poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
AGNIESZKA MIRAHINA
WIERSZE
Dekada Literacka 2009, nr 5-6 (237-238)
Złomiarze biorą wszystko

dansing desant wiek żelazny zluzowany przez złomowisko 
radzieckie garnizony przez odtajnione miasta

kanonady bombonierki wzdłuż głównych arterii na rynku śmieci 
złom metali kolorowych bateryjki pozytywki

rozładowane razem z piorunami pomieszane sprasowane 
w korowodzie ogonie latawca

gdzie rzeczy spotykają się na nowo mieszają i giną w tłumie 
błazeńsko wygiętych cudacznych splątanych pozbawionych nazw

W oborze

prawie nikt tu nie zagląda. mogę się wyciągnąć na sianie 
albo wetknąć ryj między szpary

wydaje mi się, że w kratce mi do twarzy.
energię i optymizm czerpię z siana

i czułość. wiesz ile tego jest? w sianie. ile czułości.
nie wiesz. masz serce pod krawatem. a ja na półmisku

między nami nie ma żadnej metafory.

tymczasem staram się nie myśleć o niedzieli. wiem, że siano
przechowa moje ciepło

ryję w nim zawzięcie od kilku dni i nie jeszcze nie znalazłam
żadnych igieł.

więc ryję i się układam, albo zakopuję. spokojna, że zostanie
tylko ciepło.

Podkład

nakłada się wszystko na siebie i siebie
na końcu przykłada aparat do oka jak
zimny okład przeciwbólowy mechanizm
obrotowy oko w zenicie tęcza tylko jakaś nitka
się za mną ciągnie chyba gazociągu
szukasz kobiety twojego życia?
może chociaż z twojego miasta?
chcesz budzik szacunek? pierwszy milion
trzeba zarobić na ringu drugiego nie będzie
bo traci się pieniądze tracąc kontrolę
już nic nie widać w zenicie kiedy przymknąć
oczy na światło pojawia się tęcza w smutnych
kolorach chemii w dole pod stopami to nadir
i pasikoniki jak charty skaczą do gardła

Odbijając odbicie

to był przebój kończącego się lata rozbój w biały dzień pocisk
uderzał na ulicach w klubach taksówkach znikali ludzie

szłam więc zupełnie sama przez parki i mosty ławki które
wygniotłam krzaki w które wpadałam aż po uszy zanurzona

w wilgotnej breji kleiku papce. myślisz że niebo różowieje
nad nami? przystanęłam na moście pod sobą. spojrzałam w dół 
w górze

popłynęła długa czarna betonowa barka z węglem jak chleb

i wtedy ten facet opowiedział jak gasły radiostacje
jak cichły jedna po drugiej w czechosłowacji? nie

w państwie które nie istnieje. nad którym ja jeszcze panuję
i które wyciszam

Pieszy rajdowy

tramwaje ścigały po całym mieście żeby kogoś trącić to była zabawa

część kupowała bilety i wsiadała kiedy inni musieli się chować po 
domach

lub pilnować bardzo ale tory były coraz szersze

i w pogoń ruszały samochody

więc przebiegało się miasto na jednym zakręcie strzelały korki 

a ja pociłam się coraz bardziej w obiegu zamkniętym i wyścigowym

 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas