poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JACEK GUTOROW
WIERSZE
Dekada Literacka 2009, nr 5-6 (237-238)
Splot

Rozprzestrzenić to lato na sto stron.
Tak je przekartkować, że nic nie zostanie.
Mieć je pod burtą, ale w płynnym stanie.
Biec przez poniemieckie lotnisko do schronu.

Na lewej stronie świata jest schronienie lata.
Pomiędzy wersami jest odwrotne drzewo.
W największej ogólności tkwi zbawienny szczegół.
W konarach ten wiersz na lewo się splata.

Odnowa

Jeszcze raz. Zaczynam jeszcze raz. Od nowa.
Tak powiedział. Za rogiem zgubił świat.
Przeszedł na drugą stronę, gdzie mleczne światło
zalegało w kałużach. Widział siebie kroczącego
przez nową osadę: każde drzewo znaczyło
kreskę początku, dym spływający do źródła,
do korzeni, o których pamięć zaginęła.
Pejzaż falował, bo musiał. Żywioły spięte
ostrogami tarły o siebie i splatały w ciemną kratkę,
na której szukałeś znaków obcego, supłów
zawiązywanych przez inne palce, inne spojrzenie.

Usytuowanie drzew 
 
– Sień i ganek jak zakole rzeki, za którą
wparł się w ziemię brzuchaty kasztan.

 – Świerk w ogrodzie to świadek
przelotów dzikich gęsi i maszt
z widokiem na kaskady dachów.

 – Po drugiej stronie drogi trzy topole,
do których chciało się przyłożyć rękę
(niedokończone w jesiennej mgle).

 – Najdalej przysiadła lipa.
Samotna, bez celu, na skraju widzialnego świata.

Miękisz

Okno wystawione na wiatr. Pokrzywy
biegnące drobnym ściegiem wzdłuż ścieżki
i rowu, aż do ostatniego domu, gdzie mieszkały
duchy. Taki był mój świat. Niezbyt twardy.
Niezbyt dokładny. Złożony z powierzchni
trących i nietrących. Wytrącających spojrzenie
z wieczornej mgły, kiedy szło się polami
jakby bez siebie, a przestrzeń miała gęsią skórkę.
Indiańskie tropy prowadziły w nieskończoność,
w czas poza czasem, gdzie popioły znaczyły ślad
wędrujących, odchodzących ludzi, mających za nic
wielką czarną pustkę, która ich pochłaniała.
 
Zimna pustynia, skurczona dusza

W cieniu tej lipy mogę w nic nie wierzyć.
Brać na siebie deszcz iskier i trzymać słowa
na odległość, jak latawiec wczepiony we mnie
niewidoczną stroną. Pierwsze pąki zwierają szyki
i burzą układ precyzyjny jak kaskada kwiatów,
żagli na kolejnych piętrach. Istnieje mądrość
niezdecydowania, kiedy trzymasz się prawej strony
z szerokim marginesem, na którym ktoś kiedyś
zapisze twoje czyny. Wielkim łukiem okrążasz
swoją młodość i suniesz gładko po źle obliczonej
trajektorii. Odstępstwo ma twoje imię.
Błękitne bramy lasu forsują nową zieleń,
ale wszystko jest mirażem na końcu ulicy
szerokiej jak plaża. Sczytasz to później.
Tymczasem gromadź drobne poruszenia umysłu.
Bądź gotów na późne, trudniejsze lata.
Zamknij w sobie drzwi, które tak często
stały otworem na bezkresny lazur
ślepej, ułomnej, bosonogiej rzeki.
Kiedyś się w niej zanurzysz. 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas