poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BARTOSZ KRAWCZYK
(Nie)ludzka komedia od początku, czyli o pewnym rodzeństwie
Dekada Literacka 2011, nr 1-2 (224-225)
Jerzy Franczak
Nieludzka komedia
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009
Da capo
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010

Rodzeństwa nie można rozdzielać. Taką prawdę łatwo sklasyfikować jako tyleż oczywistą, co banalną, a zapalonemu głosicielowi podobnych rewelacji można tylko grzecznie zasugerować, żeby zajął się czymś innym. Ale w przypadku Emila i Kamila, braci Królów, sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Bowiem narratorzy Nieludzkiej komedii i Da capo są związani ze sobą nie tylko więzami krwi. Wiąże ich literatura. Dokładnie: wiążą ich dwa sposoby pisania, które, o słodki paradoksie, są tak skrajnie odmienne, że nie mogą istnieć bez siebie, bo jeden przegląda się w drugim i wobec niego dokonuje samookreślenia. Dokładnie jak rodzeństwo. Ale oddajmy pierwszeństwo starszemu z braci.

Pisanie, że wszystko już było i co wtórne, to często marne – też niebezpiecznie osuwa się w oczywistość. Ale chyba niewielu mogło się spodziewać, że Nieludzka komedia Jerzego Franczaka będzie, jeśli nie nowatorska, to przynajmniej bardzo oryginalna. Oryginalna, choć tytuł sugeruje coś zgoła innego. Bo znowu „komedia” w tytule. Pierwsza była „boska”, druga „nie‑boska” – nawet mimo Boga. trzecia – „ludzka”. Franczak uprawia grę z tradycją literacką? To pewne. Wpisuje swoje dzieło w pewien krąg tekstów, tematów? Być może (albo to obojętne autorowi), bo to niejednoznaczne, jak cały tekst powieści. W tym jej siła i świadectwo biegłości autora, chociaż rzut oka na fabułę dowiedzie, że nie może ona bez reszty zachwycać.

Emil Król, główny bohater i narrator zarazem, to sfrustrowany humanista. Nauczyciel,
który cierpi na chorobę zawodową – wstręt przed szkołą i powracające dni świra („Skąd się biorą nauczyciele? Człowiek kończy szkołę z uczuciem ulgi, a chwilę potem dobrowolnie staje się jej sługą!” – myśli Emil). To również autor, który nie miał nawet okazji umrzeć dla czytelników i krytyki (przynajmniej przez jakiś czas). Emil to także kochany synuś mamusi. W dodatku z delikatnym kompleksem niższości, jaki budzi w nim ojciec artysta, oraz nieco chwiejna druga połowa dla swojej narzeczonej – Natalii, która pracuje jako szkolny pedagog i bardzo przejmuje się swoją rolą wychowawcy młodzieży. Bardzo trudno jest jej odnaleźć równowagę po śmierci jednego z uczniów. Pomocy szuka tam, gdzie Emil na pewno by się nie zwrócił – w niebie, w Bogu.

Emil jedzie na wesele brata do Rzeszowa, a później do Budapesztu na wieczór autorski. Traci pracę w szkole i trafia na posadę operatora kserokopiarki. Tymczasem Natalia proponuje, by postarali się o dziecko. Ma to, jak się później okazuje, pewne bardzo namacalne konsekwencje. Tyle, tu można domknąć proste streszczenie.

Jeśli powieść Franczaka nie zachwyca, to dlaczego jednak zachwyca? W ł a ś n i e   t a   g r a. „Ja gram” – zdaje się mówić Emil – „gram z życiem”. Gra odbywa się w Nieludzkiej komedii na kilku poziomach. Emil prowadzi grę z rzeczywistością, którą po części sam kreuje. Pisze o autorze, który pojechał na spotkanie z czytelnikami do Budapesztu i czyta swoim wielbicielom, jak to pewien pisarz pojechał do Budapesztu, aby przeczytać o tym, że… O tym, jak bardzo Emil K. pozwala sobie deformować rzeczywistość mówi ostatni rozdział jego książki. Pisarz nie planował tego, ale lektura starych, nigdy niewysłanych listów Natalii, adresowanych do niego, sprawiła, że postanowił w dziesiątym rozdziale umieścić jej głos. Ale nie tylko, bo ostatni (dziesiąty) rozdział wygląda jakby wszyscy święci zebrali się, aby w wycinkach gazet debatować nad losem Emila. (Franczak pogrywa też zatem z tradycją wiadomości prasowych w literaturze). Głos epistolarny Natalii, niczym Beatrycze, poprowadzi czytelnika w kierunku rozjaśnienia zabaw z narracją. Próba obiektywizacji przedstawionej fabuły jest o tyle ważna, że oprócz Natalii, o Emilu K. i jego książce wypowiadają się również znajomi i rodzina, poważne czasopisma i brukowce, osoby duchowne i politycy, nacjonaliści i sąsiedzi. A nawet: raperzy, wielbiciele, krytycy literaccy oraz wydawca książki. Oceny te są jak ironiczna uwaga po głupim dowcipie. Muszą wybrzmieć, żeby było naprawdę zabawnie. Zabawniej jeszcze jest w momencie kiedy pada tytuł książki Emila – Nieludzka komedia. Nie koniec na tym. Bohater pisze o swoim życiu, patrząc na nie przez filtr pesymistycznego cynizmu, przez co ani to życie, ani opisywany Kraków wcale nie wyglądają zachęcająco. Stolica małopolski jest w tyle za Europą jakieś 35 lat i nie ma szans na dogonienie peletonu. I choćby nawet z tą oceną głównego bohatera się nie zgodzić, nie można odmówić Emilowi – erudycji. W swój traktat przeciwko światu wplata wątki rozmaitych prądów i nurtów kulturowych Europy. Jest Biblia, Młoda Polska i polskie pamiętnikarstwo z XVII w. Jest Gombrowicz, mrugający do czytelnika z teatrzyku życia szkolnego. Jest Bergson, kiedy swoją metodą poznania intuicyjnego ma pomóc K. w percepcji seansu węgierskiej telewizji. Jest cytat z Ciorana, kiedy K. rozważa możliwość posiadania potomstwa i zarzeka się, że nie da z siebie drwić przez jakiś – jak to nazywa – głupi żart Pana Boga, o istnienie którego spiera się z Natalią. Całości dopełniają Ryszard Nycz i Henryk Markiewicz, którzy powołani na stanowisko biegłych w procesie Emila, wytoczonym mu przez szkołę, mają dowieść (lub zaprzeczyć) obecności autora w dziele. Jednak w rzeczywistości do procesu nie dochodzi (a szkoda), ponieważ dzieje się on tylko w głowie autora Nieludzkiej komedii. Obok wielkich świata kultury i nauki pojawia się też „M jak miłość”, „Życie na Gorąco”, „Fakt”, „Viva” i chipsy „Lays”. Nie zabraknie też języka telewizji: „Galopujemy dalej w kolejną koszmarną noc, zostańcie z nami” – mówi Emil, opisując życie rodzinne swojego brata. Poza tym, duże ilości alkoholu i kokainy.

Skąd to wszystko? „Kseruję rzeczywistość, skala 1:1” – mówi Emil, pracownik punktu ksero przy Instytucie Filozofii. – Rzeczywistość to bałagan i powielane gesty”, które Emil „wiernie kseruje w swoim warsztacie małego realisty”, a kultura to Kartezjusz (zdeformowany jak Mona Lisa) z dorysowanymi okularami i brodawką (pomysł Emila). Sam Emil chwali się, że jego dzieło to „misterna robota literacka”, a badacze „najpierw zaczną doszukiwać się aluzji, nawiązań, odnajdą tych wszystkich dostojnisiów, tych Sartre’ów, i Sofoklesów! Złapią się za głowę, gdy odkryją, że tu jest wszystko. Dante i Krasiński, Biblia i Gombro, Koran i Cioran…”. W tym pałubicznym kotle pożyczonym od Irzykowskiego, Emil K. miesza ogromny zasób kulturoznawczych ingrediencji, ale też – jak trzy szekspirowskie wiedźmy – zakrapia zaczyn własnymi pomysłowymi wypowiedziami. jak na przykład fragment o dwóch ciałach leżących przy sobie – ciałach pedagogicznych, rzecz jasna, bo mówi o sobie i Natalii, albo rymowanki w rodzaju: „Spróbujcie mnie złapać! Ja nie jestem z tego świata, tratatatatata! To wszystko jest proste, przechodzę przez mostek, a świnia na tym moście obgryza paznokcie!”. Naśladowanie wielogłosowej rzeczywistości współczesnej jest dowodem na to, że szczególna wersja koncepcji mimesis trudna jest do uśmiercenia. (W tę stronę odsyłają literaturoznawcze książki Jerzego Franczaka: Rzecz o nierzeczywistości. „Mdłości” Jeana Paula Sartre’a i „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza, Kraków 2002 i Poszukiwanie realności. Światopogląd polskiej prozy modernistycznej, Kraków 2007).

Jak się w tym kotle czarowności nie zgubić? Królestwo za odpowiedź. K. się nie zgubił, a nawet odnalazł własną ścieżkę. Ale jak sobie radzi, jeżeli swoją postawą kolejno zraża do siebie wszystkich wokół? Jego sarkazm i ironia przestają w końcu być zabawne dla otoczenia. Emil jest oskarżany o wieczny brak powagi, cynizm oraz inscenizowanie życia, na przykład wobec rodziców, przed którymi gra dobre dziecko. Zarzuca mu się brak empatii i zrozumienia dla cudzych problemów. Oskarżono go o bluźnierstwo wobec Boga i państwa, a także – uwodzenie uczennic. Nie wpuścił też brata Kamila do mieszkania, kiedy ten nie miał gdzie się podziać. Wobec tych zarzutów K. wypowiada swoje non serviam. Nie, nie chce mieć dziecka. Nie chce łatwej stabilizacji życiowej. Nie chce być kolejnym narzekającym nauczycielem, zmuszonym do podlizywania się dyrektorowi. Nie chce być jednym z pionków w ogłupiałym kulturą masową społeczeństwie konsumpcyjnym o prowincjonalnej moralności i prymitywnie rozumianym katolicyzmie. W końcu, nie chce mieć nic wspólnego z tym społeczeństwem. Chce zostać zapomniany i zrzeka się praw autorskich do książki, która okazała się bestsellerem. Chce być wolny jako zależny tylko od własnych myśli, co paradoksalnie udaje mu się – w zakończeniu rozdziału dziewiątego. Chce wyjść z Piekła i dopina swego.

Emila Króla trudno polubić. Można uważać za zabawne to, w jaki sposób wykłada swoje pesymistyczne teorie dotyczące egzystencji i w jaki sposób podchodzi do życia. Może bawić to, jak supła ze sobą nitki kultury i jak drwi z jej dorobku. Ale w Nieludzkiej komedii zapisana jest – znowu wbrew tytułowi – bardzo smutna historia i bardzo niepokojąca konstatacja. Emil swoim działaniem daje przykład tego, że można wszystkiemu zaprzeczyć i – nieco po gombrowiczowsku – jakie są tego konsekwencje. Ale uczciwie pokazuje też, że można walczyć z pustym światem i pustymi ludźmi. A walka toczy się bez zasad i o bardzo wysoką stawkę. Nieludzka komedia to następna komedia obok Boskiej, Nieboskiej i Ludzkiej? Może. Emil to następny w szeregu po Lucyferze, Fauście, Don Juanie, K. i Józiu (może to obojętne autorowi)? Być może, ale po lekturze Nieludzkiej komedii wypada chyba stwierdzić, że to – wbrew pozorom – bardzo ludzka historia.

Ludzka, ale inaczej i na opak jest też historia jego brata, Kamila Króla. Na czym polega jej odmienność? Na kontraście. Kamil jest bowiem człowiekiem, który miał zrealizować wpisany w kulturę model: mężczyzny – ojca rodziny – dobrego pracownika. Miał wszelkie predyspozycje do tego, aby mu się to udało. Już jako dziecko przyjął za swój prosty schemat własnej przyszłości, który rodzice uznali za najlepszy dla syna. Kamil wspomina metody, jakimi ojciec chciał uczynić ze swych synów prawdziwych mężczyzn. W przypadku Emila odniósł jednak klęskę pedagogiczną: „Baczność! Spocznij! Baczność! Padnij! Baczność! Padnij! Spocznij! Dziesięć przysiadów! Pięć pompek! Pompki nie zrobisz, maminsynku?”. Emil nawet wtedy się migał, udawał, że wykonuje polecenia, a ojciec przymykał na to oko, za to drugim okiem przyglądał mi się uważnie, a ja mdlałem ze zmęczenia i słabłem z bezsilnej złości. Te upokarzające musztry stanowiły część systemu, który miał uczynić z nas chłopców, stuprocentowych mężczyzn, posłusznych obywateli, prawdziwych Polaków i katolików”. Emil nie został zatem stuprocentowym mężczyzną. Kamil natomiast skończył szkoły, dostał się na studia, potem zrezygnował z nich na rzecz pracy w agencji reklamowej. Tutaj też poznał Alicję, swoją przyszłą żonę, wraz z którą szybko został zwolniony i znalazł zatrudnienie u konkurencji. Szybko doczekali się też córki Basi i wpadli w błędne koło codzienności.

Ale w końcu dobrze naoliwiony mechanizm zaczyna się jednak zacinać. Kamil jest bowiem świadomy, że wszystko, co ma, wcale nie należy do niego, bo nie dotarł do tego samodzielnie. Był raczej biernym odbiorcą. Co więcej, tkwi w związku z kobietą, która przestała go pociągać erotycznie i której tak naprawdę nie kocha. Kamil rekompensuje sobie niespełnienie fantazjami erotycznymi i onanizmem.

Małżeństwo z rozsądku zaczyna poważnie zgrzytać, kiedy Kamil, podczas cotygodniowego wypadu do pubu z kolegami z pracy, poznaje Ewę. Z jej powodu Alicja powie: „To jest koniec, wiesz o tym? Wypierdalaj z tego mieszkania i nigdy nie wracaj. Jutro spakuję twoje rzeczy i odwiozę do Emila. Albo nie… Przekażę je Natalii. Sprawę rozwodową założę sama. Wezwanie dostaniesz na adres rodziców”. Krótko i konkretnie. Jak prezentacja projektu na posiedzeniu zarządu. Kamil pakuje plecaczek i jedzie do brata – to jedno z miejsc zazębiania się fabuły obu powieści, ale tym razem czytelnik ogląda zamknięte drzwi z drugiej strony. Wreszcie Kamil trafia do punktu wyjścia: wraca do rodziców. Tutaj znowu śpi w łóżku, w którym spał, zanim podjął próbę rozpoczęcia samodzielnego życia. Zastanawiające jest jednak, że Kamil traktuje to jako zwycięstwo, osiągnął to, czego jak sądził ciągle mu brakowało – dorosłość. „Spłynął na mnie błogi spokój, łzy napłynęły mi do oczu, tak, wszystko już było dobrze, wreszcie było dobrze, walka się skończyła. Odniosłem zwycięstwo nad samym sobą. Kochałem Ojca”. (Interpretacja tego fragmentu – domykającego całą powieść – komplikuje się oczywiście, jeśli zauważyć zbieżność z zakończeniem Roku 1984 George’a Orwella).

Nie dość zatem, że Kamil, jak mu się wydaje, dojrzewa i staje się prawdziwym mężczyzną dopiero po powrocie do domu, to jeszcze jego wypowiedź ma zupełnie inny wydźwięk niż to, co pisał Emil. Dla Emila afirmacja trwania u boku rodziców, ba, zgoda z nimi, byłyby zapewne ostatnimi rzeczami, o jakich mógłby pomyśleć. Ale odegranie roli syna marnotrawnego ma także inny cel: „Stoimy naprzeciw siebie, ojciec i ja, syn marnotrawny. Chcę porozmawiać z nim poważnie i szczerze, jak mężczyzna z mężczyzną. Chcę mu wyznać swoje winy, chcę mu opowiedzieć całe moje spaprane życie. Chcę mu wszystko wybaczyć i zacząć od nowa” (to z kolei passus z samego początku Da capo). Chciałoby się rzec, że to wyznanie autora na temat własnej motywacji. Znajdzie ono odbicie w ostatnim rozdziale, kiedy Kamil w objęciach matki tematyzuje pisanie o przeszłości. W scenie, w której uświadamia sobie rolę matki w swoim życiu: „Właściwie powinienem opowiedzieć wszystko od nowa, powinienem jeszcze raz spisać historię mojego życia. Mama zajęłaby w niej centralne miejsce, detronizując ojca. To byłaby całkiem inna opowieść i pewnie ja sam, opowiadając ją sobie, okazałbym się kimś innym”. Zatem Kamil pyta, jak wyglądałoby życie, gdybym mógł matkę umieścić w centrum opowieści. Gdyby był w stanie przepisać patriarchalny wzorzec. Ale nie może…

Inaczej również wygląda kwestia formy wypowiedzi obu braci. Tekst Emila jest w wysokim stopniu erudycyjny, co jest podstawą dla jego gry z rzeczywistością. Co więcej, według Kamila, jego brat przejawiał skłonności do deformowania języka już dzieciństwie. Otóż Emil: „miał manię przekręcania, przeinaczał wszystko, od prostych wierszyków po przysłowia i hymn narodowy, lubił wzdychać »Boże kochany, z tysiąca wybrany!«, celowo wypaczał teksty kolęd, śpiewając »że panna trzysta, że panna trzysta« lub »słowo ciałem się stało i zostało między nogami«”. Znajome, nieprawdaż?

Natomiast Kamila zajmują inne gesty – z uporem gra ze swoją pamięcią. Przy tym najwyraźniej bardzo chciałby dokonać Sartre’owskiej z ducha negacji przeszłości. Ale przeszłość wciąż do niego wraca we wspomnieniach, których przegląd zaczyna się w rozdziale Początek oraz kolejnych perseweracjach, które zostają zapoczątkowane przez rozdział pierwszy, noszący wymowny tytuł Koniec (ostatni został zatytułowany Da capo).

Pierwszy i ostatni rozdział tworzą szczególną ramę. Koniec to zbiór klisz z przeszłości, dobrych wspomnień i trudnych momentów, które uniknęły działania mechanizmu wyparcia. Tutaj następują jeden po drugim: „to jakby sceny z innego życia, życia, które skończyło się definitywnie, a ja patrzę na nie oczami umarłego. Widzę siebie samego w różnych sytuacjach, zaplątanego w ludzi i sprawy, ale to nie ja, to obcy, który podszywał się pode mnie całe lata”. Więc Kamil spisuje swoje życie już po powrocie do domu rodziców. Jest to znowu inny niż w Nieludzkiej komedii zabieg wpisania życia w książkę (lub odwrotnie).

*

Rodzeństwa nie można rozdzielać. Negacja, jakiej dokonuje Emil, ma swój odpowiednik w afirmacjach Kamila. Kiedy pierwszy kończy w więzieniu i umierając dla świata, czuje się w końcu wolny i silny, drugi kończy dotychczasowe życie, by po powrocie do początków odnaleźć w sobie dojrzałość i siłę, która być może pozwoli mu na nowy początek. To, co wspólne dla obu narratorów, to temat ich opowieści: na ile powrót pamięcią do przeszłości jest fikcją, na ile można być pewnym faktów i w jakim stopniu jesteśmy autorami własnej przeszłości.

Ale da capo Kamila jest – z jednej strony – powrotem do początku dorosłości, a z drugiej – tylko repetycją tekstu, który odsyła tym razem do początku książki. Czy zatem w Da capo tkwi program pozytywny, czy też powrót do początku jest tylko powrotem do pierwszych stron? Trudno orzec. Aczkolwiek pamiętając o pesymistycznym wydźwięku Nieludzkiej komedii, trudno uznać Da capo za historię jednoznacznie przeciwstawną. Dylogia Franczaka to raczej dwie opowieści o problemach egzystencjalnych (i tekstowych zarazem). W jednej z książek – chaos i obłęd, w drugiej – monotonia powtórzeń. Aż chciałoby się zapytać (raz, po wielokroć, albo to obojętne autorowi) – tertium non datur?

Bartosz Krawczyk

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas