poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JERZY FRANCZAK
NN
Dekada Literacka 2011, nr 1-2 (224-225)

Powiedziałem, że już wychodzę, miałem ważną sprawę do obgadania. Z Nielsem. A Ola na to, że nie muszę wracać, wcale, w ogóle nic nie muszę, co nie? Ja na to, że naprawdę, właśnie się żegnałem, jestem na wylocie, właściwie stoję w drzwiach, już całkiem ubrany, i że spróbuję złapać nocny. A wtedy zapytała, czy ona też tam jest? Kto, Kasia? Była, a jakże, ale jak zwykle rżnąłem głupa. Zerknąłem w głąb sali; Kasia stała pod ścianą z Tomkiem, wsparta na jego ramieniu, rozmawiała z kimś i zaśmiewała się histerycznie, raz za razem zaciągając się papierosem. Nie ma jej, no co ty, umówiłem się z chłopakami, mecz był, tak jakoś tłumaczyłem, ale nadaremnie, w słuchawce westchnienie, znajome drżenie głosu, Artek, wiem, że ona tam jest, nie okłamuj mnie, to dla niej tam chodzisz… Patrzyłem na Kasię; schyliła się, aby sięgnąć po stojącego na parapecie drinka, a Tomek, korzystając z okazji, pocałował ją w szyję. Poczułem ukłucie zazdrości, niespodziewane, aż się zdziwiłem, ale nie zanadto, trzeba było doprowadzić rozmowę do końca, Oleńko, kochanie, naprawdę, oglądnęliśmy mecz i zrobiliśmy parę piw, nie jesteś ciekawa, kto wygrał? Tequilki? Niels poklepał mnie po plecach i usadził na wysokim stołku swoje potężne dupsko, ja zaś skinąłem potakująco głową. Jesteś tam? Halo! Spojrzałem na wygaszony ekranik telefonu i zakląłem, jak zwykle się rozłączyła, znowu czekają mnie wymówki, ciche dni, trudne rozmowy, teraz już wszystko jedno. Żonka czeka? Niels, który naprawdę miał na imię Krzysztof, ale nazywał się Boroń, stąd, przez skojarzeniem z Nielsem Bohrem… Niels, który zresztą sam lubił przypominać słynną anegdotę o podkowie Bohra, która przynosi szczęście nawet wtedy, gdy się nie wierzy w jej działanie… Coś miałem odparować, ale burknąłem tylko ze złością, że to nie jest moja żona. Jak nie, jak tak! – zarechotał i podsunął mi talerzyk ze znajomym zestawem. Bąknąłem głupkowato, że po prostu byliśmy umówieni, a Niels puścił porozumiewawczo oko, aaaaa, chyba że tak, ale nie przejmuj się, stary, nie ucieknie, zrobicie to jutro, po czym nasypał sobie soli na rękę i wzniósł swój ulubiony toast, żeby dzieci nam się tramwajów nie czepiały. Zupełnie bez sensu, jakie dzieci, jaki tramwaj, ale nic, nasypałem, zlizałem, podniosłem kieliszek, wychyliłem zawartość i wgryzłem się w cytrynę. Ale dali dupy, Niels ruchem głowy wskazał telewizor, po ekranie hasały roznegliżowane dziewczyny, a wielki, obwieszony złotem Murzyn machał rękami i skandował rytmicznie swoje przesłanie. No, dali dupy, Matusiak tak przestrzelił w dwunastej minucie, ja nie mogę, a Wasiluk zmarnował stuprocentową sytuację w chwilę później. I to sto osiemdziesiąte derby! Przy strzale Matusiaka robiliśmy już trzecie piwo, chlapnęliśmy też z Karolem bo pięćdziesiątce. Potem było coraz gorzej, Cabaj grał na czas, przedłużona przerwa, zwijanie obraźliwego transparentu, Niels zakupił po setce z cytryną i stało się, zaraz potem, fatalny błąd, nikt nie przypilnował Golińskiego, Pawełek nie miał szans. Tłukliśmy pięściami o stolik i kurwowaliśmy, Karol nawet zaczął coś skandować o klubie pederastów, podchwyciliśmy jego debilną przyśpiewkę, ale wtedy przyszli oni. Akurat Małecki dostał żółtą kartkę, Tomek zapytał, ile jest, usiadł przy naszym stoliku, a Kasia spoczęła na jego kolanach, jej zgrabna pupcia na jego udach, jego dłonie niedbale na jej talii… Nie mogłem się skupić, Brożek fatalnie skiksował, kibice skandowali „o co wy gracie, ambicji nie macie!”, a mój wzrok ześlizgiwał się w bok, na ścianie wisiała grafika, jakiś pstrokaty bohomaz, w zakrywającym ją szkle odbijał się rozmyty refleks jej profilu… Wyglądała jak topielec, jak trup w formalinie, bladość jej twarzy w mglistym rozbełtaniu, regularne rysy strawione dymem, nieruchome oczy wyżarte przez mętne migotanie… Nie wybaczymy, jak dzisiaj nie zwyciężymy! Nadeszła moja kolejka, podskoczyłem do baru i migiem wróciłem z trzema szklankami, czysta z lodem, Tomka w to nie wliczyłem, on był z Kasią, piłkarze dzielnie kopali, kibice puszczali race i świece dymne, a ja myślałem tylko, jak on z nią… jak oni razem. Kasia poszła do toalety, odprowadziłem ją spojrzeniem, Marcelo sfaulował na kartkę, wciąż jeszcze ją kochałem, Ola wiedziała o tym i dlatego była zazdrosna. Kasia miała w sobie coś zalotnego, każda rozmowa z nią przypominała niezobowiązujący romans, zwykłe gadu‑gadu zmieniało się kokieteryjne czary‑mary, i kiedy wróciła z toalety, gdzie była bardzo długo, aż Tomek zerknął na zegarek, położyła rękę na moim ramieniu, wszyscy wstali, bo mecz się skończył, spiker krzyczał coś o historycznym zwycięstwie, ponad pół wieku kibice Cracovii na to czekali, ja też wstałem, Goliński zemścił się na Wiśle za sierpniową porażkę w barwach Zagłębia Lubin. Kasia uśmiechnęła się do mnie i poprosiła o ogień, a przypalając papierosa, rzuciła mi takie spojrzenie, że… A przecież chciałem o niej zapomnieć, dlaczego mi na to nie pozwalała, jeszcze powiedziała, żebym się nie przejmował, chyba chodziło jej o mecz, ale równie dobrze mogło jej chodzić o nas, nie przejmuj się, że cię zostawiłam, jeden zero dla niej, po prostu ekstraklasa. Było ich sześciu, potem dwunastu i założyli klub pederastów, Karol próbował zrekonstruować przyśpiewkę kibiców, ewidentnie sprawiało mu to frajdę, kipiała w nim sportowa złość i przez chwilę, za ogólnym przyzwoleniem, mógł nie być sobą, doktorem nauk medycznych, neurobiologiem, specem od obrazowania MRI. No coś ty, to tylko sport, jakbym chciał powiedzieć, że są ważniejsze sprawy, życiowe, sercowe, spojrzałem na nią spod rzęs i zamrugałem, Katarzynko, Katarynko, parsknęła śmiechem, pokręciła głową i znikła. Zapomnieć o niej, zapomnieć o wszystkim, o nadgodzinach w pracy, o Oli, która czeka w łóżku, o ojcu, który ma urodziny, wprowadzić do organizmu alkohol, pokrzyczeć, zwycięży orzeł biały, zwycięży polski ród, wydać całą kasę, nie zadzwonić z życzeniami, kochanie, będę po północy, nie czekaj na mnie, mamy tu małe manewry, ćwiczenia z niepamięci, niech się święci. Klub się rozwijał, klub się rozrastał, a każdy Żydek to pederasta, tak to leciało, Karol rozpromienił się i łyknął piwa, coś mu się odblokowało w mózgu, jakby sobie zrobił spektroskopię rezonansu magnetycznego. Woda znajduje się we wszystkich tkankach, wiemy, w różnych proporcjach w stosunku do innych związków chemicznych, wiemy, wiemy, Karol, mierzyłeś sobie kiedyś mózg? Tak, mam w sumie pięć płatów, a największy czołowy, dlatego nieźle główkuję! Mam też duże zdolności manualne ręki, na dowód Karol wyciąga dłoń, łapie za dwa kielonki naraz, rozdziawia otwór gębowy i siup! wlewa w siebie wszystko. My też próbujemy, ale kończy się katastrofą, znowu trzeba do baru, fajki wyszły, Kasia gdzieś wsiąkła, rozbolała mnie głowa, płat skroniowy, chętnie bym go zobaczył w tomografii, kiedyś było to możliwe tylko po śmierci. Jeszcze raz to samo, stary, dorzuć piątkę, bo całkiem się spłukałem! Coś czuję, że to się źle skończy, Niels wpycha koszulę do spodni, tłusty włochaty brzuch wylewa mu się znad paska, ale co tam, raz na pół wieku Wisełka przegrywa derby. Ruszyłbyś dupę i pograł z nami, bo jak nie, to ci przyrośnie do fotela, macham do Karola, żeby dołączył, weź spierdalaj, nie gram ze szmaciarzami, reszty nie trzeba, poza tym mam fotel obrotowy, na kółkach, co mi tam. C’mon Billy, tym razem Karol wznosi toast, żeby nam się system nie wieszał, przepija do Nielsa, bo informatyk, nasz geniusz, nasz Gates, i do mnie, że niby zaraz film nam się urwie. Panowie, pragnę się z wami pożegnać, w razie czego, to był zaszczyt spędzić z wami… Arti, to my jesteśmy zaszczyceni, że zechciałeś z nami, tu obecnymi… Ale jak ja kiedyś tego Golińskiego… Karol wypuszcza przez nos kłąb dymu, jego blada twarz unosi się nad barem jak balonik, w zmętniałym powietrzu, gęstym i siwym, zdaje się puchnąć wszerz, płat potyliczny, płat ciemieniowy, zaciąga się, nadyma i zastyga nieruchomo. Jak balon zaporowy, jak bomba, niewybuch, zatopiony dla pewności w formalinie, uważaj, zaraz zacznie się nalot! Już Niels frunie z tacką kamikadze, manewry trwają, w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego, enter! Żegnamy się kieliszkami, czoło – dołek – serce – płuco, niech się święci! Dobrze, że nie jesteśmy w Szkocji, ukarano by nas za to, jak Boruca, podanie, podanie! Niels rzuca Karolowi papierosy, ten próbuje przyjąć na klatę, ale nie jest to łatwe, trudne warunki pogodowe, przewraca stołek i uderza głową… Pierwszy raz widzę coś takiego, jego czaszka dymi, gdy zbiera się z podłogi, dokoła mokro, zawsze wiedziałem, że masz wodę z mózgu! Mózg składa się z wody, z wody ognistej, Karol zaczesuje włosy, żeby ukryć otwartą ranę, a ponieważ mój mózg doznał ubytku… Jeszcze po kolejce, nic się nie stało, nic się nie stało, za Wisłę, za nasz TS, pójdziemy aż po życia kres! Tego mi było potrzeba, musiałem się zrestartować, a ty co taki markotny? Że już poszła, że poszła sobie z tamtym? Ale kto? Kasia? Nie udawaj, rechoczą, a ja wcale nie udaję, zapomniałem o niej na śmierć, to przykry buc jest, ten Tomeczek, drobny chujek, a ona jeszcze przejrzy na oczy. Zapomniałem na śmierć, o Oli zapomniałem, o ojcu też, nie będę do niego dzwonił o tej godzinie, po co mi przypominacie? A która to godzina, notabeneapropo? Pij, jak będziesz pił szybko, to czas zwolni tempa, a nawet stanie w miejscu, to co, powtórka z rozrywki? Eeeej, ogłuchłeś przez te kolczyki? Arti tylko podniósł brew, błysnęło, na białą pierś trysnęła krew, Niels zacharczał żałośnie, ja podniosłem brew, a on upadł na podłogę, aż się barman zaniepokoił. Spadówa, nie rozumiecie prawdziwej alternatywy, głąby, taaa, to może jeszcze nam obnażysz ramię, nawet nie wiesz, co tam masz napisane! Wiem, ale nie powiem, idioci, zaśmiewają się do rozpuku, Karol obciera łzy z kącików oczu, a poza tym jeszcze zobaczycie! Jasne, spotkamy się w twoim studio, to nie miało być studio? Zwykły sklep z płytami, lamusie, płyty odchodzą do historii, Niels ślini palce, tarmosi bibułkę, tytoń wysypuje się, wszystko jest w necie, wszystko, oprócz wierteł dentystycznych oczywiście. Bardzo śmieszne, baaaardzo śmieszne, każdy robi, co może, jakoś trzeba zarabiać kasę. Kurwa, co ja się wam tłumaczę, ty się nie tłumacz, lepiej wyskakuj z tej kasy, kleszczu jeden ekstrakcyjny, twoja kolejka. Czekaj, barman patrzy na nas obojętnie, knajpa pustoszeje, jakaś dziewczyna o końskiej urodzie nie może znaleźć rękawa w kurtce, wyraźnie ją to bawi, baaaardzo śmieszne, portfel też opustoszał, nie mam nawet na taryfę. Nicss, trzeba się zbierać, panowie, jak już mówiłem, to był zaszczyt, ale muszę iść, czeka na mnie autobus, masz prywatnego kierowcę? Spokojnie, spróbuj tego, Niels podsuwa mi skręta, co tam jest? Tytoń, po prostu tytoń, prosto z Kolumbii, zaciągam się, wyczuwam jakąś nietytoniową nutkę? No coś ty, to nielegalne, za kogo ty mnie uważasz, Niels udaje obrażonego, Karol poklepuje mnie po ramieniu, gdy się schylam. Gdy się schylam i podpieram, gdy kucam, żeby opanować zawroty głowy, gdy podpieram głowę, a wszystko w zwolnionym tempie, wtedy Karol – wtedy ja mówię „kurwa”, zamykam oczy i słyszę coś jakby głos tej kurwy „karzeł, karzeł”. Jaki karzeł, metr osiemdziesiąt dziewięć mam, podnoszę się i prostuję tę pomyłkę, aż trzeszczą kości, mówiłem, że jestem lekarzem, w razie czego zrobię ci reanimację, to Karol zatroskany, złośliwiec. Zdążył zdjąć spódnicę, ale nie zdjął okularów, a czy my się mamy bić? Chyba nie, nie gniewam się, puszczam w niepamięć, cokolwiek to było, Karol nie rozumie, a Niels zadowolony, aleś zatankował, normalnie do spodu, tylko nie mów, że to mój tytoń! Nie mówię, nie wiem, mam w głowie zamętlik, niedobrze, mdło, duszno, ale jeszcze się pożegnać, kurtka, trzymcie się, ale nie ta. Ta? Już lecisz? Aaaaa, jakoś… W trupa, lecą latka, tymczasem! Trzymcie się chłopaki, za Wisłę, za nasz TS, tak, tak, do rychłego, za tydzień, za tydzień, tego śmego, amen.

Ocknąłem się na ulicy.

To znaczy na ulicy trochę się ocknąłem i tego… oprzytomniałem.

I tak: była jesienna noc, jesienna czarnuga, musiało padać, wcześniej musiało padać, bo mokro było, połyskliwie świeciła ulica, błyskotliwe witryny, świecące, połyskujące oble… Ble ble, a ja szedłem przed siebie… Wiadomo, w wiadomym kierunku.

Doszedłem do siebie, bo powietrze mnie ocuciło, szedłem, chociaż prawie nie byłem w stanie iść, w stanie wskazującym, ale nic: szedłem, kręciło mi się w głowie, zataczało, znosiło mnie na ściany, ławki… pusto.

Przystanek.

Przystanąłem, zmrużyłem oczy i popatrzyłem, za dwadzieścia… Trochę zalany i rozmazany. Za dwadzieścia pięć minut? Nie no, pół godziny do nocnego, nie będę tu jak głupi, chuja! Rozglądnąłem się, pokręciłem, dostałem czkawki, najpierw głośno mi się, z zaskoczenia, hep! Co za… Polazłem w lewo dwa kroki i w prawo, hep! Też dwa, i dalej, na azymut. Samochody zastawiły chodnik, płyty chodnikowe i te, skroniowe? Nie, to przeszło, to od dymu było, a teraz wszystko jedno, byle się doturlać. Nie na azymut wcale, bo trasę znam jak rodzoną matkę. A Ola znowu swoje, znowu swoje będzie, chyba że śpi. Aha, obraziła się, to mam w dupie, mam wolne, mogę iść jeszcze na przykład… A co, wolny jestem, stanu wolnego, sam o sobie mogę, jak tylko… Tylko pieniędzy nie mam, kurwa, ale mam dość, wdepnąłbym jeszcze do Indygo, ale mam dość. Zatrzymałem się, naprawdę dość, czy tylko tak, żeby ten? Naprawdę. Dość.

Lazłem, naprawdę miałem dość, chociaż pomyślałem, że co, że ona mi będzie rozkazywać, a powietrze mnie ocuciło. Chyba źle skręciłem, nie skręciłem, i się zagalopowałem?

Ciekawe, co było na tym transparencie, telewizja oczywiście nie pokazała, pewnie brzydkie słowa, normalna cenzura, nie?

Zawróciłem i skręciłem w Jabłonowskich, uniwersytet podświetlony, dostojny, aż czkawka minęła, za moimi plecami świecił i dostojniał. Zapalić, ale podmuch… nęło mi w twarz tuż za rogiem, pierdolę! Pomacałem kieszeń, pudełko kanciaste, może puste? Ale lazłem, ale ledwo ledwo, jak ostatnia łajza, zołza, nie, zołza czekała na mnie w domu! Pewnie obrażona, niedobra żona, nie rozumie, co to znaczy taka przegrana… Zła passa. Chociaż ślubu nie mieliśmy nigdy, tylko tak żartujemy, bo ile to już razem? Dwa lata będzie w grudniu. Zimno było, jak się poznaliśmy, mróz taki, a my na przystanku żegnaliśmy się długo, długo, szczekając zębami, całowaliśmy się, a kolejne nocne autobusy odjeżdżały bez nas. A teraz przydałby się autobus, wszystko na opak, Wisełka przegrała, nic się nie stało, jasne, nic się nie stało, a jeszcze ten skręt z jakimś gównianym skunem, pewnie diler dosypał tam proszku do prania i obciętych paznokci.

Drzewa w chłodnych podmuchach wytarmoszone, błyszczące chodniki, hotel patrzy szklistym frontem, wyżej ognik, gość stoi na balkonie z papierosem i patrzy na moje zakosy… Uważaj! Placyk, ulica, dobry wieczór! Ukłoniłem się manekinowi, dla jaj. Witam serdecznie, czy jest pan zainteresowany? Mam pełen zestaw końcówek stomatologicznych, prostnice, turbiny, proszę bardzo, kątnice bez światła i ze światłem, do czterdziestu tysięcy obrotów na minutę. Brrrr… Jutro luz, ale pojutrze znowu trzeba sprzedawać te nawijki.

Dalej, go ahead, Arti, gupi chuju! Whole the fuckin’ world’s on the knees before you! Ale teraz cśśśś… Przejście, światła wygaszone ani mru mru, ulica pusta, w lewo patrz, w prawo, jeszcze raz w lewo, na ramię broń! He he. Przeszedłem, pół, kopnąłem zgiętą puszkę z czuba, szyny tramwajowe i drugie pół, też pusto. Ale zaraz zaraz, a to tam… Worek? Celofan jakiś chyba albo szmata, ale taka długa? I buty, podeszwy chyba, worek z ciuchami, spadł z ciężarówki…

Worek z ciuchami?

Podszedłem, potknąłem się blisko, widać było białe adidasy, kurtkę, rękę… To facet jakiś leży, rany boskie, facet jakiś, bezdomny, ale dlaczego na ulicy? I dlaczego taki wywichnięty…

– Trup. – Pomyślałem, a może nawet powiedziałem, i wtedy dopiero ocknąłem się na dobre.

Trup?

– A może nie trup, tylko ranny. – Przełknąłem ślinę, a wiatr dmuchnął mi w twarz, prowokacyjnie.

Jak trup, to trzeba coś zrobić, nie można tak minąć trupa, a jak żyje, to tym bardziej. Trzeba przewrócić go na plecy i przyłożyć palec do szyi, czy ma tętno, ale nie kciuk. Albo nie ruszać wcale? Albo najlepiej zapytać kogoś, kto się zna.

Rozglądnąłem się, ale nikogo nie zauważyłem. Nic dziwnego, noc. Jak na złość. Trzeźwiałem w takim tempie, że poczułem suchość w ustach, jakby zjawiał się już kac.

Facet leżał, chyba oddychał, wyglądał nie najgorzej, nie jak menel, chociaż brodę miał niechlujną, paznokcie brudne, ale ostatecznie mógł być jakimś mechanikiem czy czymś…

Albo karetkę wezwać! Dzwoń na pogotowie, debilku!

Wyjąłem komórkę, a wcześniej, bez sensu, wyłuskałem z papierka gumę do żucia, żeby mieć świeży oddech, ja tu nic, tylko przechodziłem z psem.

Leżał na brzuchu, jedną rękę miał wyrzuconą w bok, kurtkę brudnozieloną, czapkę przekrzywioną, na pewno oddychał, tak, nogę podkuloną, a drugą prostą.

– O raju! – Cienki głosik, odwróciłem się, odruchowo wcisnąłem gumę między dziąsła a policzek i wyłączyłem telefon. Bez sensu. Dziewczyna w płaszczyku w jodełkę, kozaczki, szaliczek, zrobiła kroczek ku mnie i zamarła.

– Nieboszczyk?

Brzydka raczej nie była, ale jakąś tępotę miała rozsmarowaną na twarzy, usta rozdziawione i oczy szeroko otwarte, umalowana, w bereciku z antenką.

– Nie wiem. Chyba oddycha. – Wyjaśniłem, artykułując wyraźnie, przesadnie, Ola zawsze po tym poznawała, że mam w czubie. – Chciałem sprawdzić puls, ale boję się… To znaczy nie chcę mu krzywdy zrobić.

– Trzeba karetkę zawezwać. Ma pan telefon?

– A co, ty nie masz? – Tak chciałem jej odpowiedzieć, przecież każdy ma teraz komórkę, ty też masz na pewno, skąpy babsztylu! Nie powiedziałem nic, zresztą aparacik trzymałem w ręce, więc jak, ale naprawdę, ludzie potrafią być sknery! I jeszcze „zawezwać”, ale się wysiliła! Bez słowa wykręciłem numer pogotowia, a właściwie nie „wykręciłem”… Wiadomo, w każdym razie odwróciłem się do niej plecami, do nich, i czekałem na połączenie, znowu żując gumę.

Dmuchnęło i zamarło. Jak tylko zawezwę karetkę, tyrknę do Oli, może nie śpi.

– Nie uwierzysz, kochanie, co mi się przytrafiło! Po drodze, wiesz, koło Krupniczej…

– Pogotowie, słucham?

Nagle zza węgła wyskoczył facet, w marynarce z postawionym kołnierzem. Jak on nie marzł? I w trampkach!

– Tu trzeba lekarza! – powiedział i przyłożył sobie dłoń do czoła, niby że mu gorąco się zrobiło, w tej marynarce? Niezły cudak, trampki o tej porze roku, spodnie czerwone, długie włosy, może swój gość, z jakiejś alternatywy? – Gdzie on dzwoni?

– No po karetkę. – Dziewczyna zakrywała usta dłonią, przejęta, przestraszona.

– Słucham, pogotowie!

– Chciałem zgłosić wypadek, to znaczy rannego… Znalazłem na ulicy go.

– Co mu jest? – Trzeźwy głos, beznamiętny, jakby elektryczny.

– Leży, nie wiem, nie rusza się.

– Gdzie pan jest?

– Róg Krupniczej… Właściwie nie, to Wenecja już jest. – Też byłem trzeźwy
i beznamiętny, ja tylko przechodziłem, bez psa, ale jednak, spełniam swój obywatelski obowiązek. Koleś w marynarce krzątał się wokół ciała, jak sanitariusz, sprawdził mu puls i pokiwał głową, tak, puls jest, zdjął z ramienia torbę i próbował podłożyć mu delikatnie pod głowę, ale rozmyślił się.

– Pana nazwisko?

– Kochanowski… Artur Kochanowski. – Poprawiłem się, ale za późno, wyszło jak „Bond, James Bond”, trudno.

– Karetka zaraz będzie.

Elektryczny głos zamilkł, całe szczęście nie zapytał, czy „z tych Kochanowskich”.

– Długo tak leży? – Gość niespodziewanie wyciągnął do mnie rękę. – Reszka jestem.

– Reszka? – Uśmiechnąłem się, ale nie złośliwie, nie za bardzo, chociaż oczywiście miałem ochotę odpowiedzieć „a ja Orzełek”, poza tym dziwnie jakoś przedstawiać się w tej sytuacji. – Arti.

Uścisnęliśmy sobie dłonie. Dziewczyna wyjęła z torebki małą butelkę z wodą mineralną i napiła się, do reszty zaschło mi w gardle, ale przecież nie poproszę jej, żeby dała łyka.

– Myślicie, że potrącił go samochód? – Reszka splótł ręce na piersi i zagaił rzeczowo. – Potrącił i uciekł.

A co to my jesteśmy, policjanci z Miami, będziemy dochodzenie robić? Ja czekam na karetkę i genug, dobry uczynek spełniony.

– Albo sam z siebie upadł, zasłabł. – Ciągnął Reszka i podparł się pod boki, jakby wcielił się w innego policjanta, z braku laku, bo ja milczałem. – Może zawał?

Mówiło się „policjanci z jajami”, pamiętam.

– Ja nie dam rady się nim zająć. – Dziewczyna kręciła się niespokojnie, drobiła tymi kozaczkami koło nas. – Choćbym chciała, nie dam rady.

Reszka też chodził, ale miarowym krokiem, tam i sam, głowił się nad zagadką, aż mu wygarnąłem, a właściwie nie wygarnąłem, bo trochę jakbym się tłumaczył… Wiadomo, w każdym razie żachnąłem się:

– Człowieku man! Ja czekam na pogotowie, załadują go na pakę i bye, śpieszy mi się do domu.

– Każdemu się śpieszy. – Zatrzymał się i popatrzył na mnie oskarżycielsko. – Temu kutasowi, co go potrącił, też się śpieszyło.

Żachnąłem się jeszcze raz i jakoś tak machnąłem ręką, i przypomniałem sobie o fajkach. Sięgnąłem do kieszeni po papierosy, w środku był ostatni.

– Macie ogień?

Dziewczyna zaczęła grzebać w torebce, ręce jej się trzęsły, zdenerwowana.

Wtedy usłyszeliśmy szum silnika, pewnie karetka nadjeżdżała, ale dlaczego bez sygnału? Bo ulice puste, no tak, ale dlaczego tak powoli? Światła reflektorów rozjaśniły mur kamienicy, a potem pomału, pomalutku zza rogu wytoczyło się auto. Ale to nie karetka była, Audica zwykła, z kogutem… policja!

– A ci skąd…? – Zdziwiłem się, na krótko, może mają na pogotowiu jakiś system powiadamiania czy coś?

– O fuck! – Reszka pobladł, tak sobie wyobrażam, że pobladł, bo nie było dobrze widać, ale jakoś tak stężał, spiął się… Wiadomo, w każdym razie przestraszył się, co mnie zaskoczyło, bo nie wyglądał na przestępcę, i przyskoczył do trupa… Nie do trupa, zgarnął tylko leżącą przy krawężniku torbę i rzucił się do ucieczki. Wóz policyjny był już całkiem blisko, pewnie chcieli się zatrzymać i zbadać sprawę trupa, czy raczej rannego, ale nagle auto przyspieszyło, pisk opon, i ruszyli za nim. Reszka skręcił, w bok odchodzi taka alejka, tam zniknął, samochód zatrzymał się, wyskoczyli z niego gliniarze i puścili się w pogoń.

Wszystko to działo się szybko, patrzyliśmy na tę scenę w osłupieniu, ja i ta babka, jeszcze bardziej przestraszona, ja zdziwiony, nie zdążyłem nawet nic pomyśleć, szok, do dziś nie wiem, czy to był jakiś oprych, czy co. Ale nie wyglądał, może diler? Albo przestępca podatkowy, chociaż nie wyglądał, albo, nie wiem, alimentów nie płacił? Albo… nie wiem, na złodzieja nie wyglądał, prędzej alfons, ale najpewniej diler.

– Jezusie… – Wysapało dziewczę.

– Nieźle… – Przytaknąłem.

A jak wrócą, jak go złapią, a nawet jak go nie złapią, to będą wypytywać, jak się nazywał, co nas łączy, zacznie się, lampa w oczy, zły glina i dobry glina… Nieźle, nieźle umoczyłem, fucking shit, przed świtem nie wrócę do domu. Do Oli zadzwonić, nic się nie stało, Arti, nic się nie stało, shit happens!

Dzwonię, ale nie odbiera. I tak pewnie by mi nie uwierzyła. W ustach mam gumę bez smaku, między wargami niezapalonego papierosa.

– Ma pani ten ogień?

– Mam, mam. – Podaje mi zapalniczkę, ale z wahaniem. – A masz fajkę?

– Mam fajkę, chcesz polizać? – Tak mam ochotę odpowiedzieć, ale zamiast tego mówię: – Ostatniego. Możemy razem…

Nie wiem, jak do niej mówić, ja na „pani”, ona per ty, nic, trzeba się przedstawić.

– Arti jestem. – Zaciągam się głęboko i podaję jej papierosa.

– Mariola.

Znowu uśmiech, udaję, że tłumię ziewnięcie, żeby jej nie urazić, Mariola pasuje do niej jak ulał. Trzyma papierosa między kciukiem a wskazującym, nieumiejętnie, usta układa w taki ryjek i wciąga dym, jakby się inhalowała.

– No i gdzie ta karetka?

Przeciągała, to znaczy brała za duże machy, papieros szybko się skończył, pozostawało czekać. Kucnąłem przy rannym, udałem, że badam mu puls, ona piła wodę, a ja dalej wstydziłem się poprosić o łyka… W podstawówce mówiło się, że to jak pocałunek, a ja nie miałem ochoty całować się z tą Mariolą. A papierosa razem wypaliliśmy, bez sensu!

Zaczęło siąpić, nad ulicą zawisła zasłona cieniutkiej mżawki, którą chłodne podmuchy szarpały na lewo i prawo. Do dupy, do dupy to wszystko! Klęczę na ulicy nad jakimś dziadem, moknę, suszy mnie, karetka nie raczy przyjechać, a ta idiotka chodzi w kółko i powtarza „jezujezu”, przeżywa jak mrówka okres, i ciągle patrzy na zegarek, a wszystko to w dniu wielkiej historycznej przegranej z Żydkami‑pederastami, co latają po boisku w pasiakach! A jeszcze Ola odstawia fochy, jak zwykle, nie wiem, dlaczego ja to toleruję? Kumple to kumple, mecz to sprawa święta, jak tego nie chce zrozumieć, to niech wypierdala z mojego życia! Ja sobie poradzę, za to jestem ciekaw, za co ona wyżyje, jak ma tysiąc dwieście brutto w tym swoim sklepiku! Dziewczyn na świecie od groma, ja sobie dam rady, jeszcze z żadną nie byłem tak długo, dwa lata będzie za miesiąc z hakiem, no i chuj, może wystarczy! Musi to zrozumieć, fuckin’ bitch, musi docenić to, co ma, a jak nie, to hasta la vista, żegnam, żegnam na zawsze i serdecznie pozdrawiam. Nie pierwszy raz, nie ostatni, normalna rzecz, ludzie schodzą się i rozchodzą, z Kasią też byłem długo, prawie rok, aż pojawił się ten Tomek. Ja pierdzielę, takie chuchro, taki nikt, sklepik z telefonami ma, kanciapa trzy metry na trzy, pewnie skupuje sprzęt od złodziei, normalny paser. Nie wiem, co ona w nim widzi, to przykry buc jest, pozer, zawsze nas małpuje, przysłuchuje się naszym rozmowom i próbuje czymś błysnąć, ale nie ma czym, no chyba że nieskazitelnie białym uzębieniem. Zęby ma ładne, równe, ale krzywy zgryz, zapadniętą tylną szczękę, kłapie nią tak obleśnie, naprawdę nie wiem, co ona w nim
widzi, naprawdę, to drobny chujek jest. Ale jak chce, proszę bardzo, mnie nie zależy, jak chce z nim być, niech spada na drzewo prostować banany! Głupia pizda.

Słowem, wkurwiłem się, ale nie apropo tego kloszarda, co leżał na ulicy, raczej apropo mojego życia, co mi się bardzo różnie układa, raz lepiej, raz gorzej, a raz całkiem chujowo. Ale też poczułem w sobie taką moc, taką siłę nadludzką, że ja to wszystko ułożę od początku do końca, jak się należy, znajdę sobie nową dupę, sprzętu sprzedam dwa razy tyle, co normalnie, po zawyżonej cenie, i wyjdę na swoje, na prostą. Tak że kiedy w końcu przyjechała karetka, ja wstałem, do Marioli zrobiłem gest coś jakby „nie martw się, kobieto” i postąpiłem krok przed nią, żeby się nie bała, ja wszystko załatwię. Z karetki wyskoczyło trzech sanitariuszy w pomarańczowych kombinezonach i jeden zaraz do mnie:

– Gdzie ranny? – Jakby nie widział, ale widział, bo podszedł, przyklęknął i skinął na tamtych. Wytoczyli nosze i bardzo uważnie, w trójkę, z odliczaniem „na trzy”, przełożyli ciało na nosze. A właściwie nie „ciało”, bo chyba jeszcze oddychał, wiadomo, w każdym razie anyway my już się zbieraliśmy, zadowoleni z siebie, Mariola poprawiała szaliczek, ja założyłem czapkę, bo jednak padało, na mokre włosy, przyklepią mi się, ale ściągnę dopiero w domu… I wtedy jeden sanitariusz, nie, kierowca, rzucił w naszą stronę:

– No chodźcie!

Popatrzyliśmy po sobie.

– My?

– Tu, z tyłu. – Wskazał tylne siedzenia karetki.

– Ja nie dam rady. – Mariola gwałtownie pokręciła głową i cofnęła się.

– Ja też. – Pomyślałem o Oli, a poza tym bez jaj, nie znam gościa, niech się cieszą, że ich wezwałem, mogłem przecież…

– Ludzie, nie ma czasu! – Głowa sanitariusza wychynęła z okna. – Wsiadajcie!

I wsiedliśmy. Puściłem Mariolę przodem, sam usadowiłem się obok niej, karetka ruszyła i pomknęliśmy przez opustoszałe miasto. Do dziś nie wiem, dlaczego to zrobiliśmy, przecież mogliśmy odmówić, nikt by nas nie zmusił, nie ma takiego prawa, ale tak nas sterroryzowali, tak podziałało na nas to zawołanie, że poczuliśmy się odpowiedzialni za tego… tego menela.

– Rodzina? – Zapytał kierowca.

– Jaka rodzina, nie znam gościa. – Bąknąłem.

– Nie rodzina? – Najwyraźniej nie dosłyszał. Nie spojrzał na nas, nie ściągał nogi
z gazu, pruł setką, przecinał skrzyżowania na czerwonym świetle, zawsze chciałem przejechać się karetką, najlepiej w godzinach szczytu, na sygnale.

– Znaleźliśmy go i… – Mariola schowała twarz w dłoniach. Płakała? Nie, nie płakała, ale coś ją gryzło, naprawdę gdzieś się śpieszyła. Ja niby też, ale w gruncie rzeczy… Pomyślałem o Oli, „niech się pierdoli”, tu facet umiera, trzeba mu pomóc, to jest bardzo szlachetne, to co robię. Obejrzałem się; sanitariusze coś majstrowali przy rannym, maska tlenowa, zastrzyk? Nie wiem, nie było dobrze widać, po szybie przemykały światła neonów. Zasuwaliśmy z dużą prędkością, za oknem kamienice migały, rozmyte w deszczu, to już nie był kapuśniaczek, normalnie lało. Zdjąłem czapkę i poprawiłem sobie fryz, strasznie tego nie lubię, jak się pomoczy żel i włosy są albo przylizane, albo sterczą. Trochę uszło ze mnie powietrze, oklapłem, oparłem głowę, czekałem, aż to się skończy, ta podróż, ta noc, ta łajza, co ją tam reanimują, wszystko jedno, jak dla mnie może zdechnąć, jest nikim, jak dla mnie siorawno.

– Jesteśmy.

Here we are, zajebiście, welcome to pogotowie! Co ja tu robię? Znowu poczułem ostry wkurw, jak ja się dałem w to wrobić? Poczłaptaliśmy za noszami, wnieśli dziada na ostry dyżur, a my z Mariolką przysiedliśmy w poczekalni, to znaczy na izbie przyjęć.

– Idę palić. – Rzuciłem i wyszedłem, przez takie szklane drzwi wyszedłem, i stanąłem trochę dalej, pod oknami, sięgnąłem… No nie, fajki przecież wyszły, ostatniego papierosa z Mariolą… Nagle puk, puk! Spojrzałem, a tam, w oknie, mała uśmiechnięta buźka, dziecko jakieś, dziewczynka chyba, ale łysa, pewnie po chemoterapii… Pomachała mi i przykleiła nosek do szyby, tak że wyglądała jak mała świnka. Uśmiechnąłem się i zrobiłem straszną minę, dla żartu, rozciągnąłem palcami usta, żeby ją rozśmieszyć, a ona wystraszyła się i znikła. Zafalowała firanka i zauważyłem, że powieszono ją do góry nogami, to znaczy na odwrót: przekręcone zeppeliny, spadające czerwone dwupłatowce, balony, ściekające w dół jak pstrokate łzy… A na szybie, teraz to spostrzegłem, namalowany był Piotruś Pan i Dzwoneczek! Jakoś nieswojo mi się zrobiło, wzdrygnąłem się i wróciłem do środka.

– Myślisz, że wyjdzie z tego?

– Że wyjdzie? – Pomyślałem o dziewczynce, tej małej wyleniałej śwince, która na pewno już z tego nie wyjdzie, jeśli już, to tylnymi drzwiami… I serce mi się ścisnęło, takie współczucie mnie załapało. – A, ten…

Szczerze mówiąc, było mi wszystko jedno, czy facet wyżyje. Nawet go nie znałem. Dziewczynki niby też nie znałem, ale dzieci zawsze jakoś bardziej szkoda. Niczym nie zawiniły, nie wiadomo, za co Bóg je tak karze, dlaczego je doświadcza. To jest trudne pytanie i ludzie się często nad nim głowią, sam czatowałem o tym na jednym forum, gdzie ludzie pisali na przykład: „Ja nie wieze w boga, jerzeli bog jest miłoscia to dlaczego jak było tsunami to nie dotknoł palcem żeby fala ustała? nie mówcie mi otym ze bóg nie ma wplywu na ziemie, przeciez on ją stwozył…. jak ja bymbył bogiem to bym inaczej to stwozył a nie wszystko to jedna wielka zagatka”. Wtedy odpisywałem: „to, co robi Bóg na pewno ma sens, tylko ludzki umysł i ludzkie serce są ograniczone by to pojąć, a ty się lepiej naucz ortografii”. Złośliwie, wiem, ale trzeba ludzi napominać, niech najpierw nauczą się polskiego, ja na przykład stale ćwiczę się w wymowie, to ważne w mojej pracy. Osobiście do kościoła nie chodzę, jednakowoż uważam, że jest Ktoś, kto nad nami czuwa, jest jakiś ogólny biznesplan, według którego toczy się świat. Czyli jednak – „zagatka”! Nie wiem, nie mam czasu za dużo nad tym myśleć, stale muszę się doskonalić zawodowo, chodzić na szkolenia, zapoznawać oferty, i tak: na przykład nie sprzedaję laserów, kompresorów, rentgenów czy endometrów, ale muszę się orientować, żeby nie wyjść na durnia. Nie, szanowna pani, nie mam tego w ofercie, podeślę kolegę, ale proszę zwrócić uwagę na tę dźwignię korzeniową 2 mm, do przodu i do tyłu, jeszcze nigdy ekstrakcja nie była tak prosta, dla pacjenta praktycznie bezbolesna!

– Mężul mnie zabije, jak zaraz nie wrócę. – Sapnęła Mariola. Więc o to chodzi!

Wyobraziłem sobie pijanego byczka, kierowcę tira, który czeka na nią z ćwiekowanym pasem w ręku, ona wchodzi bezszelestnie do domu, żeby go nie zbudzić, chociaż i tak wie, że on nie śpi, że czeka…

– Może zadzwoń do niego? – Podsunąłem jej telefon.

– Nie pamiętam numeru, choroba… A swój żem zgubiła. Telefon.

– Nie przejmuj się… Opowiesz mu, jak było i co było, na pewno zrozumie…

– Nie znasz go. – Powiedziała z przestrachem i nagle się roześmiała. – „Zrozumie”… Żeby on coś zrozumiał!

Do środka wparował facet z tetrową pieluchą na głowie. W miejscu lewego oka miał wielką czerwoną plamę. Coś tam bełkotał do lekarzy i zaraz zaczął się awanturować.

– Państwo są rodziną? – Przed nami stanął policaj, odruchowo wstałem, Mariola też.

– Nie. – Odpowiedzieliśmy chórem.

– To kim są państwo dla rannego? – Policaj otworzył notatnik i coś tam zapisał.

– Przypadkiem żeśmy go naleźli, na ulicy… Leżał na ulicy, normalnie, nie ruszał się, tylko dychał, było widać… – Tłumaczyła z zapałem dziewczyna, podczas gdy obok naszego rozmówcy zjawił się drugi stróż prawa, niższy trochę, z rybimi oczami. – No i żeśmy zawezwali karetkę.

– Myślałem go przekręcić czy coś, ale bałem się ruszać.

– A pan, widzę, dał sobie do wiwatu? – Policaj uśmiechnął się, miał z pięć kilo kamienia nazębnego na dolnych zębach, przydałby mu się skaling albo nawet piaskowanie.

– Jak do wiwatu, panie władzo, na meczu byłem…

– No tak. – Policaj pokiwał głową z dezaprobatą. – Nie wiem, jak mogli nie upilnować tego Golińskiego.

– Wymądrzasz się, jakbyś widział. – Wtrącił drugi smurf z przekąsem.

– Słyszałem w radiu. Wracając… – Tu poprawił pasek i podciągnął spodnie. – Nie widzieli państwo wypadku?

– Nie… Ale był wypadek, tak? Ma obrażenia?

Policaj wzruszył ramionami. Jego kolega ziewnął dyskretnie, na stronie.

– A wogle to.. wykaraska się z tego? – Zatroskała się Mariola.

– Reanimują go chyba. – Gliniarz wskazał ruchem głową drzwi ze świecącym napisem „Ostry dyżur”.

– Nowak. – Wycedził niższy, przybliżając do oczu dowód osobisty. – Lepiej się nie mógł nazywać.

– Pokaż. – Obaj nachylili się nad wyświechtaną książeczką w zielonej oprawce. – Nie widać imienia.

– Zatarte… Powinien wymienić dowód na plastikowy.

– „Urodzony w 1969 r. w Sosnowcu…”

– A wygląda, jakby pamiętał powstanie warszawskie.

– Albo listopadowe.

Obaj parsknęli śmiechem.

– Super. – Mruknął mały, majstrując coś przy takim aparaciku. – Mamy ponad dwa tysiące Nowaków z Sosnowca…

Zaczął stukać i pukać w maszynkę, ten wyższy podniósł do ust krótkofalówkę, która zaskrzeczała… Tymczasem Nowak umierał. Nagle zdałem sobie sprawę, że ten facet o nic niemówiącym nazwisku być może właśnie żegna się ze światem. Chyba jednak bezdomny, chociaż nie wyglądał, porządnie ubrany, trochę zapuszczony, owszem, ale tylko trochę. Może żerował na śmietnikach, może spał na dworcu albo na jakimś squacie? A może miał jakąś fuchę, może nawet jakąś rencinę? Nic nie wiadomo i nie ma kogo zapytać. Może żebrak, ale nie śmierdział jak żebrak. Potrącił go samochód czy powalił zawał albo wylew albo… Bóg wie co. Nie zobaczyłem nawet jego twarzy, nie było okazji. Kurtkę miał podobną do mojej, nosiłem taką w czasach licealnych. Dziwne, przez przypadek tu trafiliśmy, ja i ta dziewczyna, którą mąż zleje po powrocie do domu. I jeszcze ten kolo, który uciekał przed glinami… Dziwny przypadek pana Nowaka, mężczyzny bez imienia, urodzonego czterdzieści lat temu w Sosnowcu, o którym nie sposób niczego więcej powiedzieć, poza tym, że umiera. I ja w tym wszystkim, już prawie całkiem wytrzeźwiony, pogodzony z losem, w roli akuszera, tfu! Asystenta? Też nie, nawet nie wiem, jak to powiedzieć… W roli bliskiego? Ja w tym wszystkim, już uspokojony, pogodzony z porażką Wisełki, pogodzony ze śmiercią, i jeszcze ta łysa dziewczynka… Wszyscy umrzemy, wcześniej czy później, I tell you! Poczułem w sobie zgodę na wszystko, przyzwolenie na świat taki, jaki jest, sprawiedliwy czy nie, poczułem totalne zaufanie do biznesplanu, w którym jest miejsce na śmierć i na tsunami, ale wszystko się równoważy w ostatecznym rozrachunku. Poczułem w sobie mądrość pogodzenia i pojednania, i taką wewnętrzną pełnię, wewnętrzny ład… I tylko jedna myśl budziła wciąż niepokój i jakby niechęć, że aż mnie skręcało. Zastanowiłem się przez chwilę i odkryłem, że ta nieprzyjemna myśl dotyczy Oli. Wyobraziłem ją sobie w łóżku, w koszuli nocnej, opartą o poduszkę, pochyloną nad książką albo nad jakimś czasopismem… Czekała na mnie, czekała z wymówkami, z awanturą, z krzykiem i ze łzami, że o nią w ogóle nie dbam, mam ją w dupie, liczą się tylko koledzy, i znowu się narąbałem, i tak dalej, i tak dalej.

Spojrzałem na Mariolę; to zabawne, na mnie też ktoś czeka z pretensjami, tyle tylko, że ja się go nie boję, tego kogoś, nie może mnie skrzywdzić. Ja nie będę się poddawał, nie mam natury niewolnika, Bóg pociąga za sznurki, ale dał nam też wolną wolę, żebyśmy wykuwali swój los, zanim zawoła nas do siebie. Nie poddam się, nie będę ofiarą takiego systemu, o nie, pora przejąć kontrolę, we’ve got to take the power back! Nie boję się jej przecież, to oczywiste, tylko dlaczego pozwalam się jej terroryzować, dlaczego boję się jej słów, jej łez, przecież jestem silniejszy, przecież sam o sobie decyduję, przecież jestem wolny. Wyobraziłem sobie, jak podchodzę do łóżka, siadam na skraju, otwieram puszkę z piwem i pytam:

– No, jak tam się bawiłaś, mała? Chcesz łyka?

Co by na to odpowiedziała? Najpewniej nic, odwróciłaby się do ściany i zaczęłaby szlochać. A może zdzieliłaby mnie w twarz? Nie, to do niej niepodobne. Może więc zerwałaby się na równe nogi, podbiegła do szafy, wywaliła moje ciuchy, wpakowała je do podróżnej torby i wręczyłaby mi ją:

– Jesteś wolny.

– Spokojnie, słonko, a laptop? A książki?

A płyty? Miałbym się rozstać ze swoją kolekcją? Co prawda większość z tego już mam na empetrójkach, ale płyta to płyta, ma swój urok, swoją estetykę. Jeszcze na studiach planowałem otworzyć sklep muzyczny, rozglądałem się nawet za lokalem, obmyśliłem sobie, że potrzebne mi trzy salki, na pop i rock, na alternatywę i nowe brzmienia oraz na jazz. Dokoła stojaki z płytami, stanowiska odsłuchowe, pisma muzyczne, a w samym środku, otoczony mainstreamową popeliną, stałby regał z rarytasami, same białe kruki, rzadkie okazy i limitowane edycje. Niestety, zanim skończyłem studia, nastąpił krach na rynku muzycznym, popyt spadł… Wiadomo, wszystko jest w necie, a Polacy piracą na potęgę, target skurczył się do grupki maniakalnych kolekcjonerów, takich jak ja. Nie rozstanę się przecież z moją kolekcją, muszę też zabrać wieżę i głośniki, a plakaty? Plakaty też. Muszę to wszystko zabrać, książki trzeba porozdzielać, a co z rzeczami, które kupowaliśmy wspólnie? Co z biurkiem pod komputer, co z frytkownicą, co z odkurzaczem?

– Odkurzacz i frytkownicę możesz sobie zatrzymać. Biurko mi się przyda. Na pewno nie chcesz łyka? Nie? Jak chcesz. Tylko nie rób scen, błagam cię. Jutro wrócę po resztę.

Nie, dzisiaj w ogóle nie będę wracał, zrobiło się późno, a nuż śpi… Która to godzina? Wpół do trzeciej, na pewno już śpi! Wrócę nad ranem, wejdę bezpardonowo do pokoju, zapalę światło i powiem brutalnie:

– Jestem wolny, wiem, nie musisz mi tego mówić. Nie przeszkadzaj sobie, śpij spokojnie, teraz wezmę tylko najpotrzebniejsze rzeczy.

Jestem wolny i nikt mi nie będzie mówił, o której mam wracać do domu. Nie będę wracał tej nocy, nawet nie zadzwonię, bo po co, nie ma o czym mówić. Pojadę do Nielsa, otworzymy flaszkę, „zdrowie Oli – niech się pierdoli”!

– Co jest, Kleszczu? Żona cię wykopała?

– Nawet mi nie przypominaj o tej suce! Było, minęło. Polewaj!

Albo opowiem mu wszystko, wyżalę się, prawie dwa lata chodziłem na pasku, wystarczy.

– No, Arti, dawaj kielonek, jest okazja! Trochę jakbyś wyszedł z paki!

Potem Niels się nawali i będzie znowu recytował „na cipę w Czarnolesie”, co uważa za bardzo zabawne. Kleszczu, siądź pod mym liściem…

– Dobrze się pan czuje?

Mariola dotknęła mojej ręki, zaniepokojona.

– Zamyśliłem się. – Spojrzałem na nią i pomyślałem, że jest nawet ładna. Mógłbym ją puknąć, gdyby nie ten sadystyczny mąż, kierowca tira. – Poza tym jesteśmy na ty.

Policjanci stali z boku i sprawdzali dane w bazie. Minąłem ich obojętnie i wyszedłem na zewnątrz. Wiatr ucichł, przestało padać, rozpogodziło się, spod szarej waty chmur prześwitywało blade niebo. Czułem wyraźnie, że coś się skończyło, coś we mnie umarło. Pożegnałem się w duchu z Olą, tak jak wcześniej pożegnałem się z Kasią i ze sklepem muzycznym. Dwa lata mi zajęło, zanim rozkminiłem ten system! Dwa lata wysłuchiwania jej jęków, wczuwania się w jej nastroje, dwa lata ciągłych ustępstw… Dwa lata trudnych negocjacji, zakończonych zupełnym fiaskiem. Nie zrobimy razem interesu życia, mała, nie założymy firmy pod tytułem rodzina, poszukaj sobie innych kontrahentów, ja w to nie wchodzę!

Dwa lata! System skutecznej akwizycji rozkminiłem w miesiąc. Zawyżam cenę, a potem sugeruję zniżki, różnicę biorę do kieszeni. Łączę w superpromocji dobry towar ze starym, wadliwym, i dorzucam jako bonus to, co w istocie jest gratisem. Polecam kumpli od kompresorów i rentgenów, a potem biorę od nich prowizję. Fałszuję protokoły uszkodzenia sprzętu pokazowego, który potem sprzedaję na lewo. Biorę od znajomego z hurtowni nadwyżki produkcyjne i opycham za pół ceny. W miesiąc dopracowałem się metody, która pozwala mi wyjść na swoje. Mam gadane, po kwadransie nawijki dentyści zaczynają marzyć o nowych, idealnie aseptycznych narzędziach tortur! Znam ich naturę, a jest to natura sadysty, jasna sprawa, wrażliwiec wybierze kardiologię, zboczeniec urologię, a sadysta… Wiadomo. A tutaj… Dwa lata, dwa lata niewoli, jak psu w dupę, i głęboka nieznajomość natury kobiecej, która też jest naturą sadysty, sadystycznego władcy. Nigdy więcej, nevermore, za chuja pana!

Syrena karetki, gdzieś w oddali.

A Nowak pewnie już umarł. Niech mu ziemia lepką będzie.

Nie mam siły przejmować się jego losem, trudno, zapracował sobie na niego, sami decydujemy o swoim życiu. Ostatecznie ja też jestem bezdomny w tej chwili, bezdomny, ale szczęśliwy. Mam kumpli, przekimam parę nocy u Nielsa, potem przeprowadzę się do Karola, luz, nic mi nie trzeba, just leave me alone! Ułożę sobie wszystko od nowa i na pewno nie skończę jak ten menel. Czuję w sobie pozytywną energię, sportową złość, nie oddam tej partii walkowerem!

Tak, trzeba wykuwać swój los i liczyć na łut szczęścia, życie obfituje w atrakcje, bonusy, superpromocje! Trzeba być czujnym, żeby nie przegapić życiowej szansy. Jutro objazd, zrobię pięć gabinetów, jak nic, sprzedam wszystko, co mam, igłotrzymacze proste i wygięte, łyżeczki zębodołowe dwustronne, perfekcyjne wykonanie, nowoczesny design, nożyczki chirurgiczne tępo‑ostre, odgryzacze kostne, upychadła i zgłębniki, z hakiem w zestawie, i kątnicę turbinową high speed, łożyska ceramiczne o długiej żywotności, 12 miesięcy gwarancji zarówno i dla rękojeści, i wkładu! A dla pani specjalny rabat, za pani piękny uśmiech… Proszę się nie śmiać, powinna pani grać w reklamie, albo nawet w filmie… Czy pani przypadkiem już kończy? Mógłbym panią podwieźć…

– Czy możemy prosić na chwilę? – Policjant łypnął rybim okiem i zaprosił mnie grzecznie do środka.

– Oczywiście, już idę. – Spojrzałem na stróża prawa i poczułem nagle, że jest po mojej stronie. Pewnie chcą wypytać o tego bandziora, znaczy tego dilera, co uciekł z miejsca wypadku. Powiem im wszystko, co wiem, jak się gość przedstawił, Reszka? Niech go złapią jak najszybciej. Niech go postawią przed sądem i ukarzą, nie ma to tamto, prawo to prawo. Ciekawe, czy zidentyfikowali tego Nowaka? A zresztą, kogo to obchodzi? Mnie nie, I don’t give a fuck! Gliniarz zniknął za oszklonymi drzwiami i podszedł do kolegi, szepnął mu coś do ucha, a tamten uśmiechnął się szeroko. To równe chłopy, policjanci z jajami, muszą sobie czasem pożartować, inaczej by chyba zbzikowali, normalni faceci… Nawet żal mi ich trochę, biedacy, meczu nie oglądnęli! Ciekawe, czy też są za Wisłą? Zresztą mogą być nawet kibicami Pasów, zaśpiewam im „było ich sześciu, potem dwunastu, i założyli klub pederastów”, pośmiejemy się… Nie, żart, jesteśmy poważnymi ludźmi, weźmy się w garść, poprawmy się, bluza, grzywka, jest jeszcze guma? Jest. Wchodzimy.









































 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas