poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
TOMASZ CIEŚLAK-SOKOŁOWSKI
Pisanie wzdłuż krawędzi. Komntarz do wierszy Agnieszki Mirahiny
Dekada Literacka 2009, nr 5-6 (237-238)
Agnieszka Mirahina jest autorką wydanego przez Biuro Literackie arkusza poetyckiego Wszystkie radiostacje związku radzieckiego (2008) oraz opublikowanego jako główna nagroda w projekcie „Połów 2009” przez to wydawnictwo tomiku Radiowidmo. I to ten właśnie tom sprawił, że powszechnie rozległy się głosy: „Mamy poetkę”. Jacek Gutorow na łamach „Tygodnika Powszechnego” (2009, nr 30) pisał nawet w tonie podniosłym: Mam wreszcie odpowiedź na pytanie o ważny debiut poetycki ostatnich kilku lat. Przede mną Radiowidmo. Tom mocny, soczysty i niełatwy.

Warto zwrócić uwagę na specyficzny tryb powstania debiutanckiego zbioru Mirahiny. Sama autorka mówiła o tym kilkakrotnie. Radiowidmo jest poszerzoną wersją arkusza Wszystkie radiostacje… Na zbiór składają się 22 nowe wiersze pisane na przełomie grudnia i stycznia (2008 i 2009 roku) oraz 9 utworów pomieszczonych pierwotnie w arkuszu (z kilkoma znaczącymi korektami). Z jednej strony, możemy więc w przypadku Radiowidma mówić o kontynuacji problemów, wątków wcześniej zaznaczonych w tej twórczości, z drugiej jednak – ów wydzielony okres intensywnego skupienia, poszukiwania ciszy (poetka mówi o tym, że wiersze powstawały wyłącznie pomiędzy 22 a 3 w nocy) nakazuje widzieć w tym geście próbę otwierania się na jednorazowość doświadczenia literackiego, punkt, w którym ma się coś przesądzać. Poza tym, oczywiście – żadnego alkoholu, żadnych spotkań ze znajomymi – wyznaje Mirahina i nie mam powodu, by nie wierzyć w tę tęsknotę za stanem „absolutnej beztroski”. (Przypominam sobie – relacjonowane przez Witkacego w listach do żony – 3‑tygodniowe [okresy bez] picia, palenia, wypełnione walką ze sobą i z życiem – a wszystko kończy się tak, jak pisze autor Pożegnania jesieni w roku 1926: […] zmieniłem o tyle światopogląd, że przekonawszy się, iż życie moje musi być cierpieniem, wziąłem to cierpienie za różki. Zamiast jęczeć, walczę z tym, uważając to za powietrze, którym oddychać muszę. Palę dużo fajek). Mirahina „fajek” nie paliła, piła za to sporo coca‑coli. Efektem jest zaś tom mocny, soczysty i niełatwy.

Ta „trudność” – którą na wiele sposobów w swym tekście podkreśla Gutorow – bierze się przede wszystkim z małomówności tej poezji. (Sama autorka w wywiadach – i zamieszczonej poniżej ankiecie – także nie zdradza zbyt wiele). W wierszach Mirahiny nie ma ostentacyjnych patronów (żadnych cytatów, żadnych wyraźnych aluzji stylistycznych, gatunkowych itp.), a jednak ma się stale wrażenie, że poetka raczej słucha (podsłuchuje świat). Mówiąc najprościej, pierwszym gestem jest tu nasłuch rytmu, w jakim wydarza się rzeczywistość. Na tym poziomie jest to przede wszystkim poezja koniecznych linijek‑wersów (np. dansing desant wiek żelazny zluzowany przez złomowisko radzieckie garnizony przez odtajnione miasta), w których daje się dosłyszeć subtelne rytmy, nikłe modulacje, drobne przegrupowania głosek. Z tego natężonego nasłuchu rozpoczyna się zaś podróż na krańce słowa. (Nie wiem, czy Mirahina czytała Harolda Blooma, ale jej fraza piszę wzdłuż krawędzi z wiersza Bermudy uparcie przywołuje Bloomowskie frazy konieczne, które podróżują ku precyzyjniejszym skrajom słów). Jest to więc – jak często to bywa w tego typu wypadkach (ale czy sytuacja znacząco zmienia się później?) – debiut poszukujący własnego głosu (mimo trzasków i zakłóceń usłyszysz mój głos – brzmi fraza z wiersza Prawnuczce).

Czy Mirahina ten głos odnajduje? Nie wiem. Radiowidmo przechyla się, jak mi się wydaje, w podmiot swoiście obłędny. Ostatni tekst o znaczącym tytule Na przepustce wypuszcza niejako ów głos mówiący poza własne granice (utwór spisany jest w pierwszej osobie liczby pojedynczej rodzaju męskiego), ale także poza granice – sygnalizowanej tu – linijki‑wersu (mamy do czynienia z poematem prozą). Może tak należałoby rozumieć to jednorazowe doświadczenie? O ile arkusz zachowywał hipotezę nasłuchu i odpowiedzi („radiostacje”), o tyle tomik ryzykowałby raczej krańcowe otwarcie na nasłuchiwaną wielość głosów („radiowidmo”). Być może kluczowy jest w tym sensie wiersz Głód, w którym Mirahina spisuje odważne wyznanie: muszę być szalona i głodna niesiona akcentem ulicy.

Jeden z najnowszych wierszy poetki, zamieszczony w drukowanym tu zestawie – Odbijając odbicie­ – opowiada o ciekawym odwracaniu przestrzeni: gdy spojrzymy w dół, przechyleni przez barierkę mostu, to, co w dole, staje się tym, co w górze. Może więc „radiostacje” wycisza się tu z premedytacją i uporem?
 
Tomasz Cieślak‑Sokołowski
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas