: „Jadąc przez Banja Lukę, rozmyślałem o niej”. Bez znajomości kontekstu można sądzić, że mowa będzie o tej miejscowości w północno‑wschodniej Bośni i Hercegowinie. Jednak zamieszczony po pierwszych słowach szczególny, personalizowany opis odnosi się do Polski. To Polska jest bowiem tematem ostatniej części Dziennika – jej wizerunek, próba zrozumienia, a przede wszystkim stosunek narratora do niej. Wizerunek nie całkiem nowy, bo w Opowieściach galicyjskich na przykład podobny ton już się pojawiał. Tu wyraźnie jednak bałkańskie podróże stają się drogą do ojczyzny, do jej rozpoznania w sobie samym – to odpowiedź na stawiane na początku pytanie o cel. Stąd też, celowy jak sadzę, zabieg w tekście na okładce. Wędrówka ta jest zresztą chyba najtrudniejsza ze wszystkich, o jakich była dotąd mowa w prozie Stasiuka – sygnalizuje to właśnie cytat z Ciorana, ale i wiele innych fragmentów, jak na przykład ten: „Ciężki cień ojczyzny zostaje z tyłu. To podstawa patriotyzmu: żeby można było wyjechać w każdej chwili i z oddali patrzeć na cień ojczyzny” (4). Wyjazdy z Polski wyglądają na ucieczki przed własną narodową tożsamością: „Jakbym uciekał przed własnym krajem, jednocześnie poszukując jego wersji hard” – którą, jak można się domyślać, odnajduje bohater właśnie na Bałkanach. Najważniejsze jednak u Stasiuka dzieje się zawsze nie w podróży, ale już po niej – w opowieści. W niej właśnie, w trzeciej części Dziennika, wyłania się obraz Polski. Jej nazwa zresztą pada rzadko, jest natomiast Polonia, jest Sarmacja. Przede wszystkim zaś pojawia się historia w szczególnym ujęciu – przegląda się w niej nasza autodestrukcyjna skłonność do ofiary, „cienie i echa”, miejsca po obozach (Bełżec, Sobibór), marzenie o Europie (Zamość). I ten obraz powstaje z fragmentów, które przypominają błyski flesza: narrator sam podsuwa to skojarzenie, mówiąc: „Co kilka minut naciskałem migawkę, żeby przyszpilić ducha tej przestrzeni [ … ] na fotografiach nie ma prawie nic”. Bezradność, daremność podjętej próby opisu? Niekoniecznie. Przenosząc metodę „chwytania” istoty Bałkanów na opis własnego kraju, uzyskuje narrator możliwość tworzenia tego wizerunku, choć będzie on niepełny, migawkowy i płynny. Pojawiają się nawet podobne epizody czy sytuacje, jak na przykład „motoryzacyjne” popisy młodych. Opis nastolatków w galerii handlowej zasługuje z pewnością na większą uwagę – Stasiuk stwarza bowiem w języku wyrazistą charakterystykę z pozoru oczywistych socjologicznych prawidłowości, jednak tak wyrażone, zyskują one siłę diagnozy gorzkiej, choć niezupełnie odkrywczej. Narrator zadaje pytania o to, co w istocie określa polskość, co chroni przed upadkiem w nicość. Dość bezwzględnie, choć nie bez dozy synowskich uczuć, obnażone zostają dwuznaczne aspekty przynależności do wspólnoty narodowej, tej dziwnej społeczności, którą nie wiedzieć co łączy. Niezwykły jest z tego punktu widzenia opis wizyty w Licheniu, zdecydowanie jeden z najlepszych fragmentów Dziennika pisanego później. Słowa opisu nie są tylko drwiną, ironiczną krytyką (choć miewają taki charakter) – raczej wyrażają melancholijny smutek zgody na współuczestnictwo. Powtarzają się nakazy skierowane przez narratora do siebie samego, napomnienia zmuszające do wnikania w ten świat i wchłaniania go w siebie wszystkimi zmysłami, choć nie są to koniecznie przyjemne doznania. Nieprzyjemny jest też proces porządkowania własnych uczuć: „Jechałem więc dalej, próbując dojść, co jest ze mną nie tak. Że to nie ma dla mnie żadnej siły. Że jak dotykam, to się od razu rozpada w pył. Może dlatego że miało uosabiać trwanie nie dla samego trwania, ale trwanie na przekór. Że istnieje nie dlatego, że istnieje, ale dlatego, że mimo wszystko”. Narasta napięcie, ostatnie strony Dziennika dalekie są już od spokojnego toku dwóch pierwszych części, przypominają raczej krzyk. Krótkie zdania zdają się ujawniać ten dziwny splot irytacji, wściekłości i czułości, mówienia przez dystans stylizacji, ale też mówienia pełnego powagi i goryczy. To rozprawa z samym sobą, w której wolałoby się nie dotykać trudnych spraw, a jednak nie można tego nie zrobić, jeśli chce się później samemu sobie spojrzeć w oczy. Niech kto chce czyta fragmenty Dziennika Stasiuka jak pamflet, jak konstrukcję i autorską grę, ale brzmi tu wyraźnie ten ton, który odnajduję w niektórych zapiskach Dziennika pisanego nocą i Dziennika Gombrowicza. Ton, którym – niech będzie, że w przebraniu, czy może trochę na pokaz – monologuje się o sprawach ostatecznych, cierpieniu, śmierci, Bogu. Tak rozumie swoje zadanie ten, kto do nas mówi: „Wracałem do domu tysięczny raz z tym samym uczuciem, że jadę przez coś w rodzaju pustyni i muszę opowiadać historie, muszę przywoływać obrazy, by nie zbłądzić, by dotrzeć do celu. Pod wielkim niebem, z tymi opowieściami, które są jak wątłe ognie w nocy na równinie, gdy wieje wiatr. Nic więcej nie mogłem zrobić. Nic”.

Droga odbyta do Polski przez Bałkany jest też ucieczką od siebie niedookreślonego, z nieuporządkowanym stosunkiem do własnego kraju, a co za tym idzie, do jakiejś części tożsamości. Punktem dojścia zaś staje się uświadamianie sobie tej relacji, jej charakteru, między innymi przez odkrywanie analogii między przestrzenią dla narratora fascynującą a ziemią rodzinną. To także budowanie obrazu – podkreślmy: płynnego i niepełnego z założenia – Polski współczesnej w jej najbardziej charakterystycznych i najtrudniejszych do zaakceptowania rysach. Proces rozpoznawania, uświadamiania, nazywania odbywa się poprzez tekst, i to jedyna możliwość odkrywania sensu, o którego istnieniu przekonany jest narrator i autor.

Dorota Siwor

PRZYPISY:

(1) Takich prowokacyjnych realizacji było zresztą więcej. Choćby głośny, wydany w tym roku Nocnik Andrzeja Żuławskiego.

(2) Przynajmniej z tego okresu życia obu pisarzy pochodzą ich zapiski ogólnie dziś znane.

(3) Można się tu dopatrywać dalekiego echa fragmentów Gombrowiczowskiego Dziennika, w których mówi on o bólu i cierpieniu przez opis cierpienia zwierząt.

(4) Bardzo w tym stwierdzeniu pobrzmiewa Gombrowiczowska koncepcja patriotyzmu.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas